Jak wrzucić konia na głęboką wodę, czyli więcej szczęścia niż rozumu…

Kto zagląda na nasz fanpage na pewnym portalu społecznościowym, z pewnością wie, że niecałe trzy tygodnie temu, dzień po feralnym wyjściu ze Spartkiem na łąki, gdzie miałam zamiar z koniem popracować (o czym możecie poczytać w poprzednim wpisie pod linkiem Nie jestem Isadorą Duncan, czyli grubymi nićmi szyte), doszło do pewnego przełomowego dla nas wydarzenia. Otóż, po raz pierwszy uczestniczyliśmy ze Spartkiem w tradycyjnej, jesiennej imprezie jeździeckiej, zwanej Hubertusem. Co prawda, lisa nie goniliśmy, bo ani w nas tyle animuszu, ani chęci rywalizacji, ale sam Hubertusowy wyjazd w teren w towarzystwie siedemnastu koni, w tym koni uczestniczących w imprezie gościnnie, był nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza po całej tej aferze z podszywającą się pode mnie kreaturą, o której sam Spartek Wam ostatnio opowiedział.

Kreatura kreaturą – ale ja, świadoma wszystkiego, co dzień przed Hubertusem się wydarzyło, jechałam tego sobotniego poranka do stajni cała rozdygotana… Podjęłam decyzję, że dołączymy do imprezy Hubertusowej parę tygodni wcześniej, kiedy wydawało mi się, że wszystko między nami gra, a „dzień przed” miał być właśnie sprawdzianem naszych relacji. I wiecie już, jak to się skończyło… Miałam zatem poważne podstawy, by wątpić w sukces sobotniego przedsięwzięcia… W drodze do stajni toczyłam wewnętrzny dialog… Kłóciłam się z wyśmiewającą moje strachy kreaturą, wysuwałam wobec jej postulatów argumenty „za i przeciw”, czyli mówiąc prościej – biłam się z myślami… Zdradzę Wam, że chyba gadałam w samochodzie na głos! A jechałam sama… No może – z kreaturą na tylnym siedzeniu…

Gdy zajechałam pod stajnię kilka godzin przed rozpoczęciem imprezy i – naiwna – myślałam, że pewnie będę sama i na spokojnie ocenię sobie sytuację i zachowanie Spartka danego dnia, zobaczyłam kilka koni uwiązanych przed stajni przy ogrodzeniu i dziewczęta, uwijające się przy szykowaniu rumaków. Czyszczenie, grzywy, wymyślne warkoczyki, owijki, białe czapraki, wstążki i inne cudowności zdobiły część koni. Reszta stada, łącznie ze Spartkiem, chodziła po pastwisku, przyglądając się temu całemu zamieszaniu z daleka. Emocje, bliskie tym, co zapewne przeżywała Natasza Rostowa przed pierwszym balem, unosiły się w powietrzu… Dziewczyny krążyły między końmi tanecznym krokiem, a ja – z miną nietęgą – stałam pośród nich i próbowałam się na coś zdecydować. Czego się właściwie bałam najbardziej? Długo by wymieniać, ale przede wszystkim – tego, że spanikuję w trudnym momencie i podczas naszej leśnej wyprawy na osiemnaście koni po prostu zsiądę i postanowię iść dalej na piechotę… Wyobrażacie to sobie? Jak kłusuję na długich odcinkach obok Spartka, a wszyscy uczestnicy Hubertusowego terenu pukają się w głowę? I psuję wszystkim imprezę? To po pierwsze. Po drugie – że Spartkowi w pewnym momencie „odwali”, i zacznie mi tańczyć na wąskiej ścieżce, strzelając z zadu na prawo i lewo, a ja będę bezradna… Czy to był prawdopodobny scenariusz? W sumie – tak! Dla koni, nieobytych z terenami, a tym bardziej – z taką ilością koni w zastępie, z atmosferą podekscytowania wszystkich uczestników, z tym całym zamieszaniem, jest to ogromne obciążenie emocjonalne i bardziej doświadczone i „ułożone” od Spartka konie nie zawsze sobie z tym radzą! A Spartek z pewnością nie miał żadnych wcześniejszych doświadczeń w uczestniczeniu w tak szeroko zakrojonych imprezach. W stajni, z której go kupiłam i gdzie przebywał od źrebaka, było raptem pięć koni. I większych imprez, niż wyjazdy w teren na pięć dobrze mu znanych kolegów, mój koń nie znał. A tu – tyyyyyle uczestników, no i około dziesięciu obcych koni. Miał więc prawo się pogubić, spanikować, nie podołać psychicznie. A wówczas, jak wiemy, ja – czy to pod postacią kreatury, czy też swoją własną – guzik mam do powiedzenia. Wszystkie te myśli w najróżniejszych wariantach i potencjalnych scenariuszach zdarzeń kołatały się w mojej głowie po stronie „na nie”. Z drugiej jednak strony – wreszcie mam ubezpieczenie zdrowotne i mogę się łamać i składać ile wlezie… To plus. Kolejny argument – to przyjazd na powitanie nas z terenu mojego małżonka Mateusza wraz z moją Mamą. Byli świadkami moich przedhubertusowych przygotowań, szykowaniem najjaśniejszych bryczesów, jakie posiadam itd… Wiedzieli, że tego dnia mamy ze Spartkiem jakieś wielkie święto i przyjadą do stajni, by zobaczyć nas, wracających wraz z całą ogromną ekipą Hubertusową, z terenu. Wzięli aparat, ciepło się ubrali, wyjechali z domu zawczasu, by nas powitać. I co? Zastaliby mnie koczującą pod stajnią samopas? Z miną „znowu w życiu mi nie wyszło”? Jako nie-koniarze, kompletnie nie zrozumieliby moich dylematów… Zresztą, większość koniarzy też chyba by nie zrozumiała… A więc – nie mogłam im tego zrobić. I to też był argument „na tak”. 

