Straszny sen roślinożercy i horror z Kadyrowem w tle…

Strasznie dawno nie pisałam nic o Spartkowym życiu… o naszym życiu…

Wiecie, czasem przez te nasze wspólne lata było zabawnie, czasem opadałam z sił, ale jakoś było… Dawaliśmy radę. Ostatni rok jednak zmienił wszystko diametralnie… Gdy Spartek dawał mi popalić, pocieszałam się jedną myślą „oby tylko zdrowe było”… I było, do czasu… Równy rok temu, na wiosnę 2021, zaczęła się nasza przygoda z ochwatem, zresztą nie od razu zdiagnozowanym. Początkowo koń skutecznie maskował poważne zmiany, jakie już toczyły się w jego organizmie. Z końmi to w ogóle jest taka historia, że do ostatniej chwili będą udawać bohaterów – będą za wszelką cenę sprawiać wrażenie zdrowych, pełnych sił i kompletnie „nienadających się do spożycia”. Jeśli kto z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, trochę zna się na roślinożercach, to pewnie wie, skąd ta ich specyficzna cecha się bierze. Czemu ma to służyć. Otóż, każda kulawizna, każda oznaka, że w danym stadzie jesteś tym „najsłabszym ogniwem” natychmiast skieruje na ciebie uwagę drapieżnika. Drapieżnik, powiedzmy taki wilk, też przecież głupi nie jest. Zdrowego, silnego konia czy innego bawoła atakować nie będzie, bo po co? Będzie się uważnie przypatrywał, będzie obserwował z ukrycia, czy któryś przypadkiem nie jest osłabiony, czy nie kuleje, czy nie jest jakiś taki anemiczny… Aż takiego delikwenta wypatrzy i wtedy – no co ja będę mówić… Wtedy taki ma przechlapane… Dlatego też wszelkie oznaki słabości są przez konie starannie ukrywane, dopóki się da. Boli – nie boli, trudno. Lepiej zacisnąć zęby, niż być zjedzonym. Tak też myślał Spartek, cierpiąc już na zapalenie tworzywa kopytowego od dobrych paru tygodni, a przed wetem strugając hardego ogiera. Co wetka przyjechała do stajni, to ten zapyla jak dziki po kołach, a już jak się wyrywał, to szedł do stada pięknym kłusem wyciągniętym. Aż nie mogłam uwierzyć, że dosłownie dzień wcześniej ledwo szedł przez pastwisko… No ale nie było świadków. A tu wetka i pełne skupienie na rumaku… A wiadomo to, czy to wetka czy wilkołak jaki? Może właśnie chce go ocenić przed spożyciem? Więc rumak popylał przez ujeżdząlnię jak ta lala. A ja znów byłam w punkcie wyjścia… Wetka jednak, zresztą pani Kasia,  też nie była w ciemię bita. Stwierdziła, że to stan przedochwatowy i trzeba rumaka postawić na małym piaszczystym padoku z zerowym dostępem do trawy i stada… Aha… Już się robi… To znaczy, bardzo bym chciała, ale jeśli trochę już nas znacie, to wiecie przecież, że są na świecie rzeczy po prostu niemożliwe.

Zmieniłam stajnię. Mniejsze stado, dobra opieka, możliwość oddzielenia gadzika. Teoretycznie. W praktyce wyszło tak, że klękajcie narody. Zgodnie z zaleceniami i już absolutnie na 100 procent potwierdzonym ochwatem, Spartek został zamknięty na małym piaszczystym padoczku i miał podawane siano moczone. Ja chłodziłam mu nóżki, podawałam leki przeciwzapalne i generalnie – starałam się stosować do wszelkich zaleceń lekarzy weterynarii. Ja tak. Spartek tradycyjnie był innego zdania. Po pierwsze, siano moczone – błeeeee…. No cóż, zgodnie stwierdziliśmy, że jak zgłodnieje, to zje. Błąd… Minął tydzień, a Spartek praktycznie nie tknął moczonego siana. Wyglądał już jak śmierć na chorągwi, ale siana moczonego nie tknął! By podkręcić nieco fabułę, postanowił też odmówić picia. Woda też była błeeeee…. Jak myślicie, o co mu chodziło? Otóż, o stado! Jak nie ma stada, to jemu nie jest potrzebna ani strawa, ani woda… Woli umrzeć…

Po tygodniu koszmaru zadzwoniła do mnie Ola, właścicielka stajni, w której staliśmy i zresztą nadal stoimy, z apelem: „Irina, dawaj szybko jakikolwiek kaganiec. Musimy go puścić do stada, bo zaraz rozniesie nam padok”. Pognałam czym prędzej do sklepu po jakikolwiek kaganiec, gnałam z powrotem do stajni i wparowałam tam, gdy właśnie rozpętała się potworna burza… Spartan zdecydował, że resztką sił jednak zerwie te ogrodzenia i dołączy do stada, które szalało na pastwisku w potężnej wichurze… Zdążyłam założyć koniowi kaganiec, kiedy zagrzmiało tak, że poczułam wszystkie plomby w uzębieniu i otworzyłyśmy Spartkowi bramkę. Wtedy lunęło, a mój chory koń pognał do szalejącego stada… To było właśnie jego połączenie ze stadem w nowej stajni… No cóż… Zawsze to wyglądało podobnie. Planowaliśmy łagodnie i pomału, ale los chciał inaczej. Ochwacony Spartek wbiegł między konie, doszło do przepychanek, ale niegroźnych, i całe stado już galopowało pod szalejącym deszczem… W tych emocjach kaganiec na ryjku chyba nawet nie był przez Spartka zauważony…

Mijały miesiące… Letnie, obfitujące w trującą dla ochwatowca trawę… Dla mnie to był horror…. Piękne łąki, trawa po pas, konie szczęśliwe, tylko mój chodzi z kagańcem na ryjku i wbija tym plastikiem w ziemię, bezskutecznie… Przyszły upały i zauważyłam, że oddychanie w tym ustrojstwie jest mocno utrudnione. Zmieniłam kaganiec na inny, taki z otworami na nozdrza. I nieco większym otworem tuż pod pyszczkiem… Nooooo…. To było to! Spartek natychmiast opracował metodę zjadania trawy poprzez otwór i jego przeżuwanie słychać było odtąd nawet z daleka! Jak zawsze, poradził sobie…

W ten sposób spędziliśmy poprzednie lato i jesień. Dopiero w połowie grudnia zaryzykowałam zdjęcie kagańca. Rzecz w tym, że przy łagodnieszych zimach zmarznięta trawa wciąż może bardzo zaszkodzić ochwatowcom. Dlatego zwlekaliśmy aż do pierwszego śniegu. Gdy tylko spadł, Spartek odzyskał wolność i – dostęp do beli z sianem na padoku. Odetchnęłam z ulgą… Wreszcie mógł cieszyć się z tego, co kocha w życiu najbardziej, poza stadem oczywiście. Z jedzenia… I zaczęliśmy pomału pracować.

Na drugi dzień po Nowym Roku, pamiętam to jak dziś, wzięłam go na lonżownik i zobaczyłam piękny ruch. Był zdrowy, pełen sił i energii! Cieszyłam się jak dzieko. Tak… To było 2 stycznia 2022 roku. Na kilka dni wyjechaliśmy na urlop w góry. Myślałam, że teraz będzie już tylko lepiej. I co? Jak zawsze się pomyliłam 🙂 Dosłownie dzień po naszym wyjeździe Spartek, broniąc dostępu do siana, pokopał się z koleżanką z pastwiska i to tak niefortunnie, że doszło do złamania kości rysikowej. To taka mała kosteczka, właściwie relikt, nikomu do niczego chyba niepotrzebna, ale – jest… No i się, skubana, złamała. Odłamek natychmiast przesunął się jak najdalej i utknął w tkance miękkiej. Gdy wróciłam z urlopu, koń chodził ze spuchniętą tylną kończyną. No cóż, weterynarz, prześwietlenie, diagnoza, zalecenia… Nie chciałam tego słyszeć… Tylko operacja. Należy usunąć odłamek kości, bo sama nie zniknie. To oczywiste. Wszelkie zapewnienia o tym, że to prosty zabieg i „będzie dobrze” na nic się zdały. Tak, to teoretycznie prosty zabieg… Ale – w szpitalu, w izolacji od koni, w nowym miejscu… Znam Spartka i dlatego też nie byłam taką optymistką… Tym niemniej termin zabiegu został ustalony na początek marca…

To, co stało się w lutym 2022 roku, wywróciło mój świat do góry nogami… Jeśli czytaliście moje opowieści, to wiecie, jak głęboko we mnie tkwi pamięć o wojnie… Wyniesiona z mojego dzieciństwa… O wojnie, która kiedyś wydawała mi się czymś z dalekiej przeszłości, czymś strasznym, potwornym, ale – odległym… Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że gdy się urodziłam, po wojnie minęło raptem 30 lat… To tyle, co nic, tyle mniej więcej mieszkam w Polsce. To mija jak z bicza trzasł… Dlatego też teraz rozumiem, że dla moich dziadków to wcale nie była tak odległa w czasie, abstrakcyjna przeszłość. Dlatego mój dziadek nigdy o wojnie nie opowiadał. Nie mógł, nie chciał. Ale ja byłam tym wspomnieniem koszmaru wojny przesiąknięta od lat najmłodszych…

Gdy Rosja wkroczyła na teren Ukrainy, gdy zaczęła się wojna – w Rosji nazywana „specoperacją”, nie umiałam z tym żyć… W pierwszych dniach liczyłam na to, że rosyjscy żołnierze odmówią wykonywania rozkazów… że rosyjskie społeczeństwo wznieci bunt… że to za chwilę się skończy, bo to jest niemożliwe, żebyśmy żyli dalej, kiedy tuż obok dzieje się wojna… Taka, jak z mojego dzieciństwa.. z moich koszmarów, z nielicznych opowieści dziadka, z filmów i książek… Jednak nic takiego się nie stało… Cała rosyjska opozycja, wolne media, pisarze, aktorzy i zwykli ludzie, którzy nie zgadzali się z tym, co robi ich kraj, byli zmuszeni do emigracji. Protesty w Rosji i w moim rodzinnym Petersburgu tłumiono i stopniowo cały ruch opozycyjny wymarł lub znalazł się na uchodźstwie… A wojna toczyła się dalej, i nadal się toczy…

Żyłam w amoku. Przez pierwsze dni bałam się wychodzić z domu – nie wiem, co się ze mną działo, ale po prostu bałam się wyjść… Obok nas na budowach wcześniej pracowali Ukraińcy… Teraz budowy opustoszały, nie było Ich… Nie wiem, czego się bałam… Chyba chciałam się zaszyć i udawać, że nie istnieję…

Odbiegłam tak daleko od Spartkowych opowieści… ale to wszystko działo się dosłownie w tym samym czasie… Wojna, strach, panika, a przy tym – zbliżający się termin operacji Spartka. Próbowałam ogarniać sprawy ważne, mimo całego koszmaru, jaki dział się dookoła… Nadszedł dzień transportu do kliniki. Czy można się stresować operacją konia, gdy obok trwa wojna? Gdy giną ludzie? Powiem Wam tak – jeden koszmar zatapia się w drugim… Paradoksalnie jednak stresy życia bieżącego na chwilę pomogły mi oderwać się od tego, czym żyłam przez te dni. Rzecz jasna, noc przed transportem Spartka była ciężka… Spałam byle jak, ale tuż nad ranem śniło mi się coś okropnego. Otóż, śniło mi się, że czekam rano o umówionej godzinie na Daniela – naszego dobrego kolegi, który miał nas przewieźć do szpitala. Daniel to człowiek bardzo pozytywny, zawsze uśmiechnięty, jednym słowem – „specjalista od spraw beznadziejnych”… To własnie Daniel miał przewieźć Spartka na operację… Śni mi się więc, że czekam na Daniela… Jestem na padoku przed stajnią, a dokładniej rzecz biorąc, na lonżowniku. Plan był bowiem taki, że Spartka ładujemy do koniowozu z lonżownika. No więc jestem na tymże lonżowniku, Spartek ze mną. Śnieg, lekki mróż. Czekamy, ja nieco poddenerwowana… Nagle nadjeżdża koniowóz. Parkuje przed lonżownikiem i wysiada z niego „Ramzanka Dyrow”… Też uśmiechnięty, że niby taki jak Daniel, ale – nie Daniel! Rudą brodę ma i ubiór nietutejszy… Ale gada – zdaje się – po polsku… Zresztą, pewna nie jestem, jak to we śnie… Ale rozumiem go. Mówi, że przyjechał po Spartka. Że nas zawiezie. Ja struchlałam… Mówię, że my tu czekamy na Daniela. On zaraz będzie… A Ramzanka na to – „Spokojnie don… ja Was zawiozę don…” i mi Spartka już próbuje przejąć… Uziąz mi z ręki wyrywa…. W tym momencie chyba się obudziłam, bo historia z Ramzanką we śnie została niedopowiedziana…

Następnego dnia rano byłyśmy w stajni z moją przyjaciółką Kasią, która wspierała mnie ciałem i duchem podczas ładowania Spartka. Zimno było jak skurczybyk… Daniel się trochę spóźniał, a ja ukradkiem rozglądałam się, czy aby nie nadjedzie jaki inny koniowóz, nie Danielowy… Sen mi się ciągle przypominał i bałam się, że jak za chwilę nie będzie Daniela, to naprawdę ten Kadyrow się zjawi… I będę musiała go zabić, by mi Spartka nie zabrał… Na szczęście, Daniel wkrótce przyjechał i – uśmiechając się od ucha do ucha zabrał się do „rzeczy niemożliwych”… Uffff… teraz nie byłyśmy z Kasią same… Z Danielem Ramzanka Dyrow nie miałby żadnych szans… Odetchnęłam z ulgą, ale jeśli myślicie, że to koniec naszych kłopotów, to jesteście w błędzie… Te nie kazały na siebie długo czekać…

Czy czas ucieka mi przez palce? Nie, właśnie się zatrzymuje… czyli O tym, jak dostałam cegłą w głowę i co z tego wynika

Jeśli zajrzycie na mojego bloga dziś i zobaczycie ten wpis, to przypuszczam, że nieco się zdziwicie. Nieczęsto mi się zdarza tak zupełnie odpływać w swoich opowieściach, sięgać tematów dalece odbiegających od spraw przyziemnych, a na dodatek – opowiadać o sobie coś całkiem na serio i bez przymrużenia oka. Najwyraźniej dziś przyszedł ten dzień, gdy – jeśli stwierdzicie, żem zwariowała – zrozumiem i przyjmę ten werdykt z godnością.

A teraz do rzeczy, bo długich wstępów, jak wiecie, nie lubię.

Gdyby ktoś powiedział mi siedem lat temu, że tyle właśnie zajmie nam dogadanie się ze Spartkiem, pewnie najpierw bym się roześmiała, a potem kazałabym puknąć się w czoło (zresztą, nie wiem, kto przy zdrowych zmysłach mógłby wpaść na tak beznadziejny scenariusz?). A więc – po prostu nie przyjęłabym tego do wiadomości, bo to w moim ówczesnym rozumieniu byłoby niemożliwe. A jednak… Siedem lat…

Rzecz jasna, zastanawiałam się przez te lata, dlaczego ja? Co ze mną jest nie tak? Gdzie tkwi błąd? I po co ktoś tak okrutny i nieprzejednany chce mnie tak doświadczać?

Dziś sądzę, że takich scenariuszy los nie podsuwa nam tak zupełnie bez żadnego zamysłu. A zamysł tego scenarzysty był taki, bym się wreszcie, kurna, nauczyła czekać! Całe swoje życie miałam z tym problem. Jak coś wymyśliłam, to musiałam to zrobić już. Natychmiast. A nuż się uda. Zawsze od razu rzucałam się do realizacji najbardziej szalonych pomysłów, wchodziłam w dziwne biznesy, inicjatywy, przedsięwzięcia, przygody i tak zwane akcje. Nie miałam czasu na zbytnie zastanawianie się, tylko od razu do dzieła. Gdy nie wychodziło – długo nie rozpaczałam, przecież tyle jeszcze fantastycznych pomysłów co chwilę rodziło się w mojej nieszczęsnej głowie, że klękajcie narody. Skąd tak dziwna przypadłość? I jakie to miało wpływ na mnie i moje życie? No cóż… Gdy w mojej głowie po raz kolejny zaczynał kiełkować genialny plan, mój małżonek, już nauczony doświadczeniem, miał zwyczaj mawiać: „Irinko, ty już lepiej nic nie rób. Tak będzie dla nas wszystkich najlepiej”. Ale gdzie tam! Miałabym słuchać głosu sabotażysty? Na swoje nieszczęście, kiedyś opowiedziałam mężowi o dość poważnej kontuzji mojej głowy, jaką przeżyłam w dalekim dzieciństwie. Siedziałam sobie, pamiętam, w piaskownicy, gdy jakiś chłopczyk z równoległej grupy przedszkolaków, podszedł do mnie i uderzył cegłą w tył głowy. Pamiętam, że miałam na sobie wełnianą czapeczkę – coś na kształt chusty, i gdy dotknęłam ręką głowy, okazało się, że ręka, czapeczka, i nawet już góra niebieskiego płaszczyka są we krwi. No cóż, jak się później okazało, chłopczyk się pomylił i to nie ja miałam oberwać cegłą w łeb. Jednak, jak to się mówi, Annuszka już rozlała olej słonecznikowy… Gdy nieopatrznie opowiedziałam  tę historię mojemu małżonkowi, chwycił się – nomen omen – za głowę… I powiedział jedno: „O takich rzeczach to należy mówić przed ślubem… No cóż, to wiele wyjaśnia…”

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

Naczelnikowi? Dziesięć dolarów? Czyli o tym, jak urazić hucuła…

Ostatnio Spartan mnie zaskakuje… No cóż, żadna nowina, ale tym razem – wyjątkowo pozytywnie! Zanim opowiem Wam historię, jaka nam się przydarzyła parę dni temu, tradycyjnie sięgnę pamięcią do lat zamierzchłych, gdy podróżowaliśmy z Mateuszem pociągiem do Petersburga i z powrotem, odwiedzając moją rodzinę. Staraliśmy się co roku wyjeżdżać do moich rodziców w wakacje, by razem świętować nasze z Mateuszem urodziny (bo tak się składa, że dzielą nas raptem 3 dni – i to ja jestem o te 3 dni starsza i mądrzejsza od mojego małżonka).

Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, bywał w Rosji, to z pewnością wie, że w miejscu pobytu na terytorium mojej ojczyzny koniecznie trzeba się „zarejestrować”, czyli – mówiąc prościej, zameldować na pobyt czasowy. Procedura ta, choć może i niezbyt skomplikowana, wymaga jednak pewnego poświęcenia ze strony turysty. Łatwiej mają ci z podróżujących, którzy korzystają z hoteli. Rosyjski hotel bez problemu wystawia dokument, potwierdzający czasowy pobyt turysty i sprawa załatwiona. Jeśli zaś, tak jak w naszym przypadku, zagraniczny turysta nocuje u rodziny, trzeba wykonać znacznie więcej ruchów w kierunku zdobycia upragnionej „rejestracji”. Należy zatem udać się do kilku urzędów, a na koniec – już zupełnie k woli formalności – zgłosić się do centralnego urzędu pocztowego i tam, wypełniając raptem kilka stron formularzy, wypisanych po rosyjsku drobnym druczkiem, uzyskać ową „rejestrację” z pieczątką i podpisem urzędnika ds. rejestracji cudzoziemców.

Szczęście w nieszczęściu (akurat w tej sytuacji wyjątkowo pasuje to sformułowanie), Mateusz miał w Petersburgu asystę w postaci rosyjskojęzycznej małżonki, czyli mnie, która wszystko za Niego wypisała, wszędzie się dogadała i dokument ostatecznie zdobyła.

Zdarzyło nam się jednak, boleśnie się przekonać, co się stanie, jeśli owej rejestracji mieć nie będziemy! Bo takie to pytanie zadał mi Mateusz podczas jednego z naszych pierwszych wspólnych wyjazdów do Petersburga. No cóż…

Dalsza część opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

O co chodzi w tych komunałkach, czyli Natchniona przez zakurzonego Bena…

Nareszcie słońce… Nareszcie wiosna… Tak, tak, nie dziwcie się, proszę, w Rosji wiosna zaczyna się 1 marca, lato – 1 czerwca, jesień – 1 września, a zima – 1 grudnia… I nie widzę w tym nic niepokojącego. Może dlatego wszelkie moje osobiste postanowienia wielkiej wagi – zrealizowane czy nie, już mniejsza o to – zawierają w sobie właśnie „Od pierwszego….”, no może czasem – „Od poniedziałku…”. Chociaż to drugie znacznie rzadziej. Od poniedziałku – to trochę mało wiążące, jak na mój gust…

A więc ja mam już wiosnę… Ciężka i wyjątkowo pracowita zima odeszła precz. A jako że słońce przypomniało mi dziś, że od paru lat obiecałam naszemu „Beniaminkowi”, że przetrę mu listki, i miałam akurat wolne przedpołudnie, rzuciłam się po szmatkę, miskę z wodą i pufę, by sięgnąć wierzchołka drzewka. Swoją drogą, nasz Beniaminek – to legendarne, niezłomne stworzenie, które – rzec by można – przeżyło i całkiem nieźle urosło wbrew wszelkim prawom Natury… Skąd się wziął w naszym domu? Otóż, odchodząc kiedyś z biura nieruchomości, w którym wiele lat temu pracowałam, zabrałam ze sobą kompletnie zasuszone, nie mające ani jednego listka drzewko… W ramach sprzeciwu wobec poprzedniego pracodawcy, a może raczej w geście solidarności – postanowiłam, że zabieram ze sobą tę oto ofiarę ludzkiej obojętności i z piskiem opon odjedziemy z tego miejsca… Tak też zrobiliśmy – ja i mój Beniaminek. Tak więc moje niezłomne drzewko zamieszkało z nami… No cóż, nikt nie obiecał, że będzie łatwo… Powiedzieć, że wpadł z deszczu pod rynnę, byłoby złośliwością… Rzecz w tym, że również nie grzeszę nadopiekuńczością w stosunku do roślin. Zryw solidarności – tak, codzienna żmudna praca – z tym już gorzej. Ale o tym już chyba wiecie…

Zatem – mój Beniaminek, choć niezbyt rozpieszczany przeze mnie, zaczął powoli wypuszczać pierwsze listki. Najpierw – nieśmiało, niejako „na próbę”, czy aby na pewno to dobry pomysł. Z czasem – coraz odważniej. W końcu na tyle się rozpanoszył, że zażądał ulokowania go w nowej, większej donicy. No cóż, czasy, gdy ten krzak był Beniaminkiem od dawna mamy za sobą, teraz jest to po prostu – Ben. Mieszka pomiędzy tarasem a kominkiem, nie zraża się, że ktoś go tu ignoruje, nie ginie, obskubywany przez naszą terierkę Moleńkę. Mówią, że Beniaminki są trujące… No cóż, teriery podobno też…

A więc dziś, korzystając z energii, jaką podzieliło się ze mną moje wiosenne słońce oraz czasu, jaki nagle pojawił się w moim rozkładzie dnia, wlazłam na pufę i zaczęłam ścierać kurz z Benkowych listków. Delikatnie kładłam listki jeden po drugim na mojej dłoni i myłam wilgotną ściereczką. Jeden, drugi, trzeci, dwudziesty trzeci, pięćdziesiąty dziewiąty… A to dopiero jedna gałązka, ta mniejsza od góry…. Czułam, że Benkowi to się należy, jak psu ogon… (tak, wiem – buda, ale mam terierkę Moleńkę i uważam, że ogon też się należy). Jednocześnie czułam, że trochę mnie to zadanie zaczyna przerastać… Próbowałam odnaleźć w sobie spokój buddyjskiego mnicha, wytrwałość mrówki, pracowitość pszczoły i zadaniowość Stachanowca, a najlepiej – wszystkie te cechy naraz… Na nic to… W pewnym momencie moje myśli zaczęły krążyć wokół Spartkowych Opowieści i tego, jak dawno nic Wam o nas nie opowiadałam… Chyba od czasów naszego wspaniałego Hubertusa, poprzedzonego bardzo niemiłym i szalenie inspirującym wystąpieniem Spartka – O Podszywającej się pod Pańcię Kreaturze    

No więc, sięgając po kolejny listek, pomyślałam sobie, jak grzecznym i miłym stworzeniem był mój koń przez całą zimę… Oczywiście że bywałam w stajni, wsiadałam i pracowałam z ziemi. I nic. Żadnych spektakularnych wpadek ani oszałamiających sukcesów. Zwykła codzienna żmudna praca, o której chyba nie muszę opowiadać. Pomyślałam jednak, że w Spartkowej książce Wasz entuzjazm wzbudzały nie tyle, a może – nie tylko, Spartkowe historie, lecz również wspomnienia z lat mojego radzieckiego dzieciństwa. Nigdy bym nie przypuszczała, że drobna wzmianka o tym, że „Jelena Iwanowna sprzedała swój pokój” wywoła tyle pytań z Waszej strony. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że coś tak oczywistego dla mnie, będzie wymagało dodatkowych wyjaśnień.

A więc – Benku, wiem, że czekasz, ale – sorry, znów mnie naszło. To właśnie ścieranie kurzu z Twoich niezliczonych listków mnie natchnęło. Zatem – do dzieła.

Naprawdę nie wiecie czym jest komunałka? To już opowiadam. Jest to – fachowo rzecz ujmując – rodzaj nieruchomości, a mówiąc prościej – kilkupokojowe mieszkanie, najczęściej w centrum miasta, zamieszkiwane przez kilka rodzin (tudzież lokatorów). Stolicą radzieckich, a dziś już – rosyjskich komunałek był i wciąż pozostaje Petersburg, moje rodzinne miasto. Rzecz jasna, będąc dzieckiem, miałam okazję pomieszkać w dwóch różnych komunałkach, zajmując wraz z moim bratem i mamą jeden pokój w ogromnym, starym mieszkaniu komunalnym. Łazienkę i kuchnię dzieliliśmy z resztą lokatorów. Ilu ich było w każdej z komunałek – już nie pamiętam. Myślę, że dwie, a może i trzy rodziny z dziećmi lub bez.

Co ciekawe, w każdej z szanujących się radzieckich komunałek zawsze musiał mieszkać jakiś „cichy alkoholik”  – drobny, najczęściej nieszkodliwy człowiek, przesiadujący głównie we wspólnej kuchni na białym, rozpadającym się taborecie. Zazwyczaj każda z komunałek miała też swoją „babcię” – starszą kobietę, a wokół niej zawsze krążyły plotki – że pamięta cara, nienawidzi rewolucji i pochodzi z rodziny, do której „to wszystko kiedyś należało”. Takie babcie zazwyczaj podejrzewano o znajomość języka francuskiego i „kontakty z elementem obcym”, jako że sądzono, że reszta rodziny takiej babuszki w swoim czasie zdążyła wyemigrować…

Ciągdalszy opowieści okomunałkach w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

Jak wrzucić konia na głęboką wodę, czyli więcej szczęścia niż rozumu…

Kto zagląda na nasz fanpage na pewnym portalu społecznościowym, z pewnością wie, że niecałe trzy tygodnie temu, dzień po feralnym wyjściu ze Spartkiem na łąki, gdzie miałam zamiar z koniem popracować (o czym możecie poczytać w poprzednim wpisie pod linkiem Nie jestem Isadorą Duncan, czyli grubymi nićmi szyte), doszło do pewnego przełomowego dla nas wydarzenia. Otóż, po raz pierwszy uczestniczyliśmy ze Spartkiem w tradycyjnej, jesiennej imprezie jeździeckiej, zwanej Hubertusem. Co prawda, lisa nie goniliśmy, bo ani w nas tyle animuszu, ani chęci rywalizacji, ale sam Hubertusowy wyjazd w teren w towarzystwie siedemnastu koni, w tym koni uczestniczących w imprezie gościnnie, był nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza po całej tej aferze z podszywającą się pode mnie kreaturą, o której sam Spartek Wam ostatnio opowiedział.

Kreatura kreaturą – ale ja, świadoma wszystkiego, co dzień przed Hubertusem się wydarzyło, jechałam tego sobotniego poranka do stajni cała rozdygotana… Podjęłam decyzję, że dołączymy do imprezy Hubertusowej parę tygodni wcześniej, kiedy wydawało mi się, że wszystko między nami gra, a „dzień przed” miał być właśnie sprawdzianem naszych relacji. I wiecie już, jak to się skończyło… Miałam zatem poważne podstawy, by wątpić w sukces sobotniego przedsięwzięcia… W drodze do stajni toczyłam wewnętrzny dialog… Kłóciłam się z wyśmiewającą moje strachy kreaturą, wysuwałam wobec jej postulatów argumenty „za i przeciw”, czyli mówiąc prościej – biłam się z myślami… Zdradzę Wam, że chyba gadałam w samochodzie na głos! A jechałam sama… No może – z kreaturą na tylnym siedzeniu…

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

„Nie jestem Isadorą Duncan”, czyli Grubymi nićmi szyte…

Dzień przed „Wielkim Pleceniem Warkoczy”, gdy wszystkie nasze Pańcie się wystroiły, co więcej –  rzuciły się jak szalone do zaplatania nam grzyw i ogonów – niechcący uczestniczyłem w dość nieprzyjemnym incydencie. Rzekłbym nawet – prowokacji… Na dodatek, grubymi nićmi szytej. Komu i czemu to miało służyć, oprócz zszargania mojej i tak „nadpsutej” reputacji – gubię się w domysłach.

A było tak.

Tamten dzień zapowiadał się nawet sympatycznie, bom się spodziewał wizyty mojej Pańci, która ostatnio – trzeba powiedzieć – bywa nieregularnie, więc nie znam dnia ani godziny, kiedy przyjedzie, a zatem przestałem już czekać o umówionej porze. Czułem jednak, że przyjedzie. Gdy więc po południu ujrzałem z daleka zbliżającą się niewielką, obładowaną „sznurkami” postać, ruszyłem do wyjścia. Dobrze znam jej zwyczaje. Czeka na mnie przy bramce, że niby sama nie może podejść… Cieszy się jak dziecko, gdy powoli ruszam w jej stronę, a gdy podchodzę i od niechcenia chrumknę na powitanie, prawie że ma łzy w oczach. Mówię Wam!  Taka się zrobiła ostatnio sentymentalna… Robię więc tak za każdym razem, gdy się witamy, a niech się dziewczyna cieszy, co mi szkodzi. Gdy już wyjdziemy poza bramkę, kolej na gest z jej strony. Otwiera swoją „magiczną torebeczkę” i częstuje mnie jabłkiem lub marchewką. Tu muszę Wam powiedzieć, że chyba na mnie oszczędza, bo nigdy nie da mi czegoś w całości, tylko kroi to na małe kawałeczki i tak mi wydziela po jednym. Jakbym sam nie mógł pogryźć… I torebkę mogłaby nosić większą, a lepiej – plecak. Bo w tej małej „magicznej” więcej niż jedno jabłko i parę niewielkich marchewek nie zmieści się, choćby nie wiem co… To błąd… Ale te najprostsze rzeczy jakoś najtrudniej ludziom wytłumaczyć. Może sama się kiedyś domyśli…

Tamtego dnia na początku wszystko wyglądało normalnie i nic a nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ta postać, która – teraz już muszę Wam powiedzieć – „podszyła się” pod moją Pańcię sprowadziła mnie z padoku i wróciła po coś do stajni.

Ciąg dalszy opowieści o kreaturze w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Leń śmierdzący czy kaleka? Parę słów o fizjoterapii i jej efektach

Kto śledzi Spartkowego bloga, ten wie, że tak zwana oszczędność w ruchach od zawsze była naszą bolączką. Określenie „leniwy koń” w przypadku Spartana cisnęło się na usta każdemu, kto widział jego rozlazły stęp, byle jaki kłus, już o chęci do galopu nie wspomnę. Stojąc pośrodku koła i obserwując niespieszne, że tak powiem, powłóczyste huculskie ruchy, naprawdę można było przysnąć. Zawsze miałam wrażenie, że koń wystawia na próbę moją cierpliwość lub wręcz robi mi to na złość! (Choć oczywiście wiem, że zwierzęta nie mają tego w zwyczaju. Sądziłam jednak, że może to jest jakiś wyjątek). Konsekwentne „poganiane” przynosiło zazwyczaj efekty na parę kroków, po czym koń znów zwalniał… I tak w kółko. Dwa żwawsze kroki – i ponowne ślimaczenie się… O zakłusowanie prawie za każdym razem musieliśmy stoczyć walkę. Gdy byłam bardzo stanowcza, Spartek zakłusowywał, ale wściekłość, jaką widziałam w jego oczach, wciąż wzbudzała we mnie pewien niepokój. Gdy więc następnym razem stanowczo prosiłam konia o dodanie energii i w odpowiedzi miałam żwawszy chód, lecz – dodatkowo – wściekle machający ogon, położone uszy i gniewne machnięcie łbem w moją stronę, miewałam wyrzuty sumienia. Wciąż zadawałam sobie pytanie – „Czy mój koń jest aż tak leniwy czy też może z jakiegoś powodu nie jest w stanie pracować bardziej energicznie?”.

Jak mawia mój małżonek – „Irinko, ty za dużo myślisz”… Po co się zastanawiać? Prosisz o ruch – ma być ruch! Zgadza się. Teoretycznie. W praktyce, pracując z końmi, te pytania pojawiają się gdzieś z tyłu głowy każdej z nas. Nie chce czy nie może? Rzecz jasna, widząc kulejącego konia, odpowiedź przychodzi z łatwością. A co jeśli nic szczególnego się nie dzieje? Nie widzimy wyraźnej kulawizny? No może lekka nieregularność chodów, szurające po piasku tylne nogi, zahaczanie o drągi, potykanie się o byle co na ujeżdżalni… „Ach, to wszystko z lenistwa”! Proste wytłumaczenie, prawda?

Niestety, w przypadku pracy z końmi, powszechnie uznawanymi za leniwe, odgadnięcie, co jest przyczyną niechęci do porządnej pracy wcale nie jest takie łatwe. I tak przez lata można z uporem maniaka wymachiwać batem za końskim zadem, uzyskując wciąż ten sam krótkotrwały efekt w postaci przyspieszenia i mając wciąż te same wyrzuty sumienia…

No a teraz do rzeczy. Bo to był w zasadzie wstęp. Na rozgrzewkę, że tak powiem, jak to przy treningu. Przechodzimy do meritum.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Na naszą szóstą rocznicę – wspomnień czar i iskierka nadziei dla tych, którzy są w kropce…

   Wczoraj minęło sześć lat, odkąd Spartan został pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Dokładnie sześć lat temu 14 sierpnia jechałam po Spartka, by podpisać umowę kupna-sprzedaży z jego poprzednim właścicielem i przywieźć go do nas pod Warszawę. Byłam okropnie zdenerwowana i podekscytowana nie tylko samą wyprawą, lecz – rzecz jasna – perspektywą posiadania własnego konia, jaką kreśliłam w swojej wyobraźni. Pamiętam, że planowałam, jak każdego dnia będę ćwiczyła z moim koniem coraz to nowe elementy, jak razem będziemy przemierzać leśne ścieżki, jak stworzymy zgrany i pełen miłości i zaufania duet… Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że będziemy potrzebować wielu lat, by chociaż część tych marzeń miała szansę na realizację, na pewno bym nie uwierzyła. Nie byłabym w stanie przyjąć tego do wiadomości. Zresztą, kto by mógł przypuszczać, że taki właśnie scenariusz podsunął nam los?

Tak się jednak stało. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, śledzi nasze historie od samego początku, to wie na pewno, jak się między nami układało. Trudno to było nazwać „udanym związkiem”… Krew, pot i łzy – moje, nie Spartana. Jego – upór, niechęć, niemalże permanentny bunt i twarde postanowienie, by sprawić, bym się raz i na zawsze porzuciła wszelkie próby nawiązania współpracy. Powiem Wam szczerze – ciężko mi było pokochać tego konia… Każdego dnia robił, co w jego mocy, by zdusić w zarodku najmniejsze zalążki uczucia wobec jego krnąbrnej osoby. Uwierzcie, że bardzo się starałam, by dostrzec w nim jakiekolwiek pozytywne cechy, lecz – na próżno. Czego by człowiek nie tknął, wszystko obracało się w ponury żart. Perspektywa posiadania własnego konia stopniowo nabierała kształtów raczej pesymistycznych – prawie bez możliwości wsiadania, z wielce ograniczoną możliwością pracy z ziemi, o spacerach w ręku czy wyprawach w tereny nie wspominając. Pozostawało mi jedynie odwiedzać konia, patrząc, jak cudownie spędza czas aż do momentu, gdy się pojawiałam w stajni, bo wtedy humor wyraźnie mu się psuł; czasem móc go wyczyścić; zorganizować kowala, szczepienia, weta, jak potrzebował; no i pracować na jego utrzymanie… Tego mi nie bronił.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie – jakim cudem udało mi się to przetrwać? Przede wszystkim – nie ustawać w podejmowaniu prób nawiązania z nim jakiegokolwiek kontaktu? Wciąż do niego przyjeżdżać, nawet nie wierząc w skuteczność swoich wysiłków? Nie wiem… Chyba nie miałam innego wyjścia. Bo na pewno nie była to sprawa moich ambicji, chęci udowodnienia czegokolwiek sobie czy innym, postawienia na swoim itd. Tego we mnie nie było i nie ma. Na szczęście. Myślę, że to by tylko pogarszało sytuację i było kolejnym źródłem frustracji i złości. Zwierzęta mają w nosie nasze ambicje.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Proste pytania – trudne odpowiedzi, czyli o poszukiwaniu panaceum i kłótniach o Margancowkę

Odkąd siebie pamiętam, po leki sięgałam wyłącznie w sytuacjach ostatecznych… Co więcej, w czasach mojego petersburskiego dzieciństwa, pamiętam, miałam zawsze pod ręką kilka najprostszych i zarazem najbardziej skutecznych farmaceutyków, które zawsze mi pomagały. Jak miałam kaszel, brało się tabletki o niezbyt wyszukanej nazwie „Tabletki na kaszel”. Jak bolała mnie noga czy ręka (klimat petersburski sprawił, że już jako dziecko wiedziałam, czym jest reumatyzm), wcierałam płyn o zapachu mentolowym – Menowazin. Gdy pojawiały się pierwsze objawy grypy, brało się Antygrypinę. A jeśli się czymś zatruło, piłam Nadmanganian Potasu, zwany w Rosji Margancowką. Są to ciemno purpurowe drobne kryształy, które wrzucało się do przegotowanej wody, w której się rozpuszczały, aż woda nabierała koloru różowego i potem się to piło.   Im więcej się wypiło, tym lepiej. Całe życie piłam Margancowkę na wszelakie zatrucia pokarmowe, aż przyjechałam do Polski… Tu przez pierwszych kilka lat również wierzyłam w magiczne moce różowego płynu i szczodrze częstowałam wszystkich moich znajomych z akademika, gdy cierpieli na ból brzucha. Niektórzy, pamiętam, mieli wątpliwości, czy aby na pewno jest to lek do użytku wewnętrznego… No cóż, byłam przekonana, że tak. Aż wreszcie okazało się, że jednak w Polsce nadmanganianu potasu używa się wyłącznie zewnętrznie – do odkażania ran, sprzętu itd. Przez kilka miesięcy toczyliśmy ożywioną dyskusję – kto ma rację. Ja, która od dziecka pije margancowkę czy moi koledzy i koleżanki, którzy wzdrygają się na samą myśl o tym, że ten podejrzany różowy płyn trafia do żołądka, gdzie wypala wszystko do cna. Mój zdrowy wygląd i różowe polisie (no właśnie, różowe…) niby świadczyły o tym, że można przeżyć spożycie całych litrów margancowki i wciąż cieszyć się dobrym zdrowiem. Jednak fachowe wyjaśnienia kolegów-chemików w końcu zaczęły mnie niepokoić… I przestałam pić swój magiczny roztwór w trudnych chwilach…

Wciąż jednak mam niewielką buteleczkę z Margancowką w swojej domowej apteczce. Na pamiątkę starych dziejów…

Minęło sporo lat od moich czasów akademickich… Zamiast czterech leków w apteczce mam już całą szufladę specyfików na różne dolegliwości – swoje i zwierząt. Nie raz się już przekonałam, że leki dla czworonogów są zarówno bezpieczniejsze, jak i skuteczniejsze w którymkolwiek ze schorzeń. Jeśli więc mam wybór, biorę te zwierzęce. Jeśli zaś chodzi o pomoc medyczną, to muszę powiedzieć, że zarówno ja, jak i wielu moich bliskich znajomych, wolałoby leczyć się u weterynarzy… Cóż by to była za rozkosz! Przy najmniejszym dyskomforcie, powiedzmy, w lewej części podbrzusza, natychmiast mielibyśmy USG, ale – rzecz jasna – badanie krwi i wszystkiego, co tylko dusza i ciało zapragną. Jeszcze tego samego dnia nasz rodzinny weterynarz zadzwoniłby do nas na komórkę, by powiedzieć, że wyniki badań są w porządku, może brakuje nam trochę żelaza… I warto by je uzupełnić. No i – oczywiście – nie przesadzać z tłuszczem i używkami… O spożywaniu w dzieciństwie dużej ilości Margancowki roztropnie nie wspomnielibyśmy naszemu specjaliście, by przypadkiem nie dostał zawału…Życzyłby dobrej nocy i spieszył z obdzwonieniem kolejnych pacjentów… Tak by to było, gdybyśmy mogli korzystać z usług weterynarza, na przykład, w ramach pakietu rodzinnego. Ale nie jest nam dane… Dlatego albo jesteśmy skazani na korzystanie z usług ludzkich lekarzy, a to zazwyczaj wiąże się z poważnym nadszarpnięciem systemu nerwowego, albo musimy radzić sobie sami, póki się da… Ja sięgam po to drugie rozwiązanie. Dlatego też czasem udaje się do apteki, poszukując tam nie tylko ochłody w te upalne dni, lecz także porady specjalisty-farmaceuty… Rzecz jasna, mam swoją ulubioną aptekę i najmilszą memu sercu Panią Farmaceutkę, z którą zawsze utniemy sobie krótką pogawędkę.

Ciąg dalszy historii w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

 

Pani w okienku i lewy kierunkowskaz, czyli co robić, gdy wszystko się sypie

Od dawna myślałam, by opowiedzieć Wam o pewnej historii, która mi się przydarzyła i która, jak mi się zdaje, ma związek z treningiem zwierząt – zarówno koni, jak i psów. Nosiłam się z tym zamiarem od paru miesięcy, a wczoraj zdarzyła mi się bardzo podobna sytuacja po raz drugi, i stwierdziłam, że czas się tym podzielić. Bo może ja jestem jakimś dziwolągiem? A Wy macie normalnie? I Wam się to nie zdarza?

A więc do rzeczy. Parę miesięcy temu, w zimie, odkryłam, że nie działa w moim samochodzie lewy kierunkowskaz. Nie od razu to do mnie dotarło, szczerze mówiąc. Kiedy zaś doszło do sytuacji prawie awaryjnej – bo chciałam skręcić w lewo, więc zaczęłam powolutku hamować, a samochód za mną nagle zaczął mnie wyprzedzać (podczas gdy ja właśnie skręcałam w lewo, w naszą uliczkę), stwierdziłam, że coś jest nie tak… Cudem nie doszło do wypadku, a ja zostałam strąbiona przez kierowcę jadącego za mną samochodu, co dało mi do myślenia. Dojechałam do domu i sprawdziłam, czy przypadkiem nie mam zepsutego kierunkowskazu. I – bingo! Nie działał! Zrozumiałam wkurzenie kierowcy. I nie miałam do niego żalu. Słusznie mnie ochrzanił. Umówiłam się do mechanika na popołudnie, a w międzyczasie musiałam jeszcze gdzieś pojechać. No więc – jechałam ze świadomością, że nie działa mi lewy kierunkowskaz i ludzie, poruszający się za mną nie będą wiedzieli, co ja właściwie planuje wykonać na tej drodze. Z duszą na ramieniu dojechałam do pewnego, dobrze mi znanego skrzyżowania, na którym znów musiałam skręcić w lewo. Bez kierunkowskazu. I wiecie co? Świadomość usterki mojego pojazdu tak wytrąciła mnie z równowagi, że kompletnie nie wiedziałam, jak mam się zachować na światłach przed skrętem w lewo. Pogubiłam się kompletnie i w końcu cudem bezkolizyjnie przejechałam na czerwonym. Prawie się przeżegnałam, gdy zaparkowałam pod sklepem… Pomyślałam sobie – „Co się ze mną dzieje? Dlaczego zachowałam się jak debil? Jadąc na czerwonym? Prawie że pod prąd?”

Otwarte „okno umysłu”, czyli o tym, jak góral znów mnie przechytrzył…

No nie da się odmówić Spartkowi sprytu i inteligencji ???? To nie jest zwykły góral, to jednak musi być „góral z Zakopanego” (żeby nie było, że mam coś przeciwko, to tylko taki skrót myślowy dla tych, co wiedzą, o co chodzi).

A więc – jestem wciąż, nieustająco dumna z mojego konia. I powiem szczerze – mam w nosie, czy mi się czasem wyrwie. Robi to tak rozważnie i bez cienia złośliwości, a na dodatek – cholernie ostatnimi czasy inteligentnie, że nie da się na niego gniewać! A poza tym – wykazuje całkiem duży, jak na niego, entuzjazm w pracy z ziemi!

vlcsnap-2019-06-14-11h16m31s616

Od dwóch tygodni prawie codziennie serwuję Spartkowi pracę z ziemi. Tak, tak, te jego znienawidzone koła – przejścia, kłusy, galopy, zmiany kierunków. Już nie są takie znienawidzone! Po pierwsze, w te upały i w tym straszliwym zakomarzeniu nie mam sumienia gramolić się na zwierza. Jak wyobrażę sobie jego oblepione komarami brzuszysko i siebie w siodle, która nie jest w stanie sięgnąć tam ręką, by odgonić stado mutantów, to myślę sobie – „Nie! No way!” Zatem pozostaje nam praca z ziemi. Rzecz jasna, przed treningiem obficie polewam konia wszelkiego rodzaju repelentami – cokolwiek jednak bym zapodała, działa i tak średnio piętnaście minut. Tyle więc mamy czasu na rozgrzewkę w stępie i wolniejszym kłusie, a później – chcąc nie chcąc – trzeba uciekać przed owadami żwawszym chodem. Oczywiście, w podziękowaniu za pracę, w przerwach pomiędzy ćwiczeniami, Spartek dostaje nie tylko smakołyki, lecz – przede wszystkim – odganianie owadów. Poluję na nie już niemalże profesjonalnie, zabijam z zimną krwią i śmiem twierdzić, że jestem w tym coraz lepsza! Spartek docenia. Stąd tez nie mamy najmniejszych problemów ze sprowadzeniem konia z pastwiska – niezależnie od tego, czy wyszły właśnie na świeżą trawę, czy stoją przy sianie, przy asfaltówce, gdziekolwiek. Pod wieczór priorytetem dla koni jest pozbycie się, przynajmniej na godzinę-dwie, dokuczliwych komarów. I tu pojawiam się ja. Zwarta i gotowa do pomocy. Hucuł docenia i zazwyczaj z wielką chęcią schodzi na ujeżdżalnię, gdzie – choć początkowo musi trochę popracować, to później będzie miał godzinkę popasu w znośnych warunkach, gdy będę go wciąż pryskać repelentami i odganiać mutanty.

vlcsnap-2019-06-14-11h17m19s664

Wczoraj zawitałam do stajni znacznie wcześniej, niż ostatnio, stwierdziłam bowiem, że nawet upały są lepsze od tego latającego paskudztwa. Tym bardziej, że nadciągała burza, słońce się schowało za czarnymi chmurami i można było wreszcie popracować z koniem w ciągu dnia. Zaprowadziłam go na odgrodzony taśmą najdalszy zakątek ujeżdżalni, gdzie tylko polałam repelentem, wyczyściłam kopytka i zaprosiłam do pracy.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

TAŃCZĄC NA PICADERO, CZYLI SEKRETY PRACY Z KOŃMI KLAUSA FERDINANDA HEMPFLINGA

Sporo ostatnio czytam, rozmyślam, zgłębiam, oglądam, analizuję… i wyciągam wnioski. Rzecz jasna, „czytam rozmyślam” wciąż o koniach. No bo o czymże innym mogę godzinami czytać po angielsku, ze słownikiem w ręku (no dobra, mamy tłumacza google, bardzo mi pomaga:). Wędruję od tematu do tematu, sięgam do zasobów Internetu, by sprawdzić, czy ten czy tamten wspomniany w lekturze mistrz jeździectwa – po pierwsze, jeszcze żyje; po-drugie, czy jest na You-Tubie; po trzecie, czy można się od niego czegoś nauczyć. Oczywiście, pierwsze dwa pytania niejako same się uzupełniają – no bo jeśli żyje, to jest na You-Tubie, i vice versa. Z kolei trzecie pytanie jest już całkowicie bez sensu – przecież od każdego mistrza można się czegoś nauczyć!

Od inżyniera-artysty do trenera

A więc sięgnęłam ostatnio to książek i nagrań Klausa Ferdinanda Hempflinfa. Na szczęście, Pan Hempfling żyje i ma się dobrze, jest tylko o dwadzieścia lat starszy ode mnie, a więc, zdecydowanie można powiedzieć, że jest młodym facetem! Mieszka obecnie w Danii, wciąż pracując z końmi. Trzeba przyznać, że z wiekiem coraz lepiej dancehorse2wygląda. Co ciekawe, swoją przygodę z końmi rozpoczął w wieku 29 lat! Wcześniej – nic a nic o koniach nie wiedział! Z wykształcenia – inżynier telekomunikacji, w duchu – artysta. Tyle tylko, że się interesował postacią konia w mitologii, no i zgłębiał tajemnice zakonów rycerskich Europy średniowiecza. Jednak koński temat coraz bardziej fascynował młodego Klausa i wkrótce powędrował do Pirenejów badać zachowania dzikich koni. Zaczął również studiować tradycyjne hiszpańskie metody układania młodych dzikich koni, a wkrótce – próbować swoich sił w kontaktach z tymi zwierzętami. Myślę, że właśnie dusza artysty, kochająca teatr i wielką sztukę skierowała Hempflinga ku innym, bardziej intuicyjnym metodom porozumiewania się z końmi – za pomocą języka ciała: najdrobniejszych gestów, ruchów, energii, a nawet mimiki…

Ustalenie przywództwa

Od pierwszej chwili kontaktu dzikiego konia z człowiekiem zaczyna się ich wspólny taniec, podczas którego są ustalane relacje przywództwa (dominacji) i zaufania. Poprzez kontrolę ruchów konia i komunikację ze zwierzęciem za pomocą sygnałów ciała człowiek ustawia się w pozycji dominującego partnera, zdobywając przy tym całkowite zaufanie podległego mu odtąd osobnika. Pierwsze spotkanie decyduje o całej dalszej wspólnej drodze konia i jego jeźdźca. Równie ważne jest pierwsze założenie koniowi kantara i jego pierwsze prowadzenie.  Te wszystkie początkowe elementy mają być perfekcyjnie przygotowane, przemyślane i bezbłędnie wykonane. Jeśli coś pójdzie nie tak, straty w relacjach pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem mogą być nie do odrobienia! Rzecz jasna, szczególna waga, jaką Hempfling przypisuje umiejętności podążania konia za prowadzącym go człowiekiem, od razu przykuła moją uwagę. Jak stwierdza trener, jeśli nie zostanie opanowana podczas pierwszych kontaktów z koniem, później ciężko jest do tego wrócić i zacząć wszystko od nowa. Koń, który nie podąża za prowadzącym go człowiekiem, nie uznaje go za lidera, przywódcę, dominującego partnera. No cóż, nie muszę wierzyć Hempflingowi na słowo – o tym przekonałam się na własnej skórze…

Koło czy kwadrat? Oto jest pytanie…

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

„WYMIESZANE UCZUCIA”, CZYLI O HUCULSKICH MEDYTACJACH W TRUDNYCH SYTUACJACH…

Kto pędził do stajni, niczym wariat, by czym prędzej zobaczyć swojego konia po dziesięciodniowej rozłące? Kto po drodze wyobrażał sobie piękne, wzruszające sceny powitania, z końskim rżeniem w tle? Kto uśmiechał się na samą myśl, że koń, jak tylko cię zobaczy, natychmiast zacznie dreptać w twoją stronę, by nadstawić łeb do głaskania, wtulić się i opowiedzieć o wszystkim, co zdarzyło się w stajni podczas twojej nieobecności? Rzecz jasna, są to pytania retoryczne… Wiadomo, że mowa o mnie… A jaka była rzeczywistość?

Otóż, od kilku dni konie stały na nowym, obfitującym w trawę padoku. Wspaniale. Cieszyłam się, że podczas mojej nieobecności Spartek ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Kasia od Asiulka przesyłała mi regularnie zdjęcia i filmiki, na których podziwiałam mojego rumaka, gdy chrapał o świcie w boksie, gdy wcinał świeżą trawę czy bawił się z kumplami. Jednym słowem, byłam na bieżąco, za co Kasi ogromnie dziękuję. Zatem jak tylko wróciłam do Warszawy, następnego dnia cała w skowronkach pognałam do stajni. Wjeżdżając na drogę, ciągnącą się wzdłuż nowego padoku, od razu wypatrzyłam Spartka w towarzystwie Czesia i Zahiry. Doszły mnie bowiem plotki, że Zahira wpadła Spartkowi i Aśkowi w oko, więc pod moją nieobecność nasza banda nieco się powiększyła. Zatrzymałam się na wysokości naszych rumaków, uchyliłam okno w samochodzie i zawołałam Spartana. Uniósł łeb znad trawy, spojrzał na mnie i wrócił do swoich zajęć. Nic. Nie zrobił nawet pół kroku w moją stronę. Za to Czesław natychmiast przybiegł do ogrodzenia. Powitałam do serdecznie i powiedziałam, że zaraz do nich przyjdę, co też zrobiłam po paru minutach. No cóż… Ponieważ całe stado pasło się pod samą asfaltówką, czyli jakieś pięćset metrów od wejścia na padok, Spartek miał mnóstwo czasu, by jednak zauważyć, że idę w jego stronę. Ten typ ma jednak nerwy ze stali, a serce z kamienia, więc do ostatniej chwili udawał, że mnie nie widzi. Ani razu nawet nie spojrzał w moją stronę, obsesyjnie zrywając kolejne kępki trawy. 61119332_663886510722115_1053403019254693888_nCzesiu zaś, moje kudłate słoneczko, niemalże biegiem ruszył do mnie od razu, jak tylko ujrzał mnie  na horyzoncie. Przyleciał cały rozanielony i – jak nie on – wtulił we mnie swój łeb i nadstawił się do głaskania. Zazwyczaj nie lubi zbytniego spoufalania się i tych wszystkich dziewczyńskich przytulasków. Tym razem widać było, że naprawdę się cieszy z mojej obecności i pokazuje to na wszelkie znane mu sposoby. No cóż, musiałam zadowolić się Cześkowym powitaniem. Spartek, choć w ostatnim momencie, gdy byłam już jakieś dwadzieścia metrów od niego, łaskawie ruszył w moją stronę, jednak żadnych dobrze mi znanych powitalnych odgłosów nie było. Żadnego powitalnego chrumkania – zero emocji. Nie chcę twierdzić, że był na mnie obrażony, ale ewidentnie coś było nie tak. I co się dziwić? Dziesięć dni? Gdy przedtem widywaliśmy się prawie codziennie? No cóż, najwyraźniej przegięłam… I miałam za swoje.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

„GANG SŁODZIAKÓW” KONTRA RESZTA STADA, CZYLI O TYM, JAK ZNALEŹĆ SWOJE MIEJSCE POD SŁOŃCEM…

Będąc w stajni prawie codziennie, nie sposób nie zauważyć, jak skomplikowane gry strategiczne toczą się każdego dnia w naszym olszewickim stadzie, liczącym około dwudziestu koni. Stado mamy bardzo różnorodne, składające się z klaczy i wałachów, starszych i młodszych, więc – można powiedzieć śmiało – „dzieje się”!

Jeśli chodzi o wewnętrzne ugrupowania, z grubsza olszewnickie stado dzieli się na „starą gwardię”, czyli grupkę wałachów w wieku 20+, parę przyjaciółek Fonika i Zahira, „gang słodziaków”, czyli Iland, Pippi, Homili i ostatnio – Empir, trójcę Asiek + Spartek + osioł Czesiek oraz tzw. „konie niezrzeszone”, chodzące własnymi ścieżkami…

Nie tak słodko, jak myślisz…

Mówiąc o „gangu słodziaków”, rzecz jasna, próbuję trochę zaczarować rzeczywistość… Prawda jest bowiem taka, że od dawna rządzą w naszym stadzie dostępem do wody i innych dóbr podstawowych… Rządzą żelazną ręką, niesprawiedliwie i bezwzględnie. Nie są to mądre rządy, lecz rozdawane na prawo i lewo kopniaki i ugryzienia, wedle własnego widzimisię. Władzę wykonawczą sprawuje Iland, podjudzany co chwilę przez jego „baby”, czyli Pippi i Homili. Ale przede wszystkim Pippi, której wściekłą minę widać najczęściej na każdym zdjęciu.

No ma dziewczyna charakterek, nie da się ukryć… Zdaje się, że ma permanentnego focha, a gdy którykolwiek koń zbliża się do gangu, jako pierwsza kładzie uszy, zaczyna machać łbem, odgania „intruza”, ale – przede wszystkim – natychmiast „uruchamia” Ilanda, stojącego na czele gangu. Cóż Ilandowi pozostaje, gdy jest perfidnie podjudzany przez jedną ze swoich „dziewczyn”. Iland wówczas atakuje. Najwyraźniej cała banda stanowi zagrożenie dla stada wyłącznie gdy jest w komplecie. Wystarczy, że Ilanda zabiera się na trening, a Pippi i Homili, oprócz machania łbem i robienia groźnych min, niewiele zdziałają. Ich czatowanie przy bramce czy wodopoju jest przez większość koni „olewana”, wiedzą już bowiem, że brakuje „organu wykonawczego”. Z kolei gdy sam Iland jest w towarzystwie na przykład Aśka i Spartka, również zachowuje się poprawnie. Nigdy nie próbował zaatakować mojego konia, choć Spartek i tak woli mu ustąpić, nie raz bowiem wcześniej od niego oberwał. Tak że najwyraźniej o sile „gangu słodziaków” decyduje ich wspólnota… Od niedawna o członkostwo w gangu stara się Empir – rosły wałach w średnim wieku, który ewidentnie zaczyna rywalizować z Ilandem o względy jego „dziewczyn”. Robi to jednak po-swojemu, nie wchodząc w otwarty konflikt, tylko próbując udowodnić zbójom, że jego pomoc na pewno im się przyda. Że nie zawiedzie. Że potrafi dorównać im w złośliwości i okrucieństwie. I choć wcale mu z tym nie do twarzy, bo to wyjątkowo miły koń, to jednak, jak widać, zło go próbuje złapać w swoje sidła…DSCN1439

Niedobrze… No chyba że Empirowi jakimś cudem uda się „obalić” Ilasia i wprowadzić nowe zasady funkcjonowania grupy…  Jak się w tym wszystkim odnajduje Spartek? Bo to mnie, rzecz jasna, interesuje najbardziej. No to już opowiadam.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

GŁOS WOŁAJĄCEGO NA PUSTYNI, CZYLI SPRZECZNE EMOCJE I MAŁY HUCULSKI KALKULATOREK…

Nadeszła kolejna wiosna, co – jak wiecie – w naszym przypadku zawsze zwiastowało pojawienie się kłopotów… Przede wszystkim, kłopotów ze sprowadzeniem Spartka z padoku. Rokrocznie przegrywałam z pierwszą nieśmiałą trawką, z pasącym się w najdalszej części łąki stadem, ze Spartkowym narowem i jego wrodzonym i przez lata praktykowanym lenistwem… Ilość smakołyków, jakie zawsze miałam przy sobie w mojej „magicznej torebeczce”, nie miała większego znaczenia. Mogłam nagradzać konia co kilka kroków przy moim ramieniu, ale gdy uznawał, że odległość od reszty koni przekroczyła granice, przez niego akceptowalne, robił w tył zwrot i wracał do stada. Ale o tym już wiecie, Drodzy Przyjaciele Spartana. portret_spacerPięć wiosennych sezonów, jakie mamy za sobą, nauczyły mnie umiarkowanego optymizmu i wielkiej powściągliwości w planowaniu naszych treningów. W tym roku obchodzimy naszą szóstą wspólną wiosnę… I – odpukać w niemalowane – na razie wygląda na to, że w moich relacjach z hucułem zaszły ogromne zmiany! I nie spieszyłabym się z opowiadaniem Wam o tym, gdyby nie historia, jaka wczoraj nam się wydarzyła. Niby nic wielkiego, ale wczoraj podczas sprowadzania Spartana z najodleglejszej części pastwiska, spod samej asfaltówki, gdzie została reszta stada, miałam okazję obserwować wewnętrzną walkę, jaką stoczył mój hucuł. To było tak niezwykłe… Naprawdę żałuję, że nie miałam możliwości nagrania całej sytuacji. Z drugiej strony, „odpalanie” komórki, nagrywanie i te wszystkie moje dodatkowe ruchy mogłyby kompletnie zmienić przebieg zdarzenia, więc może to i dobrze. Dlatego też chcę to jak najdokładniej opisać, by nie umknął mi żaden szczegół… By kiedyś, gdy będziemy ze Spartkiem na emeryturze, a nasz blog wciąż będzie istniał, zajrzeć tu i powspominać, jakie to dziwne rzeczy mieliśmy okazję razem przeżyć.

A więc wczoraj przytargałam na ujeżdżalnię cały nasz ekwipunek, rozstawiłam pachołki, pokrzątałam się chwilę, obserwując pasące się daaaaaaleko konie, powzdychałam, ponarzekałam na swój los, stoczyłam wewnętrzny dialog („Iść czy nie iść po konia? Przecież jest bardzo daleko… I mają tam trochę trawy… I jak bardzo nie chciałabym się rozczarować, gdy znów wybierze nie mnie… Oj oj oj, co to będzie… Ufff… jednak trzeba dać nam szansę… Idę…”), wzięłam kantar i długa linę, odpaliłam Endomondo i poszłam po Spartka.

Część dalsza historii w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

KONIE SĄ PŁOCHLIWE, LECZ NIGDY ZŁOŚLIWE!

Byłyśmy wczoraj świadkami bardzo nieprzyjemnego incydentu, do jakiego doszło na drodze tuż za ogrodzeniem padoków przy naszej stajni. Mężczyzna z chłopcem, obydwoje na motorach wjechali na drogę na pełnej prędkości, a gdy właścicielka stajni zwróciła im uwagę, w ramach zemsty za przymusowe zatrzymanie mężczyzna kazał dzieciakowi, by ten kilkakrotnie przejechał na maksymelnej prędkości całą drogę, z nawrotką na końcu – tam i z powtorem. Trójka naszych koni – Asiek, Spartek i Iland podjadało trawę na otwartej ujeżdżalni, reszta stada pasła się za ogrodzeniem. Gdy motory z rykiem mknęły tuż przy padoku, większość koni zaczęła nerwowo galopować. Niepokój w stadzie udzielił się i naszym rumakom. Wiedząc, że najlepszym rozwiązaniem będzie zachowanie spokoju, udało nam się nie zerwać i nie pognać natychmiast do faceta, choć parę mocnych słów cisnęło nam się na usta. Dlaczego? Why? Почему? Warum? i wreszcie – Pourquoi?

konie i motocykle

W jakim języku należy wytłumaczyć takiemu osobnikowi, że miejsce na tej naszej ogromnej planecie, a nawet w najbliższej okolicy, a nawet w tej wiosce, gdzie znajduje się stajnia, znajdzie się dla każdego – zarówno dla motorów, jak i dla koni – pod warunkiem, że będziemy traktować się z szacunkiem i brać czasem pod uwagę dobro innych żyjących istot? Jak, no powiedzcie mi proszę JAK – w ramach zemsty za zwrócenie uwagi – można narazić konie na stres, a potencjalnie – na niebezpieczeństwo? Kim trzeba być, żeby wysłać swoje dziecko z taką misją?

Tak, konie są istotami płochliwymi. Ale złośliwość zdecydowanie jest domeną wyłącznie naszego gatunku. Jeśli ktoś urodził się złośliwy, niestety – obawiam się, że nie pomogą tu żadne dyskusje i argumenty. Jak takie coś zwalczać? Czy nie wchodzić im po prostu w drogę, obawiając się o zdrowie i bezpieczeństwo tychże koni? Bo jeśli człowiek ma takie podejście do świata i do innych – kimkolwiek są, ludźmi czy końmi – to przecież w ramach kolejnej odpowiedzi może sięgnąć po jeszcze groźniejszą broń. I przy stajni o to nie trudno. Więc – jak? Siedzieć cicho i modlić się, by jak najrzadziej spotykać takie osoby?

Część dalsza historii w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Jak przerwać błędne koło, czyli o wielkich małych rzeczach…

Od Tłustoczwartkowego Spartkowego wpisu minęło już trochę, postanowiłam więc, że podzielę się z Wami, moi Drodzy Przyjaciele Spartana, co nam się przez ten czas przydarzyło… Niestety lub stety, spektakularnych wpadek i mrożących krew w żyłach opowieści tym razem nie będzie. Za to będą relacje z codziennej pracy i kilka wniosków, jakie wyciągnęłam po ostatnich naszych treningach.

Jak pamiętacie, pytałam Was ostatnio, na którym ze zdjęć moja huculszczyzna wygląda najokazalej – Tłusty Spartek na Tłusty Czwartek  Zdania były podzielone, z czego wywniosłowałam, że co roku po zimie wygląda „dobrze”, by nie powiedzieć „za dobrze”. Postanowiłam więc zabrać się za odchudzanie Spartana za pomocą pracy, bo – jak wiemy – „praca uszlachetnia”. A chciałabym, by mój koń rasy prymitywnej nabrał nieco szlachetności… Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Przynajmniej w pierwszych bodajże dwóch tygodniach po Tłustym Czwartku udawało mi się przyjeżdżać do stajni regularnie i zabierać go do pracy. Jak wiecie, od dawna „lawiruję” w naszych treningach tak, by moje wymagania wobec konia nie spowodowały w nim zmiany nastawienia wobec naszej współpracy, nad którym przez lata pracowałam. Gdybym nie miała z tyłu głowy tych obaw, z pewnością zwiększałabym stopniowo zarówno dawkę ruchu, jak i oczekiwania wobec precyzji wykonywania chociażby najprostszych ćwiczeń. Tak powinno się robić, chcąc stopniowo iść w treningu konia do przodu. Doświadczenie jednak nauczyło mnie, że w momencie, gdy zaczynam wymagać od konia więcej, a jemu ani się śni więcej pracować, i to w dodatku na moich zasadach, kończą sie nasze radosne witania na padoku. W zasadzie, to kończą się jakiekolwiek witania, o radosnych już nie wspominając. Tak było co roku. Dodatkowo – pojawienie się pierwszej nieśmiałej trawki nie ułatwiało mi zadania. Sześć sezonów, rozgrywających się wobec tego samego scenariusza, naprawdę nauczą ostrożności każdego. Nawet mnie. Dlatego właśnie w tym roku, kiedy postanowiłam popracować nad kondycją Spartana, miałam dylemat. Z jednej strony – mam konia niechętnego do ruchu i do pracy, lecz bardzo chętnie schodzącego ze mną z padoku. Jak dla nas to już naprawdę wiele! Na fb często dzieliłam się z Wami na bieżąco filmikami, jak to moje koniosły idą tuż pod bramkę od razu, gdy zobaczą, że szykuję się do sprowadzenia Spartka. Bardzo często ruch w moją stronę inicjował osioł Czesiu, Spartkowy przyjaciel i naszy „mały Amorek”… Wygląda to zawsze przeuroczo, lecz prawda jest taka, że nawet gdy Czesław nie planuje ułatwiać mi życia, prowadząc Spartka do bramki, mój koń i tak po chwili sam rusza do wyjścia, lawirując między końmi, szukając najkrótszej, lecz bezpiecznej drogi do mnie. A pewnego dnia, zaczepiany przez Cześka do zabawy w momencie, gdy ja akurat przyszłam po niego, Spartek stanowczo odsunął druha, by nie powiedzieć odgonił, i nadstawił mi łeb do założenia kantara. Pójście ze mną na ujeżdżąlnię od jakiegoś czasu sprawia mu radość. Że ja jestem tym stanem rzeczy zachwycona – nawet nie wpominam. Cieszę się wciąż jak dziecko.

Tymczasem respekt wobec mojej osoby przy pracy z ziemi zdecydowanie nam kuleje… Z siodła nie idzie najgorzej, i chyba nawet oboje bardziej lubimy pracę z siodła, niż z ziemi, gdy ja ostatnio coraz gorzej sobie radziłam. Trochę się to wszystko psuło od jakiegoś czasu, a Spartek – jak to on – gdy odkrył sposób na lżejszą pracę, przy każdym kolejnym treningu, zdaje się, postanowił wręcz doskonalić sposoby na to, by ostatecznie pogrążyć moją osobę.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Feministki, korpo, Da Vinci i inne wariactwa, czyli znów nie o Spartku…

A więc kontynuując przerwaną historię, którą można poczytać tutaj CO MA PIERNIK DO WIATRAKA, CZYLI DLACZEGO MUSIAŁAM TRAFIĆ NA SPARTKA?