Gdy w mojej głowie rozgrywała się tzw. „gonitwa myśli” i bitwa na argumenty, Spartek powoli zmierzał do wyjścia z padoku. Zobaczył z daleka, że zdezorientowana stoję przy bramce, nie mogąc się zdecydować, czy iść po niego, czy też dać jemu i sobie spokój. Próbując grać na zwłokę, poznosiłam pod stajnię po kolei cały ekwipunek, i z kantarem i liną w ręku snułam się w te i wewte wzdłuż płotu. W końcu postanowiłam tak: zobaczymy, co koń na to. Spartek przecież głupi nie jest i zazwyczaj dość szybko daje mi znać, że coś mu nie odpowiada. Dam zatem nam szansę, ale przy najmniejszym sprzeciwie ze strony konia, przy najdrobniejszym sygnale z jego strony, że coś mu nie pasuje, odprowadzę go z powrotem na padok. Nawet jeśli będzie już osiodłany i przygotowany do imprezy, z warkoczykiem w grzywie. Trudno. Będę bardzo uważnie go obserwować i słuchać, co ma do powiedzenia. Póki nie ruszymy w teren, mamy wybór. Tak postanowiłam i poszłam po konia.

Bardzo starałam się być spokojna. Wyciszyć emocje i nie nakręcać swoimi psychopatycznymi dylematami mojego konia. Myśl, że mamy wybór, nieco mnie uspokoiła. I dodała pewności siebie. Właściwie to potraktowałam przygotowania do terenu jako ćwiczenie z myślą, że najprawdopodobniej wcześniej czy później mój koń zachowa się tak, jak ma w zwyczaju, i zakończymy naszą przygodę na samych przygotowaniach. Co też miałoby swój sens. Nigdy wcześniej nie szykowaliśmy się do jazdy w towarzystwie tak wielu koni, z nowymi końmi, zajeżdżającymi pod stajnię przyczepą w tle, z zastępem kolejnych nowych koni, wyłaniającym się z lasu i zmierzającym na naszą ujeżdżalnię. Zastanawiałam się, kiedy Spartan zachowa się „jak Spartan”… W którym momencie miarka się przebierze. Być może nawet odetchnęłabym z ulgą…