Jesienny Poznań powitał mnie pogodą iście petersburską, czyli – szary, przygnębiający deszcz z nisko zwisających nad miastem, ciężkich betonowych chmur.  Tak też wyglądały moje pierwsze dni w tym, jak się dopiero później okazało, całkiem przyjaznym mieście. Gdy pod wieczór wreszcie dotoczyłam się do swojego akademika, mieszczącego się prawie na obrzeżach Poznania i zmęczona usiadłam na tapczanie, zobaczyłam, jak spod łóżka pewnym krokiem wymaszerował dorodny karaluch. Byłam załamana. Gotowa byłam znieść wszystko – plagę myszy, szczurów, pająków czy nawet węży, ale karaluchy? Poddałam się bez walki. Jak się później okazało, udając się do wspólnej kuchni, która mieściła się na naszym piętrze, warto było zaopatrzyć się w miotłę, by tuż po włączeniu światła uderzyć nią w podłogę kilka razy, co umożliwiało bezkolizyjne dojście do kuchenek… Uderzenia w podłogę rozpędzały insekty i dawało możliwość, że tak powiem, suchą stopą zrobić te kilka kroków. Horror? Niby tak, ale jak się wkrótce przekonałam, do wszystkiego można się przyzwyczaić. A więc i do karaluchów też. Mało sympatyczny na pierwszy rzut oka dom studencki i hotel robotniczy w jednym, wkrótce stał się bliski mojemu sercu, i to z wielu powodów. Po pierwsze, w odległości mniej więcej dwóch kilometrów, w pobliżu jeziora Malta mieściło się piękne poznańskie Nowe Zoo – ogromne przestrzenie prawie wolno żyjących zwierząt. Od razu wykupiłam karnet miesięczny i nawet kilka razy w tygodniu wybierałam się tam na rolkach, pędząc pustymi alejkami pomiędzy stadami pasących się żubrów, zebr i antylop. Moimi ulubienicami były, rzecz jasna, wydry – Lutra Lutra. Mogłam je obserwować godzinami, jak bawiły się, pluskając się w wodzie, pływały na plecach, trzymając w łapach większą czy mniejszą rybę, wyskakiwały z wody, by zerknąć, kto tam zwisa nad ich wolierą i wyciąga do nich swoje niezdarne ręce. Wszystkie wolne popołudnia, już o weekendach nie wspominając spędzałam podziwiając atrakcje poznańskiego ZOO, podczas gdy moi koledzy i koleżanki ze studiów polonistycznych przesiadywali w czytelniach, zgłębiając polską literaturę średniowiecza… Oczywiście, też musiałam „przerabiać” ogromną ilość lektur, miałam jednak też swoją odskocznię, i to powodowało, że niewątpliwie byłam odmieńcem. O tym, że przy okazji obcokrajowcem, jedynym wówczas na studiach polonistycznych w Poznaniu, już nawet nie wspominam. Drugą rzeczą, jaka sprawiła, że akademik na Nieszawskiej wkrótce stał się dla mnie prawdziwym drugim domem, było to, że nasze odludzie przyciągało naprawdę niezwykłe osobowości. Jeśli ktoś nie czuł klimatu Nieszawskiej, czym prędzej składał podanie do Rektoratu o zmianę akademika – by być bliżej centrum, uczelni czy czegoś tam jeszcze. Jeśli zaś człowiek odnajdywał się w tym dziwnym miejscu, zostawał tu zazwyczaj przez cały czas studiów, czyli przez pięć, a nieraz i więcej lat. Zależy, jak komu szło. W ten sposób mieszkańcy Nieszawskiej stanowili grupę naprawdę niebanalnych osobowości. Takich jak ja polonistów nie było prawie wcale – zazwyczaj uciekali w popłochu po bliższym poznaniu warunków u nas panujących. Zostali za to – pamiętam ich do dziś – Biseptol – chłopak studiujący jakiś nieokreślony kierunek, wiecznie poszukujący, niespokojny duch, który raz na jakiś czas wyrzucał przez okno swojego pokoju kolejny telewizor. Wielokrotnie podejmowaliśmy z nim negocjacje, dotyczące tego zachowania – gest protestu, sprzeciw wobec rzeczywistości, przedstawianej przez media, powrót do natury – pal licho, co nim powodowało! Próbowaliśmy go przekonać, by niepotrzebny sprzęt oddawał nam w użytkowanie. Wszak salka telewizyjna – jedna na cały dziesięciopiętrowy akademik wieczorami pękała w szwach, a większość czasu, zamiast oglądać coś konkretnego, sprzeczaliśmy się o wybór kanału! Jedni chcieli Beverly Hills, inni – wiadomości, a jeszcze ktoś – mecz piłki nożnej. Przy jednym telewizorze i kilkudziesięciu chętnych do obejrzenia czegoś konkretnego rzadko udawało nam się dojść do porozumienia. W tym samym czasie Biseptol rozrzucał telewizory na prawo i na lewo… No cóż, za to – mimo iż nie był moim przyjacielem ani nawet bliskim znajomym – pamiętam go do dziś. Jak również Sajgona – olbrzyma o długich indiańskich włosach i tak samo egzotycznej urodzie. Dziwaka. Studiującego, rzecz jasna, bliżej nieokreślony kierunek. Poszukującego. Tak… To miejsce przyciągało osobowości w typie „wiecznego studenta”. Jakim cudem udawało mi się bez problemu zdawać kolejne egzaminy i z powodzeniem przechodzić na kolejny rok studiów? Ot, zagadka…

Część dalsza historii w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

 

Tłusty Spartek na Tłusty Czwartek

Jako że dziś wszyscy obchodzimy Tłusty Czwartek, co oznacza, że jedzenie ponad miarę jest nie tylko usprawiedliwione, a poniekąd nawet mile widziane, postanowiłam, że mam wyjątkową okazję, by przyznać się przed samym sobą i całym światem, że trochę nam się w zimie przytyło… Zauważają to wszyscy bywalcy naszej stajni, i – co więcej – nie mogą się powstrzymać od komentarzy… Spartek pozostaje wobec tych insynuacji – że niby w którym to jest miesiącu i kiedy „się okoci” – niewzruszony, zaś ja tradycyjnie biorę sobie te słowa do serca. I chudnę ???? A on tyje… Że niby zasada działania naczyń połączonych – powiadacie? Możliwe… Tak czy inaczej zabieramy się do pracy.

tłusty spartek

A wiecie, co to oznacza? Że będę wkładać coraz więcej wysiłku w nasze treningi, wymagając od Spartka wykazania się chociaż odrobinę większego entuzjazmu wobec pracy. Ot, na przykład dzień wczorajszy. Pogoda piękna, podłoże bez zarzutu, czasu – wystarczająco, by popracować trochę z ziemi i po raz pierwszy od jesieni również z siodła. Przyniosłam na ujeżdżalnię cały ekwipunek (jakieś 200 kalorii poszło), i udałam się na padok po konia. Spartek z zainteresowaniem oglądał moje krążenie w te i we wte, stojąc obok Cześka w narożniku pod samym lasem. Zdaje się, że się naradzali. „Coś twoja pańcia za dużo tego targa, nie sądzisz?” – zastanawiał się Czesław. „A, daj spokój. Aż żal patrzeć, robi już trzecie okrążenie”. – „Chyba nie zamierzasz dziś schodzić z padoku? Bo widzę, że i siodło przytargała!” – denerwował się dalej Czesiek. – „No widzę… Oj, zgubiła po drodze wodze. Co za niezdara…”. Widziałam z daleka, jak spoglądają na siebie i na mnie, opracowując strategię działania wobec zaistniałych okoliczności. Gdy zawiesiłam siodło na przeszkodzie i otarłam pot z czoła, z trudem schyliłam się po linę i kantar, leżące na ziemi (bo po drodze coś mnie zaczęło pobolewać w plecach), spojrzałam w stronę Spartka. Jakież było moje zdziwienie, że ujrzawszy moje starania, a nade wszystko – chyba siodło, które tak dawno do niczego nam się nie przydawało – hucuł ruszył w kierunku bramki. „Idę, Czesiu, napracowała się kobita..” – „No to se idź… Głupi jesteś i tyle” – rzucił Czesiu na odchodne i podreptał zaczepiać Bastka. Spartan kroczył w moją stronę. „Wcale nie jestem głupi – myślał – To, że z nią zejdę na ujeżdżalnię, wcale nie oznacza, że zamierzam się napracować”.

tłusty spartek zima zeszłego roku

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

CO MA PIERNIK DO WIATRAKA, CZYLI DLACZEGO MUSIAŁAM TRAFIĆ NA SPARTKA?

Temat tego wpisu narodził się w mojej głowie dziś rano, kiedy przeczytałam na „jednym z portali społecznościowych” opinię Czytelnika – Pana Adama – o Spartkowych opowieściach… Opinię bardzo nam przychylną, co zawsze autora cieszy, i jednocześnie stawiającą pytanie: co nam daje los, gdy podsuwa nie takiego konia, jakiego chcemy, a takiego jakiego potrzebujemy. Myśl tę, usłyszaną niegdyś od naszej trenerki Kasi Ściborowskiej, przemyciłam gdzieś w moich Spartkowych opowieściach i, jak widać, utkwiła ona głęboko w sercu Czytelników, bowiem niejedna osoba wspominała mi już o niej w rozmowach czy dyskusjach o książce. Opowiem więc o tym, co mi dał los, stawiając na mojej drodze właśnie Spartana. Sądzę bowiem, że ktoś, kto rozdaje karty – nazwijmy to w ten sposób – długo przebierał w możliwościach podsunięcia mi tego czy innego rumaka. Jeśli brać pod uwagę ilość ofert sprzedaży koni, jakie przeglądałam na przestrzeni kilku lat, odkąd pomysł o zakupie konia zaczął chodzić mi po głowie, to były ich tysiące. I z pewnością większość z nich dałaby mi ogrom satysfakcji z wspólnej pracy, pomogłaby zgłębić tajniki sztuki jeździeckiej, być może – nauczyć się znacznie więcej pod względem technicznym, niż umiem w tej chwili. Nie dałaby mi jednak tego najważniejszego, co przyszykował dla mnie los w postaci mojego uroczego hucuła. Ale po kolei. By wyjaśnić, jak bardzo rozsądnie i zarazem sprytnie ktoś pokierował naszymi losami, muszę sięgnąć lat głębokiego dzieciństwa. Rzecz jasna, mojego, bo lat dzieciństwa Spartana niegdyś sięgnęłam i okazało się, że nie było ono „sielskie anielskie”. Moje pewnie też nie, za to było ciekawe.

Odkąd skończyłam lat bodajże dwanaście, może trzynaście, zaczęłam marzyć o możliwości podjęcia pracy zarobkowej. Jak już pisałam w książce, radziecka szkoła podstawowa stwarzała takie możliwości, wysyłając nas raz w tygodniu na praktyki zawodowe, podczas których mogliśmy zgłębić tajniki zawodu cukiernika, księgarza, krawcowej, maszynistki – czego dusza zapragnie. Przyuczenie do zawodu przewidziano jednak od ósmej klasy, musiałam więc jeszcze ze dwa lata poczekać. A czekanie nie było moją mocną stroną. I mimo że kodeks pracy zabraniał zatrudnienia dzieci poniżej czternastego roku życia, pamiętam, jak ubłagałyśmy dyrektorkę dużego sklepu spożywczego, noszącego dumną nazwę „generalski” i mieszczącego się na roku Newskiego i Małej Morskiej, by przyjęła nas wraz z koleżanką do pracy, na pół etatu. Czyli każdej po pół. Oczywiście, naszym głównym zadaniem była „konserwacja powierzchni płaskich”. Sklep był, jak na tamte czasy, duży – jakieś 400-500 metrów kwadratowych pięknych podłóg z szaro-białego marmuru. To było nasze pole działania. Codziennie wieczorem, tuż po zamknięciu sklepu dla kupujących, udawałyśmy się do Generalskiego i dwie-trzy godziny ślizgałyśmy się na mokrych szmatach po pięknych marmurowych posadzkach. Gdy, jak nam się wydawało, podłogi lśniły czystością, zmęczone i zadowolone wychodziłyśmy na puste szerokie ulice miasta i szłyśmy na spacer, snując plany na przyszłość. Najczęściej – najbliższą, czyli na „tuż po wypłacie”…

Ciąg dalszy historii w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Nie owijajmy kota w bawełnę, lepiej być nie będzie…

 

Przez ostatnie dwa miesiące w stajni bywałam naprawdę rzadko…  Ta nieregularność naszych spotkań sprawiła, że relacje ze Spartkiem przybrały kształt iście dramaturgiczny  – od tęsknoty i oczekiwania z jego strony na początku, poprzez bunt i niechęć do jakichkolwiek kontaktów ze mną po paru tygodniach i aż po wybaczenie i ponowne łaskawe spojrzenie w moją stronę…

Tak, tak, zdaje się, że konie też potrafią „obrażać się”, jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało. Późną jesienią, gdy bywałam w stajni regularnie i pracowałam ze Spartkiem przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu, koń od wczesnego popołudnia wyczekiwał mnie przy bramce. Wiedząc o tym, jak mogłam nie pędzić do stajni, gdzie Spartek z Cześkiem ramię w ramię (albo raczej – łopatka w łopatkę?) stali tuż za bramką, wypatrując mnie, zmierzającej w ich kierunku z całym ekwipunkiem.

Niestety, później zaczęłam bywać w stajni znacznie rzadziej. Przez parę dni – jak mówiły mi koleżanki – moje koniosły jeszcze na mnie czekały, aż im się znudziło. No bo ileż można w końcu czekać? Łaski bez, jak to się mówi.

Tak więc gdy zawitałam do stajni po bodajże dwóch tygodniach nieobecności, w naprawdę podłym nastroju, i – naiwna – myślałam, że spędzenie godzinki-dwóch w towarzystwie mojego rumaka poprawi mi humor, gorzko się rozczarowałam. Zmierzając w kierunku padoku, już z daleka głośno powitałam Spartka, na co on – stojąc wśród koni z dala od bramki – ledwo spojrzał w moją stronę. To było zerknięcie dosłownie na ułamek sekundy. Po czym koń się odwrócił i wrócił do swoich zajęć, a tego dnia całe stado wyjadało resztki jesiennej trawy w lewym narożniku łąki, tuż pod lasem. „Ok, nie wita mnie jakoś entuzjastycznie, trudno – pomyślałam. – Zaraz wezmę go na ujeżdżalnię, wyczyszczę brudasa, poczęstuję jabłkiem i miło spędzimy ten czas, a ja opowiem Spartkowi o moich zmartwieniach”… Mój błąd w rozumowaniu polegał na tym, że naiwnie sądziłam, iż Spartek – mimo że miał prawo czuć się opuszczony – wykaże chociaż odrobinę współczucia, zrozumienia, czy wreszcie – zwykłego przywiązania – i ucieszy się z możliwości spędzenia ze mną paru chwil. Głupia, nierozumna ja… Jeśli myślałam, że znajdę w Spartanie wsparcie i zrozumienie, to srodze się pomyliłam.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Podcast 1: „Leningradzka Stajenka Muzyczna”

Drodzy Przyjaciele Spartana!

Święta to czas przyjemności bycia z najbliższymi, a że jesteście niewątpliwie częścią naszej Spartańskiej społeczności, postanowiliśmy z Mateuszem zawitać do Waszych domów właśnie dziś, kiedy wypoczywając po dwóch dniach intensywnego świętowania, być może zajrzycie na bloga, a tu – niespodzianka!

Tym razem zapraszamy do wysłuchania podcastu, jaki przygotowaliśmy z Mateuszem, a poświęcony jest – uwaga – Rosyjskiej twórczości muzycznej dla Koniarzy!

Kilka dobrych rosyjskich kawałków, trochę gadania między kolejnymi piosenkami, ot, i cały podcast 🙂 Mam nadzieję, że Wam się spodoba…

Tak przy Świętach, dla odmiany, bo ileż można pisać o Spartku i jego wychowaniu 🙂

W naszym podcaście usłyszycie następujące utwory rosyjskich wykonawców:

Nikołaj Rastorguev i zespół Lube – „Koń

Boris Grebenshikov i zespół Akvarium – „Bielaja loshad’

Boris Grebenshikov i zespół Akvarium – „Koni bespredela”

Garik Sukachev – „Jechali kazaki”

Garik Sukachev – „Ej, jamshchik!”

Chizh i Ko – „Koń moj voronoj”

Nautilus Pompilius – „Koń”

Najk Borzov – Loshadka

Podcastu możecie posłuchać pod tym linkiem – serdecznie zapraszamy!

Kliknij, by posłuchać lub pobrać podcast „Leningradzka stajenka muzyczna”

Jeśli chcesz tylko posłuchać, bez pobierania, kliknij w strzałkę poniżej:

 

okladka_podcast1

Czy rudy koń może mieć czarne nogi? A osiem nóg?

 Czyli o niepotrzebnych emocjach w pracy z końmi

Wczoraj straszliwie się pokłóciłam ze Spartkiem… O mało nie doszło do rękoczynów… Z czego nie jestem dumna. A było tak. W piątek i sobotę nie mogłam dotrzeć do stajni, więc koń miał wolne. Nie wiem, czy tęsknił czy też docenił parę dni wolnego. Fakt faktem, że w niedzielę, gdy zjawiłam się w stajni z Mateuszem i kamerą, by nagrać losowanie nagrody w konkursie na ulubiony cytat z książki Spartańskie Wychowanie, czyli Dlaczego Pat Parelli ma wąsy, koń się ucieszył. Ucieszył się jeszcze bardziej, gdy się okazało, że cała jego praca danego dnia polega na wybraniu jednego z pięciu jabłek ponumerowanych od 1 do 5, po czym zjedzeniu całej reszty… Nagrywaliśmy też jego radosne chrumkanie, cmokanie i mlaskanie w trakcie spożywania nagród, więc mówiąc szczerze – nie napracował się chłopak, zato się najadł. No i komuś najwyraźniej woda sodowa do głowy uderzyła. Gdy po niedzielnym leniuchowaniu i obżeraniu się, w poniedziałek zabrałam Spartka z padoku i po wyczyszczeniu zaprosiłam do pracy na linie, pierwsze, co zrobił mój koń, to wielkie oczy… „Słucham????” – wyczytałam w jego spojrzeniu. – „No chyba Ci się coś, pańcia, pomyliło”… I dał dyla. Czyli – tradycyjnie, wyrwał się i pociągnął mnie za sobą przez ponad pół ujeżdżalni. Jak wiecie, nauczyłam się w międzyczasie bardzo szybko przebierać nóżkami, więc tradycyjnie uczepiłam się końcówki liny jak rzep psiego ogona i gnałam za nim aż do skutku. Pech chciał, by w tym samym czasie na ujeżdżalni pracowali Lech i Ola… No cóż… Tym razem miałam świadków mojej „moralnej klęski”, co wcale nie dodało mi animuszu. Gdy zatrzymaliśmy się ze Spartkiem tuż przed stępującymi jeźdźcami, powiedziałam tylko „Sorry” i zaprowadziłam konia z powrotem na naszej miejsce pracy. Trochę udało nam się popracować w kłusie i w galopie w lewo, lecz gdy doszło do odesłania Spartka na koło w prawo, zaczęły się kłopoty.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

„Sum-czums”, pół kilo bocianów i inne historie, czyli nie tylko hucuły zaliczają wpadki…

Tyle już pisałam o tym, że ciągle zdarzają się głupie wpadki z udziałem głównego bohatera moich opowieści. Będę jednak szczera, i powiem Wam, moi Drodzy Czytelnicy, że głupkowate historie zdarzały się w moim życiu na długo przedtem, zanim poznałam Spartana… A więc – przestańmy zwalać całą winę na mojego hucuła. I spójrzmy prawdzie w oczy – jego pańcia od dawna słynie ze spektakularnych wpadek… Hucuł tylko godnie podtrzymuje tradycję rodzinną.

By opowiedzieć Wam o moich przygodach, znów musimy się przenieść do przeszłości i sięgnąć pamięcią pierwszych lat mojego pobytu w Polsce. A więc – mój pierwszy rok w Lublinie, w szkole językowej dla obcokrajowców. O tym, jak się w Polsce znalazłam, wraz z garstką moich kolegów i koleżanek ze szkoły, pisałam już wcześniej Pierwszy Flash Mob, czyli Forrest Gamp a la russe…

A więc – szczęśliwie dotarliśmy do Lublina, gdzie zamieszkałam w akademiku o wymownej nazwie Babilon, w czteroosobowym pokoju wraz z moimi nowymi koleżankami – Swietą, Anią i Julią. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy i choć drobne kłótnie i nieporozumienia zdarzały się regularnie, jak to wśród dziewczyn, ogólnie – było dobrze. Ze znajomością języka polskiego – trzeba przyznać – było słabo. Niby każda z nas uczęszczała na kursy językowe przed przyjazdem do Polski, lecz jak się okazało, słownictwo, jakie poznawałyśmy na lekcjach, było, jak to się mówi, niewiele przydatne w życiu codziennym. Ja, pamiętam, uczyłam się nowych polskich słówek z podręcznika do historii sztuki – jedynej książki, jaką miałam do dyspozycji w Petersburgu do poczytania. Na zajęciach rozdawano nam jakieś kserówki z ćwiczeniami, ale miałam zwyczaj je gubić, więc nie pozostawało mi nic innego, jak brnąć przez słownictwo mocno specjalistyczne. Tak więc gdy do naszego pokoju w akademiku już pierwszego dnia zapukał sąsiad i zapytał, czy mamy pożyczyć garnek, żadna z nas nie zrozumiała ani słowa… To było zabawne. Po naszych zdezorientowanych minach kolega od razu pojął, że albo trafił na niemowy, albo – na obcokrajowców. To było nasze pierwsze spotkanie z mieszkającymi w tymże Babilonie Polakami. Wkrótce się okazało, że mamy wspaniałych sąsiadów, którzy bardzo chcieli nam pomóc w przyswojeniu nie tylko polskiego słownictwa, ale i kultury młodzieżowej. Pamiętam, jak przynosili nam do posłuchania kasety magnetofonowe z nagraniami T.Love czy Budki Suflera. Puszczali polskie kultowe piosenki w oczekiwaniu, że na pewno załapiemy drive’a, że spodobają nam się teksty i melodie. Chłopaki, widać, byli zakochani w swoich wykonawcach, a my próbowałyśmy robić dobre miny do złej gry i po przesłuchaniu kolejnej kasety, puszczałyśmy swoje, rosyjskie nagrania – DDT, Kino czy Alisę, co powodowało, że koledzy smutnieli i choć próbowali załapać, o co chodzi w naszych ulubionych piosenkach, też słabo im wychodziło z udawaniem entuzjazmu. Bardzo chciałyśmy zrozumieć teksty polskich piosenek. I wieczorami, słuchając kasety po raz setny, próbowałyśmy spisać tekst piosenki, by w końcu popisać się przed naszymi sąsiadami, że wiemy, o czym się śpiewa. Prawie nam się udało… Któregoś dnia Julka zaprezentowała naszym nowym znajomym cały tekst jednej z piosenek, twierdząc, że nauczyła się jej na pamięć i będzie mogła iść z chłopakami na koncert, nie rozumie tylko jednego słowa – „sum-czums”… Co by to mogło znaczyć?

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Przepis na jesienną chandrę

Generalnie rzecz biorąc, jesień jest piękna… Są jednak takie dni – na przykład dzisiaj – że ponad pięknem i wspaniałymi kolorami tej pory roku nagle zaczyna wychylać się ponurość, smutek i ogólny spadek energii życiowej. Mówiąc w skrócie – zwykła jesienna chandra… Przypadłość dość rozpowszechniona o tej porze roku.

owoce i miód

Nie pisałabym jednak o tym, no bo po co komu czytać o czyichś nastrojach czy smutkach, gdybym nie miała przepisu na poprawienie nastroju.

A więc – Przepis na Jesienną Chandrę:

Weź kilka jabłek, 2-3 dorodne marchewki, tyleż buraków, odrobinę słonecznika, garsteczkę owoców dzikiej róży, łyżkę miodu, pół szklanki zagotowanej ciepłej wody. Jabłka, buraki i marchewki pokrój w kostkę i wrzuć do pojemnika. Dodaj słonecznik i dziką różę. Miód zalej wodą w słoiku. Możesz dodać łyżkę octu jabłkowego. Zapakuj to wszystko do samochodu i jedź do konia…

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Gdzie są prawdziwki, tam są i muchomory…, czyli o koniach, grzybach i kulturze osobistej…

W tym roku mieliśmy wyjątkowo piękną i słoneczną złotą jesień…  Do lasów, otaczających naszą stajnię w Olszewnicy, tradycyjnie, jak co roku, ściągały tłumy spacerowiczów, grzybiarzy, rowerzystów i biegaczy, pragnących weekendowego wypoczynku na łonie przyrody. Odrębną kategorię odwiedzających stanowią rodziny z dziećmi, przyjeżdżające regularnie, by pokazać swoim pociechom oswojonego dzika i nakarmić tzw. „biżuterię”, czyli stado kóz, owiec i świń, mieszkających w stajni wraz z końmi, krowami, bykiem i osłem Czesławem. Powiem szczerze, gdy widzi się to całe towarzystwo po raz pierwszy, to robi to wrażenie…

z Anią teren

Rowerzyści, biegacze, spacerowicze – szybko znikają na leśnych ścieżkach, a więc nie będą bohaterami tej opowieści. Jak się domyślacie, będę się pastwić na zbieraczami grzybów. Od razu dodam, że sama uwielbiam grzyby zbierać i jeśli tylko nadarzy się okazja, gnam do najbliższego lasu z koszykiem w ręku. Znam ten rozbiegany wzrok, wbity w leśną ściółkę, te przyspieszone ruchy sięgnięcia po dorodnego podgrzybka – tak jakby miał szansę przed nami uciec, jeśli nie rzucimy się na niego z nożem w ręku natychmiast… Sama się z siebie śmieję, gdy krążąc po lesie, nagle dostrzegam ciemnobrązowy okrąglutki kapelusik i ze słowami „Mam Cię!” rzucam się przed nim na kolana. I – co ciekawe – nie wiem, czy też tak macie: jednego się ścina i wkłada do koszyka, a oczy już plądrują najbliższe otoczenie w poszukiwaniu kolejnych, wiadomo bowiem, że grzyby lubią trzymać się razem. Jest jeden, to zaraz będzie kolejny, i żeby broń Boże go nie przegapić. Wiem doskonale, czym jest ponure, bezsensowne krążenie po lesie, gdy grzybów nie ma… To uczucie tak dołujące, że lepiej nie mówić. A przecież nie o to chodzi, że nie będzie co wrzucić wieczorem na patelnię! Bo – szczerze mówiąc – za jedzeniem grzybów nie przepadam. Chodzi tu o sam proces, nie o efekt końcowy.

Dlatego rozumiem bardzo dobrze grzybiarzy i  ich tłumną obecność w otaczających stajnię lasach. Las jest dla wszystkich. Mam jednak do nich jedno „ale”. Nie do wszystkich, rzecz jasna, ale trudno mi będzie wymienić co niektórych z imienia i nazwiska, bo nie dane było nam się poznać. A szkoda… A teraz – do sedna.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

Zanim zapadnie cisza wyborcza, czyli o tym, jak Spartek dziś zagłosował…

Dawno mnie tu nie było… A to dlatego, że zamieszanie, związane z procesem wydawniczym naszych ze Spartkiem opowieści, wielotygodniowe prace redakcyjne i korektorskie na długo wybiły mi pióro z ręki… Zaniechałam pisania, zajęłam się promowaniem książki i w całości poświęciłam się mojemu głównemu bohaterowi…

A więc – już od paru miesięcy bywam w stajni każdego dnia. Wyjątki od tej reguły można by zliczyć na palcach jednej ręki. Przyjeżdżam zawsze po godzinie 16, a wtedy całe stado gromadzi się w pobliży ujeżdżalni, co znacznie ułatwia mi sprowadzenie Spartka do naszych codziennych, choć niezbyt wyczerpujących, treningów. Właściwie to Spartek na mnie czeka tuż przy bramce. Jeśli zdarzyło się czasem, że stado akurat przebywało gdzieś daleko, w najodleglejszej części pastwiska, wystarczyło, że poczekałam kilkanaście minut, i zgodnie z rozkładem dziennych migracji, za chwilę już widziałam uradowany pyszczek Spartana w pobliżu bramki. Cud-miód- malina…

Dziś jednak było inaczej. A na dodatek zupełnie nie miałam czasu na to, by czekać, aż całe stado przemieści się w pobliże placu do jazdy. Cóż, to był sprawdzian naszych ze Spartkiem relacji. Co prawda, parę końskich staruszków kręciło się przy kupkach siania, rozrzuconych tuż przy ujeżdżalni, ale ten fakt dla Spartka się nie liczy.

Większość stada pasła się hen daaaaleko, prawie pod samą asfaltówką. A tam gdzie większość, tam Spartek odnajduje się najlepiej. Spartan bowiem jest demokratą!

Po przeczytaniu książki Karstena Brensinga „Misterium życia zwierząt”, w której autor opisuje badania nad procesem podejmowania decyzji w stadzie pawianów i dochodzi do wniosku, że odbywa się to na zasadach demokratycznych, zaczęłam się zastanawiać, czy w społeczności koni również nie rządzą podobne reguły. Opowiem nieco bardziej szczegółowo.

Ciąg dalszy opowieści w książce Spartańskie Wychowanie 2:0, czyli Półkulą w płot

„Zdejm z mego serca jaskółczy niepokój!”, czyli – sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać…

Miesiące letnie zazwyczaj bywały dla nas ze Spartkiem wyjątkowo trudne… Wróć! Bywały dla mnie wyjątkowo trudne. Spartek, przebywający od świtu do zmierzchu na pastwisku, nie przewidywał w okresie letnim żadnych treningów ani innych atrakcji, przeze mnie mu proponowanych. Jednakże w tym roku stwierdził, że zasłużyłam sobie na chwilę uwagi z jego strony, rzecz jasna, na jego zasadach. Otóż, w jego tegorocznym terminarzu godzina dziewiętnasta jest przeznaczona na moje wizyty w stajni. Oczywiście, o żadnej elastyczności z jego strony w kwestii przekładania naszych spotkań na wcześniejszą czy późniejszą porę nie ma mowy. Uwzględnia, co prawda, tzw. „kwadrans akademicki”, więc staram się być punktualnie. O tej właśnie porze Spartan wraz z częścią stada ściąga zazwyczaj pod bramkę i o umówionej godzinie jest gotowy do zejścia z padoku. I co mi pozostaje?

czesiek i spartek na spacerze

Kilka razy w tygodniu wychodzę z domu odpowiednio wcześnie, by zdążyć na nasze wieczorne spotkanie. Zdarza się jednak, że coś mnie zatrzyma w domu na parę minut. Jadąc do stajni, słucham radia. Kiedy zaczynają się wiadomości, co świadczy o tym, że się niemiłosiernie spóźniam, daję gaz do dechy. Bo tu nie ma przebacz! Zdarza się jednak, że mimo wszelkich moich starań, spóźniam się dość znacząco. Jest w pół do ósmej… Gdy parkuję pod stajnią i już po chwili biegnę w kierunku padoków z całym ekwipunkiem, zazwyczaj widzę oddalający się w przeciwną stronę kołyszący na prawo i lewo tyłek mojego rumaka. Podbiegam pod samą bramkę i wołam Spartana. „Nie słyyyyszę Cię” – czytam w jego spojrzeniu, gdy na chwilę się odwraca w moją stronę, wciąż się oddalając. Wołam go jeszcze raz. „Nie widzisz, że Cię nie słyszy?” – rzuca mi na odczepkę Czesław, drepczący wraz ze Spartkiem w kierunku asfaltówki, coraz dalej od ujeżdżalni. I gdy jeden z drugim rzucą w moją stronę po kilka pełnych wyrzutu spojrzeń, przestają się moją osobą interesować.

 

Tak to bywa, gdy spóźniam się na umówioną godzinę. A więc – uczę się punktualności.

 

Chodzi też o to, że te moje wieczorne wizyty w stajni mocno komplikują mi tzw. życie rodzinne. Nie wypada codziennie znikać z domu akurat pod wieczór, gdy mąż wraca z pracy i wypadałoby razem zjeść obiad, porozmawiać, albo i pomilczeć. Byleby jednak być. A tu – masz ci los – trzeba uciekać, bo mój koń tak sobie wymyślił. Sprawny psychoanalityk zapewne upatrywałby w tym Spartkowym postępowaniu rywalizacji z moim małżonkiem… Stawianie mnie przed wyborem – bycia w domu, jak Pan Bóg przykazał, czy wieczorne spotkanie z rumakiem, to dość okrutna i wymyślna gra z jego strony. Uczę się więc nie tylko punktualności, ale i sztuki dyplomacji, negocjacji i łagodzenia konfliktów. Umiejętności niezwykle przydatne i – że tak powiem – przyszłościowe… Biorąc pod uwagę Spartka niezwykłą pomysłowość. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

„Nie będzie meczu, będzie chór!”

Moment, w którym wypadałoby wreszcie napisać ostatni rozdział naszej ze Spartkiem opowieści zbliża się nieuchronnie… Jak już wcześniej wspomniałam, zamarzyło mi się wydanie Spartkowych opowieści w formie książkowej, a to oznacza, że muszę napisać nasz ostatni rozdział… Wyobrażałam sobie, że w finałowym odcinku naszych ze Spartkiem przygód napiszę o tym, jak udajemy się z moim bohaterskim hucułem w nasz pierwszy samotny teren, jak razem wędrujemy po leśnych szlakach i cieszymy się z pięknych widoków o zachodzie słońca… Cóż by to była za symfonia zmysłów! Cóż za piękny finał, prawdziwy happy-end!

Tymczasem, gdy podzieliłam się swoim planem na zakończenie książki z Mateuszem, mój mąż z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru rzekł: „No super pomysł, żeby to tylko nie był rzeczywiście „twój ostatni rozdział” w tej historii”… Fakt faktem, byłoby to bardzo ciekawe zakończenie książki, tylko kto by się zajął całym procesem wydawniczym? Spartek? Wątpię…

IMG_8702

Tak więc, zanim udać się na Spartkowym grzbiecie w nasz pierwszy samotny teren, postanowiłam na początek zabrać go na zwykły spacer do lasu – samego, bez towarzystwa kopytnych kolegów. Po namyśle stwierdziłam, że na początek wypadałoby sprawdzić, co na to koń… Bo nie ukrywam, że mimo wszystko chciałabym zobaczyć swoją książkę wydrukowaną i czekającą na opinie Czytelników. Zatem pomysł na finałową codę – wspólne wędrowanie po okolicznych terenach musiałam nieco zmodyfikować, lub też zaczekać na dokończenie naszej historii kolejnych lat…

Bowiem w Spartkowym podejściu do naszych z nim wspólnych samotnych wycieczek poza stajnię wciąż niewiele się zmieniło… Nie tak sobie wyobrażałam ostatni odcinek naszej historii. No cóż, najwyraźniej czeka nas praca nad drugim tomem opowieści…

 

Parę dni temu, doczekawszy się powrotu Mateusza z pracy, szybciutko zaserwowałam mężowi najprostszą z możliwych kolacji i namówiłam go, by – korzystając z pięknej pogody i długich ciepłych wieczorów – pojechać razem do stajni. Miałam nadzieję, że uda nam się zabrać Spartka – samego – bez Cześka, Aśka, Zahiry czy innego kopytnego przyjaciela, na krótki spacer po lesie. Już od dawna porzuciłam optymizm na rzecz trzeźwej oceny sytuacji, więc poprosiłam Mateusza, by zabrał ze sobą aparat fotograficzny i był gotowy na robienie zdjęć wyrywającego się konia. Nie ukrywam, że tak sobie to wszystko zaplanowałam, że tak czy inaczej wyjdę na tym dobrze. Jeśli Spartek podrepcze z nami do lasu i będzie nam towarzyszył do końca spaceru, będę absolutnie, nieziemsko szczęśliwa i wreszcie uwierzę, że cuda się zdarzają. Jeśli zaś zacznie nam się wyrywać, Mateusz porobi zdjęcia, których tak bardzo potrzebuje do książki… Opuszczając teren stajni, żegnałam koleżanki – Kasię i Asię – słowami: „Jakby Spartucha wrócił, to miejcie na niego oko”. Dziewczęta, rzecz jasna, odparły, że wszystko będzie dobrze, czemu zawsze zakładam najgorszy ze scenariuszy, i że na pewno nam się nie wyrwie… Aha… Akurat.

Ruszyłam przed siebie spokojna, wiedząc, że albo będę miała „dowód na naszą ze Spartkiem wzmocnioną więź” albo upragnione zdjęcia. Tak czy siak będę zadowolona… Choć gdzieś w głębi serca tliła się jeszcze nadzieja, że koń pozostanie przy nas… Że wreszcie staniemy się dla niego odrobinę ważniejsi od stada. Że uzna w końcu, iż podążanie za prowadzącym go człowiekiem nie jest niczym nadzwyczajnym, uwłaczającym jego godności, niebezpiecznym czy bezcelowym – już nie wiem, jak on to w swojej huculskiej głowie poukładał… Myślałam sobie po cichu, że nawet taki finał byłby dla mnie wystarczającym dowodem naszej ze Spartkiem więzi, jaką udało mi się zbudować przez te wszystkie lata. Bez strachu, przemocy, nadużyć z mojej strony. Dzięki mojemu uporowi, miłości i, w pewnym sensie, poświęceniu. Czy muszę – po raz setny – powtarzać że jak zwykle się pomyliłam?

Wkroczyliśmy na ścieżkę do lasu spokojnie, ze Spartkiem po mojej lewej stronie. Mateusz szedł za nami, w odległości kilku metrów, z aparatem w pogotowiu. Myślę, że Spartek był absolutnie przekonany, że nie jesteśmy na tyle głupi, by nie zabrać ze sobą chociażby Cześka. Gdy po raz pierwszy odwrócił się w stronę Mateusza i z niedowierzaniem odkrył, że ani z prawej, ani z lewej strony od niego nie widać drepczącego osiołka, pewnie pomyślał, że Cześka – być może – niesiemy w plecaku, i zaraz puścimy go na trawkę obok Spartka. Zdziwiwszy się po raz pierwszy, Spartek szedł jednak dalej do lasu. Tymczasem zbliżyliśmy się do drogi, odbiegającej od naszej trasy w prawo. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

Koń z nadmiernym instynktem stadnym – da się coś zrobić?

Zacznę od truizmu – konie są zwierzętami stadnymi… Każdy, kto choć w niewielkim stopniu otarł się o koński świat, zdążył zauważyć ten niezwykle istotny, acz dla nas często kłopotliwy element końskiej natury. Nic dziwnego, że wolą się trzymać grupy – to właśnie przebywanie w stadzie zapewnia koniom bezpieczeństwo w naturalnym środowisku. Mimo że udomowione (choć być może – tylko oswojone, jak na przykład, koty), konie nie zatraciły tych pierwotnych cech gatunku, jak dążenie do przynależności do grupy – nieraz za wszelką cenę, wbrew naszym pragnieniom i potrzebom.

Czy może to być uciążliwe w codziennym kontakcie z naszymi kopytnymi? Zdecydowanie tak. Z pewnością żaden koń nie lubi być oddzielonym od swojego stada. Pozostawiony sam w stajennym boksie, każdy koń będzie pragnął jak najszybszego powrotu na padok, do swoich towarzyszy. Niektóre konie rżą przeraźliwie, nawołując swoich pobratymców. Inne kopią w ściany boksu lub nawet próbują z niego wyskoczyć. Miotają się w zamknięciu, szukając drogi ucieczki. Niekiedy przyzwyczajają się do chwilowego oddzielenia od reszty stada i cierpliwie czekają, aż człowiek pozwoli im dołączyć do koni. Ale wystarczy, że mamy wietrzną pogodę lub nadchodzącą burzę, i nawet oswojony z chwilową samotnością koń będzie próbował swoich sił, by czym prędzej powrócić pod bezpieczne skrzydła swoich kolegów.

13336023_565059563673465_4620988654504428209_n

Dziś na pastwiskach i padokach naszym koniom nie grożą praktycznie żadne niebezpieczeństwa. Jednak instynkt stadny jest wpisany głęboko w DNA tych zwierząt, i żadne udomowienie nie zmieni tej cechy końskiej natury. Mając do wyboru człowieka i drugiego konia, nasz ukochany rumak zawsze wybierze konia. Ciężko się z tym pogodzić, ale tak jest!

Jednak stopień przywiązania do stada u każdego z koni jest inny. I tu właśnie zmierzam do sedna mojej wypowiedzi. Jak już pewnie zauważyliście, moim największym problemem w relacjach ze Spartkiem, jest właśnie jego nadmierny instynkt stadny, z którym już na początku Spartkowego życia ktoś nie potrafił sobie poradzić. Nie potrafił do tego stopnia, że mój koń nauczył się wyrywania. Podobno trzy skutecznie powtórzone próby realizacji zachowania niepożądanego utrwalają się w nawyk, u koni nazywany narowem. Tak więc większość koni nadmiernie przywiązanych do stada zachowuje się bez swoich towarzyszy niespokojnie, czasem rży, ogląda się za końmi, przyspiesza w trakcie pracy na ujeżdżalni na odcinku, prowadzącym na padok, w kierunku stada itd. Są to dość łagodne i – że tak powiem – znośne dla człowieka zachowania. Jednak gdy instynkt stadny łączy się z dość uciążliwym narowem, mamy problem 🙂 No i my ze Spartkiem mamy, ale o tym już wiecie.

Co można było zrobić na wcześniejszym etapie Spartkowego wychowania? Kiedy nie doszło jeszcze do utrwalenia narowu? Gdy – jak większość koni – zwyczajnie nie lubił oddalać się od reszty koni? Otóż, jeden z ciekawych sposobów pracy z tego typu końmi odkryłam właśnie w trakcie lektury znakomitej, absolutnie zachwycającej i godnej polecenia książki Roberta M.Millera i Ricka Lamba The Revolution in Horsemanship. And What It Means to Mankind. Książka ukazała się po angielsku, więc brnę przez kolejne strony, sięgając raz po raz do słownika, polecam jednak jej przeczytanie każdemu, kto chciałby zajrzeć do końskiego świata i odkryć jego nowe, pełne szacunku i zrozumienia dla tych istot, oblicze.

A zatem – jak pracować z końmi, które nie lubią odłączenia od stada?  Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

Jak zniechęcić konia do zabawy, czyli Spartkowe Pańci wychowanie!

Przez ostatni tydzień opiekowałam się kolegą ze Spartkowego stada – Aśkiem. Pod nieobecność jego właścicielki musiałam podawać Aśkowi leki rano, jeszcze przed wypuszczeniem koni na padok, i po południu, a więc – miałam okazję być w stajni dwa razy dziennie.

Moje poranne wizyty wzbudzały w Spartku wielki entuzjazm! Oczywiście, główną przyczyną jego radości na mój widok była obietnica podwójnego śniadania, jakie serwowałam Spartkowi przy okazji karmienia Aśka. Gdy kolega dostawał swoje kolejne porcje musli z ziołami, zawsze wrzucałam do Spartkowego żłobu parę buraków czy marchewek z jabłkami. Rzecz jasna, wyczekiwał mojego przybycia do stajni z ogromną niecierpliwością.

Pierwszego dnia, gdy po południu szłam na padok po Aśka, Spartan – zdziwiony – odprowadzał nas przez całe pastwisko aż pod samą stajnię.

Zdziwiony faktem, że cała moja uwaga skupia się na koledze ze stada, a nie na nim – jak zazwyczaj – Spartan przeżywał istne katusze. Opuszczając resztę koni heeeen daleko, zawędrował pod samo wyjście z padoku, a gdy zniknęłam z Aśkiem w stajni, zaczął rozpaczliwie nawoływać zarówno nas, jak i resztę stada. Został przed zamkniętą bramką zupełnie sam, zdziwiony takim a nie innym obrotem sprawy i kompletnie zdezorientowany. Rzecz jasna, wychodziłam do niego kilkakrotnie, by poczęstować marchewką i zapewnić, że jak tylko skończę swoją robotę, to się nim zajmę. Ale gdzie tam! Spartek chciał być z nami tu i teraz! A gdy po niemalże półgodzinnym oczekiwaniu pod bramką wciąż po niego nie przychodziłam, powoli podreptał z powrotem do stada. Wiedziałam, że przeżywa i to strasznie. Jednak na tyle już znam swojego konia, że wiem też, że dość szybko pogodzi się z nową dla nas sytuacją i następnym razem sprowadzenie Spartana metodą „na zazdrośnika” nie zadziała. Gdy będę chciała z nim popracować i, korzystając z okazji, zaplanuję sobie sprowadzenie konia razem z Aśkiem, tak jak pierwszego dnia nam się przydarzyło, nic z tego nie będzie! Pokrętny huculski umysł szybko odgadnie moje niecne zamiary i nigdzie nie pójdzie! Co innego, jak sam sobie tak zadecyduje. Ot, cały Spartek.

Nie myliłam się 🙂  Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

Mimo wszystko – nie bójmy się marzyć!

Niedawno zajrzałam do swoich ręcznie pisanych notatek z pierwszych miesięcy naszej ze Spartkiem znajomości. O mało się nie popłakałam, tak mnie było siebie żal. To były zapiski zupełnie zrozpaczonej, prawie czterdziestoletniej „dziewczynki”, której największe, a na dodatek spełnione, marzenie stało się największym przekleństwem. Miałam wtedy do siebie żal, że tak nieodpowiedzialnie podeszłam do sprawy zakupu pierwszego, i zresztą jedynego w swoim życiu konia… Wiedziałam, że nigdy, ależ to nigdy w życiu nie odważę się już na taki krok. Trafiłam na zwierzę, zupełnie nieodpowiednie dla siebie, nie mające w sobie najmniejsze chęci współpracy z człowiekiem, krnąbrne i w swych wybrykach często niebezpieczne. Co gorsza, nic nie zapowiadało, że to się kiedyś zmieni. Miałam za sobą wiele przepłakanych dni i nieprzespanych nocy, a jadąc codziennie do stajni, cała się trzęsłam ze zdenerwowania. Wiedziałam, jak smakuje największa porażka. To gorzko-słony od łez, dziwnie cierpki smak spełnionego marzenia, które obróciło się w koszmar.

Pamiętam, jak po kilku miesiącach codziennie ponoszonych porażek powiedziałam naszej trenerce Kasi o tym, że teraz moim największym marzeniem jest to, by Spartan przeszedł bez wyrywania się pół okrążenia wokół mnie. Wówczas udawało nam się pokonać zaledwie kilka kroków na linie, po czym koń odbiegał heeeeen daleko, i znów musiałam przejść cały rytuał „zaganiania” konia na ogromnym pastwisku. I wszystko zaczynałam od początku. Znów kilka kroków, znów wyrwanie. I tylko jeden cel – pół okrążenia! Po kilku tygodniach, pamiętam, że nam się to udało. To był pierwszy sukces! Postawiłam przed nami kolejny cel. „A co tam – myślałam sobie – Jak szaleć to szaleć! Teraz naszym celem będzie całe okrążenie!”. I po kilku tygodniach mordęgi to też nam się udało! To nic, że przyjeżdżałam do stajni codziennie na kilka godzin i spędzałam je wśród koni na pastwisku. Tylko tam mogłam cokolwiek ze Spartkiem zrobić. Mijały kolejne tygodnie i miesiące, aż wreszcie zrobiliśmy całe okrążenie na linie, potem kolejne i kolejne, więc zamarzyło mi się sprowadzenie konia z pastwiska na lonżownik! Zaczęłyśmy z Kasią opracowywać strategię działania. I wpadłyśmy na pomysł sprowadzenia Spartka za pomocą pachołków. Wspominałam o tym we wcześniejszym wpisie – Metoda pachołkowa . I znowuż – za którymś razem się udało!

Zamiast marzyć o rzeczach wówczas zupełnie nierealnych, typu wyprawy w teren czy samodzielna praca pod siodłem na ujeżdżalni, po-cichutku wymyślałam sobie nasze mikro-marzenia, i wkładałam ogromną pracę w ich realizację. Rzecz jasna, nasze postępy nigdy nie były spektakularne, za to wpadki niezmiennie przyciągały uwagę wszystkich dookoła. Rzadko kto gratulował nam zrobienia kolejnego okrążenia bez wyrwania, ale jak mój koń po raz kolejny dał popalić naszemu stajennemu panu Przemkowi, wyrywając się i kopiąc go w nogę czy uciekł z padoku, to dowiadywałam się o tym jako pierwsza.  Na szczęście, właśnie stajenni zawsze byli wobec Spartka wyrozumiali. Z Ich strony nigdy nie usłyszałam złego słowa. Za co ogromnie dziękuję, bo to nie ja, tylko właśnie stajenni na co dzień musieli radzić sobie z końskimi wybrykami.

A więc zaczęłam marzyć o rzeczach małych, dla reszty jeźdźców i właścicieli koni – zupełnie  normalnych. Ja zaś musiałam na spełnienie każdego z nich solidnie się napracować. Ale każde po kolei się spełniało! To znaczy – bardzo powoli to ja, z pomocą Spartana, spełniałam każde z nich.

I o tym właściwie chciałam dzisiaj napisać. Nie odpuszczajmy naszych marzeń! Tylko podejdźmy do ich realizacji w sposób racjonalny! Mając to wielkie, zupełnie zdawałoby się nierealne marzenie i uważając je za coś nieosiągalnego, podzielmy je na marzenia mniejsze. A każde z tych mniejszych stanie się pewnym etapem do drogi do tego największego. Być może zajmie to więcej czasu, niż byśmy chcieli, a osiąganie kolejnych celów nie będzie czymś spektakularnym, ale my przecież wiemy, że jesteśmy jeszcze o jeden krok bliżej do tego największego! Sami nie zauważymy, jak zbliżymy się do celu!

ja wsiadamGdy marzyłam o koniu, zawsze wyobrażałam sobie nasze z nim wędrówki po lesie… Dlatego też pierwszą stajenkę, a i wszystkie następne, wybierałam właśnie pod kątem bliskości pięknych terenów do wędrowania na końskim grzbiecie. I bardzo długo nie byłam w stanie z tego pięknego położenia kolejnych stajni skorzystać. Po pierwszym, ogromnie nieudanym, wręcz niebezpiecznym terenie jednej z naszych trenerek – Asi, która na własnej skórze doświadczyła i jako pierwsza też odkryła Spartka oblicza buntu, usłyszałam, że ten koń nigdy nie będzie chodził w tereny. Co więcej – nigdy sobie z nim nie poradzę. I jedyną rozsądną opcją dla mnie będzie sprzedanie Spartana. Wiedziałam jednak, że już nigdy nie kupię drugiego konia. Jeśli nie dam rady z tym, którego mam, nie będę kupować kolejnego i próbować do skutku. Tak się zwierzętom nie robi – przynajmniej ja tak do tego podchodzę. Dlatego dałam nam tyle czasu, ile będzie potrzeba, i odpuściłam sobie marzenia o leśnych wędrówkach na końskim grzbiecie, a zaczęłam marzyć o pierwszym kółku stępa na ujeżdżalni. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

„Metoda małych kroczków” a la Spartan…


IMG_6638Jak myślicie, czy koń potrafi poruszać się, przemieszczając się o „pół kopytka’ do przodu co krok? Pokonując w ten sposób kilkaset metrów? Zatrzymując się „co pół kopytka” i patrząc w siną dal, biorąc głęboki oddech i dając sobie kolejną dłuższą chwilę na zastanowienie nad zrobieniem kolejnego kroku? Śmiało mogę powiedzieć, że tak, potrafi…

Dobry trener zawsze powtarza, że w pracy z końmi, ale również z psami i innymi zwierzętami, najlepszą metodą jest „metoda małych kroków”. Każde ćwiczenie składa się z poszczególnych drobnych elementów, nad którymi należy pracować osobno, a następnie, kiedy już wszystko gra, stopniowo składać je w całość… Spartan nie raz słyszał, jak podczas treningów nasza trenerka Katarzyna Ściborowska, czyli nasza Kasia, powtarzała, że do wszystkiego dojdziemy stopniowo, a najlepsza jest „metoda małych kroków”. I oto Spartan wziął sobie słowa Kasi do serca…

Gdyby ktoś z zewnątrz zechciał poobserwować, jak schodzimy teraz z padoku, musiałby zarezerwować sobie naprawdę sporo czasu. Tej wiosny, gdy konie rozkoszują się pierwszym słońcem i pierwszą, ledwo odrastającą zieloną trawką, Spartek postanowił wypróbować na mnie kolejnego sposobu na zniechęcenie mnie do zabierania go z padoku. Powiedzieć, że nie ma chęci do pracy, to byłby eufemizm… Zatem – idąc po konia, jestem przygotowana na to, że wrócę sama.

A tu niespodzianka! Zakładam kantar, zapinam linę, ruszam w kierunku bramki – do pokonania mamy różne dystanse: czasem kilkaset metrów, czasem nieco mniej. I zaczyna się cyrk na kółkach… Najpierw Spartan gwałtownie odwraca głowę w kierunku koni, robiąc praktycznie pierwszy krok do wyrwania się, lecz na tym właściwie poprzestaje. Jest to wyraźny sygnał dla mnie, że nie ma ochoty opuszczać padoku. Zachęcam go do pójścia ze mną i niby nawet ruszamy do przodu, ale pokonujemy zaledwie 15 cm i się zatrzymujemy. Oglądamy się na kumpli na pastwisku, ciężko wzdychamy, przymykamy oczy (nie wiem, czy w tym czasie naprawdę przysypia, czy obmyśla dalszą strategię). Staram się obudzić go z drzemki, świergocząc coś o perspektywie leciutkiej pracy – tylko stępik, same przyjemności – pachołki, drążki, dużo kręcenia się. Nie będę prosić o kłus w taki upał, żeby się nie martwił.

Gdy Spartek słyszy, że kłusa nie będzie, otwiera oczy i robi kolejny krok – kolejne 15 cm… Opowiadam mu, jakie to rozkosze czekają na niego po półgodzinnym treningu – świeża, niezjedzona trawka pod lasem, cała do jego dyspozycji, porcja musli z jabłkami….

Gdy słyszy musli, znów otwiera oczy i robi od niechcenia kolejny kroczek… Jeszcze 15 cm… W ten sposób przez pięć minut pokonujemy prawie pół metra! Brawo! Opowiadam mu, jaki to on zdolny, mądry i jak pięknie schodzi ze mną z padoku. Kątem oka widzę, że ryjek mu się śmieje i nawet mam wrażenie, że ukradkiem puszcza Cześkowi oko… „Hm, ciekawe, kiedy jej nerwy puszczą i spróbuje użyć bacika, by mnie popędzić… Wtedy wiadomo, co zrobię, haha”. Zauważyłam tę minę, przez ułamek sekundy widziałam dobrze mi znanego diablika w Spartkowym oku, więc po cichu pomyślałam: „Ha, widzę to. A żebyś wiedział, że nie użyję bacika i wcale nie będę Cię popędzać. Będę z Tobą gadać i czekać na dalsze kroki. Nie dam Ci powodu do wyrwania!”.

Znów stoimy na środku łąki, każdy układa w głowie swój plan… Pół metra za nami, pozostało jeszcze zaledwie dwieście metrów! Bingo! Nawet jakbyśmy zeszli z padoku o zmierzchu, nie uznam tego czasu za stracony.

Tym razem stado nie spieszyło mi z pomocą… Spartan ewidentnie ustalił ze wszystkimi, by dali już sobie spokój z odprowadzaniem nas pod bramkę – nie mają nic lepszego do roboty? Zatem jesteśmy sami na polu bitwy. Ja i Spartek – uparci i tego dnia wyjątkowo dla siebie złośliwi…

portrecik4

 

Kolejny przystanek – na rozejrzenie się wokół i spostrzeżenie, że na oddalonej od pastwiska drodze pojawia się mały chłopczyk na rowerku… Spartan uważnie obserwuje, jak chłopczyk powoli jedzie rowerkiem w kierunku stajni, kilka razy wywraca się na wertepach, wstaje, otrzepuje się, wsiada i jedzie dalej. Widać, że chłopczyk z rowerkiem to dobry pretekst, by tym razem zrobić sobie dłuższy postój – wszak trzeba do końca obejrzeć tę scenkę…

Gdy upewniamy się ze Spartkiem, że chłopczyk bezpiecznie dotarł do stajni i ulokował się przy zagrodzie z tzw. „biżuterią”, czyli stadkiem kóz, świń i dzika, możemy śmiało ruszać przed siebie… O kolejnych 15 cm… Jest git! Wciąż jesteśmy razem 🙂 Naprawdę zaczyna mi brakować pomysłów, co by tu jeszcze Spartkowi obiecać. Że w ogóle nie będzie treningu? Że tylko sobie pojemy trawkę i w nagrodę za ładny popas dostanie musli? Ale ja nie umiem kłamać… aż tak… Poruszanie się w takim tempie w kompletniej ciszy też byłoby dla mnie nie do zniesienia… Więc plotłam coś trzy po trzy, a Spartek słuchał i poruszał się dalej w z góry ustalonym tempie, z obowiązkowym przystankiem po każdym kroczku. I wiecie, że w końcu dotarliśmy do wyjścia??? Sama w to nie wierzyłam, ale gdy do bramki zostawało jakieś 20 metrów, Spartek przyspieszył! Chyba jednak wygrałam…

No i kto tu jest bardziej uparty, hm??? Brawo ja 🙂

portrecik6

Pierwszy Flash Mob, czyli Forrest Gump à la russe…

pociąg

Jakiś czas temu zaczęłam opowiadać o swoich przygodach, związanych z podróżowaniem pociągiem… Zaczęło się dawno dawno temu, gdy jako nastolatka z wycieczką naukowo-przyrodniczą wyjechałam na Krym. O przygodach na Krymie

Jednak większość moich podróży kilka lat później było związanych z kursowaniem z rodzinnego Petersburga do Polski – najpierw do Lublina, potem do Poznania i ostatecznie – do Warszawy. Myślę, że na przestrzeni 25 lat, czyli odkąd wyjechałam na studia do Polski, tych kursów odbyłam prawie ze sto. Proste wyliczenie: dwa, a nieraz i trzy razy do roku jeździłam do domu rodzinnego, w jedną i drugą stronę pociągiem, mnożymy przez 20. W ostatnich latach, niestety, pociągi na tej trasie już nie kursują… Najwyraźniej ktoś doszedł do wniosku, że doba w pociągu to za dużo, i większość podróżujących chętnie przesiądzie się na samolot. No cóż, ja na pewno do tej większości nie należę, i gdybym miała wybór, zawsze wybrałabym bardziej tradycyjny sposób lokomocji.

Pierwszy spontaniczny Flash Mob na dworcu kolejowym

Wróćmy jednak do września roku 1994-go. Wówczas to, wraz z kilkoma osobami z mojego liceum, siedzieliśmy w pociągu relacji Petersburg – Berlin. Z tego, co pamiętam, wówczas pociąg zatrzymywał się również w Białymstoku, i to właśnie tam mieliśmy się przesiąść na autobus, który zawiózłby nas do Lublina. W Lublinie czekały na nas studia na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie, na tzw. „zerówce”, czyli kursie, przygotowującym obcokrajowców do dalszej nauki na polskiej wyższej uczelni.

A więc grupka nastolatków (mieliśmy po siedemnaście – osiemnaście lat) już zapakowała się do swoich przedziałów. Rodziny, przyjaciele i bliscy zostali już poproszeni o opuszczenie wagonu… Stoją na peronie grupkami. Z przedziału obok, gdzie jadą koleżanki i koledzy, słyszę płacz, okrzyki i rozpaczliwe próby opuszczenia wagonu. Ktoś kogoś uspokaja, chłopcy próbują dowcipkować przez łzy, a ja staram się otworzyć lufcik w oknie, by zamienić jeszcze parę słów ze zgromadzoną na peronie liczną grupą moich bliskich. Niestety, lufcik się nie poddaje – jak za chwilę wyjaśnia nam „prowodnica”, czyli osoba, odpowiedzialna za nasz wagon, zostały już zamknięte na zimę i lepiej, byśmy nie próbowali wyłamywać okien. Pozostaje więc nam porozumiewanie się w języku migowym.

Rzecz jasna, na dworcu zgromadziła się cała moja nieliczna rodzina – rodzice i brat z bratową, a także mnóstwo przyjaciół… Przyjechało też kilku znajomych moich rodziców, by zobaczyć, jak dziecko wyjeżdża na studia zagranicę. Kiedy do ruszenia pociągu zostawały minuty, zauważyłam, że rodzice próbują mi przekazać coś za pomocą przedziwnych gestów, a czego ja za cholerę nie mogę zrozumieć. Najpierw mama zaczęła machać rękami, niczym ptak przed odlotem do ciepłych krajów, następnie dołączył do niej ojciec, potem brat z bratową, a za chwilę i wszyscy znajomi. Machali rękami, a ja kręciłam za szybą głową, że nie rozumiem, o co im chodzi… Ludzie na peronie zaczęli spoglądać na moją ekipę z lekkim przerażeniem. Ja wciąż nic z tego nie rozumiałam, ale najwyraźniej było to coś bardzo ważnego. Próbowałam przedostać się do drzwi wagonu, ale były już zamknięte. Biegiem wróciłam do okna, gdzie moja gromadka, oprócz machania „skrzydłami”, zaczęła też kreślić coś w powietrzu przed twarzą i jednocześnie kręcić głowami. Zgłupiałam… Zauważyłam też, że rodziny moich kolegów i koleżanek, zamiast żegnać swoje pociechy,  poszły w ślady moich bliskich, i przemieszczając się spod okien swoich dzieci pod moje okno, też usilnie wymachiwały rękami i kręciły głową. Myślałam, że śnię! Za chwilę mam na cały rok pożegnać ich wszystkich, a oni najwyraźniej postradali zmysły i na dodatek, choroba rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie.

drozd

Szlochania w przedziale obok zaczęły się uciszać, bowiem – jak widać – większość rodzin rozpaczających dzieci już zdążyła przemieścić się do mojego okna i zacząć odstawiać cyrk. Wtedy usłyszeliśmy gwizdek i pociąg powoli ruszył… Znów rozległ się płacz, wszyscy na peronie ruszyli za nami, oddalającymi się powoli od swoich bliskich, zaczęli machać nam na pożegnanie, niektórzy próbowali biec za wagonem prawie do końca peronu. Dziewczyny płakały, a i mi zrobiło się smutno. Choć cała moja gromadka, śmiała się i płakała jednocześnie, ja miałam nieodparte wrażenie, że płaczą ze śmiechu po tym, co odstawili na peronie. Stałam przed oknem wagonu zdezorientowana, i najbardziej na świecie wówczas chciałam wiedzieć, co to było? Tak czy inaczej, w ten sposób moja rodzina bezwiednie zapoczątkowała dość popularne dziś zjawisko flash mobów, częstokroć organizowanych właśnie na dworcach kolejowych…

I co dalej?

Tymczasem pierwsze godziny podróży minęły nam na uspokajaniu naszych rozpaczających koleżanek i próbach upchnięcia bagaży pod kuszetki. Oj, było tego trochę. Trzeba pamiętać, że jechaliśmy praktycznie w nieznane. Wiadomo było, że czekają na nas miejsca w akademikach i będziemy co miesiąc otrzymywać stypendia. Nie wiedzieliśmy jednak, ani jak wyglądają akademiki w Polsce, ani jaka będzie wysokość naszych stypendiów. Stąd też rodziny postanowiły wyposażyć nas we wszystko, co może nam się przydać w nowym życiu. Od prowiantu i garnków poczynając, po miski do prania, żelazka, grzałki, czajniki i kuchenki elektryczne…

W torbach i walizkach, dosłownie pękających w szwach, oprócz ubrań, sztućców, leków, bandaży, zeszytów, słowników itd., rzecz jasna, wieźliśmy również zapasy żywnościowe – kilogramy ryżu i kaszy gryczanej, dziesiątki puszek z konserwą rybną i mielonką, jakieś przyprawy, obowiązkowo sól, cukier, herbatę, kawę…  Aha, bo bym zapomniała – proszki do prania, mydło, szampony, papier toaletowy… Nie wiedzieć czemu, ja miałam w walizce także woreczek z grzybami suszonymi. Odkryłam je dopiero po rozpakowaniu walizki już na miejscu, w akademiku, gdy poczułam, że wszystkie moje ubrania przesiąknęły zapachem grzybów i zapach ten towarzyszył mi przez dobrych parę lat, bo kompletnie nie wiedziałam, co zrobić z grzybami, a żal było wyrzucić… Odtąd nie przypadam za zapachem suszonych grzybów… I nigdy ich nie suszę, choć zbierać, jak wiecie, lubię.

To, że z pomocą licznych krewnych i przyjaciół, udało nam się ten cały dobytek wnieść do wagonu i tam rozlokować, jest rzeczą oczywistą. Szkoda jednak, że nikt nie pomyślał, że z tym wszystkim będziemy musieli wysiąść na dworcu kolejowym w Białymstoku, przesiąść się do PKS-u, dotrzeć do Lublina, a tam – jakoś znaleźć się w akademiku. O skorzystaniu w taksówek nie było co marzyć. Każdy z nas miał ze sobą po kilkadziesiąt dolarów, i były to pieniądze na tzw. „czarną godzinę”. Szastanie dolarami już pierwszego dnia po przyjeździe nie wchodziło w grę. Zatem – pamiętam to jak dziś – gdy jakimś cudem udało nam się wydostać wraz z całym naszym dobytkiem na peron w Białymstoku, przez dobrych parę chwil staliśmy kompletnie zdezorientowani. Co dalej?

Dalej – gęsiego, taszcząc po kolei nasze walizki, miski, pakunki i torby, przemieszczaliśmy się o zmroku w kierunku dworca autobusowego, by dowiedzieć się, że PKS do Lublina odjeżdża za jakieś kilkanaście godzin. No cóż, w grupie nie było nam jakoś specjalnie smutno, choć byliśmy zmęczeni i trochę się obawialiśmy, co nam przyniesie kolejny dzień…

Późnym wieczorem następnego dnia dotarliśmy wreszcie do Lublina i stawiliśmy się pod wskazanym na kartce adresem, pod którym, jak się spodziewaliśmy, znajdziemy nasz akademik. Ha! Jak już wiem z doświadczenia, uczelnie zazwyczaj wskazują w tego typu rozpiskach adres Rektoratu. Bo niby skąd władze uczelni w Lublinie mogą wiedzieć, wysyłając nam zaproszenia, w którym to konkretnie akademiku będą mieszkać studenci. Rzecz jasna, jest to wiedza dla władz uczelni niedostępna. Tak więc, gdy wieczorem przytargaliśmy nasz dobytek pod drzwi Rektoratu, dosłownie opadliśmy z sił… Pamiętam, że podczas podróży z Dworca PKS w Lublinie pod drzwi Rektoratu chłopaki kilkakrotnie rozważali pomysł, by zostawić te miski, przewiązane taśmą, w którejś z mijanych bram. Dziewczyny jednak, tradycyjnie kierujące się zdrowym rozsądkiem, zwłaszcza że nie im przypadło w udziale ciągnąć za sobą miski, uparły się, że bez misek nie da się zrobić prania, i w ogóle, co z nich za mężczyźni… Tak czy inaczej pod Rektoratem zjawiliśmy się z miskami, i wszystkimi tobołami, nie ponosząc po drodze żadnych większych strat. O stratach moralnych nie wspomnę, bowiem szliśmy od dworca do Rektoratu na piechotę, przez rozpadającą się wówczas Starówkę, Krakowskie Przedmieście i Aleje Racławickie. Oczywiście, co chwilę pytając łamaną polszczyzną o drogę, gubiąc się i już marząc o powrocie do domu…

Na szczęście, w Rektoracie znaleźliśmy portiera, który chyba po raz pierwszy w życiu spotkał pod drzwiami uczelni  gromadkę zagubionych dzieciaków z tyloma tobołami… Całkowicie przejął inicjatywę w sprawie poszukiwania dla nas noclegów i po paru godzinach dowiedzieliśmy się, gdzie będziemy mieszkać. Niestety, okazało się, że nasza grupa została oddelegowana do różnych akademików, każdy do innego… Ten pomysł na nasze rozlokowanie budzi we mnie pewne skojarzenia, ale nieważne… Grunt, że ostatecznie, jak się okazało, nie był to zły pomysł. Zamiast trzymać się siebie nawzajem i tworzyć zwartą paczkę, zamykając się na nowe znajomości, od razu zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę. Każdy osobno miał wejść w nowe życie z podniesioną głową, rocznym zapasem ryżu i miską pod pachą… Co też uczyniliśmy.

Żeton „C” i rozwiązanie zagadki 

Pewnie jesteście ciekawi, co sprawiło, że moja rodzina żegnała mnie na peronie w dość nietypowy sposób, organizując przy okazji coś w rodzaju happeningu? Gdybyśmy mieli wówczas telefony komórkowe, nie byłoby całej tej historii. Na szczęście, nie mieliśmy… Mieliśmy za to w pobliżu domu studenckiego budkę telefoniczną i żetony – „A”, „B” lub „C”. Żeton „C”, kosztujący piętnaście tysięcy złotych, wrzucony do automatu, dawał możliwość około dwóch-trzech minut rozmowy telefonicznej z Petersburgiem. Zatem, wkrótce po przyjeździe, udałam się do kiosku, by kupić dwa żetony, i poleciałam dzwonić do domu. Rzecz jasna, po krótkim i wylewnym powitaniu, umierając z ciekawości, zapytałam mamy: „Co żeście odprawiali na dworcu? O co wam chodziło? Bo nic a nic nie zrozumiałam”. I wiecie co mama mi odpowiedziała?  – „Przecież Drozdowscy nie przyjechali!”.

Ot, i cała zagadka… Niby nic, lecz w ten właśnie sposób spontanicznie zorganizowano pierwszy flash mob na Petersburskim Dworcu Kolejowym 🙂

 

Koń, jaki jest, każdy widzi?

Benedykt Chmielowski – osiemnastowieczny ksiądz katolicki w pierwszej polskiej encyklopedii postanowił zmierzyć się z opisaniem rzeczy w świecie mniej lub bardziej znanych –  „mądrym dla memoryału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki erygowana”… Skrupulatny encyklopedysta w rozdziale „O zwierzętach” pod hasłem „Koń” nie popisał się jednak zbytnią erudycją, podając swoim czytelnikom takie oto sformułowanie: „Koń, jaki jest, każdy widzi”… Zwrot jednak przeszedł do języka jako cytat i w ten oto sposób nic nie znacząca wzmianka Chmielowskiego stała się inspiracją do dzisiejszego wpisu.

Od dawna zastanawia mnie bowiem jedna rzecz… Czy cechy, jakie przypisuję mojemu koniowi, który – jaki jest, każdy przecież widzi – są wyłącznie projekcją moich osobistych uczuć do niego, czy też naprawdę je posiada? Ciągle przecież wydaje mi się, że Spartan jest zwierzęciem wyjątkowym, ze swoją skomplikowaną osobowością, trudnym charakterem i repertuarem niezwykłych zachowań. Wiem też, że swoje pierwsze osiem lat życia Spartan spędził wśród ludzi, przez których nie był lubiany, co więcej – pozbyto się go bez cienia żalu czy wątpliwości… Dlaczego jedni widzieli w nim wyłącznie jego cechy negatywne, nie dając mu najmniejszej szansy, by pokazać swoją lepszą stronę, dla mnie zaś stał się przyjacielem, z którym potrafimy pokłócić się i pogodzić, a przy tym godzinami być ze sobą i jest nam dobrze!

IMG_3607

 

Czy da się w ogóle obiektywnie opisać zwierzę? Na przykład, konia? Według mnie, nie. Często bowiem słyszymy, że ten oto koń jest, powiedzmy, spokojny. Wsiadamy, i rzeczywiście, nie sprawia w trakcie jazdy większych problemów. Nie kręci się przy wsiadaniu – stoi ze spuszczoną głową i czeka na sygnał do ruszenia. Poprawnie reaguje na pomoce, nie bryka, nie płoszy się, nie rży do reszty stada. Koń-ideał. Tyle tylko, że nie widzimy w tym koniu żadnych, ale to żadnych emocji – ani radości, ani niezadowolenia. Jest wobec nas i wobec świata całkowicie obojętny, jakby ktoś go wyłączył na godzinę. A więc pomiędzy określeniem „spokojny” a „zrezygnowany” widziałabym cienką granicę. Większość koni, zwłaszcza tych dużo pracujących pod różnymi jeźdźcami, uczy się „wyłączać” na czas pracy. Wykonuje polecenia jeźdźca, lecz nie okazuje żadnych emocji. Na koniec tak samo obojętnie przyjmują poklepanie po szyi czy nawet marchewkę. I wraca na padok czy do stajni.

Takie konie zazwyczaj do końca swoich dni pracują w rekreacji. Tak też mogło być w przypadku Spartka – wszak idealnie pasował do pracy pod dzieciakami ze względu na swoją umiarkowaną wysokość w kłębie i – wydawałoby się – huculskie, czyli dość spokojne, usposobienie. I tu, jak to się mówi – „świat się pomylił”…

Mogę tylko przypuszczać, jak wyglądały początki Spartkowego życia. Urodził się najprawdopodobniej w Ksawerowie w niedużej stajni przyparafialnej. Niestety, źrebaczków podobno rodzi się w tym miejscu sporo, a ich wychowaniem zajmują się przeważnie dzieci, pomagające w stajni w zamian za jazdę. O tym, jak się pracowało z końmi w tej stajni, dowiedziałam się z wątku na re-volcie, szukając informacji o przeszłości Spartana. Tamże trafiłam na filmik z tego ośrodka, przedstawiający przyuczenie konia do bryczki… ( W 18-tej sek. filmu Eryka, prowadzona korytarzem, mija boks z tabliczką „Spartan” – i nawet widać w nim plecy mojego Spartka!!! A zatem w 2010 roku Spartek był jeszcze w Ksawerowie. Wreszcie udało mi się odtworzyć jego biografię).

Czy w ten sam sposób mój Spartan mógł być zajeżdżany?

Na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze… Tak czy inaczej, gdy Spartek miał trzy czy cztery latka i pewnie już chodził pod siodłem, sprzedano go do innego ośrodka rekreacyjnego, również do pracy głównie pod dzieciakami…

Gdzie się nauczył wyrywać? Buntować? Uciekać? I nienawidzić ludzi? Odkąd poczytałam o jego miejscu urodzenia, a potem na własne oczy zobaczyłam, ile godzin pracował pod siodłem w miejscu, skąd go kupiłam, doszłam do wniosku, że tylko koń mechaniczny by się nie zbuntował!