Bardzo powoli czyściłam i siodłałam mojego rumaka. Z pomocą Asiulkowej Kasi zaplotłyśmy Spartkowi warkoczyk ze złota wstążką. Więcej „ozdób” nie było, bo – jak dla nas – to i tak była spora zmiana wizerunku. Cały czas rozmawiałam ze Spartkiem. Mówiłam do niego po cichu, że nic nie musi. Że – owszem – dla mnie to byłoby wielkie wydarzenie, gdyby udało nam się pojechać w teren razem ze wszystkimi, ale nie za wszelką cenę. Że jeśli poczuje, że nie daje rady, niech da mi znać. (Haha, tego akurat nie musiałam mu mówić, zapewniam Was, że pierwsza bym się o tym dowiedziała). Poprosiłam też wtedy mojego konia, już nie pamiętam – czy nagłos, czy w myślach, ale nie ma to w kontaktach z końmi większego znaczenia, bo nasze myśli czytają tak samo dobrze, jak słowa, lub też nie czytają wcale, jeśli nie chcą –  żeby tego dnia po prostu był ZE MNĄ… By mi zaufał… By jako koń, który przywykł sam podejmować decyzje – zaufał wreszcie mi jako jeźdźcowi, a wszystko będzie dobrze. „Bądź ze mną, bądź dziś ze mną” – powtarzałam to jak mantrę, zakładając Spartkowi ogłowie i dopinając wodze, gdy pod stajnię zajechał koniowóz, z którego po chwili wyszły konie. Wśród naszych olszewnickich rumaków nastąpiło niewielkie poruszenie, konie zaczęły rżeniem witać gości, wyciągać szyję w kierunku przybyszy, łapać nozdrzami ich zapachy. Spartek powitał nowe konie niegłośnym rżeniem i – o dziwo – na tym jego zainteresowanie nimi praktycznie się skończyło. Stał przy mnie – nieuwiązany, bo nigdy nie wiążę go przy czyszczeniu i siodłaniu – i dalej słuchał moich przedhubertusowych modlitw… Był absolutnie spokojny. W jego ruchach, w jego spojrzeniu nie widziałam nawet cienia buntu czy też chęci ucieczki z tej sytuacji. Po chwili, gdy już zakładałam kask, z lasu wyłonił się zastęp koni z zaprzyjaźnionej stajni Pod Wielką Stopą. Oczy wszystkich, w tym też naszych koni oraz coraz liczniej zjeżdżających pod stajnię gości, zwróciły się w stronę lasu. Jeźdźcy na swoich pięknych rumakach przemaszerowali tuż koło nas i wkroczyli na ujeżdżalnię. W oczach mojego konia dostrzegłam zdziwienie, lekką dezorientację, ale nie strach. Z kolei ja się trochę zlękłam… Nowych koni było naprawdę sporo, jak na nas, nigdy nie wyjeżdżających na żadne zawody, tego typu imprezy czy chociażby w obce miejsca. W ogóle – nigdzie nie wyjeżdżających. Wtedy jednak pomyślałam sobie, że i ja w obliczu tego wyzwania nie mogę zawieźć Spartka. Skoro on sobie tak doskonale radzi i ma mi zaufać, to jak śmiem poddawać się defetycznym nastrojom? Jak to się mówi, no way. Mój koń zasługuje na to, by nie być wyrzutkiem, którego zaraz – nie wiedzieć czemu – rozsiodłają i odstawią z powrotem na padok. Za co niby? Obiecałam, że uszanuję jego decyzję o wycofaniu się z imprezy, jeśli taką podejmie, ale Spartek ewidentnie nie miał zamiaru tego robić! Zatem gdy siedemnaście koni rozprężało się na ujeżdżalni, zataczając większe i mniejsze koła we wszystkich kierunkach, ja podprowadziłam Spartka pod schodki. Ustawiłam go w kierunku ujeżdżalni, by widział, na co się pisze. Grzecznie się ustawił, zapraszając mnie do wsiadania. „Oż ty w mordę jeża…. No to nie mam odwrotu” – pomyślałam i wsiadłam. Od pierwszych chwil w siodle poczułam, że koń pode mną nabrał niespotykanej dotąd sterowności. Nigdy w życiu nie był tak gotowy do odpowiedzi na moją delikatną prośbę o przesunięcie w prawo lub w lewo. O ruszenie i zatrzymanie. Miałam wrażenie, że steruję bardzo precyzyjnym mechanizmem, i to od moich najlżejszych ruchów w siodle zależy, dokąd i z jaką prędkością się przemieścimy. Przepraszam za to porównanie z mechanizmem… Rzecz w tym, że to było zupełnie nowe dla mnie odczucie. Kiedyś, gdy zaczynałam swoje przygody w siodle, brakowało mi podstawowych umiejętności i wiedzy o tym, jak powinny wyglądać najprostsze pomoce. Odkąd zaś mam Spartka, prowadzimy nieustające dyskusje o wszystko – o tempo, przesunięcia, zakręty itd… Tylko sygnał do zatrzymania działa bez zarzutu 🙂 Fakt faktem, że idzie nam coraz lepiej, ale takiej lekkości i takiej gotowości do wykonywania moich poleceń nigdy wcześniej w moim koniu nie było! Całkowite skupienie Spartana na mnie absolutnie mnie zaskoczyło od pierwszych kilkunastu kroków, jakie zrobiliśmy, wkraczając na zatłoczoną ujeżdżalnię. Wszystkiego się spodziewałam – panicznego cofanie się i chodów bocznych z wyrywaniem wodzy, podbryknięć i kopania w kierunku kroczących tuż obok nas nieznanych nam koni, rozpaczliwego poniesienia w tym całym zamieszaniu, desperackiej ucieczki do zostawionego na padoku Czesława… To wszystko mieściło mi się w głowie, ale całkowite, absolutne, niewyobrażalne skupienie na mnie – to był dla mnie szok.