Na szczęście, drugi ośrodek wystawił Spartka na sprzedaż. Robił się coraz bardziej niebezpieczny pod siodłem, zrzucał, brykał, ponosił, a przy tym coraz bardziej zamykał się na świat. Wyobraźcie sobie, że przez pierwsze pół roku, gdy podchodziłam do Spartkowego boksu – zazwyczaj z marchewką czy jabłkiem, koń odwracał się i chował łeb w najdalszym kącie, tak, by nie widzieć i nie słyszeć zbliżającego się człowieka! Okazuje się, że wcześniej był strasznie nielubiany przez właścicieli ośrodka, instruktorów, stajennych, jeźdźców. Nie poddawał się, wciąż próbował walczyć, więc – na szczęście – został wystawiony na sprzedaż. Przynajmniej za to jestem tym ludziom wdzięczna… Bo ileż takich koni kończy swoje życie w rzeźni… Nie da się ukryć, że ktoś jednak czuwał nad losem Spartka.

A teraz wracając do głównego tematu mojej opowieści. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem księdza Benedykta! (Nota bene, właśnie zdałam sobie sprawę, że wciąż pojawia nam się w tej opowieści wątek kościelny… Spartku, wybacz, już nie będę do tego wracać). Jest dokładnie odwrotnie – Koń jest taki, jakim Jego ktoś widzi! Taki, na ile ktoś chce zobaczyć, poznać, odkryć jego osobowość! Na ile ktoś w ogóle chce widzieć w nim istotę czującą, myślącą, podejmującą swoje decyzję. Nie ma po prostu koni… Są konie nieodkryte, takie, z którymi nikt nie próbował nawiązać żadnych relacji, nie próbował rozmawiać i rozumieć.

I całe szczęście, że w miejscach, gdzie przebywał wcześniej Spartek, on się nie poddał! Że dawał popalić, nawet za cenę swojej zszarganej opinii – „głupi, złośliwy, wredny, niebezpieczny”. Sam go takim zrobiłeś, człowieku! A jaki on tak naprawdę jest, to widzę dopiero teraz, po kilku latach naszej wspólnej drogi. Dla mnie jest wyjątkowy. Amen.

Gdy hucuł się nudzi, czyli głupich wpadek ciąg dalszy…

Początek naszej historii o „wpadkach”, które zazwyczaj się nie zdarzają znajdziesz tutaj: Nie będziemy czekać na Pendolino, czyli O rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają…

Jak już pisałam wcześniej, staram się z wręcz paranoiczną dokładnością sprawdzać wszystko, co znajduje się  końskim otoczeniu. Ale na nic to, bo Spartek i tak zawsze znajdzie sposób, by na własne życzenie wpakować się w tarapaty.

IMG_3593

Kolejna historia przydarzyła nam się jakieś półtora roku temu w Szinuku. Przyszykowałam konia na trening i spokojnie czekałam z osiodłanym Spartkiem na trenerkę. Udało nam się tamtego dnia nadzwyczaj szybko się sprowadzić, wyczyścić i przygotować się do jazdy. Staliśmy na środku pustej ujeżdżalni, wokół – żywego ducha. Cisza, spokój, piękne słoneczne popołudnie. Miałam właśnie dzwonić do Gosi – naszej trenerki, że jesteśmy gotowi. Tak się umówiłyśmy, że jak się przyszykujemy, to puszczę sygnał. Próbowałam właśnie wygrzebać telefon ze swojej torebki, przewieszonej przez ramię. Koń stał parę metrów przede mną, a ja lekko trzymałam wodze w jednej ręce. I nagle widzę – Spartek, najwyraźniej z nudów, sięgnął zębami do lewego strzemienia. Lubił nieraz tak zrobić – nie znosi bezczynności. Jego huculski umysł ma bodajże tylko dwa tryby działania – skierowane albo na jedzenie, albo na tzw. „głupie pomysły”. O niektórych z nich pisałam już wcześniej – Spartan i sudoku…

No więc ta chwila bezczynności sprawiła, że poszukał sobie zajęcia, zresztą najgłupszego z możliwych. Bawił się więc lewym strzemieniem, aż chwycił je dość mocno zębami i pech chciał, że strzemię zablokowało mu się w paszczy – zahaczyło i tylne zęby i koń został zablokowany w pozycji mocno wygiętej, z szyją wykręconą w lewą stronę, bez możliwości jakiegokolwiek manewru. Gdy spojrzałam na konia, tkwił w tej dziwnej pozycji, złożony wpół i właśnie zaczął tracić równowagę. Próbował się szarpać, ale skutek był taki, że coraz bardziej przechylał się na drugą stronę i za chwilę runąłby z siodłem na ziemię… Natychmiast chwyciłam mocniej wodze i z całych sił próbowałam utrzymać go w pozycji stojącej. Spanikowałam… Trzymałam go i darłam się wniebogłosy, próbując ściągnąć pomoc. Wiedziałam, że jak się przewróci, wpadnie w jeszcze większą panikę i może zrobić sobie krzywdę. Właściwie, to już zrobił… Niestety, moje rozpaczliwe krzyki nie zostały usłyszane… Pomagałam mu, jak mogłam, wisząc na wodzach całym swoim ciężarem, by tylko nie upadł, lecz w takiej pozycji, przy mocno szarpiącym się koniu, nie miałam żadnych szans, by wydobyć strzemię z końskiej paszczy. Utknęło mocno w szczelinie między zębami… Im bardziej się szarpał, tym mniej było szans, by Spartkowi pomóc. W pewnym momencie zabrakło mi sił. Trzymałam go, ale w oczach miałam już łzy – nie czułam rąk, nóg, tylko pulsującą krew, która nagle napłynęła mi do głowy… W tym momencie, gdy już widziałam wszelkie możliwe skutki spartkowego upadku – ze złamanym karkiem włącznie, koń się uspokoił. Przestał próbować uwolnić się od żelaza z zębach, przestał się szarpać i niebezpiecznie przechylać się na drugą stronę. Wtedy mogłam mu pomóc! Błyskawicznie wydłużyłam puślisko i trzęsącymi się rękami wydobyłam tkwiące za tylnymi zębami strzemię. Ufff….. Spartan opuścił głowę. „Coś ty najlepszego wymyślił, głuptasie?” – wtulił łeb we mnie i ciężko oddychał. Po chwili się otrząsnął, a ja zaczęłam masować mu szyję. Na pewno musiała go boleć. Po chwili nadeszła Gośka, a ja – wciąż przejęta – opowiedziałam jej o całym zdarzeniu. Nie pamiętam, czy miałam tego dnia trening. Chyba tak, ale reszty tamtego dnia nie potrafię sobie przypomnieć. Teraz, jak koń jest osiodłany, nie spuszczam z niego oka. Wątpię, by uczył się na błędach, bo kilkakrotnie widziałam, że znów sięga po strzemię. Próbuję wybić mu to z głowy, ale chyba domyślacie się, z jakim skutkiem…

Dosłownie parę miesięcy później przydarzyła nam się kolejna przykra historia… Również byłam sama na terenie stajni, więc po raz enty musiałam sobie poradzić, ratując Spartka z tarapatów. A więc była niedziela i tego dnia wszystkie konie stały w stajni. Przyjechałam pod wieczór i postanowiłam wyprowadzić Spartka na lonżownik i chwilę popracować. Jak się okazało, zadanie to nie było łatwe. Gdy reszta stada jest w stajni, to Spartan – choćby nie wiem, jak bardzo chciał pochodzić po trawce, nie zgadzał się na opuszczenie boksu. To znaczy – wychodził ze mną parę metrów poza stajnie i – w tył zwrot, strzała z powrotem. Parkowanie w boksie i mogłam zaczynać od początku. Po kilku nieudanych próbach wyprowadzenia go na zwykłym, a następnie – sznurkowym kantarze, stwierdziłam, że tym razem się nie poddam! Nie ma mowy! Cóż to jest strasznego pójść jakieś 15-20 metrów od wejścia do stajni i popracować pół godziny „w samotności”. Piszę „w samotności”, bo – jak widać – mojego towarzystwa Spartek niejako nie brał pod uwagę. „O, nie, gagatku, zatem dojdziemy tam na ogłowiu z wędzidłem”.

wedzidło

Założyłam Spartkowi ogłowie z wędzidłem „z wąsami” – takim, jak na obrazku powyżej. Wąsy jakoby mają zapobiegać przemieszczaniu się wędzidła w końskim pysku. Jakoby… Po założeniu wędzidła i wyprowadzeniu Spartka przed stajnię udało nam się przejść ponad połowę drogi do lonżownika, po czym koń się wyrwał i zaciągnął mnie prawie do samej stajni… Prawie, bo tym razem zdążyłam zahaczyć liną i słup, więc udało mi się zatrzymać Spartka tuż przed wejściem na korytarz stajenny. Obrócił się na mnie, spojrzał ze zdziwieniem. Jednak wędzidło plus moje sprytne zawinięcie liny o słup sprawiły, że poczuł pewną „niewygodę”. Zawróciłam go po raz kolejny w kierunku lonżownika i, zdawałoby się, tym razem pójdzie gładko, gdy tuż przed wejściem na lonżownik Spartan zaczął się wyrywać, ja trzymałam go mocno, a on, machając głową i kręcąc nią na wszystkie strony, na dodatek z otwartym pyskiem, nagle zamarł. Natychmiast zobaczyłam, że wędzidło jednak przesunęło mu się od tego ciągłego szarpania, i długi wąs utknął w pysku – dokładnie w poprzek, wciskając się końcówkami w górne i dolne podniebienie. Pysk miał otwarty bardziej, niż podczas robienia zębów, a na dodatek – z pewnością było to bolesne. Nie miałam co wołać o pomoc, bo byłam sama. Przeklęłam w myślach, że założyłam koniowi ogłowie, i tym razem, starając się zachować spokój, zaczęłam wydobywać wędzidło z pyska… Spartek stał spokojnie, chyba zdając sobie sprawę, że tym razem przegiął… Gdyby spróbował zamknąć pysk, wąsy mogły uszkodzić mu żuchwę. Cała operacja wydobycia Spartka z tej katastrofalnej sytuacji zajęła mi około minuty czy dwóch. Przy absolutnej jego współpracy. Gdy już było po wszystkim, chybcikiem zaprowadziłam go na lonżownik, obejrzałam, czy nic mu nie jest i zaczęliśmy pracować. Rżał do reszty koni, miotał się i znów lekceważył moja obecność, ale zrobiłam to, co miałam do zrobienia tamtego dnia. Po jakimś czasie względnie się uspokoił, zaczął poruszać się z opuszczoną głową, pracując na kołach na wolności i – co najważniejsze – spokojnie, na zwykłym kantarku wróciliśmy do stajni. Natychmiast zrezygnowałam z używania wędzidła z wąsami… Zresztą, staram się nie używać żadnego, a jeśli już, to zabezpieczam wędzidło przed przesuwaniem się w końskim pysku za pomocą dodatkowego paska, który podpinam od dołu, tak by nie miało najmniejszej możliwości przemieszczania się w prawo czy lewo w końskim pysku.

Widzę wyraźnie, że nadmiar sprzętu prowokuje Spartka do głupich zachowań. I o ile nie mogę zrezygnować ze strzemion, to z wędzidła – na pewno. I mam nadzieję, że wkrótce zupełnie nie będzie nam potrzebne. Na razie trzymam ogłowie wędzidłowe wyłącznie z myślą o pierwszych wypadach w teren, które, mam nadzieję, wkrótce nadejdą i przekonam się, że nawet w terenie koń lepiej sobie radzi bez żelaza w pysku…

Nie będziemy czekać na Pendolino, czyli O rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają…

Nie wiem, czemu zawdzięczam dość sporą ilość spektakularnych wpadek, jakie przeżyliśmy ze Spartanem… Teraz, gdy planuję jakąkolwiek najprostszą czynność z udziałem mojego konia, zaglądam do wszystkich kątów, upewniając się, że nie stoją widły czy grabie, gotowe w każdej chwili do rzucenia się na Spartka, sprawdzam trwałość ogrodzenia, równość ustawienia schodków, odległość stanowiska do czyszczenia od najbliższych pojazdów mechanicznych – zresztą, zaparkowanych, ze zgaszonym silnikiem, więc w żadnym stopniu nie stanowiących dla nas zagrożenia, ale nigdy nie wiadomo… Zachowuję się nieraz jak paranoiczką – nie spuszczam oka z mojego konia, gdy już jest osiodłany… Staram się nie oddalać od niego, gdy na kantarze jest uwiązany do czyszczenia… Nadopiekuńczość? Nie! Instynkt samozachowawczy! Bo Spartek, gdy już wpakuje się w poważne tarapaty, całym sobą krzyczy do mnie „Mamciś!!! Ratuuuunkuuuu!”, no i co mi pozostaje???

Dlatego staram się myśleć z wyprzedzeniem… A teraz od początku.

spartek_las_zima_ja

 

Gdy wybieram się ze Spartkiem na spacer do lasu, zawsze mam z tyłu głowy kilka scen z naszych, powiedzmy, mniej udanych wycieczek… Pierwsza, którą pamiętam do dziś, to był nasz ze Spartkiem wypad do lasu na spacerek w ręku w towarzystwie Barbórki, Spartkowej ówczesnej dziewczyny. Staliśmy w stajni Szinuk, sąsiadującej z piękną rozległą puszczą. Warunki do przyzwyczajenia konia do leśnych wędrówek – wręcz wymarzone. Spartan czuł się w lesie niepewnie… Nie lubił oddalać się od stajni, nawet w towarzystwie drugiego konia. Był niezwykle czujny, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Był kwiecień, dwa lata temu. Ewa – właścicielka Barbórki – dziewczyna niezwykle nam życzliwa, a na dodatek będąca ostoją spokoju i łagodności, zaproponowała, żebyśmy udali się na wycieczkę z naszymi końmi. Ja się zgodziłam, a Spartka nikt nie pytał… I wszystko byłoby nawet nieźle – zawędrowaliśmy dość daleko od stajni, idąc główną leśną drogą, kiedy nagle z naprzeciwka pojawił się obładowany drewnem TIR z równie obładowaną przyczepą. Pojazd zbliżał się prosto na nas wąską drogą, konie w ręku, coraz bardziej niespokojne… Po obu stronach drogi – dość głębokie rowy melioracyjne, więc ciężko je przeskoczyć, zwłaszcza że tuż za nimi naprawdę gęsty las i z końmi nie mamy szans, by się zmieścić. Musiałyśmy zawrócić i szybkim krokiem, oddalając się od nadciągającego TIR-a, rozpaczliwie szukać możliwości ucieczki w jakąś boczną ścieżkę. Na szczęście, po chwili skręciłyśmy w lewo, konie – choć przerażone – nadal były przy nas w liczbie dwóch, a TIR z przyczepą właśnie mijał nas, przeczekujących w leśnej gęstwinie. Gdy „maszyna” przejechała, Spartkowi puściły nerwy. W mgnieniu oka obrócił się wokół mnie – zdążyłam tylko uprzedzić Ewę, by się odsunęła, i wyrwał mi linę z ręki, ruszając w pościg za TIR-em. Galopem pognał przed siebie, skręcił za TIR-em i pognał tuż za nim, by za chwilę wyprzedzić przyczepę i galopować tuż przy kabinie kierowcy, po jego lewej stronie. Wiedziałam, że gonienie konia nie jest dobrym rozwiązaniem: po-pierwsze, i tak nie miałam szans, po-drugie, wówczas to dopiero by się utwierdził  w przekonaniu, że całe stado za nim pędzi, co dodatkowo dodałoby mu pewności siebie. Wyszłyśmy z Ewą i Barbórką na drogę, wołałam Spartka, idąc daleko za TIR-em, modląc się w duchu, by długa, ciągnąca się po ziemi lina nie wkręciła się w ogromne koło pojazdu, bo byłoby po koniu… Nie wiem, co myślał sobie kierowca… Może chciał uciec przed koniem, może się z nim ścigał, bo nie wierzę, że nie zauważył Spartka, zaglądającego mu niemalże do lewego lusterka… Jak zawsze w podobnie beznadziejnych sytuacjach, liczyłam na cud… TIR oddalał się wraz z moim koniem, my szłyśmy żwawym krokiem za nimi, wołając Spartana, który pędził w przeciwnym od nas kierunku… Aż tu nagle TIR dojechał  do rozwidlenia i zaczął powoli skręcać w prawo. Ten manewr zupełnie zasłonił mi Spartana, więc kompletnie nie widziałam, co się z nim dzieje. Kiedy przyczepa również pokonała zakręt, zobaczyłam Spartka, który dumny, z wyciągniętą szyją stał na zakręcie i patrzył raz na nas, raz na oddalającego się potwora. Wypowiadałam imię Spartka tak spokojnie, jak tylko potrafiłam, idąc ni to szybko ni to wolno… Właściwie to było przedziwne poruszanie się – starałam się, udając spokojne spacerowe kroki, zbliżyć się do konia tak szybko, jak się da. Szkoda, że nie mam nagrań… Charlie Chaplin byłby pod wrażeniem…

Ale właściwie nie musiałam się spieszyć. Spartan na nas czekał. Nawet był dość spokojny. W jego spojrzeniu dało się wyczytać dumę i zadowolenie z dobrze wykonanej roboty: „Widziałyście, dziewczyny, jak przede mną zwiewał? Aż się kurzyło!”. Rzeczywiście, kiedy opadł kurz, spokojnie wzięłam spartkową linę i – …. poszliśmy w kierunku stajni? Nie! Za radą Ewy zawróciłyśmy z końmi z powrotem do miejsca, gdzie spotkałyśmy na swojej drodze TIR-a, przeszłyśmy się tam i z powrotem tak, by konie upewniły się, że nic strasznego już się nie wydarzy, i dopiero po tym poszłyśmy w kierunku stajni. Nie powiem, trzęsły mi się ręce, nogi się uginały, a głosik miałam mocno zdenerwowany. Całe szczęście, tego dnia nic więcej już się nie wydarzyło. Jednak przez kolejny rok, mając w pamięci zajście z TIR-em, nie miałam odwagi zabrać Spartka na spacer do lasu.

Minęły dwa lata, w tym czasie, dzięki pomocy trenerki Gosi z Szinuka, Spartan zaczął chodzić w tereny pod siodłem. Tych w ręku wciąż starałam się unikać. Po przeprowadzce do nowej stajni, jesienią ubiegłego roku, znów zaczęłam zabierać Spartka na spacery w ręku. Pewnego dnia dołączyłam ze Spartkiem do wybierających się na wycieczkę do lasu Anię z Uranem. Uran dumnie kroczył z synkiem Ani na grzbiecie – takie wędrówki nie były dla nich niczym nadzwyczajnym. Dla nas – to była bodajże druga wycieczka po przeprowadzce do Olszewnicy. Uran to koń spokojny, doświadczony, więc lepszego towarzystwa nie można było znaleźć. Kroczyliśmy ze Spartkiem za Anią z Uranem, oddalając się od stajni na parę kilometrów, a Spartan wyjątkowo spokojnie szedł przed siebie, zajadając po drodze suchą dębinkę.

spartek_las

Ja również byłam nadzwyczaj spokojna i wyluzowana. Co prawda, kompletnie nie znałam okolicy i nie miałam zielonego pojęcia, jaką trasę wycieczki zaplanowała dla nas Anka. Droga prowadziła prosto przez las, jak się później okazało, aż do przejazdu kolejowego. Skąd mogłam wiedzieć, że przejazd kolejowy, z obowiązkowym zatrzymaniem się i zaczekaniem na przejeżdżający Pendolino, były właściwym celem naszej wycieczki? Synek Anki uwielbiał patrzeć na mknące z ogromną prędkością pociągi… Gdy doszliśmy do przejazdu i Anka zatrzymała Urana, zdezorientowana, zapytałam, gdzie skręcamy? Okazało się, że nigdzie – że poczekamy sobie na Pendolino… Zbladłam… Napomknę tylko, że Spartan do dziś ma problem z zatrzymaniem się i spokojnym staniem w środku lasu – o ile oczywiście nie ma do objedzenia jakiejś smacznej gałązki. Dlatego też wiedziałam, że za chwilę Spartan wybuchnie i spróbuje się wyrwać. Szybko powiedziałam Ance, że to nie jest dobry pomysł, że nie utrzymam konia przy nadjeżdżającym pociągu. „No co ty?” – zapytała zdziwiona, bo, rzecz jasna, taki rozwój wydarzeń zupełnie nie mieścił jej się w głowie. „Zaraz już jedzie, poczekajcie chwilkę”. W tym samym momencie Spartan wyrwał mi linę i ruszył na przejazd kolejowy. Wiedziałam, jak to się może skończyć… Wyścig z Pendolino mógłby się stać dla Spartka ostatnim przejawem heroizmu. Uczepiłam się końcówki liny, jak małpa, i poleciałam za koniem, szybciutko przebierając nóżkami. Za nic w świecie nie zamierzałam puścić liny. Do przejazdu zostawało parę metrów, kiedy resztką sił spróbowałam szarpnąć liną. Nie wiem, co podziałało, ale Spartek się zatrzymał. Szybko go zawróciłam i poszłam w kierunku Ani z Uranem, który stał spokojnie i obserwował rozgrywającą się na jego oczach scenę. Byłam zdesperowana, by czym prędzej opuścić łączkę przed przejazdem kolejowym, więc po prostu ruszyłam z powrotem do lasu, błagając Ankę, by szła za nami. Ufff, za chwilę za nami pojawił się Uran. Poczułam się właśnie uratowana, gdy nagle rozległy się iście piekielne odgłosy – płacz dzieci, krzyk zarzynanych zwierząt, piski i przerażające wycie… Te koszmarne dźwięki wypełniły cały las! Struchlałam. Spartan wybałuszył oczy, jak nigdy dotąd, i przyspieszył, jakby ktoś z tyłu gonił go batem. „Co TO jest?” – rzuciłam, starając się nadążać za koniem. „Puszczają tu takie przy przejeździe kolejowym, by odstraszyć zwierzęta” – wyjaśniła mi Anka. „To im się, kurna, udało!!!” – wydusiłam, i ponownie spróbowałam uspokoić Spartka. Gdy po paru minutach piekielne odgłosy ucichły, a my byliśmy już na tyle daleko od przejazdu, bym mogła zacząć oddychać, Spartan się uspokoił. Co prawda, drogę powrotną pokonaliśmy chyba ze trzy razy szybciej, niż bym się spodziewała. I wiem jedno – nigdy nie będziemy ze Spartkiem oglądać Pendolino! Poznanie z bliska kierowcy TIR-a w zupełności powinno koniowi wystarczyć…

O kolejnych Spartkowych „wpadkach” i rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają –  Gdy hucuł się nudzi, czyli głupich wpadek ciąg dalszy…

Nie słowa, czyny! Czyli o „babskim gadaniu” w krótkich żołnierskich słowach…

Zawsze, wracając od Spartka, rozmyślam nad tym, czego mnie dziś nauczył… Nie każda wizyta jest tak pouczająca, jak ta dzisiejsza, albo też nie jestem zbyt bystra, by z każdej wyciągnąć odpowiednie wnioski. Niekiedy jednak mój koń wyraża się wystarczająco dobitnie, bym zrozumiała jego przekaz…

Otóż dziś po wizycie w stajni wracam z następującą refleksją: w relacjach zarówno z mężczyznami, jak i z końmi, nie warto nadużywać pustych słów. No cóż… Dotarło to do mnie dopiero teraz, ale lepiej późno, niż wcale.

Skąd mi się to wzięło? Otóż, dziś podczas pracy z ziemi ze Spartkiem zależało mi, żeby poruszał się po kole w miarę przyzwoitym stępem. Nie nóżka za nóżką, jak on ma w zwyczaju, lecz trochę, że tak powiem, z życiem. Z wigorem. Z zaangażowaniem w pracę. Podłoże mamy twarde, więc kłus mu odpuściłam, ale przynajmniej stęp chciałam uzyskać na jako takim poziomie. No więc, jak pan bóg przykazał, odsyłam konia na koło. Odchodzi. Daję mu chwilę na rozruszanie się i postanawiam stęp przyspieszyć. Wskazuję ręką kierunek, nabieram powietrza – nic… Zaczynam poruszać batem za zadem konia – nic… Wtedy wypowiadam gnuśnym głosem „Doooodaj!” – nic… I uderzam batem za zadem konia. Mocno. Koń natychmiast przyspiesza. Ale po paru metrach zwalnia do swojego normalnego (czytaj – leniwego) tempa. Powtarzam całą sekwencję czynności. Reakcja konia jest taka sama – przyspiesza, by po chwili zwolnić. Trzeci raz – nie muszę Wam chyba mówić. No i zauważam, że w momencie, gdy wypowiadam swoje gnuśne „Doooodaj!”, Spartek się wścieka. Widzę gniewne machanie łbem, uderzenia ogonem. Za czwartym razem na moje „Dooooodaj!” odbryknął mi się z zadu – leciuteńko, że tak powiem, ostrzegawczo. Natychmiast skorygowałam go liną, wycofałam i odesłałam z powrotem na koło. „Oż ty, w mordę jeża” – pomyślałam, ale się wściekł. Powtórzyłam paskudne słowo jeszcze raz i uzyskałam podobną reakcję, co prawda koń jest na tyle sprytny, że tuż po podbryknięciu sam się wycofał zapobiegawczo i zrobił minę niewiniątka. Ok… Zmieniłam strategię, bo przypomniałam sobie, jak kiedyś reagował na moje „Uwaaaga!” z siodła przed zakłusowaniem. Pamiętam, że też go tak to moje „Uwaaaaga!” denerwowało, że zaczynała się walka na śmierć i życie z wyrywaniem wodzy, cofaniem, próbą rozwalić moją nogę o metalowe ogrodzenie. Wtedy, gdy nam się to przytrafiło, odpuściłam sobie uprzedzające „Uwaaaaga!” i po prostu, jak normalny człowiek, używałam pomocy, z lekkim zebraniem wodzy na czele. I to już samo w sobie wystarczyło koniowi, by przygotować się do zmiany chodu. Dlaczego więc wymyśliłam teraz to głupie „Dooooodaj!”? Zadziałało na Spartka jak płachta na byka!

Następnym razem, odsyłając konia na koło i chcąc uzyskać żywsze tempo, odpuściłam sobie gadanie. Po prostu podniosłam swoją energię, wskazałam ręką kierunek, uniosłam bat, i po chwili przy braku prawidłowej reakcji konia, uderzyłam batem w ziemię tuż za koniem. Dwa razy nie trzeba było powtarzać. Za każdym kolejnym razem, gdy tylko zwalniał, wystarczało samo moje spojrzenie i wskazanie kierunku z lekkim uniesieniem bata, albo nawet i bez. Spartan natychmiast przyspieszał. Bez buntów i zbędnych dyskusji. Komunikat był jasny. Ewidentnie koń potrafi znacznie szybciej ode mnie wyciągać wnioski… No cóż…

10450328_10204570275439559_5280999934877045296_o

A teraz zastanówmy się, dlaczego moje „Uwaaaaga!” czy „Doooodaj!” stały się powodem do końskiej irytacji. Otóż, zdaje się, że zamieniły się w znacznik, poprzedzający coś niemiłego. Po tych moich słowach-znacznikach następowało albo dodanie łydki z siodła albo uderzenie batem w ziemię, tak jak dziś. Tyle że sama łydka czy bat o ziemię są dla konia konkretne i zrozumiałe. Normalne sygnały, na które koń reaguje. Z kolei poprzedzające je słowa – nie mające większego sensu, poza zapowiedzią czegoś niemiłego, powodowały irytację! Bo łatwiej jest koniowi się wkurzyć na „Doooodaj!”, niż na sygnał bata! Zamiast przekazywać jakąś konkretną dla konia informację, słowa te stały się znacznikiem ze znakiem minus (w odróżnienia np. od klikiera, który jest znacznikiem ze znakiem plus). I tak samo, jak po usłyszeniu dźwięku klikiera zwierzę już się cieszy, nawet nie czekając na samą nagrodę w postaci przysmaku, tak samo moje słowa-znaczniki konia wkurzały natychmiast. Następne moje czynności były już bez znaczenia, bo Spartkowa irytacja od razu prowadziła do kłótni pomiędzy nami.

Jak już wcześniej powiedziałam, lepiej później niż wcale… Natychmiast się przymknęłam, przestałam wypowiadać swoje gnuśnie „Doooodaj!”, i problem się skończył. Resztę treningu Spartek pracował bez zarzutu.

Tak to za drugim razem do mnie dotarło. Mniej słów, więcej czynów. Konkretnych, dla konia zrozumiałych, i sprawiedliwych. I nie to żebym odpuściła sobie moje świergotanie do Spartka przy czyszczeniu czy naszych wspólnych wędrówkach tu czy tam. Opowiadam mu o wszystkim, co mi w duszy gra, zwierzam się ze swoich sekretów i pomysłów. Udaje, że słucha… Ale na pewno mu to nie przeszkadza. Pewnie przyzwyczaił się, jak ludzie mieszkające przy torach kolejowych przyzwyczajają się do odgłosów przejeżdżających pociągów. Podobno w ciszy nie potrafią zasnąć. Tak też jest u nas. Na co dzień dużo z nim gadam, albo raczej – do niego. Zaś przy pracy, a zwłaszcza jeśli chodzi o wydawanie poleceń, mam się przymknąć.

Nieprawdaż, że typowo męskie podejście? Można latami mówić mężczyźnie, że odkurzacz słabo działa, że się wyłącza po pięciu minutach, że tak się nie da całego domu odkurzyć… I nic… A wystarczy raz, tak od niechcenia, udając że sytuacja jest absolutnie podbramkowa – zaraz przyjdą niezapowiedziani goście i nie dasz rady sama posprzątać – poprosić mężczyznę, by odkurzył, i co? Następnego dnia jedziecie po nowy odkurzacz. Najlepszy! Supermocny! Taki, co by stajnię odkurzył i się nie przegrzał!

Ot, i cała prawda o „babskim gadaniu” w końsko-męskim świecie. Ale jak tu nie gadać, jak się lubi?

Sól, tarantula i szaleni naukowcy…

W czasie, gdy Spartek „normalnieje”, a więc pozbawia mnie weny do rozpisywania się na temat jego zaskakujących odsłon osobowości, a chęci do pisania nie brakuje – zwracam się do tematów odległych od końskiego świata.

 

karalarskaya_step

 

Dziś – nie wiedzieć czemu – przypomniałam sobie moje „POCIĄGające” przygody, związane z podróżowaniem z Petersburga do Poznania i z powrotem, jakich co najmniej dwa, a to i trzy razy do roku, doświadczałam na przestrzeni dwudziestu lat. Moje przygody kolejowe zaczęły się jednak znacznie wcześniej, pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy jako trzynastolatka uczestniczyłam w wyprawie naukowej dla młodych przyrodników, zorganizowanej przez nasze petersburskie kółko zoologiczne. O tym, co mam na myśli pod określeniem „kółko zoologiczne” można poczytać tu O kółku zoologicznym 🙂

Ależ to była przygoda! Jechaliśmy grupą około dwudziestu dzieciaków, w asyście trzech dorosłych biologów na Krym, gdzie przez miesiąc poznawaliśmy florę i faunę regionu, zbieraliśmy i suszyliśmy rośliny, prowadziliśmy całodobowe obserwacje gniazd rzadkich ptaków drapieżnych, łapaliśmy myszoskoczki, susły, chomiki, węże, pająki i inne drobne zwierzęta dla Zakładu Zoologii Petersburskiego Uniwersytetu. To ostatnie dziś bym sobie z pewnością odpuściła, ale wówczas, jako dziecko, nie widziałam problemu w zabraniu zwierząt z ich środowiska naturalnego i przewiezieniu pociągiem do Petersburga…

Ta wyprawa była dla mnie spełnieniem wszystkich moich marzeń i zapowiedzią przyszłej wspaniałej drogi przyrodnika, zresztą, jak się okazało w przyszłości, zapowiedzią niespełnioną. Ale mniejsza o to. Pamiętam jak dziś, że leżałam sobie któregoś wieczoru w wannie, oczywiście, z książką Jane Goodall w ręku, kiedy zadzwonił telefon. Zakręciłam wodę i zaczęłam nasłuchiwać, czy mama odbierze. Akurat robiła coś w kuchni, ale zdążyła dobiec do przedpokoju i w ostatniej chwili podniosła słuchawkę. To dzwonił Igor Jozifowicz – dyrektor naszego kółka i organizator krymskiej wyprawy. Czekałam na ten telefon z nadzieją i jednocześnie obawą, że mama nie da się przekonać. Wiedziałam, że cuda raczej się nie zdarzają, przynajmniej nie u mnie, więc spodziewałam się jedynie, że mama, podzielając, rzecz jasna, moją pasję, ale czysto teoretycznie, w praktyce oświadczy, że jestem za młoda na takie wyprawy, że za daleko, za długo i za drogo. Faktycznie, koszty wyprawy należało pokryć we własnym zakresie, a z pieniędzmi wówczas było krucho. Co prawda, wyprawę można było zaliczyć do niskobudżetowych, ale i tak trzeba było opłacić bilet na pociąg do Krymu i z powrotem, jakieś niewielkie koszty noclegu i zabrać ze sobą wyżywienie – na miesiąc! Bowiem w okolicach naszego miejsca pobytu na Krymie sklepów nie było. Za to były stepy, gdzieniegdzie rozległe słone bajora i tyle… Z rzadka – samotne drzewo czy niski iglasty krzak. I stara, opuszczona szkoła, gdzie na sali gimnastycznej mieliśmy się ulokować. O dziwo, wodociąg w szkole wciąż działał, więc mieliśmy przynajmniej dostęp do wody. Nie wiem, czy Igor Jozifowicz przedstawił mojej mamie wszystkie aspekty naszego planowanego pobytu na Krymie. Szczerze mówiąc, wątpię, bo znając szczegóły naszej wyprawy, mama chyba nie odważyłaby się na wyrażenie zgody. A że nasz dyrektor był uroczym, sympatycznym i jednocześnie szalonym naukowcem, o przemiłym aksamitnym głosie, który zawsze działał na kobiety rozbrajająco, mama się zgodziła. Przebieg tej znamiennej rozmowy telefonicznej śledziłam z zapartym tchem, bojąc się nawet poruszyć w wannie. Na koniec usłyszałam tylko, że mama zamierzała mnie zapytać, czy chciałabym jechać, więc z wrażenia upuściłam moją bezcenną lekturę do wody… Sprawa została przesądzona, bo wiadomo, że chciałam! Najbardziej na świecie!

Miesiąc później cała nasza ekipa przyrodników spotkała się na dworcu. Byliśmy obładowani plecakami z jedzeniem, śpiworami, jakimś dziwnym wyposażeniem do pływania (niektórzy rodzice chyba sądzili, że jedziemy nad morze – już nie wiem, co im Igor Jozifowicz naopowiadał)… Chwila pożegnania i – w drogę. Tyle że podróży w tamtą stronę za bardzo nie pamiętam. To znaczy, na pewno dobrze się bawiliśmy, śpiewaliśmy, nie dając spać pozostałym pasażerom i snuliśmy plany na przyszły miesiąc. Ale żadnych większych przygód nie było – ot, tak, wesoło i entuzjastycznie przemierzaliśmy kolejne setki kilometrów na południe.

Na miejscu okazało się, że budynek szkoły raczej nadaje się do rozbiórki, niż do przyjmowania naukowców. Ale czy to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie? W ogóle! Szybko rozładowaliśmy plecaki z żywnością, składując w jednym z pomieszczeń nasze konserwy, puszki, makarony i to wszystko, w co rodzice nas zaopatrzyli. Mieliśmy też kuchenki elektryczne i dwa duże garnki. Jedzenia miało nam starczyć na co najmniej dwa tygodnie, po czym nasi dorośli uczestnicy wyprawy mieli udać się do najbliższego, aczkolwiek oddalonego o jakieś kilkanaście kilometrów, sklepu w jednej z okolicznych wiosek. Zatem racje żywnościowe były mocno reglamentowane, a klucz od naszej tymczasowej spiżarni kierownik wyprawy nosił zawsze przy sobie.

Każdy dzień był starannie przez naszych przewodników zaplanowany. Podzieliliśmy się na kilka grup i codziennie mieliśmy do wykonania całą listę zadań. Opisywaliśmy roślinność i faunę otaczających nas stepów, robiliśmy jakieś pomiary, szukaliśmy nor gryzoni, gniazd i obszarów występowania ptaków, łapaliśmy węże i pająki, by je zmierzyć, sfotografować i opisać w naszych dziennikach. Pełniliśmy też dyżury przy gniazdach jakichś sokołów… W grupach dwóch-trzech osób musieliśmy spędzać czterogodzinne dyżury z notatnikiem w ręku, do którego starannie wpisywaliśmy, kiedy i jaki ptak opuszczał swoje gniazdo w poszukiwaniu pożywienia dla piskląt, kiedy wracał, co przynosił itd. Nie wiem, czy z naukowego punktu widzenia nasze notatki miały jakiekolwiek znaczenie, jednak dla nas było to szalenie ciekawe doświadczenie, pokazujące nam, młodym pasjonatom przyrody, jak wygląda praca naukowca. Dłuuugie godziny, podczas których nie dzieje się kompletnie nic – ot, ptak wrócił do gniazda. Notatka. I znów leżymy pod krzakiem, gapiąc się w konary drzew. Wyleciał. Notatka. Kolejne pół godziny przyglądania się wielkiemu nic… Po czterech godzinach – zmiana. Idzie następna ekipa obserwatorów, a my – wolni – lecimy do kolejnych wyzwań.

1505763242_uzunlarskoe

Pamiętam naszą wyprawę na wyspy, położone na środku słonego jeziora. Były to bardzo płytkie zbiorniki, gdzieniegdzie porośnięte czymś na kształt szuwarów, lecz często rozległe i – co najgorsze – kilkanaście centymetrów od dna tworzyła się warstwa wyschniętej soli. Do wyprawy ruszyliśmy pełni entuzjazmu, bowiem na wyspach podobno gnieździły się jakieś rzadkie gatunki czapli, które koniecznie musieliśmy zobaczyć. Rzecz jasna, nikt nas nie uprzedził, że oprócz czapli, na wyspie roi się od żmij. Ale po tym, co przeżyliśmy w drodze na wyspy, żmije to już był mały pikuś.  Otóż, okazało się, że przez rozległe słone bajoro idzie się na piechotę – płynąć się zupełnie nie dało, za płytko. Woda sięgała niżej pasa, i wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie ta warstwa soli tuż nad dnem. Gdy stopa sięgała dna – a tak naprawdę tej solnej kry, pod ciężarem naszych ciał solna warstwa łamała się i noga zapadała się głębiej. Zaś gdy się nogę wyjmowało, by zrobić kolejny krok, krawędzie solnej kry cięły nasze stopy, zostawiając nieraz całkiem głębokie krwawiące rany. Same cięcia dałoby się nawet przeżyć, ale ta sól!!! Szczypało jak skurczybyk, próbowaliśmy dowcipkować przez łzy, niektórzy próbowali jakoś płynąć, inni – zaciskając zęby, udawali, że wcale ich nie boli, lecz po paru chwilach też zaczynali jęczeć z bólu… Igor Jozifowicz i dwóch pozostałych dorosłych uczestników naszej wyprawy próbowali jakoś podtrzymywać nas na duchu, lecz widziałam, że im też nie jest za wesoło. Byli ciężsi od nas, więc jeśli nam czasem udawało się nie zapaść nogą pod krę, to oni na pewno cięli sobie stopy przy każdym kroku. Myśl o tym, że za jakieś parę minut wyjdziemy na brzeg, dodawała nam otuchy. Marzyliśmy o zobaczeniu pięknych czapli, zrobieniu wspaniałych zdjęć i zliczeniu wszystkich gatunków zwierząt, występujących na niedostępnych dla człowieka wyspach. Naiwni… Gdybyśmy mogli przypuszczać, że prawdziwe piekło nastanie wraz z wkroczeniem na brzeg! Otóż, gdy pierwsi z nas wydostali się na brzeg wyspy i szczęśliwi zaczęli potrząsać nogami, próbując uśmierzyć ból, a my wciąż brnęliśmy przez słone rozlewisko, ostatni, opadający z sił zaczęli przyspieszać. Każdy chciał mieć już to za sobą. Pamiętam, że szłam jako jedna z ostatnich – co jakiś czas próbowałam popłynąć, ale na nic były moje starania, więc tylko coraz bardziej zostawałam w tyle. Widziałam, jak jeden po drugim dzieciaki wyskakują na brzeg i zaczynają coraz bardziej podrygiwać, potrząsać nogami, skakać, a nawet popiskiwać. Co to ma znaczyć? Ze szczęścia ich tak nosi? Niestety, nie… Palące słońce (czterdziestostopniowy upał), wysuszając błyskawicznie nasze pokaleczone kończyny, sprawiło, że ból i szczypanie stały się nie do zniesienia! Uwierzcie mi, już mniej bolesne było zanurzanie kończyn w słonej wodzie, niż wystawianie ich na słońce. Mało tego na wyspie roiło się od żmij. Rozpełzały się na wszystkie strony, gdy stopa pierwszego z nas dosięgła brzegu. Było ich tyle, że nie sposób było ich zliczyć (zatem – z liczeniem przedstawicieli tego gatunku od razu daliśmy sobie spokój).  „Idziemy oglądać czaple?” – pytanie padło z ust Igora Jozifowicza, a któryś z nas, małolatów, wtedy po raz pierwszy soczyście zaklął przy dorosłych. Poszliśmy jednak rzucić okiem na te cholerne czaple. Porobiliśmy zdjęcia. Jednak to wszystko odbywało się w rytm jakiegoś dziwacznego tańca ludów pierwotnych… Nie sposób było nawet przez chwilę ustać w miejscu – wszyscy, łącznie z dorosłymi, podskakiwaliśmy i co chwilę pocieraliśmy nogą o nogę. Słońce robiło swoje i cięte rany szybko zaczynały wysychać. Nie da się ukryć, że krajobraz wysp pamiętam jak przez mgłę. Żmije tylko dodatkowo nas rozzłościły, a mając przed sobą perspektywę drogi powrotnej przez słone bajoro, morale ekipy sięgnęły dna…

Jakoś jednak wróciliśmy z tej wyspy… Wyglądaliśmy niczym rozbitki z tonącego statku… Marzyło nam się tylko zmycie tej cholernej soli z nóg i odpoczynek z dala od słońca. Rzecz jasna, następnego dnia śmichów chichów o tym, jak kto skakał po wyjściu z wody, było co niemiara. Opowieści o naszej przygodzie z czaplami starczyło na kolejny rok, więc – mimo wszystko – nikt nie żałował, że dotarł z nami na wyspy.

Sporo jeszcze mieliśmy przygód… Pamiętam, że któregoś dnia zawędrował pod bramę naszej rozpadającej się szkoły jakiś wędrowny motocyklista. Co on tam robił, bóg raczy wiedzieć. Tak czy siak, nasze rozbrykane towarzystwo młodych szalonych naukowców najwyraźniej przypadło mu do gustu, bo postanowił zostać z nami do następnego dnia, a w zamian za gościnę obiecał, że przejedziemy się z nim po nocnych stepach – w opcji „gaz do dechy”. Wiadomo, że była to propozycja nie do odrzucenia. Żeby było weselej i bliżej głównego przedmiotu naszych zainteresowań, postanowiliśmy, że zadaniem motocyklisty w nocy będzie śledzenie tras nocnych wędrówek myszoskoczków. W dzień te gryzonie spały, a w nocy były dla nas prawie niedostrzegalne – tak szybko się przemieszczały. Zatem pasażer motocyklu  świecił latarką i w ten sposób szalony motocyklista, z przyrodnikiem z tyłu, krążył po okolicznych stepach w poszukiwaniu myszoskoczków. Dzięki jego pomocy, udało nam się je wreszcie wytropić…

Echh…. Działo się przez ten miesiąc tyle, że nie sposób wszystkiego opisać. Ale najbardziej zapadła mi w pamięci przygoda, jaka wydarzyła nam się w drodze powrotnej. Pamiętam, że z trudem załadowaliśmy się do naszego plackartnego (czyli z kuszetkami, ale bez drzwi w przedziałach) wagonu, poupychaliśmy pod naszymi kuszetkami klatki z gryzoniami, słoje z wężami i pająkami, grube zielniki z zasuszonymi kwiatami, i poszliśmy spać. Upał, zmęczenie i głód wreszcie dały się we znaki. Spaliśmy cały dzień, a wieczorem – jak to u dzieciaków bywa – dopadła nas głupawka. Ktoś wyciągnął karty, kości do gry i zaczęła się impreza. Kto przegrał – musiał wykonać jakieś równie głupkowate, co cała nasza wyprawa, zadanie. Na przykład, pójść do pasażerów obok, stanąć na środku ich przedziału i zaśpiewać piosenkę – nie jeden refren, a od początku do końca, choćby go stamtąd siłą wyrzucano. Albo – zrobić herbatę wszystkim pasażerom wagonu i ją poroznosić, po czym pozbierać szklanki, umyć i pójść zapytać o kolejną herbatę. Albo – iść do współpasażerów i zdobyć coś do jedzenia (zazwyczaj pasażerowie pociągów dalekobieżnych są naprawdę dobrze w żywność zaopatrzeni). Generalnie, zabawa trwała w najlepsze. Następnego dnia rano, gdzieś w połowie drogi pomiędzy Krymem a Petersburgiem, któryś z naszych dorosłych opiekunów zajrzał do słoika z tarantulą… Zobaczyć, jak jej noc minęła… No i okazało się, że tarantuli ani śladu – póki żeśmy się dobrze bawili i wymyślali coraz głupsze głupoty, tarantula zwiała. A była to podobno odmiana jadowita… Co tu zrobić? Igor Jozifowicz, pamiętam, zbladł. Co prawda, współpasażerowie wiedzieli, że wieziemy cały zwierzyniec, ale tarantulą jakoś się nie chwaliliśmy. Tym bardziej nie zamierzaliśmy się chwalić jej tajemniczym zniknięciem.

Red-kneed tarantula Brachypelma smithii

Co robić? Igor Jozifowicz szybko zwołał sztab kryzysowy. Po-pierwsze, należało ustalić, kto ostatni widział tarantulę. Okazało się, że wszyscy – ale na dworcu, zanim wsiedliśmy do pociągu. Po-drugie, czy to nie jest głupi żart któregoś z nas? No więc, jak szybko wyjaśniliśmy, owszem, jesteśmy może głupkowaci, ale nie na tyle! Odrobinę zdrowego rozsądku, o dziwo, każdy zdołał zachować. No i wreszcie po trzecie, co robić? Stwierdziliśmy, że najmniej podejrzane będzie, jeśli znów wymyślimy jakąś dziwną grę, w ramach której mielibyśmy zbadać centymetr po centymetrze cały wagon wraz z wyposażeniem i rzeczami osobistymi podróżników. Część z nas udawała, że gra w karty, a ci, co niby przegrali, pełzali po wagonie z latarką w ręku…

Jakoś tak zleciał nam cały dzień. Przed nami była kolejna noc w podróży, ale nie było nam do śmiechu. Tarantulę należało znaleźć! Pal licho, że cenny okaz – szkoda było, by kogoś dziabnęła! Rano mieliśmy dotrzeć do Petersburga i któryś z pasażerów nieświadomie mógł przynieść do domu wraz z pamiątkami z wycieczki naszego pająka. Należało się spieszyć. Kolejnym pomysłem było przymierzenie butów pasażerów wagonu. Że niby taka gra – kto przegra, ma przymierzyć wszystkie buty. Na ten pomysł wpadliśmy już nad ranem, kilkaset kilometrów od Petersburga, gdy zaczynały nam puszczać nerwy. Pasażerów naszego wagonu zupełnie już przestało dziwić zachowanie nastolatków – być może uważali nas za wychowanków wariatkowa, wracających z wycieczki… Tak też zapewne wyglądaliśmy, pełzając nad ranem pod kuszetkami i zaglądając do kapci i pantofli.

Gdy jeden z chłopaków rozdarł się na cały wagon „JEEEEEST!!!”, wszyscy rzucili się do przedziału starszej pani, jadącej z wnuczką na wakacje do północnej stolicy. W jej kapciu słodko spała nasza tarantulka. Kapeć został na chwili od babci pożyczony, zaniesiony do Igora Jozifowicza, a ten drżącymi rękami wyjął oburzoną wczesną pobudką tarantulę i umieścił ją z powrotem w słoiku… Już za chwilę zobaczyliśmy przedmieścia Petersburga.

Wkrótce o podróżach koleją – ciąg dalszy…

 

 

Najpierw masa, potem rzeźba…

Pół kostki w biedrach…

IMG_5838

Jak widać na powyższym zdjęciu, Spartkowi się powodzi… Nie dość że jest, jak to mawiają moje koleżanki „dopalony, dokuczliwy” – z akcentem na „o”, to i życie towarzyskie kwitnie w najlepsze. Spartkowy brzuch bodajże mógłby zmieścić Czesława w całości, i nie jest to  żadne świąteczne przejedzenie… Takowe przydarzyło się akurat w moim przypadku, co wyczytałam niegdyś w Spartkowym spojrzeniu. „Pańci to chyba z pół kostki siana w biedrach przybyło… Musimy nad tym popracować” – pomyślał sobie, odprowadzając mnie szyderczym spojrzeniem… Zauważyłam to i obiecałam poprawę… Oczywiście, po powrocie do domu natychmiast weszłam na wagę – i jak nic, prawie pół kostki! Ma się tę miarkę w oku! Wściekła na siebie, święta, urlopy i cały świat, postanowiłam zabrać się do pracy (no bo o żadnej diecie, w moim przypadku, nie ma mowy! Jak tylko pomyślę o diecie, natychmiast następne kilo w biedrach… –  tak to działa). A zatem – nie pozostało mi nic innego, jak wziąć się w garść i codziennie, przez śnieg, lód i niepogodę, jechać do stajni.

Pierwszego dnia, zdziwiony moją obecnością dwa dni pod rząd, Spartek ochoczo zszedł z pastwiska i podreptał na ujeżdżalnię. Czesiek, oczywiście, próbował zakłócić naszą idyllę, a to zagradzając drogę, a to kuląc uszy i popychając mnie głową, ale nic z tego! Powiedziałam „Czesław, musisz odejść!” i odszedł…

Na ujeżdżalni akurat leżała warstwa białego puszystego śniegu, było więc miękko i przyjemnie – nareszcie mogliśmy popracować, nie obawiając się twardego, nierównego czy śliskiego podłoża. Pamiętacie nasze ze Spartkiem noworoczne postanowienia? Noworoczne Postanowienia by Irina & Spartan

Otóż, wzięłam je sobie do serca… a biorąc pod uwagę owe „pół kostki siana w biedrach”, tym bardziej nie zamierzałam ich sobie odpuszczać. A więc trening pierwszego dnia zaplanowałam co do joty. Wiedziałam, że musimy popracować fizycznie – i nie miałam na myśli tylko Spartana. Daliśmy więc z siebie 100%, pracując na linie w kłusie i galopie. Tego dnia zapomnieliśmy o buntach, kłótniach i obopólnych pretensjach. Ja prosiłam konia o ruch, a ten za każdym razem odpowiadał mi pełnym zaangażowaniem i wręcz niespotykaną chęcią do pracy. Po raz pierwszy w życiu widziałam, że sprawia mu to przyjemność! Galopował miękko, lekko i żwawo, a ja czasem przyłączałam się do niego, wykonując swoje niezdarne, imitujące galop podskoki, co Spartek kwitował szyderczą miną i „zdziwionym uchem”, skierowanym w moją stronę. Było nam przyjemnie i wesoło tak razem skakać po zaśnieżonej ujeżdżalni! Na koniec tradycyjnie wykonaliśmy kilka ruchów bocznych i udaliśmy się w kierunku stajni na zasłużony podwieczorek. Smaczne pachnące musli z jabłkami już czekało na Spartka, uszykowane wcześniej w wiaderku. Ufff, co to był za dzień! Pełna wrażeń, uskrzydlona naszym nieoczekiwanym sukcesem, wracałam do domu, a Spartek odprowadzał mnie wzdłuż ogrodzenia padoku, kiedy już szłam do samochodu.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni

No cóż, pomyślałam sobie następnego dnia, „Jedna jaskółka wiosny nie czyni!” Zazwyczaj na drugi dzień nie było już między nami tej iskry… Innymi słowy, kiedy przyjeżdżałam do stajni drugi dzień pod rząd, Spartek po prostu odmawiał zejścia z pastwiska. Ot, takie „Nie przeginaj, pańcia. Za dobrze znam was, człowieków, daj wam rękę, to urwiecie aż po łokieć!”. Dlatego na drugi dzień jechałam do stajni z wątpliwym entuzjazmem, a jednocześnie – z nadzieją i ciekawością, jak to dziś z nami będzie. I wiecie co? Było dokładnie tak samo, jak dnia poprzedniego, czyli i-de-al-nie! Spartan znów chętnie poszedł za mną od koni, pięknie pracował, cieszył się z każdej chwili, którą spędzamy razem.

IMG_5855

A trzeba powiedzieć, że w międzyczasie do stada dołączyła kolejna krowa – Jóźka! Rudo-miedziana piękność, gwiazda filmowa, podobno pracująca też w zaprzęgu i nawet pod siodłem! (Już mi się marzą wspólne z Jóźką tereny!). No i doszły mnie słuchy, że Jóźka, która miała iście zjawiskowe wejście do stada – z gonitwą za końmi, odpędzaniem ich od siana i nieustającą chęcią do zabawy z kopytnymi braćmi – ostatecznie upodobała sobie za kompana właśnie Spartka! Parę osób mówiło mi, że bawili się ze sobą na padoku (chyba Jóźka pchała Spartka przed siebie, wbijając mu delikatnie rogi w tłusty zadek, co najwyraźniej nie robiło na nim większego wrażenia). Osobiście nie widziałam, ale o zażyłości między nimi przekonałam się, kiedy następnego dnia znów wzięłam Spartka do pracy na ujeżdżalni, a Jóźka czekała na powrót kumpla bitą godzinę, stojąc i mucząc pod wyjściem z padoku. Dopiero po zmierzchu, kiedy odprowadziłam Spartka z powrotem do koni (a także do krów, byka i Cześka), Jóźka w asyście swojego przyjaciela opuściła wartę przy bramce.

Tak że miłość międzygatunkowa w stadzie kwitnie! Już nie wiem, z jakiego to powodu zarówno osioł, jak i krowa upodobały sobie towarzystwo mojego rumaka… Może macie jakieś pomysły? Bo ja naprawdę nie wiem… No jeszcze rozumiem – Czesiek. Ale kolejna taka przyjaźń? Miło mi ogromnie, ale sama nie wiem, co o tym sądzić.

Człowiek z reklamówką na głowie

Jadąc do stajni już piąty dzień pod rząd, zadawałam sobie w myślach pytanie: Kiedy się skończy nasze Eldorado? Podskórnie czułam, że „nic nie może przecież wiecznie trwać…”, a to, że dobra passa ze Spartkiem nigdy nie trwa za długo, wiedziałam najlepiej. Zauważyłam też, że poprzedniego dnia Spartek wykazywał trochę mniej chęci do pracy na linie – nie to żeby się strasznie buntował, ale podłoże nam się trochę pogorszyło, a i zaczynało to być dla niego po-prostu nudne. Huculski umysł nie znosi monotonii we wszystkim, oprócz jedzenia – tu robi wyjątek. Ma być dużo i każdego dnia! Zaś co dotyczy pracy, to wypadałoby już nieco zadania urozmaicić. Dlatego też wczoraj jechałam do stajni z zamiarem, że popracujemy pod siodłem.

Daaaawno nie wsiadałam, bodajże od października. W październiku zaś, na naszej przedostatniej jeździe, przytrafiła nam się niezbyt miła przygoda. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, ale pewien niepokój pozostał. Kłusowaliśmy sobie po ujeżdżalni, wszystko pięknie-ładnie, aż tu nagle…. Ale po kolei.  Ujeżdżalnia jedną stroną graniczy bezpośrednio z lasem, co zazwyczaj trochę konie niepokoi. Spartan nie jest wyjątkiem. Zmierzaliśmy więc sobie kłusem po łuku, w kierunku strasznego lasu, aż nagle mój koń wykonał w miejscu obrót o 180 stopni i pogalopował w przeciwną stronę. Mniej więcej w połowie drogi w poprzek ujeżdżalni znów wykonał obrót o tyle samo stopni, tak by ponownie obrócić się w kierunku lasu i zatrzymał się w miejscu, fukając i łypiąc spode łba w krzaki. Czy się utrzymałam na koniu, biorąc pod uwagę fakt, że średnio radzę sobie w galopie, już o obrotach w powietrzu nie wspominając? Otóż tak, ale w dziwnej pozie: wisiałam pod szyją Spartka, trzymając się jakimś cudem jedną nogą zwisającego strzemienia, drugą chyba próbując chwycić się powietrza i obejmując szyję konia. Dyndałam tak chwilkę, Spartan patrzył w krzaki, a ja błyskawicznie rozważyłam dwa możliwe scenariusze – mogę teraz po prostu delikatnie „glebnąć” tuż przed koniem albo próbować się wczołgać z powrotem w siodło. Właściwie, pierwsza opcja wcale nie była zła – do ziemi było naprawdę niedaleko, pode mną – miękki piasek, praktycznie można by to było podciągnąć pod zeskoczenie z konia. Żadna tam ujma na honorze, zwłaszcza że zero świadków. Ale druga opcja wydała mi się bardziej kusząca, tym bardziej że koń stał i trzymał szyję mocno, bym nie spadła. Zaczęłam wciągać się na koński grzbiet, dosłownie po centymetrze przesuwając nogę coraz wyżej w siodło. Spartek czekał, a wręcz – zdaje się – starał się podnieść szyję wyżej, by mi pomóc. Na pewno zaś stał jak wryty w miejscu, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Po chwili cudem znalazłam się z powrotem na koniu, Spartan odetchnął i ruszyliśmy w kierunku „strachu”, by sprawdzić, co by to mogło być, bo ja naprawdę nic tam wcześniej nie zauważyłam. No i masz ci los – po chwili z krzaków wyłania się grzybiarz z białą reklamówką na głowie, zamiast czapki tudzież parasola. Bo trochę w tym dniu padało. Czy koń miał prawo się przestraszyć? Ależ oczywiście, też bym się przestraszyła, bo twarzy człowieka wcale nie było widać spod reklamówki, a ruchy miał niemalże kocie – jak to wytrawny grzybiarz! Tak że mieliśmy ze Spartkiem przygodę na jesieni, po której jeszcze raz czy dwa wsiadałam, a potem jakoś się nie składało… No i miałam w pamięci te „piruety w galopie”, które z ledwością wysiedziałam (no, powiedzmy, z małą korektą). Jak to się mówi, jesień się skończyła, grzybiarze sobie poszli, a strach pozostał…

Eldorado c.d.

No więc wczoraj pojechałam do stajni z postanowieniem, że wsiadam, bo koń mi się znudzi bieganiem w kółko i – że tak powiem – skończy się Eldorado… Idąc po konia na padok, w myślach obliczałam, który to dzień z rzędu Spartek jest grzeczny… I co to, do diaska, ma znaczyć??? Czy i tym razem grzecznie pójdzie ze mną popracować? No i udało się po raz szósty z rzędu! Nasz absolutny rekord! Mało tego, kiedy Czesiek spróbował mnie odgonić od Spartka (haha, śmieszne to było i urocze) i w końcu stanął na naszej drodze do wyjścia, bym tylko nie zabierała kumpla, Spartan mnie zaskoczył. Położył na Czesława uszy, zrobił wredną huculską minę, wyraźnie dając koledze do zrozumienia, że teraz nie ma czasu na głupie igraszki – że On ma teraz Trening! Byłam dumna z mojego hucuła, że wybrał pracę ze mną. Podczas czyszczenia i siodłania wszystkie znaki na niebie, ziemi i koniu 😉 świadczyły o tym, że jest zachwycony perspektywą pracy pod siodłem. Ryjek mu się śmiał, aż popręg ciężko było dopiąć 🙂 Wkroczyliśmy dostojnie na plac do jazdy i – o niebiosa – co to była za praca! Nigdy, absolutnie nigdy w życiu, Spartan nie wykazał tyle energii i chęci do ruchu naprzód, zresztą, do cofania też – jak trzeba było! Kłus niemalże na samą moją myśl o kłusie! Dodawanie na delikatny dotyk łydką! Utrzymanie tempa niemalże przez cały czas, energia, ruch z opuszczoną głową, niekiedy w pięknym niskim ustawieniu – coś pomiędzy szorowaniem nosem po ziemi a tzw. żyrafą! Starałam się jedynie nie przeszkadzać Spartkowi – myślą ani czynem. Po raz pierwszy nie musiałam go „pchać” do przodu, popędzać, prosić i egzekwować. Z pewnością chętnie by też pogalopował, ale to zostawiłam sobie na następne treningi – wszak sama nie byłam do tego gotowa. Mijając ścianę lasu, Spartek chyba przypominał sobie fakt, że niektórzy ludzie zakładają worki foliowe na głowę i chowają się w krzakach… Wówczas nieco bardziej uważnie spoglądał w stronę lasu, ale szedł dalej, nie zmieniając tempa. Dlatego też właśnie w tym miejscu, gdzie na jesieni zdarzyła nam się nasza „mała wpadka”, zatrzymywałam Spartka co któreś okrążenie, dawałam kawałek jabłka, chwaliłam za piękne i spokojne zatrzymanie i ruszaliśmy dalej – kłusem z miejsca! Echhh, co to były za chwile!

Na koniec, w ramach nagrody za piękny trening, zaproponowałam Spartkowi połażenie po płachcie, przechodzenie i cofanie między drągami i parę ruchów bocznych. On doskonale wie, że te ćwiczenia zostawiamy sobie na deser, więc zazwyczaj po ich wykonaniu nie było już mowy o ponownym zakłusowaniu – gdy prosiłam, był bunt. Wczoraj pokusiłam się i to, by przejść jeszcze raz do kłusa (bo wiadomo – dasz rękę, to ci urwą po łokieć!). No i przeszedł do kłusa bez większych oporów, więc i ten mój fortel wczoraj uszedł mi na sucho!

No sama nie wiem, co o tym sądzić… Szok. Niedowierzanie. I pytanie – o czym to ja będę pisać, jak mi się koń „naprawi” ostatecznie? Co będę tak przeżywać? Czym się dzielić? Na kogo zwalać winę za swoje jeździeckie niedołęstwo? Przecież nie mogę pisać, jak jest wspaniale, bo i o czym tu pisać? Ot, zagwozdka…

IMG_5822

 

 

 

Nic, co ludzkie, nie jest nam obce…

Nowa stajnia – stare problemy…

Końcówka zeszłego roku była dla nas naprawdę ciężka… Kłopoty rodzinne na pewno przekładały się na moje relacje ze Spartkiem. A może po prostu nie miałam już sił walczyć z jego humorami. Bowiem od momentu, kiedy Spartan został integralną częścią nowego stada, doszło między nami, mówiąc delikatnie, do zerwania stosunków dyplomatycznych. Znów nie zawsze byłam mile widziana na padoku. Witana – od święta. Zejście od koni – że tak powiem, w kratkę.

Pierwsze dni w nowej stajni tradycyjnie były dla nas niczym miesiąc miodowy – wypatrywanie mojego samochodu z padoku, przybieganie pod samą bramę, by czym prędzej wyjść ze mną na zewnątrz, rżenie na powitanie – jednym słowem, fircyk w zalotach. Z czasem, gdy Spartan odnalazł swoje miejsce w stadzie i miał już za sobą pierwsze miłości i rozczarowania, przychylność względem mojej skromnej osoby odeszła w zapomnienie… Raz jego sercu miła była Randia, raz – Zahira… Potem – Fonika, aż wreszcie, po kilku nieudanych związkach, Spartek na dobre skumplował się z osłem Czesławem, co właściwie załatwiło sprawę miłosną raz i na zawsze. Czesiek jest tyleż niebezpieczny, co zaborczy. I gdyby Spartkowi znów przyszło do głowy zalecać się do którejś z panien na pastwisku, Czesiek pokazałby mu na pewno, gdzie raki zimują… Jego niezawodną metodą na poskromienie rozbuchanego temperamentu Spartka jest wbicie się zębami w gardło przyjaciela i zawiśnięcie w tej pozycji – do odwołania. Niejeden koń ma na swojej szyi pamiątkę po zębach Czesława. Ma takową i Spartek, nawet niejedną. Tyle że i tak trzymają się razem – z kim, jak nie z Cześkiem, można powygłupiać się do woli, kwicząc i latając w te i wewte, kopiąc się niemiłosiernie i gryząc po szyjach i grzywach? Tak więc po kilku miłosnych rozczarowaniach Spartan na dobre przerzucił się na osły płci męskiej….

IMG_5727

No i powiedzcie sami – czy ja mogę konkurować z Cześkiem? Gdzie mi do niego! Jedyne, co łączy mnie z tym osobnikiem, to lichy wzrost i, powiedzmy, wrodzona inteligencja 😉 Poza tym – dzieli nas przepaść…

Czy to z powodu Cześka, czy ogólnego życiowego zadowolenia, Spartek postanowił odpuścić sobie nasze treningi. Gdy wkraczałam na rozległy padok, rzadko kiedy już przychodził, by mnie powitać. Niekiedy wręcz odwracał się i, w asyście Czesława, maszerował w przeciwną stronę, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że dziś nie jest mój dzień. Nie to żeby od razu uciekać – po co? Konie, a w szczególności Spartan, nie lubią marnować energii. Oddalał się powoli, dostojnie, raz po raz zerkając, czy za nim drepczę. Gdy wreszcie się zatrzymał, zakładałam kantar i robiliśmy kilka kroków w kierunku wyjścia. Właściwie już po tym, jak mnie witał, wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Czasem wyrywał mi się kilkakrotnie, udając się za każdym razem w samo serce stada, stając wśród koni tak, bym miała jak najtrudniej znów do niego dotrzeć.  Niekiedy zaś, po pierwszym wyrwaniu, stwierdzałam: „Ok, w takim razie popracujemy na padoku, wśród koni. Żebyś wiedział, gagatku, że praca i tak cię nie ominie”. Otóż, w jeden z takich dni zaobserwowałam ciekawą sytuację.

Dlaczego śmiech denerwuje konie? 

To był dzień, kiedy przyjechałam do stajni w wyjątkowo dobrym nastroju, z nastawieniem – będzie, co będzie, gwiżdżę na jego humory. Nawet zaczyna mnie to bawić! Gdy Spartek wyrwał mi się na padoku przy próbie sprowadzenia, naprawdę szczerze się roześmiałam. Nie wiem, co mnie tak rozbawiło 🙂 Pewnie to, jak bardzo dobrze to wszystko sobie przewidziałam, jadąc do stajni. Z najdrobniejszymi szczegółami. Wiedziałam dokładnie, jak spojrzy na mnie, gdy zauważy, że idę w jego kierunku. Jak zatrzyma się po kilku krokach, kierując łeb na zewnątrz. Jak zrobi kolejne dwa kroki – dla zmyły, po czym nagle pogalopuje w przeciwną stronę. Znam to na pamięć. I to mnie właśnie tak rozbawiło. Odbiegł naprawdę niedaleko, i obejrzał się, co mnie tak śmieszy. Uśmiechając się szczerze i podśpiewując jakąś optymistyczną piosenkę, podeszłam do konia i czule powiedziałam mu, że jest niezwykłym, wspaniałym rumakiem, który jak nikt inny potrafi mnie rozbawić. Że rozumiem jego niechęć do pracy jak mało kto, że nawet się cieszę, że popracujemy dziś na padoku, bo też mi się nie chce iść na ujeżdżalnię. Że super, że tak wyszło – to lecimy na kółko, kochany, ty sobie pobiegaj, a ja pośpiewam. Trzeba było widzieć minę Spartka. Mój entuzjazm, śmiech, humor i totalna akceptacja danej sytuacji totalnie go przerosły. Na to kompletnie nie był przygotowany! Na moje nerwy, smutek i łzy – tak, ale na to, że mnie to rozbawi i wprawi w dobry nastrój – absolutnie! To był cios poniżej pasa. Wciąż rozbawiona, z diablikiem w oku, wycofałam Spartka i odesłałam na koło. Przez kolejne pół godziny toczyliśmy walkę na śmierć i życie. Nie! Już nie zamierzał się wyrwać – gdzie tam! Fakt, że tym razem jego manewr się nie udał i zamiast mojego rozgoryczenia, wywołał szczerą radość i chęć do pracy tu i teraz, doprowadził mojego konia do szału! Tym razem spróbował wszystkiego – brykania w moją stronę, napierania na mnie, prób ugryzienia, a nawet – stawania dęba. Choć to ostatnie, przy jego tuszy, wyglądało raczej komicznie. Nie było mi jednak już do śmiechu. Odkąd go znam, a znam od ponad czterech lat, nigdy nie próbował atakować. Zawsze wybierał ucieczkę. Tego dnia, w obliczu nowych okoliczności, szybko opracował nową strategię. Na to z kolei ja nie byłam przygotowana – ani psychicznie, ani fizycznie. Jednak wytrwałam. Wiedziałam, że nie możemy zakończyć pracy, dopóki koń nie zrobi tego, czego od niego wymagam. Chociażby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Musi wykonać chociaż jedno moje polecenie w stopniu zadowalającym, bez nieustającego podważania każdego mojego ruchu. Rzecz jasna, natychmiast obniżyłam swoje wymagania. I o to mu chyba chodziło! Czyż nie jest genialny? Nie wiem, czy była to przemyślana strategia, czy wyszło przy okazji, ale zrobił tak, że nie za bardzo się napracował, za co osiągnął cel, jaki postawił przed sobą tego dnia – wyprowadzić mnie jednak z równowagi. W miarę, jak koń po raz kolejny próbował mnie uderzyć łopatką lub wymachiwał w moją stronę kopytem, uśmiech znikał mi z twarzy, a piosenka już dawno ugrzęzła mi w gardle… Właściwie – broniłam się przed koniem, próbując przy okazji, by zrobił cokolwiek, o co go proszę. W kwestii uporu Spartek najwyraźniej może konkurować z Cześkiem. W miarę przyzwoite wycofanie konia i jego pozostanie w tej pozycji chociażby przez 10 sekund zajęło nam chyba z 10 minut – biorąc pod uwagę, że Spartan doskonale wiedział, o co mi chodzi. Wycofywałam go przy pomocy bacika i kiedy w końcu się zatrzymywał, przestając uciekać w prawo czy w lewo, natychmiast odpuszczałam presję. W tejże sekundzie robił krok do przodu. I wszystko zaczynałam od początku. Polecenie do cofnięcia – koń w prawo, blokuję, koń w lewo, blokuję, znów fala do cofnięcia – koń próbuje odwrócić się zadem, blokuję – w lewo, blokuję – i już wychodzimy na prostą, wreszcie robi dwa kroki do tyłu. Odpuszczam presję – natychmiast dwa kroki do przodu… Za każdym razem łypie na mnie jednym okiem tak, bym zobaczyła jego zadowoloną minę. I tak w nieskończoność. Przedostatnie wykonanie znów wywołało uśmiech na mojej twarzy. Przydała mi się ta chwila rozluźnienia. Była to już któraś z kolei próba wycofania, aż w końcu Spartek poszedł do tyłu po prostej, jak pan bóg przykazał, lecz tuż po zatrzymaniu i moim odpuszczeniu presji przeniósł cały swój ciężar do przodu 🙂 Kroku nie zrobił, ale widać było, że nie odpuścił. Wiedziałam, że muszę pokazać mu, że to widzę i poprawiliśmy cofnięcie już do wersji ostatecznej, właściwej.