Gdy więc okazało się, że możemy spokojnie, pod całkowitą moją kontrolą poruszać się między końmi – w kierunku, jakim sobie zażyczę – uspokoiłam się. Tego scenariusza praktycznie nie brałam pod uwagę… Szczerze? Szczytem moich marzeń było przykleić się do któregoś z zaprzyjaźnionych koni i jakoś dotrwać do końca… Nie spaść, nie zsiąść, nie zrobić wiochy…

Okazało się, że mój krnąbrny rumak podjął najlepszą z możliwych decyzji. Ja to widzę tak: ponieważ Spartek nie miał wcześniejszych doświadczeń w tego typu sytuacjach, a więc – i gotowych rozwiązań na nowe okoliczności, zdał się na mnie. Po raz pierwszy stwierdził, że warto mnie posłuchać. Wobec nowych okoliczności, w jakich się znalazł, nie miał przygotowanych utartych rozwiązań „po swojemu”, co zdecydowało o sukcesie tego przedsięwzięcia. Rzeczywiście, tak jak go prosiłam podczas naszej rozmowy przy siodłaniu, był ZE MNĄ. Gdy kłusowaliśmy leśnymi drogami i widziałam, że konie przed nami potykają się o wystającą z ziemi gałąź, prosiłam Spartka, by ominął ją z prawej strony, używając delikatnej łydki, i koń ją omijał. Nie gnał przed siebie, byleby zdążyć za idącym przed nami Aśkem, na oślep, tylko mnie słuchał! Był w stanie zejść ze ścieżki, którą pędziły konie przed nami, bo ja go o to poprosiłam. Z kolei w stępie często zostawaliśmy nieco z tyłu za naszym dumnym kabardyńskim przyjacielem, bo stęp mamy wolniejszy od reszty koni… Gdy odległość robiła się naprawdę spora – jakieś dziesięć-piętnaście metrów – prosiłam Spartka o podkłusowanie i zwolnienie w odpowiedniej odległości za Aśkiem, robił to. W całkowitym spokoju i skupieniu.

Nieco rozglądał się na zakrętach, gdy za nami – kroczącymi w pierwszej połowie zastępu – widać było kilkanaście koni, pozostających jeszcze przed rozwidleniem drogi. Wówczas się oglądał i patrzył za siebie z niedowierzaniem. Nie pozwalałam mu za bardzo się skupiać na tym, co dzieje się za nami i ile koni podąża leśną drogą. Robiłam coś, co rozumiem pod słowem „półparada”, i miałam konia pod całkowitą kontrolą.