Tego dnia walczyliśmy ze sobą naprawdę długo. Po raz pierwszy od lat zobaczyłam, że w sytuacji, kiedy wyrywanie się nie pomaga, przechodzi do ofensywy. Udało mi się to przetrwać, ale na kilka kolejnych treningów znacząco obniżyłam wymagania. Znów walczyliśmy o najprostsze rzeczy – te, które już dobrze zna od prawie czterech lat. O odesłanie na koło, zakłusowanie… Porażka! Dzwoniłam do Kasi i ze łzami w oczach opowiadałam, że zaczynamy wszystko od początku i chyba brakuje mi już sił! Jak zawsze, każde nasze spotkanie ze Spartkiem – i co oczywiste – jego przebieg, zależało od jego nastroju danego dnia. Dobrych dni było coraz mniej, za to tych złych…. Echh, szkoda gadać.

10 dni bez koni… 

Tuż przed Sylwestrem Spartkowi zaczęły gnić strzałki kopytowe i przyjechałam do stajni późnym wieczorem, by zrobić mu opatrunek. Stan strzałki był naprawdę kiepski, więc z pewnością zabiegi były dla Spartka dość bolesne, co objawiało się tym, że próbował mnie niemalże wykopać z boksu. Musiałam go uwiązać, by wyczyścić strzałkę, a i tak co i rusz widziałam jego zęby skierowane w moją stronę. Tuż po tym wieczornym spotkaniu wyjechałam na parę dni poza Warszawę, mieliśmy więc ze Spartkiem naprawdę dużo czasu, by od siebie odpocząć. I wrzucić na przysłowiowy luz.

IMG_5694

Ja pojechałam z rodziną w góry, gdzie przez 6 dni nie zobaczyłam ani jednego konia. Ktoś, kto – mimo wszystko – czuwa nade mną, chyba celowo pousuwał z górskiego krajobrazu wszystkie kopytne, bym naprawdę zapomniała o końskich sprawach. Dopiero ostatniego dnia wyjazdu zauważyłam, że nie widziałam tu ani jednego konia! Gdzie one są? Pomyślałam złośliwie – jakże szczęśliwi ludzie muszą tu mieszkać. Istotnie, wyglądali na zadowolonych 🙂

Zazdrość czyni cuda

Rzecz jasna, wczoraj, tuż po powrocie, natychmiast pognałam do stajni. Wieczorem tylko zrobiłam mu opatrunek na kopycie – zresztą, wyglądało już znacznie lepiej, więc udało nam się nie pokłócić „na dzień dobry”. Natomiast następnego dnia zawitałam do stajni nie tylko do Spartka, lecz także z misją, by najpierw sprowadzić do stajni Aśka – kolegę Spartka z padoku i podać mu leki. A więc weszłam na padok i, mijając zszokowanego Spartka, skierowałam się prosto do Aśka. Trzeba było widzieć minę Spartana! Jak to się mówi – bezcenne… Poszłam z grzecznym Aśkiem prosto do wyjścia, a wciąż zdziwiony i kompletnie zdezorientowany Spartan podreptał za nami. Postanowiłam, że nie będę się nad nim rozczulać – wszak on nie raz, nie dwa wykazał się w stosunku do mnie znacznie większą arogancją. Bez zbędnego komentarza skupiłam się wyłącznie na Aśku, zostawiając na padoku swojego konia, który chyba po raz pierwszy w życiu poznał, czym jest zazdrość. Tak, tak. Myślę, że właśnie tego typu emocje wkradły się w Spartkowe serducho. Nie było mi go żal…

IMG_5732

Chyba nie muszę dodawać, że gdy wróciłam na padok po swojego konia czekał przy bramce i o mało sam sobie  kantara nie założył . Co więcej, pięknie pracował i chyba wymazał z pamięci nasze ostatnie gorsze dni. Starał się bardzo – i mimo grudy na ujeżdżalni i niesprzyjających warunków do pracy, zakłusowywał, pięknie odchodził na koło, cofał, zawracał – generalnie, robił wszystko, o co prosiłam. W nagrodę na koniec treningu dostał swoje ulubione musli i poszliśmy na popas pod las. Puściłam Spartka i cieszyłam się z jego towarzystwa, jak chyba nigdy dotąd. W międzyczasie Spartek sam zawędrował do lasu poskubać trochę choinek, bo akurat furtka była otwarta. Poszłam po niego i razem zatargaliśmy na ujeżdżalnię sporą gałąź, żeby mógł sobie najeść się igieł do woli, lecz na bardziej bezpiecznym, ogrodzonym terenie. To był naprawdę dobry dzień.

Dziś sytuacja się powtórzyła – znów zabierałam z padoku najpierw Aśka, a dopiero później wróciłam po swojego rumaka. Zniecierpliwiony, aż rżał przy bramce. Praca z nim ponownie była czystą przyjemnością!

Chyba odrobina „puszczalstwa” z mojej strony dobrze nam robi. Zdaje się, że w końsko-ludzkich relacjach panują mniej więcej te same zasady, co w dobrym małżeństwie… Od czasu do czasu – rozstanie, zalotne spojrzenie w kierunku obcej osoby płci przeciwnej – i, o cudzie! Ktoś znów zaczyna o ciebie zabiegać! Cieszę się, że nowy rok zaczął się dla nas ze Spartkiem dobrze. I oby tak dalej! A od czasu do czasu chętnie zabiorę z pastwiska innego konia – żeby podtrzymać w moim krnąbrnym rumaku lekką nutkę niepewności…

Saga o Końskich Zmorach Część III: Wezwanie do działania!

Początek Sagi o Końskich Zmorach – to opowieść o przerażającym zajściu z udziałem Spartana w stajence pana Zbyszka – Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Dalsze części – Saga o Końskich Zmorach Część I: Dziadek z Marij El i jak poznałam końskie zmory oraz Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

Długo się wzbraniałam przed napisaniem trzeciej części Sagi o Końskich Zmorach… A to tylko dlatego, że już wiedziałam, w jakim kierunku będzie zmierzała moja dalsza opowieść i mój wewnętrzny sceptyk raz po raz wytrącał mi pióro z ręki… „Nie rób tego – szeptał drzemiący we mnie racjonalista – I tak już napisałaś o kilka słów za dużo. Wiadomo, kto będzie czytał te twoje wynurzenia? Chcesz już ostatecznie uchodzić za wariatkę???”.

Sceptyk chyba ma rację, ale zaryzykuję. Parę osób dopominało się o ciąg dalszy Sagi i stwierdziłam, że ukrywanie przed Wami dalszych losów radzieckiego naukowca Burcewa byłoby wysoce niemoralne. Zasiałam bowiem ziarno ciekawości i zamilkłam… Zatem – uciszam swojego wewnętrznego sceptyka i już piszę, czego udało mi się dowiedzieć.

Tyle pracy – i psu na budę…

burcev_bigfoot

A więc skończyliśmy na tym, że Burcew siedzi na metalowym łóżku, rozmyślając nad wynikami swoich wielomiesięcznych poszukiwań i przerzucając sznurki, zawiązane na metalowej poręczy. Po chwili zauważył, że takie – bez ładu i składu – przerzucanie związanych od dołu sznurków skutkuje powstaniem czegoś na kształt warkocza! A niech to diabli! Może właśnie w ten sposób – zupełnie przypadkowy i bez udziału ciemnych mocy powstają końskie warkoczyki! Kilka pasemek z końskiej grzywy skleja się – śliną, kawałkiem błota czy brudnej słomy – a następnie, kiedy koń rzuca łbem i potrząsa grzywą, sklejone pasma obracają się i tworzą coś na kształt warkocza! Oczyma wyobraźni widzę, jak Burcew rzuca w kąt przemoknięty śpiwór, naprędce pakuje plecak i zostawiając pod drzwiami baraku kalosze pożyczone od gospodarzy, pędzi do najbliższej stacji kolejowej, oddalonej o kilkaset kilometrów.  Wskakuje do pociągu i wraca do Moskwy. (Właściwie, to nie jestem pewna, czy akurat do stolicy, ale że wszyscy radzieccy naukowcy tam wracają, to załóżmy, że i tym razem tak było). Następnie przez kolejne dwadzieścia lat Burcew nie wraca do sprawy dziwnych warkoczyków. Rozumiem jego postanowienie – tyle miesięcy pracy i wyrzeczeń na kaukaskich przestworzach, i wszystko psu na budę… Pewnie w międzyczasie dokonuje wielu ciekawych odkryć, a że nie dotyczą one tematu mojej opowieści, pominę je milczeniem.

Grigorij Panczenko wkracza na scenę

W sierpniu 1991 roku w Rosji doszło do przewrotu politycznego, nazywanego też moskiewskim puczem lub puczem Janajewa. O swoich wspomnieniach z tamtych lat pisałam wcześniej w poście Jak się otarłam o Nevzorova. W kraju wrzało, a czołgi wkraczały na moskiewskie i petersburskie przedmieścia. W tym samym czasie młody biolog z Charkowa Grigorij Panczenko zbierał materiały do swoich badań na temat zamieszkującego góry Kaukazu Yeti, czyli ałmasty. Zawędrował w swoich poszukiwaniach do Kabardo-Bałkarii, gdzie jeden z miejscowych mieszkańców zapewniał Panczenkę, iż ałmasty co noc plecie grzywy koniom z pobliskiego sowchozu. Panczenko natychmiast udał się do wioski Kuruko, znalazł dozorcę stajni i uzyskał od niego pozwolenie na spędzenie nocy w jednym ze stajennych boksów. Zmęczony po długiej podróży, zrzucił plecak, przykrył się ciepłym kocem i nasłuchując odgłosów stajni, zaczął zapadać w sen. Pamiętał, że brama do stajni jest szczelnie zamknięta, jednak jedno z okien w boksie nie ma szyby, więc starał się nasłuchiwać przez sen, czy ktoś przypadkiem nie skrada się przez okno. Jednak zmęczenie szybko wygrało z pasją odkrywcy i Panczenko wpadł w objęcia Morfeusza. Obudził się nagle w środku nocy i od razu zauważył, że przy jednej z klaczy stoi przedziwna postać – ktoś niewysoki, zgarbiony, nagi i cały owłosiony! Ten ktoś wydawał przedziwne, świergoczące dźwięki, cmokając przy tym i co chwilę przełykając ślinę. Jednak po chwili dziwny nieznajomy wyczuł obecność człowieka i – spłoszony – dał susa i błyskawicznie znalazł się w oknie. Zeskoczył na zewnątrz i już więcej się nie pojawiał. Panczenko natychmiast sprawdził grzywę kobyły i okazało się, że pojawiły się w niej nowe, świeżo uplecione warkocze. Dla młodego naukowca z Charkowa sprawa była oczywista – tym nocnym gościem był nie kto inny, jak ałmasty, kaukaski Yeti. (Relacje Panczenki zostały przedstawione przez D.J. Bajanowa w książce wydanej po angielsku pt „Śladami Yeti w Rosji”).

A jednak Burcew się nie poddał

Tymczasem, jak się okazuje, Burcew nie całkiem odpuścił sobie wyjaśnienie tajemnicy końskich warkoczyków. Z chwilą, gdy Rosja mogła bez przeszkód kontaktować się z mieszkańcami innych części planety, do Burcewa zaczęły napływać setki listów – z historiami, przedstawiającymi równie tajemnicze zdarzenia, jak te z Kabardo-Bałkarii. W 2005 roku Amerykanka ze stanu Missouri przysłała do niego list, w którym opowiedziała, że na ranczu jej koleżanki Mary, znajdującym się – nomen omen – w miejscowości Zapletał (po rosyjsku wyraz ten oznacza właśnie zaplatanie warkoczy), ktoś plecie koniom warkoczyki. Amerykańskie koleżanki postanowiły dowiedzieć się, kto bawi się ich kosztem na nocnych bezkresnych preriach, gdzie wypasa się ich stado. Przytoczę fragment jej listu – w wolnym tłumaczeniu: „Pewnej nocy zauważyłam uciekającą od koni postać istoty dwunożnej – to był Sasquatch, czyli Bigfoot. Słyszałam jego ciężkie oddalające się kroki, a później zobaczyłam ślady – to były odciski ogromnych, przypominających ludzkie, gołych stóp. Zauważyłam, że niektóre gałęzie wokół miejsca zdarzenia są połamane na wysokości znacznie przewyższającej mój wzrost!”. No cóż, albo amerykańska farmerka jest mojego wzrostu – a wówczas nietrudno o tego typu porównanie, albo w Ameryce wszystko jest większe, to i Yeti musi być znacznie wyższy, niż ten nocny przybysz ze stepów Kabardo-Bałkarii…

almasty

Tak czy inaczej pozostałe elementy układanki z różnych zakątków globu absolutnie do siebie pasowały. Amerykańskie konie również miały po wizycie Bigfoota warkocze w grzywach, a zjawiska te spędzały sen z powiek okolicznych farmerów. Tego typu doniesienia napływały do Burcewa przez kolejnych kilka lat. Kolekcja warkoczy rosła, lecz wszelkie próby uwiecznienia wyczynów nocnych cyrulików kończyły się fiaskiem. Te zadziwiające istoty ewidentnie unikają miejsc, wyposażonych w kamery z noktowizorem. O wizycie na pastwisku Bigfoota zazwyczaj świadczą jedynie wielkie odciski gołych stóp i warkocze w końskich grzywach.

A może jednak łasica? 

Do poszukiwań informacji o końskich zmorach natchnęła mnie uwaga mojej znajomej o tym, że to kuny plotą koniom warkoczyki. Niegdyś autor encyklopedii zwierząt Igor Akimuszkin również twierdził, że to właśnie te małe drapieżniki wdrapują się na końskie grzbiety w poszukiwaniu soli i zaplatają grzywy, szukając mocniej spoconych miejsc na końskich plecach. Z tym że na pewno nie robią tego kuny – zwierzęta znacznie większe od łasic, tylko przedstawiciel gatunku Mustela nivalis, czyli Łasica pospolita. Większość koniarzy w Rosji czy w Polsce uważa, że tak właśnie jest, bowiem niemalże w każdej stajni pełno jest tych małych drapieżników, polujących na zamieszkujące stajnie gryzonie. Jednakże Burcew konsultował tę sprawę z kilkoma współczesnymi biologami i wszyscy jednoznacznie zaprzeczyli takiej możliwości. Ich zdaniem, końskie warkocze nie są sprawką łasic. Zbyt podobne do siebie są te końskie fryzury – niemożliwe, by polujące na sól zwierzęta obchodziły się z końskim włosiem w ten sam sposób.

Mit o łasicach obala w swoim nagraniu rosyjska hodowczyni koni – podaję link do filmiku na YT (o samych końskich warkoczach i przyczynach ich powstawania autorka filmu opowiada w jego drugiej części, mniej więcej od szóstej minuty) 🙂 – jeśli język Puszkina nie jest Wam zupełnie obcy, zachęcam do obejrzenia! Filmik – Końskie warkoczyki i inne zabobony

Tymczasem w Olszewnicy Nowej…

Niestety, ani Burcew, ani Panczenko, ani żaden inny radziecki czy postradziecki naukowiec nie odkrył tajemnicy powstawania końskich warkoczy. Hipotezy o istnieniu Yeti nawet mogłyby do mnie przemówić – pod warunkiem, że kiedyś osobiście zobaczę jednego z ich przedstawicieli… Ale w tym roku już chyba się nie uda – Wigilię stajenną mamy już za sobą, a okazji do innych zakrapianych imprez póki co nikt nie przewiduje. Tymczasem w Olszewnicy Nowej, gdzie stoimy teraz ze Spartkiem, zaczęły nam się pojawiać warkoczyki! Pierwszy raz zauważyłam je w grzywie Spartana na jesieni. Tego dnia zabrałam go do czyszczenia na łączkę przed stajnię i zobaczyłam, że w grzywie pojawiły się w charakterystyczny sposób poprzeplatane dredy, tworzące coś na kształt warkoczy! Zawołałam koleżanki, natychmiast pożyczyły mi koński specyfik do rozczesywania grzywy, bym sobie z dredami poradziła, ale – zamiast czesać i rozplątywać – ciach! Bez chwili zastanowienia wycięłam warkocz. Dziewczyny spojrzały na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. „To można było rozplątać! Nam się też czasem robią i dajemy radę!” Nie chodziło mi jednak o to, że się nie da. Tylko że chciałam to mieć w swojej kolekcji! Nasz pierwszy warkocz! „A co tam – jak dziwaczyć, to dziwaczyć!” – pomyślałam i czym prędzej schowałam warkocz do kieszeni. Następnie przełożyłam do kopertki i wożę go teraz ze sobą w schowku w samochodzie 🙂

Czy mamy w stajni Bigfoota? Yeti? Ałmasty? A może Sasquatcha? Łasice czy inne Końskie Zmory? (Dziewczyny od pana Zbyszka! Skąd wiedziałyście, że znów zmieniłam stajnię?). Czy jednak warkocze powstają w końskich grzywach samoistnie, tak, jak przedstawiła to pani Diana Gałunowa w filmiku?

Ciężko mi idzie w kwestiach związanych z wiarą… Potrzebuję dowodów! I jednak – logicznego wyjaśnienia. Jak dotąd – jedynym możliwym dla mnie jest samoistne powstawanie warkoczy przez sklejenie się końcówek końskich włosów…

Jeśli macie swoje historie, pomysły, kolekcje warkoczy, a może – hipotezy czy podejrzenia, podzielcie się, proszę! A może macie kamery w stajniach i łatwiej byłoby Wam podejrzeć, kto odwiedza Wasze rumaki po nocy? Bo nie uwierzę, dopóki nie zobaczę!

 

 

 

 

 

 

Na naszą Czwartą Rocznicę – Trwała zmiana czy „ocieplenie wizerunku”?

nIMG_4124

Dwunaste Urodziny Spartka 

W połowie czerwca obchodziliśmy Dwunaste Urodziny Spartka. Z tej okazji zawitaliśmy w stajni z moją Mamą, z Mateuszem i z ciastem jabłkowo-orzechowym Ady 🙂 Ten przepis, genialny w swojej prostocie i niezwykle smaczny, wciąż robi furorę! A ja – nie grzesząc talentem cukierniczym – zyskuję dzięki niemu w oczach moich znajomych 🙂 Aduś, dziękuję!

Wracając do naszych Urodzin – było absolutnie rewelacyjnie! Moja Mama, która zawsze trochę obawiała się Spartka, wreszcie odnalazła się w jego towarzystwie. Rozpieszczała „wnuka” na wszelkie możliwe sposoby, a on z kolei, by jeszcze bardziej przypodobać się „Babci” wciąż miał nowe pomysły, jak nas rozśmieszyć i rozczulić. Częstowany jabłkami i marchewką, po każdym kęsie delikatnie wylizywał rękę, ale ani razu nie był nachalny! Co więcej, kiedy zechciałam zaprezentować Mamie nasze postępy w pracy z koniem na wolności, a Spartek właśnie na dobre rozgościł się z łbem u Mamy na kolanach, wystarczyło, że odeszłam kilkanaście metrów, zawołałam konia i przyszedł do mnie, gotowy do pracy. Zrobiliśmy więc mini-pokaz z okrążeniem na wolności w stępie, kłusie i galopie, zmianami kierunku w stępie i kłusie, z cofaniem i podejściem, obrotami na przodzie i zadzie… Kiedy podziękowałam Spartkowi i powiedziałam, że może wracać „na widownię”, cichutko „zachichotał” z zadowolenia (jak to on ma w zwyczaju, gdy się bardzo cieszy) i wrócił dalej zabawiać moją Mamę.

Tamtego dnia nie mogliśmy się z nim rozstać… Tak nam było dobrze! Spartan uwielbia, gdy przyjeżdża się do niego tak po prostu, zwłaszcza z prezentami, i nienawidzi się żegnać. Kiedy wreszcie odchodziliśmy, po odprowadzeniu konia na padok, wciąż próbował otworzyć bramkę ogrodzenia, by lecieć za nami… Wypatrywał, czy jednak do niego nie wrócimy. Odjeżdżaliśmy, a koń wyciągał łeb tak wysoko, jak tylko potrafił, by wciąż nas widzieć… Mama pokochała Spartka miłością bezgraniczną. Umie, skubaniec, zdobywać serca kobiet.

Chyba wkroczyliśmy w dorosłość

Wiem, że hucuły dojrzewają nieco później, niż inne konie. Gdy poznałam Spartka, miał osiem lat. Jaki był – pisałam o tym aż za dużo 🙂 Każdy, kto poznał go cztery lata temu, radził mi jedno – „Sprzedaj tego konia!”. Teraz, po czterech latach, kiedy właśnie Ada od tego niezwykłego ciasta zawitała do Spartka w odwiedziny, była szczerze zdumiona. Podkreślała, że zmieniło się nie tylko całe jego zachowanie, ale nawet oczy, spojrzenie ma zupełnie inne! A co za tym idzie – zmienił się cały wygląd konia. Z tym naszym Spartkiem to jest taki myk, że jak ma kiepskie nastawienie i niezadowolenie „na twarzy”, to wyłazi z niego hucuł – niestety, w najgorszym wydaniu. I nie powiem, by wyglądał w tym wydaniu atrakcyjnie. Wygląda wręcz paskudnie! Kiedy zaś ma tzw. „miękkie oko” i łagodny pysk, to wygląda bajecznie ładnie. No dobra, może trochę przesadzam, ale – słyszałam, jak kilka osób, nowych w stajni, pytało, czyj to taki ładny konik stoi w przedostatnim boksie po prawej. A to tylko dlatego, że teraz Spartan ma zawsze miły „ryjek”. Cztery lata temu raczej większość omijałaby go z daleka…

A więc może, poza całą pracą, włożoną w „spartańskie wychowanie”, po prostu chłopak wydoroślał? Dojrzał? Zażegnał młodzieńcze bunty, przestał wierzyć w rewolucję? Ustatkował się i przyjął wreszcie do wiadomości, że los połączył nas na zawsze i nic tego już nie zmieni?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Myślę, że zmiana jest efektem wszystkiego po trochu – i pracy, i wieku. Wkroczeniu w dorosłość mogę oczywiście przypisać ogólne złagodzenie charakteru, odpuszczenie sobie zaczepek innych koni, omijanie przez Spartka konfliktów, większa chęć do ustępowania wobec chamstwa lub agresji innych kopytnych… Te zmiany charakterologiczne procentują też w naszych ze Spartkiem relacjach – również chętnie z nich korzystam! Śmiem jednak twierdzić, że i moja skromna osoba coś tam w nim zmieniła. Na przykład, taka Spartkowa „gadatliwość”. Książkowy introwertyk, zamknięty w sobie, z zaciśniętym pyskiem, wąskimi oczkami, często położonymi uszami – oddalający się na widok człowieka. Takim był cztery lata temu. Zapięcie uwiązu, przejście z koniem na linie dwóch metrów bez wyrwania – to były nasze marzenia! A teraz? Koń „gada” na powitanie, „gada”, jak widzi, że niosę siodło i cały sprzęt, „gada”, jak podchodzimy do schodków do wsiadania, „gada”, jak kończymy trening, „gada”, kiedy stoi w boksie i widzi, że właśnie wchodzę do stajni. Chrumka, rechocze, trajkocze – wciąż nie wiem, jak nazwać ten jego cichutki odgłos radości. Czasem zwyczajnie rży – jak idę do niego lub gdy chce, bym się trochę pośpieszyła. W tej chwili w tym koniu widzę i umiem odczytać tyle emocji, że zawsze wiem, jak minął mu dzień, kiedy nie było mnie w stajni. Czy wszystko było w porządku. Czy jest głodny. Czy pokłócił się z kolegą z padoku. Po tym, jak zakładamy kantar i jak bardzo spieszy mu się do wyjścia ze mną wiem, jak bardzo na mnie czekał.

Odkąd wiem, że za każdym razem mogę go bez najmniejszego sprzeciwu wprowadzić na ujeżdżalnię, założyć siodło i wsiąść, przestało mi zależeć na tym, by za każdym razem wsiadać. Ćwiczymy, kiedy nam się chce, ale każde inne spotkanie również przynosi nam wiele nowych doświadczeń.

Ot, na przykład, takie wyjście poza teren stajni, pod las, gdzie rośnie soczysta trawka. Byliśmy tam ze Spartkiem już kilka razy sami, bez towarzystwa żadnego z koni, gdy cała reszta rumaków pasła się na dalekich padokach lub nawet stała w boksach. Obecność innych koni jakby przestała mieć dla Spartka aż takie znaczenie, jak niegdyś. Rżenie towarzyszy na padokach lub nawet wieczorne karmienie w stajni, podczas gdy my jesteśmy kilkadziesiąt metrów dalej, pod lasem, nie jest powodem, by się wyrwać i pójść tam, gdzie koledzy lub okoliczności wzywają. Nie powiem, że pewna obawa nie towarzyszy mnie zawsze, gdy oddalamy się z koniem od stajni. Nie wiem jeszcze, w którym dokładnie miejscu Spartan wyznaczył granicę naszych wspólnych wypadów. Jak daleko możemy bezpiecznie zajść razem, by również bezpiecznie razem wrócić.

Na przykład wczoraj, gdy podczas naszego popasu pod lasem zaczęło straszliwie padać, marzyło mi się wejście do lasu, gdzieś pod drzewko, by choć trochę osłonić się przed deszczem. Oczywiście, nie śmiałam prosić o to Spartana – po cichu liczyłam, że może sam mi zaproponuje. Co prawda, pod drzewami była trochę gorsza trawka, a i „strachów” znacznie więcej, zwłaszcza jak deszcz zacinał po drzewach, a wszystko wokół ruszało się i szeleściło… A jednak. Nie zdążyłam pomyśleć o schronieniu się pod drzewami, jak koń spojrzał na mnie pytająco, i skierował swoje kopyta przez drogę pod ogromną brzozę, wyłaniającą się z lasu jako najbardziej okazałe, rozłożyste drzewo. Udało mi się więc wygodnie usiąść na suchym korzeniu pod brzozą, a Spartkowi dać całą długość liny, by mógł krążyć wokół, wyjadając trawkę. A było co jeść, oj, było!

Dlatego też, siedząc sobie wygodnie pod brzozą i obserwując całkowicie wyluzowanego, szczęśliwego konia, rozmyślałam nad tym, czy uda nam się w ogóle powrócić stąd na teren stajni, gdzie z trawą jest naprawdę kiepsko… Moja daleko posunięta ostrożność w prognozowaniu rozwoju wydarzeń kazała mi, oczywiście, zostawić otwartą furtkę, żeby w razie czego koń zawsze mógł wrócić sam, z kolei na wypadek, gdyby koń nie chciał właśnie wracać do stajni – nie za bardzo byłam przygotowana. I wiecie co? Teraz wstyd mi tych moich myśli, obaw i wciąż jednak braku zaufania do Spartka. Kiedy – jednak, mimo osłony brzozy – przemoknięta postanowiła, że czas wracać, koń po prostu za mną poszedł. Oglądał się, co prawda, na wystające kępki trawy i trochę zwlekał z wejściem przez furtkę, ale nawet przez moment nie myślał o wyrwaniu! Kiedy zamknęłam za nami furtkę i na chwilę przystanęłam, by pogadać z Jolą, właścicielką Zarino, Spartek parę razy podchodził do furtki i bramy i trącał je noskiem, próbując otworzyć i sugerując, że chętnie by wrócił pod las… Niestety, musiałam wracać do domu, więc z bólem serca zaprowadzałam Spartka na padok… Nie chciał, oczywiście, żebyśmy się żegnali, ale szedł… Smutny, zygzaczkiem, z opuszczonym łbem…  Ale – by nie zostawiać zrozpaczonego konia, zamykając za nim bramkę padoku, opracowaliśmy ze Spartkiem pewien rytuał: grzeczne, spokojne wejście na padok zawsze jest nagradzane! Spartek już wie i rży z radości, kiedy zamykam bramkę, bo wie, że znów czeka go coś miłego. Wyciągam wtedy z torebki resztkę smakołyków i mamy naszą krótką pożegnalną ucztę.

A co z tym strachem? 

Inną zmianą w zachowaniu Spartka, o której nie mogę nie wspomnieć, jest jego reakcja na strach. Otóż, jeszcze parę miesięcy temu, spłoszony, oddalał się ode mnie z prędkością światła… Teraz – nawet gdy coś go spłoszy i uskoczy na metr lub dwa – ale zawsze pozostaje na linie, natychmiast wraca do mnie i szuka wsparcia. Z kolei gdy tylko trochę go coś zaniepokoi, a ma mnie w zasięgu wzroku, bo pasie się na wolności, to zawsze patrzy w moją stronę z pytaniem – „Czy mam się bać?” Zazwyczaj odpowiadam, że wszystko jest w porządku i to wystarcza, by koń powrócił do podjadania trawki. Jeśli zaś wciąż coś wzbudza jego niepokój, przychodzi do mnie. Gdy go pogłaszczę i powiem, że jest jednak głuptasem i nie ma czego się bać, odprężony znów odchodzi na popas.

Nie wiem, czy wynika to tylko ze zmiany, jaka zaszła w całych naszych relacjach, czy też jest efektem pewnych ćwiczeń, jakie ze Spartkiem kilkakrotnie powtarzałam. Zainspirowana metodami pracy Karen Rohlf, ćwiczyłam ze Spartkiem z ziemi w stępie i kłusie, będąc cały czas bardzo blisko łopatki konia. Podążałam za jego ruchem, dotykając ręką jego szyi, pilnując prawidłowego wygięcia, poszukując napięcia w mięśniach konia. Za każdym razem, gdy ćwiczyliśmy w ten sposób, akurat była wyjątkowo wietrzna pogoda. Koń się niepokoił i w niektórych momentach unosił głowę, rozglądając się za „strachami”. Czasem Spartkowi ciężko było skupić się na ćwiczeniach w niskim ustawieniu, i wtedy wyciągałam rękę w kierunku jego szyi, sugerując zejście z głową w dół i odprężenie. Za każdym razem udawało mi się w ten sposób osiągnąć zamierzony efekt. Po kilkunastu minutach takich ćwiczeń koń się bardzo uspokajał i przestawał skupiać się na tym, co dzieje się dookoła. Cieszę się, że wypróbowałam tę metodę i że ona działa! Sprawdziła się bowiem również pod siodłem. Gdy tylko coś Spartka zaniepokoiło, a byłam na jego grzbiecie, wystarczyło, że sięgnęłam dłonią do jego szyi, a natychmiast się uspokoił, odetchnął i spokojnie poszedł dalej. Być może i to również sprawiło, że na wszelkie strachy reaguje teraz już nie ucieczką, a wręcz odwrotnie – podejściem i prośbą o wsparcie!

No i pytanie zasadnicze …

Otóż, najbardziej interesuje mnie jedna rzecz: czy mój koń „znormalniał” na zawsze czy tylko tymczasowo? Dlaczego je zadaję… No, po pierwsze, dlatego, że jest to dla mnie pytanie zasadnicze 🙂 A po drugie, dlatego że akurat w tej chwili Spartan jest w dość nietypowej dla niego sytuacji. Nie ma stada, z którym byłby zżyty…

IMG_0379
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Po odejściu Barbórki został na padoku z Czaborem – koniem, z którym, mówiąc delikatnie, średnio się lubią. Jest to koń o mocnym charakterze, raczej dominujący w obecnym mini-stadzie Spartka. Na dodatek – nie skory do zabaw ani bliższych kontaktów towarzyskich. A że Spartek ostatnio woli unikać konfliktów, wychodzi na to, że stara się nie wchodzić mu w drogę. A przy tym – mam wrażenie, że te dwa konie kompletnie nie czują się ze sobą związane. Spartek opuszcza padok z ogromną chęcią, zostawiając na nim Czabora, a wraca zawsze ze smutną miną.

Zatem – wychodzi na to, że to ja zamiast Barbórki czy innego konia-towarzysza zostałam częścią stada Spartana. No to w sumie mam, czego chciałam, ale szczerze – nie chciałam takim kosztem…

Druga istotna sprawa – to dostęp do trawy. Ponieważ padok jest już kompletnie wyjedzony, to wyłącznie ze mną Spartek ma możliwość skubania trawki. Co więcej, coraz częściej zabieram go w miejsca, obfitujące w trawę! To kolejny powód, dla którego koniowi coraz bardziej na mnie zależy! Dwie najważniejsze sprawy – kontakty społeczne i pożywienie – zależą w tej chwili ode mnie. Czy tu jest „pies pogrzebany”? Chciałabym wierzyć, że nie, i – mimo że to ja w tej chwili zarządzam dostępem do podstawowych zasobów – więź, jaka się między nami wytworzyła, będzie trwalsza, niż obecna sytuacja stadno-pastwiskowa.

Myślę, że niedługo czeka nas poważny sprawdzian naszych relacji! A więc pytanie – czy to są trwałe zmiany czy tylko tymczasowe, wymuszone sytuacją „ocieplenie wizerunku” – na razie pozostaje otwarte, ale postaram się znaleźć na nie odpowiedź w najbliższym czasie i, oczywiście, zdam relacje! 🙂

20621870_10214182640742684_2135434911899449541_n

„I skończy się weselisko na wsi!”…

No więc po wczorajszym wieczorze, spędzonym ze Spartkiem doszłam do kilku wniosków – może mało odkrywczych, acz dla mnie istotnych.

Koń waniliowy 

Po pierwsze, aromat waniliowy – zwykły, spożywczy z supermarketu – rzeczywiście odstrasza gzy! Odkrycie dla nas ze Spartkiem nie bez znaczenia, bowiem końskie życie w letnich miesiącach naprawdę zamienia się w horror! Ze wszystkich owadów, jakie dokuczają koniom na padokach, zdecydowanie najgorsze są gzy.  Opędzają się przed nimi, jak mogą, machając ogonem w te i wewte, ale są, niestety, miejsca, których nie sposób dosięgnąć… Tak więc plecy, brzuch, pachwiny – wszystko jest obsadzone przez te cholerne owady. Wgryzają się w końskie cielsko, żrą niemiłosiernie, zostawiając po sobie widoczne na sierści krople krwi… Za każdym razem, zabierając Spartka z padoku w miejsca, gdzie można poskubać trawy, jestem uzbrojona po zęby. Mam rękawice do zabijania, mam bat do odganiania gzów, którym okładam Spartkowe ciałko z prawej i z lewej, pilnując, by żaden owad nie zdążył wbić się w jego skórę. Kiedy któryś z krwiopijców usadowi się na łbie po stronie, dla mnie niewidocznej, Spartek odrywa się od trawy i odwraca się do mnie, pokazując, że zaatakowany jest, powiedzmy,  lewy policzek. Natychmiast trzaskam go moją rękawicą do zabijania w nadstawiony policzek :), przepraszając przy tym konia, a ten patrzy na mnie przez chwilę ze zrozumieniem i wraca do skubania. I tak do następnego gza…

Czasem nadlatuje coś ogromnego, wyglądem przypominającego szerszenia, tylko że jest całe brązowe i wydaje bardzo głośne buczenie. A może to trzmiel? Ale trzmiele są w paski, a to – jak na moje oko – jest jakieś jednolicie brązowe. W każdym bądź razie to jest dopiero potwór! Próbuje się usadowić na Spartkowym brzuchu, nogach, z rozpędu ląduje w grzywie i zaczyna skradać się do szyi. Jak tylko słyszę ten charakterystyczny dźwięk, uprzedzam konia i zaczynam wykonywać niemalże rytualny taniec wokół niego, z rytmicznym wymachiwaniem batem, kolistymi ruchami rąk, podskokami i odstraszającym pokrzykiwaniem. Spartek, na szczęście, jest już do tego typu anomalii przyzwyczajony. Nawet powieka mu nie drgnie… Ja zaś staram się nie dopuścić, żeby to coś wżarło się w ciało konia – mam wrażenie, że mogłoby zrobić niezłą ranę! No więc czekałam tylko, kiedy się doigram… Wczoraj ten wstrętny owad, przeganiany przeze mnie skutecznie od konia, postanowił zaatakować mnie. Po wielokrotnych udaremnionych atakach wykonał jedno okrążenie (już odetchnęłam z ulgą), i z rozpędu rzucił się mi na szyję. Powiem tak – jeśli ktoś z daleka to obserwował, to miał wszelkie szanse, by uznać mnie za osobę kompletnie niepoczytalną. Z krzykiem i w podskokach opędzałam się przed drapieżną mściwą bestią, wymachując jednocześnie batem wokół głowy. Jakkolwiek by to nie wyglądało, grunt, że pomogło. Nie zostałam użądlona, i po chwili bestia poddała się i odleciała w stronę lasu… Spartek nawet nie przerwał jedzenia trawy… No cóż, nie takie incydenty nam się już zdarzały.