Co prawda, nie obeszło się bez drobnych incydentów. Gdy skręciliśmy z drogi od stajni do lasu, na samym początku naszej wędrówki, Spartek oddał z zadu Ogórkowi, który idąc za nami za bardzo „przykleił się” do Spartkowego ogona. W tym całym zamieszaniu zupełnie nie pomyślałam o tym, by odwrócić się do osoby, jadącej za nami i poprosić ją o pilnowanie odstępu. Jak wiemy, hucuł ma swoje za uszami. I skopanie kolegi, przyklejonego do Spartkowego szanownego ogona, jest dla hucuła rzeczą, niestety, całkiem naturalną. Tego w tym całym zamieszaniu nie wzięłam pod uwagę. Zatem gdy skręciliśmy do lasu, mój koń nagle strzelił z zadu i natychmiast schował swoje cztery litery w krzaki. Niczym dziecko w przedszkolu, krzyknęłam „Spartek kopie Ogórka” i – dosłownie w tejże sekundzie, niemalże spod ziemi wyrosła Madzia na Rudym – właścicielka naszej stajni, która dbała o bezpieczeństwo całej imprezy. Jakim cudem znalazła się koło nas natychmiast? Poruszała się bowiem w zastępie jako druga od przodu, bo teren prowadził nasz tegoroczny „lisek” Lechu. Tuż za nim – Madzia. Potem Ania na Zahirze, następnie – Asiek, Spartek, Ogórek, Asia na Ilandzie – i tak dalej. Tak czy inaczej, Madzia, dosiadająca konia, który też lubi skopać kroczącego za nim kolegę przy niepilnowaniu odstępów, wiedziała, o co chodzi. Powiedziała do mnie „Oddychaj, oddychaj”, i zaczęłam wracać do siebie. Wyprowadziłam Spartka z krzaczorów, wróciliśmy na ścieżkę i z Ogórkiem, już pilnującym odległości za nami, ruszyliśmy dalej. W chwili całego zajścia podobno wydarłam z siebie tak zdecydowane „Nie!”, że Magda do końca imprezy Hubertusowej była pod wrażeniem. Stwierdziła, że w życiu nie spodziewała się po mnie takiej asertywności i stanowczości w podejściu do mojego hucuła. Że gdyby ona usłyszała takie „Nie”, to z pewnością odechciałoby jej się rozrabiania. A Madzia – jeśli jej nie znacie – swój charakter też ma. Podobno odkryła tego dnia we mnie nowe możliwości… No ale zbaczam z głównego wątku mojej opowieści.

Kolejne drobniusieńkie „ale” są związane ze Spartkową wybiórczą tolerancją wobec psów, towarzyszących nam w terenie. Wcześniej lubił sobie zapolować na każdego. Z czasem zaakceptował Bolka i Czekoladę. Natomiast Dziuni – nowego psa w stajni – jeszcze nie lubi. Pech chciał, że przez ponad połowę terenu Dziunia biegła dokładnie na wysokości Spartka. Kroczyła tuż przy nas mimo grożących min Spartka i kilku, skutecznie przeze mnie udaremnionych, prób jej dziabnięcia przez hucuła. Spartek generalnie nie przepada, gdy ktoś towarzyszy nam równolegle – na jego wysokości. Musimy to, rzecz jasna, przepracować, by móc na przykład poruszać się w terenie obok siebie, koń przy koniu. Póki co jest to prawie niemożliwe, bo wzbudza w moim koniu za dużo negatywnym emocji, ale Dziunia najwyraźniej miała to gdzieś. Być może czuła, że jestem poddenerwowana i potrzebuje jej wsparcia, a może po prostu mnie lubi. Lub na odwrót – nie przepada za nami i robiła nam na złość, choć to oczywiście, żart… Tak czy inaczej – musiałam Spartka pilnować, by jej w końcu nie upolował.

Poza tym – nasz Hunertusowy teren, co uważam, było w naszym naszym przypadku skokiem na głęboką wodę, był wielce udany! Nic, dosłownie nic z moich czarnych scenariuszy, na szczęście, się nie sprawdziło! Im dalej, tym bardziej byłam wyluzowana, tym bardziej czułam, że mam kontrolę nad koniem, a koń nie ma najmniejszej ochoty na wszczęcie dyskusji.

Mam wrażenie, a przynajmniej bardzo chcę wierzyć, że nie nadwyrężyłam zaufania mojego konia. Że go nie zawiodłam. Że czuł moje wsparcie, a każda z podjętych przeze mnie decyzji była dla niego korzystna. Wróciliśmy zmęczeni, ale bardzo dumni z siebie. Przy wyjściu z lasu czekało na nas sporo fotoreporterów, wśród nich – Mateusz i moja Mama. Podobno słychać było nas z daleka – zarówno odgłosy kopyt, jak i pieśni, śpiewanych przez bardziej uzdolnionych uczestników terenu. Ja przez cały teren tradycyjnie rozmawiałam ze Spartkiem. Na głos. Chwaliłam go, wspierałam i mówiłam, że jest bardzo mądrym i dzielnym koniem. Bo jest, jakby na to nie patrzeć. Choć jego pańcia, zdaje się, jednak ma więcej szczęścia, niż rozumu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close