Taki FastFood lubię ????????????

Gepostet von Irina Kuzmina am Sonntag, 18. Juni 2017

Tak więc, po przeczytaniu na „jednym z portali społecznościowych” informacji, że podobno zwykły spożywczy aromat waniliowy odstrasza owady, a przede wszystkim – gzy, przed wyjazdem do stajni zaopatrzyłam się aż w 4 fiolki aromatu waniliowego czterech różnych producentów. Po pięciu minutach bezskutecznego opędzania się od owadów wyciągnęłam fiolkę i zaczęłam wsmarowywać w końską sierść słodko pachnącą, lepką ciecz. Po kilku minutach nad Spartkiem unosił się piękny aromat babki waniliowej, a ja – o mocno owłosionych, lepkich dłoniach – z zaciekawieniem czekałam na efekt działania wanilii. I – o cudzie! Gzy, które wciąż nadlatywały do konia, przysiadały tylko na chwilę i uciekały! Wszędzie tam, gdzie na końskiej sierści widniały lepkie posklejane plamy, mieliśmy spokój… Nie pomyślałam jednak o tzw. „miejscach intymnych” Spartka… No cóż… W pewnym momencie koń przestał jeść trawę, wygiął grzbiet i spojrzał na mnie wybałuszonymi oczami. Na chwilę się przeraziłam. Nie wiedziałam, co się dzieje. Do sikania? Czy zaraz mi uskoczy? Czy się przewróci? Zachowanie Spartka było tak dziwne, że przez moment nie wiedziałam, co począć. Widząc moją zdezorientowaną minę, Spartek skierował przerażony wzrok w stronę brzucha. Spojrzałam tam – i już wiedziałam, co jest grane. Aż trzy wściekłe gzy wbiły się właśnie w miejsce, które służy koniom do oddawania moczu. To musiało boleć. Natychmiast zainterweniowałam, i – cóż zrobić – wysmarowałam również tę część końskiego cielska wanilią. Uradowany Spartek wrócił do skubania trawy, a ja, z poczuciem spełnionego obowiązku, znów obserwowałam zmieszane, zdezorientowane i głodne owady.

A zatem – pierwszy wniosek z wczorajszego dnia: WANILIA naprawdę działa! aromat_waniliowy Warto mieć ją w końskiej apteczce i wsmarowywać aromat w końską sierść. Jakie są minusy jej używania? Sierść jest posklejana, to po pierwsze. Naprawdę ciężko ją później rozczyścić do siodłania. Po drugie, odstraszając gzy, jednocześnie, chyba wabimy muchy. No ale ich dokuczliwość to naprawdę nic w porównaniu z gzami! Zatem, ogólnie – na plus.

Zadanie łatwe do „rozwiązania”

Drugi wniosek z wczorajszego dnia jest taki, że konie są naprawdę mądrzejsze, niż nam się wydaje! Jak dokonałam tego niezwykłego odkrycia?

Po godzinnym popasie zabrałam Spartka na ujeżdżalnię. Miałam pewne obawy, czy tam dojdziemy RAZEM. Nie zabezpieczyłam bowiem przed wyprowadzeniem Spartka z padoku potencjalnej drogi jego ucieczki – hen, daleko, w kierunku wzgórza, do innych koni i świeżej trawy. Stąd wzięły się moje całkiem uzasadnione obawy o to, czy Spartan aby na pewno dotrzyma mi towarzystwa w drodze na ujeżdżalnię. O dziwo, bez problemu dotarliśmy tam razem. Zabezpieczyłam konia dodatkowo przed owadami, szybko wyczyściłam, osiodłałam i wsiadłam. Nie muszę wspominać, że koń z iście anielską cierpliwością czekał na mnie osiodłany, aż skończę przygotowania do wsiadania. Póki zakładałam czapsy, kask, przekładałam smakusie z torebki do kieszonki, odbierałam telefon, Spartek stał koło mnie, bez żadnej liny, z wodzami, przerzuconymi „dla formalności” przez ogrodzenie. Czekał, aż pańcia wreszcie przestanie się grzebać i pójdziemy popracować. Rzecz jasna, podprowadzony pod schodki, zrobił swój stały numer – wciąż mając nadzieję, że mnie to rozbawi. Włożył przednią nogę między stopnie schodków, uniósł je i popatrzył w moją stronę zadowolony. Schodki wisiały na nodze, a koń wyraźnie mówił mi, że znów mu się coś do kopyta przykleiło, i z czymś takim nie da rady ruszyć. Tradycyjnie powiedziałam mu, że wcale nie było to śmieszne, zręcznie obracając schodkami w te i wewte, wyciągnęłam końską nogę, i wsiadłam. Ale Spartek się w ogóle nie zraża, i następnym razem znów zaserwuje mi swój doskonały, w jego mniemaniu, dowcip.

Jeździło nam się wczoraj znakomicie. Wolty i serpentynki w kłusie, przejścia, zakłusowania z cofania, ze stój, kłus przez drążki… wszystko było wykonywane bez słowa sprzeciwu! Albo inaczej – wszystko, oprócz cofania, które czasem Spartek wykonuje natychmiast, a czasem – udaje, że nie wie, o co chodzi. A kiedy wciąż proszę o cofanie, którego on nie robi, to się zaczyna złościć. No i tu zbliżamy się do drugiego mojego odkrycia. Na ujeżdżalni bowiem znalazła się wczoraj konstrukcja, zbudowana z dwóch stojaków i liny zawieszonej między nimi, służąca do ćwiczenia otwierania bramki, przechodzenia przez nią i zamykania jej za sobą. Spartka od początku ta konstrukcja zainteresowała, więc  postanowiłam, że zostawimy ją sobie „na deser”. Kiedy już przećwiczyliśmy ze Spartkiem wszystko, co miałam w planach, łącznie z ustępowaniem od łydki i poszerzaniem koła od łydki, zbliżyliśmy się do „bramki”. Pozwoliłam Spartkowi dokładnie ją obejrzeć, sprawdzić wytrzymałość liny i sposób jej mocowania, po czym zdjęłam pętelkę, zamykającą bramkę ze stojaka. Najpierw pokazałam ją koniowi, dotknęłam nią pyska, szyi, nóg, by nie przestraszył się, gdyby miała mi wypaść z ręki podczas manewru. Następnie, trzymając linkę w prawej ręce, a wodze w lewej, poprosiłam Spartka o ruszenie przez bramę, co koń z chęcią wykonał. Zatrzymaliśmy się trochę za daleko od stojaka – więc, musieliśmy się trochę cofnąć i obrócić na przodzie, by założyć pętelkę z powrotem na stojaku. W ogóle nie używając wodzy (byłam zbyt skupiona na trzymaniu liny 🙂 ), poprosiłam konia o cofnięcie, i natychmiast je wykonał! Mało tego – obrócił się też tak, bym mogła spokojnie zawiesić linę z powrotem na stojaku! Jak myśmy to zrobili??? Nie jestem mistrzem w dawaniu sygnałów łydką! Powiem więcej – Spartek zazwyczaj respektuje je według swojego widzimisię. Przy bramce zaś jedynie do niego mówiłam, co ma robić, delikatnie korygując łydkami i koń bezbłędnie ustawiał się tak, jak chciałam! Koń dokładnie wiedział, kiedy ma się cofnąć i po co!

Ciąg dalszy rozpracowywania wyjścia z padoku- rozplątywania liny z przerwami na popas????

Gepostet von Irina Kuzmina am Donnerstag, 13. April 2017

(Filmik z wiosny, kiedy Spartek podejmował niezliczoną ilość prób opuszczenia padoku)

Przy drugim naszym podejściu do otwierania i zamykania bramki trochę się pokręciliśmy przy jednym i drugim stojaku – ja z liną w ręku, próbując zawiesić pętelkę, gdzie trzeba, a Spartek – z ogromną chęcią pomocy mi w tym przedsięwzięciu. Wszak „rozwiązywanie” (w sensie dosłownym!) tego typu zadań od lat jest jego specjalnością 🙂 Sugerował mi więc, że chętnie pętelkę potrzyma, a najlepiej sam ją gdzieś zawiesi, a jeszcze lepiej – rozwiąże wszystkie węzełki, jakie ma. No cóż, stwierdziłam, pierwsze koty za płoty. Więcej próbować nie będziemy, bo koń stanowczy zbytnio się przejął zadaniem.

Dobrze mieć buty o rozmiar za duże!  

Po pięknych chwilach na ujeżdżalni, w świetle zachodzącego słońca, po długim upalnym dniu, kiedy wreszcie można było oddychać, rzecz jasna, nagrodziłam Spartka kolacją i pozwoliłam koniowi powyjadać resztki trawy z narożników placu. Zbliżała się godzina dwudziesta pierwsza, konie wciąż były na padokach, a ja, jak zawsze niechętnie, musiałam opuścić stajnię. Wzięłam Spartka na linę i ruszyliśmy w stronę jego padoku. Rzecz jasna, po tak pięknym dniu, który śmiało można by nazwać „beczką miodu”, nie mogło zabraknąć i przysłowiowej „łyżki dziegciu”… Ruszyliśmy ze Spartkiem w stronę koni i padoków, on tuż przy moim ramieniu, grzeczny i rozanielony – pewnie spodziewał się, że jeszcze się troszkę razem popasiemy… Niestety, naprawdę musiałam wracać do domu… No cóż… Spartek pociągnął nagle w kierunku trawy, a kiedy stanowczo się temu sprzeciwiłam, wykonał swój słynny „manewr okrążający” wokół osoby prowadzącej, oczywiście, w celu wyrwania. Udało mi się zatrzymać okrążenie w połowie, ale – w ramach zemsty, koń postawił mi swoje kopyto na nodze. Ha! Wcale mnie nie zabolało, bo mam buty o rozmiar, a może i dwa za duże! Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, bo są bardzo wygodne, zarówno do krzątania się po stajni, jak i do jazdy. Odnotowałam wylądowanie kopyta na mojej nodze stanowczym uderzeniem Spartka w łopatkę i duuużą falą!!! Musiałam to zrobić, bo w tamtej chwili toczyła się właśnie nasza walka o „być albo nie być”! Rzecz w tym, że gdyby Spartan się wyrwał i poszedł na wzgórze daleeeeekooo w kierunku koni, z pewnością spędziłbym kolejnych parę godzin na próbach jego sprowadzania. Na terenie stajni nie było absolutnie nikogo, kto mógłby mi w tym pomóc. Wiedziałam więc, że albo wygram teraz z koniem, albo – szlag trafi cały nasz piękny dzień!

Ciekawe, że w chwilach mocno dla mnie stresujących mam w zwyczaju wykrzykiwać jakieś głupie i zupełnie niewytłumaczalne sentencje lub powiedzenia 🙂 Na co dzień w życiu bym nie użyła takich sformułowań! O dziwo, są to zazwyczaj wyrażenia całkiem cenzuralne, i – że tak powiem, zupełnie „od czapy”. Otóż, zepchnęłam z nogi końskie kopyto, ostro i zdecydowanie wycofałam Spartka, a na jego gniewne spojrzenie i charakterystyczne wygięcie szyi, użyłam kolejnej korekty liną, i ochrzaniłam: „Zrób mi to jeszcze raz, a skończy się weselisko na wsi!!!!”. Wrzasnęłam na niego tak, że potulnie jak baranek podreptał za mną na padok. Objęłam po drodze jego szyję, pogłaskałam po łbie, mówiąc, że cieszę się, że znów jest grzecznym koniem… Już na padoku, kiedy szczęśliwie zamknęłam za nami  bramkę, nagrodziłam Spartka jabłuszkiem.

Widziałam w zmroku, zapadającym nad stajnią, że wciąż mnie wypatruje, kiedy wsiadałam do samochodu… I mam nadzieję, że nasze „weselisko na wsi” nigdy się jednak nie skończy 🙂

19866191_10213830336255292_1445486792_n

 

Dłuższy popręg kup mi, luby

Jeśli nie chcesz mojej zguby, oczywiście… A tak się składa, że dziś obchodzę swoje urodziny, więc – podpowiedź dla mojej „drugiej połowy” umieszczam, że tak powiem, publicznie, żeby nie było, że nie mówiłam, co chcę 🙂

Laleczka Czaki 

Jakoś od zawsze wszystkie moje pragnienia i plany zakupowe związane były ze zwierzyńcem, który przewinął się przez lata w moim domu… Raz jeden jedyny, mając lat cztery czy pięć, zamarzyłam o wózku dla lalek. Był to w czasach mojego dzieciństwa towar absolutnie luksusowy, wręcz niemożliwy do zdobycia w naszych radzieckich sklepach z zabawkami. Ogromne nadzieje pokładałam w bracie mojego dziadka, wujku Andrzeju z Rygi, który odwiedzał nas w Leningradzie przynajmniej raz w roku. Wszelkie dobra nieosiągalne w leningradzkich (dziś, oczywiście – petersburskich, i już znakomicie zaopatrzonych), sklepach można było przywieźć z krótkiej wycieczki do Pribałtyki, czyli do krajów bałtyckich. Pamiętam, że rodzice wyjeżdżali nieraz w sobotę autokarem zakładowym, a wracali w niedzielę wieczorem, wyciągając z torby prawdziwe skarby – kolorowe (!) koszulki czy buciki, rajstopy, skarpety, kosmetyki. Nie to żeby w naszych sklepach nie było odzieży –  owszem, była, ale w mocno stonowanych odcieniach brązu, szarości czy ciemnego granatu. Wszystko, nawet szlafroki-podomki, przypominały ubrania robocze, owszem, o wygodnym niekrępującym robotnicze ruchy kroju i niewyszukanej stylistyce. Tęskno nam było za kolorem… O dziwo, nawet czerwieni nie można było spotkać na petersburskich ulicach – był to bowiem kolor zarezerwowany dla atrybutów ustroju.

Zatem – czekałam na przyjazd wujka Andrzeja z Rygi. Liczyłam dni do jego przyjazdu, a udając się tego właśnie dnia do przedszkola, już marzyłam o powrocie do domu, zastanawiając się, jakiego to koloru może być mój wymarzony wózek, a także próbując zgadnąć zamysł dowcipnego wuja – czy schowa przede mną wózek na balkonie czy też wręczy od razu po moim wejściu do domu? Wolałam od razu. Wuj był jednak na tyle dowcipny, że w ogóle nie przywiózł mi wózka…  Przywiózł kolejną lalkę – tym razem taką, która wywracała oczami, wydawała z siebie jakieś nieludzkie dźwięki i generalnie – jak teraz sobie to uświadamiam – niewiele odbiegała od laleczki Czaki. Wylądowała więc tam, gdzie wszystkie dotychczas przynoszone do naszego domu lalki – w sypialni na szafie. Teraz myślę sobie, jak jednak paskudną byłam dziewczynką. Paskudną, ale dobrze wychowaną!  Każdy odwiedzający dom moich dziadków, gdzie mieszkałam do jedenastego roku życia, uważał za miły gest kupić wnuczce na prezent lalkę. Dziękowałam za prezent najserdeczniej, jak potrafiłam, chwaliłam ładne ubranko i różowe policzki – co za obłudne dziecko… Dziadkowie prowadzili dom raczej otwarty – cioć i wujków z całego ZSRR przyjeżdżało do nas tyle, że nie byłam w stanie wszystkich zapamiętać. No i każdy z lalką. A że lalkarski przemysł radziecki nie stawiał na różnorodność, można się domyślić, że po kilku latach mogliśmy z dziadkami śmiało otwierać hurtownię lalek. Niestety, inicjatywa prywatna w tamtych czasach była niemożliwa. Zatem lądowały na szafie. Szafa była ogromna – wysoka, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Stos lalek z czasem zamienił się w spiżarnię mojego chomika Romki, który wspinał się na samą górę, poruszając się pionowo, w szczelinie pomiędzy szafą a ścianą – plecy opierał o ścianę, a ostre pazurki wbijał w chropowatą dyktę. Tym sposobem w niecałe dwie minuty potrafił obrócić się góra – dół, nabrać za policzki kolejne zapasy żywności,  by przetransportować je na szafę i schować w stosie moich niechcianych zabawek.

Właściwie po moim wielkim rozczarowaniu z wózkiem od wuja Andrzeja postawiłam krzyżyk na dziewczęcych zabawkach. Trudno, widocznie los w postaci wuja z Rygi tak chciał. Odtąd już definitywnie stawiałam na pluszaki. Pamiętam je do dziś – niebieski pies Bobik (dlaczego przemysł radziecki postanowił zaszaleć akurat w przypadku psa?), normalnej maści lis Foks, małpka Czita, liczne misie… To byli moi przyjaciele, im powierzałam swoje tajemnice. Leczyłam, kiedy czuli się niewyraźnie. Robiłam zastrzyki, przeprowadzałam nieskomplikowane zabiegi chirurgiczne, układałam do snu jeden przy drugim na swojej poduszce.

Początki Alzheimera i talent krawiecki

Moja babcia była osobą niezwykle utalentowaną… Pięknie grała na fortepianie, była wspaniałą krawcową, bardzo dobrze gotowała, a na dodatek miała niespotykane zdolności organizatorskie. Pochodziła z miasteczka położonego na północy Rosji pod Archangielskiem – Wielki Ustiug.  Tam skończyła szkołę, a później, kiedy poznała mojego dziadka, wędrowała za nim – wojskowym, po całym Związku Radzieckim. Przez całe swoje życie utrzymywała jednak kontakty z osobami, które wraz z nią kończyli szkołę w Ustiugu. Stworzyła w tamtych latach coś w rodzaju Naszej Klasy! Korespondencja z kolegami i koleżankami ze szkoły trwała przez sześćdziesiąt lat! Mało tego, co dziesięć lat babcia, mieszkająca już od dawna w Leningradzie, organizowała spotkania absolwentów szkoły. Z pewnością były to niezwykłe spotkania. Pamiętam, że każde z nich musiało być przygotowywane przez ponad rok. Listy wędrowały po republikach ZSRR miesiącami, a w nich uzgadniano szczegóły, ustalano program muzyczno-artystyczny spotkania, rezerwowano noclegi… Babcia czuła się spełniona, kiedy wracała z kolejnego wyjazdu do Ustiuga. Ja pamiętam jeden jej przyjazd. Była ogromnie zmęczona i bardzo szczęśliwa. Mimo że chyba przybyło jej zmarszczek, w oczach widziałam młodzieńczy błysk!

Niestety, kiedy miałam sześć, może siedem lat, babcia zaczęła się czasem dziwnie zachowywać. Teraz wiadomo, że były to początki choroby Alzheimera, a wtedy nie pamiętam, by ktokolwiek wymieniał tą chorobę. Jednym słowem, niekiedy zachowanie babci mocno nas zaskakiwało. Otóż, zapędy krawieckie w połączeniu z Alzheimerem sprawiły, że pewnego dnia po powrocie z przedszkola odkryłam, że zniknęły moje pluszaki. Przeszukałam całe mieszkanie, zaglądając pod łóżka, do schowków i pawlaczy, a nawet do szafek kuchennych i piekarnika. Nic, ani śladu. Wtedy moją uwagę zwróciło pudełeczko z guzikami – babci skarb, który zazwyczaj trzymała z dala ode mnie. Ja lubiłam przeglądać guziki, babcia z kolei nie przypadała za tym, by ktoś grzebał w jej akcesoriach krawieckich. Dlatego mnie to mocno zaskoczyło – czyżby babcia straciła czujność? Natychmiast sięgnęłam do pudełka i o mało nie zemdlałam… W pudełku na samej górze, wśród dziesiątków innych guzików znajdowały się oczy moich zwierzaków! Natychmiast rozpoznałam wielkie, wiecznie zdziwione oczęta Bobika, zmrużone chytrusowate oczka Foksa, czarne okrągłe oczka-guziczki Czity… No właśnie… Guziczki… Pod moją nieobecność babcia, wiedziona  wrodzonym instynktem krawcowej, wpadła na czekające na mnie na moim łóżku pluszaki… Pamiętam, że zawsze oburzona pytała – „No kto to widział, żeby pies był niebieski?”. Ten wybryk natury i przemysłu radzieckiego musiał przykuć jej uwagę, a dalej – nawet nie chcę sobie wyobrażać, co było dalej…

Pamiętam, że z pudełkiem w rękach, cała we łzach rzuciłam się do dziadka. Żal mi go było, bo zupełnie nie wiedział, jak mi pomóc i gdzie szukać moich okaleczonych przyjaciół… W akcie desperacji już o zmierzchu wyszliśmy na przeszukiwanie śmietnika. Zaopatrzeni w długi kij (kubły na śmieci były ogromne, nie sposób było zajrzeć) z ostrą końcówką spędziliśmy parę godzin na wyciąganiu najróżniejszych śmieci. W końcu trafiliśmy na Bobika! To był on – mój biedny niebieski pies, z nićmi zwisającymi w miejscu oczek. Wiedzieliśmy z dziadkiem, że musimy znaleźć wszystkie moje zguby! Po kilku godzinach morderczej pracy przy śmietniku, kiedy posegregowaliśmy już wszystko, co przez cały dzień wrzucano do kubłów z całego osiedla, trafiliśmy na Czitę – to jej, najmniejszej z całego towarzystwa, wciąż nie udawało nam się trafić. Mogliśmy wracać do domu. Następnego dnia nie poszłam do przedszkola, odsypialiśmy z dziadkiem, potem robiliśmy pluszakom kąpiel, a następnie – wspólnie przeprowadziliśmy kilka zabiegów okulistycznych, przywracających wzrok moim zwierzętom. Ufff…

A co na to wszystko babcia? No cóż, chyba muszę wspomnieć, że była obdarzona jeszcze jednym talentem – potrafiła w sposób doskonały zapanować nad emocjami. Nie wiem, czy w ogóle się sytuacją nie przejęła, czy dusiła w sobie emocje, czy też po cichu pogodziła się z faktem, że tym razem nie udało jej się wzbogacić swojej kolekcji guzików. W każdym bądź razie udawała, że nie było tematu. Ja zaś poprosiłam dziadka, by pod moją nieobecność miał na babcię „oko”…

Wkraczam w „dorosłość”…

W życie samodzielne pod względem przemieszczania się po mieście wkroczyłam w wieku bodajże siedmiu lat. Odkąd sama chodziłam do szkoły, stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym i w różne inne miejsca mogła chodzić sama. Lub jeździć. Tramwajem, autobusem, trolejbusem, rzadziej – metrem. I pierwsze swoje kroki skierowałam do kółka zoologicznego, które po rosyjsku nazywało się „junnatskij krużok”. ja i szurikByło to tzw. „ognisko” w domu pionierów, prowadzone przez małżeństwo biologów – Elenę Walentinownę i Igora Josifowicza. Dziś można by to nazwać czymś w rodzaju mini-zoo, i do samej istoty tego miejsca z pewnością można mieć wątpliwości. Zwierzęta w klatkach… No cóż, jako dziecko nie miałam tej świadomości, co teraz. I gnałam do mojego „krużka” trzy-cztery razy w tygodniu, by opiekować się naszymi zwierzętami, a trochę ich było. Pomijając wiele gatunków ptaków, były też małpy, jenoty, koati, lisy, tchórzofretki, pytony tygrysie, szopy-pracze, kruki, wrony, szczury, chomiki, myszoskoczki, nutrie…  Oprócz wiedzy, jaką z pasją przekazywali nam nasi prowadzący, wspaniałych wycieczek przyrodoznawczych na Krym czy nad Bajkał (niestety, wycieczka nad Bajkał odbyła się beze mnie), uczyli nas także poczucia odpowiedzialności. Podczas kilku godzin, jakie spędzałam w moim kółku przyrodniczym musiałam, wraz z innymi dzieciakami, wykonać naprawdę dużo pracy. Najpierw – wycieczki po okolicznych sklepach spożywczych po pokarm dla naszych podopiecznych. W warzywniaku odbieraliśmy liście po kapuście i wszystko, co zostawało niesprzedane i podlegało utylizacji. Po co utylizować – zaraz przyjdą pionierzy! Następnie – do tartaku – po wióry, na wymianę ściółki w klatkach. Następnie – w sezonie wiosenno-letnim – na okoliczne parki  po świeżą trawę. Dalej – po piasek, do pracowników osiedla, zawsze mieli zapas, na wymianę ściółki dla ptaków. Kiedy już zaopatrzenie było zrobione, można było przystąpić do nastawiania kaszy z mięsem lub rybą na kolację dla naszych drapieżników, do czyszczenia klatek, mycia misek, potem – karmienia zwierząt, a jeśli zostawało nam trochę czasu – na spacer z niektórymi z nich. Wracałam zawsze już po zmierzchu –  umordowana, brudna, posiniaczona i szczęśliwa…

Dochód z „kombizenonów” 

Bardzo jednak pragnęłam mieć w domu papużki faliste… Na ich zakup potrzebne były środki finansowe. Na szczęście, w szkole przyuczano nas do różnych zawodów – „przerobiłam” więc praktyki w księgarni, zresztą – najlepszej w Petersburgu, w „Domu Książki” na Newskim Prospekcie, w zakładzie maszynistek, a następnie – w fabryce krawieckiej. Uczono nas szyć poszewki, a jak ktoś wykazywał minimalny talent do zawodu, mógł zostać po godzinach i uczyć się szycia np. kombinezonów dziecięcych. Jeśli się okazało, że kombinezony nadają się do późniejszej sprzedaży, to w wakacje mogliśmy dorobić sobie w ramach płatnych praktyk krawieckich. Oczywiście, dałam z siebie wszystko, by zarobić upragnione 10 rubli, bo tyle właśnie potrzebowałam na zakup klatki, niezbędnych akcesoriów i samej parki papużek falistych. Hodowlę już miałam upatrzoną, klatkę i akcesoria też – pozostało jedynie uszyć ze 100 kombinezonów – i voila. Codziennie wyruszałam do fabryki, obmyślając po drodze, jakiego koloru wybrać parkę papużek… Przestudiowałam wszelkie zawiłości genetyczne przekazywania kolorów w następnych pokoleniach… Rozważałam różne możliwości – wszak sprawa kolorów miała znaczenie zasadnicze! Szyłam kombinezony po 4 godziny dziennie – na więcej godzin pracy dziecięcej nie pozwalało prawo, obowiązujące w Związku Radzieckim.

289Wreszcie dostałam wypłatę – moje, własnoręcznie zarobione 10 rubli! Nosiłam je w kieszeni, ściskając w ręku czerwoną dziesięciorublówkę. I znów los zakpił z młodego przyrodnika 🙂 Za długo się zastanawiałam nad kolorem moich wymarzonych papużek… Nie wiem, kiedy i jak, bo w przeciwnym wypadku nie doszłoby do tego tragicznego zdarzenia, ale banknot wypadł z mojej kieszeni… Jednym słowem, zgubiłam całą swoją wypłatę… Nie pamiętam, żebym płakała z tego powodu… Byłam zła na siebie! Udałam się więc do hodowczyni papużek – starszej pani, którą nie raz już wcześniej odwiedzałam, by porozmawiać o tych ptakach, i powiedziałam, że zakup z wypatrzonego przeze mnie miotu, niestety, jest odwołany… Opowiedziałam, co się stało. Współczuła mi, ale jednocześnie nie chciała pozbawić się zarobku. To była sprytna staruszka. Zaproponowała mi, żebym wzięła za darmo pisklę, które rozwija się nieprawidłowo – w ogóle nie rosną mu pióra, i zdaje się, że już nie urosną. Nikomu go raczej nie sprzeda, no bo i po co komu taki ptak? Gołe, chude, nielatające… Oczywiście, zgodziłam się bez chwili zastanowienia. Nazwałam go Rocky. Poprosiłam rodziców, by zainwestowali w klatkę dla „sieroty”, i nie zadawali za dużo pytań. Rocky zamieszkał z nami. Nauczył się radzić sobie wśród nas – był dosyć skoczny, więc zeskakiwał z zawsze otwartej klatki na stół, potem na krzesło, następnie na podłogę – i przemieszczał się po całym mieszkaniu, jak każdy z domowników. Pozbawiony towarzystwa latających przyjaciół, uznał, że jest jednym z nas, nielotów. I było nam dobrze razem. Rocky nauczył się wymawiać kilka słówek – oczywiście, swoje imię, poza tym – „Rocky choroshyi”, „privet”, no i potrafił wołać mnie, kiedy dzwonił telefon. Krzyczał wtedy wniebogłosy „Irrrrriiina”, a ja leciałam do słuchawki. On zazwyczaj też leciał korytarzem do telefonu, by pogaworzyć wraz ze mną o dziewczęcych głupotach. To był wyjątkowy papug, lepszy niż wszystkie kolorowe papugi świata razem wzięte!

Był wyjątkowy, ponieważ był naprawdę kochany! Jak każdy kochany zwierzak! Jak moi Laduszka, Zefir, Duńcia, których już nie ma, jak Bryśka, Molka, Torka, które właśnie wpatrują się we mnie i czekają, aż skończę pisać i zajmę się wreszcie kolacją, jak Spartek, który był wyjątkowo wredny, kiedy go poznałam, a stał się wyjątkowo miłym, przyjaznym i oddanym koniem teraz, gdy pokochałam go z całego serca takim, jaki jest!

Długo bym mogła opowiadać o moich wyjątkowych – dla mnie, oczywiście, wyjątkowych  – zwierzakach! W dniu urodzin, tak samo, jak rok temu, naszło mnie na wspomnienia… Postanowiłam dziś usiąść i napisać, dla Ciebie, Marku, i dla wszystkich, którzy czasem zaglądają na bloga o Spartku. Znalazłam czas, naszła mnie wena – dziękuję za życzenia, które się spełniły, i za te, które dopiero się spełnią. Dziękuję Wam, Kochani!

urodzinowe_portrety1

 

Przesłanie hedonisty – proste zasady, których nauczył mnie Spartan

IMG_4069

Cierpliwość i konsekwencja gwarancją sukcesu

Wielokrotnie słyszymy od trenerów, że wyłącznie konsekwentne postępowanie ze zwierzęciem przynosi efekty. Jest to prosta, wręcz banalna zasada, z której wywodzi się cała filozofia pracy ze zwierzętami. Drugim elementem tej pracy jest fakt, że zwierzę uczy się poprzez skojarzenie określonego zachowania z konsekwencjami, jakie ze sobą niesie. Jeśli po pewnym zachowaniu następuje dla zwierzęcia coś miłego – istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości dane zachowanie będzie się powtarzało. Jeśli z kolei bezpośrednio po jakimś zachowaniu zwierzę dozna przykrych doświadczeń, mamy podstawy przypuszczać, że dane niepożądane przez nas zachowanie będzie zanikać. Trzecim ważnym elementem w treningu zwierząt jest tzw. „timing”, czyli odpowiednio szybkie reagowanie na zachowanie zwierzęcia. A więc konsekwentnie, sprawiedliwie i natychmiast reagujemy na określone zachowania zwierząt, a mamy szanse wpłynąć na ich występowanie w przyszłości.

Dlaczego o tym piszę? Jak zobaczycie, konie stosują wobec nas dokładnie takie same zasady. Najwyraźniej nadstawiają ucha na placu treningowym i biorą sobie do serca rady fachowców.

Pracując z psami czy końmi trenerzy muszą być niezwykle uważni – każde przeoczenie niepożądanego zachowania skutkuje utrwaleniem „złego” nawyku. Ta zasada ma ogromne znaczenie zwłaszcza w pracy z końmi, które każdego dnia „sprawdzają” swojego jeźdźca czy trenera. Szczególnie dotyczy to koni o charakterze dominującym, którym nie w smak jest rola uległego osobnika. Wydawałoby się – mamy już wszystko ustalone, lecz w świecie koni jest zupełnie inaczej. Każdego dnia muszą sprawdzić, czy ich Przywódca-Lider nadal nadaje się do sprawowania tej ważnej funkcji – wszak od podejmowanych przez niego decyzji zależy życie całego stada. Jeśli któregoś dnia zabraknie ci sił lub czujności i nie będziesz dla konia wystarczająco przekonywujący, szybko przejmie na siebie twoje obowiązki i będziesz musiał od początku zawalczyć o pozycję Szefa. Tak się kształtują relacje Koń – Człowiek, kiedy mamy do czynienia z wierzchowcem, który nie ma w zwyczaju polegania na człowieku, a wszystko sam wie najlepiej. Oczywiście, mam tu na myśli Spartka. Więc jak się między nami poukładało?

Przywództwo czy Partnerstwo? 

Czy jestem, czy w ogóle mogę być dla Spartana szefem? Staram się ze wszystkich sił, ale obawiam się, że Spartan postrzega nasze relacje zupełnie inaczej. Z mojego, ludzkiego punktu widzenia, mogłabym je określić jako relacje partnerskie, oparte na systemie wzajemnych korzyści i wymianie dóbr.  Nie oznacza to oczywiście, że koń może mnie podgryzać, ocierać o mnie łeb, przepychać się przeze mnie czy deptać mnie po stopach… Te podstawowe zasady savoir vivre’u już dawno sobie wyjaśniliśmy.  To jest ABC końskiego wychowania. Przecież kompletnie niewychowany koń może być przy tym absolutnie uległy, a najgorszy koński tyran – mieć nienaganne maniery. Chodzi mi raczej o te głębsze relacje między nami.

Przez lata naiwnie próbowałam wywrócić świat Spartka do góry nogami, ustawiając w jego centrum Człowieka, któremu koń miał się podporządkować… Nie udało się, szliśmy, jak się okazało, zupełnie inną drogą, wskazywaną mi dyskretnie acz stanowczo przez głównego bohatera tej opowieści. Nigdy bym nie przypuszczała, że będąc koniem, można w tak doskonały sposób poprowadzić treningi… No cóż, cierpliwość i konsekwencja… W końskim świecie te zasady obowiązują w znacznie większym stopniu niż w ludzkim. Bez mała cztery lata koń udzielał mi wyraźnych wskazówek, jak należy postępować, żeby nam obu było miło. Gdy popełniałam błędy, natychmiast ponosiłam konsekwencje. Od wyrywania się i ucieczki po zwykłe ignorowanie mojej osoby. Kiedy zaś robiłam postępy, zawsze spotykała mnie nagroda – czasem pochwała w postaci cichego rżenia (jak ostatnio wyczytałam w Psychologii treningu koni Krzysztofa Skorupskiego, tak cichym delikatnym rżeniem klacze porozumiewają się ze swoim potomstwem, w tenże sposób źrebaki odpowiadają matkom). Cieszy mnie zawsze, kiedy moje postępowanie wywołuje w Spartku tyle entuzjazmu, a w jego delikatnym odgłosie słyszę ogrom czułości i zadowolenia. Czasem nagrodą było entuzjastyczne powitanie na pastwisku, pokorne opuszczenie głowy, jego radość na widok siodła, lin, kantarka… Wypatrywanie mnie z padoku po tym, jak koń już usłyszał mój głos gdzieś daleko przy stajni, kiedy rozmawiam z kimś tuż po przyjeździe. Wykonywanie moich poleceń, mimo upału, wiatru, świeżej trawy tuż za płotem, mimo tego, że nie zawsze udaje mi się odpowiednio dobrze przekazać koniowi, o co mi dokładnie chodzi. Wybaczanie błędów, których popełniam mnóstwo… Dbanie o to, bym nie zleciała z jego grzbietu na łeb na szyję, kiedy na przykład, w trakcie wsiadania przewrócił się pode mną spory drewniany stołek i uderzył Spartka w nogę. Miał prawo uskoczyć, spłoszyć się, zareagować na gwałtowne niespodziewane uderzenie, a że ja właśnie wciąż gramoliłam się na jego grzbiet, stał jak wryty. Nie drgnął, a kiedy zmieszana już siedziałam na koniu i głaskałam go po szyi w podziękowaniu, tylko spojrzał na mnie z politowaniem i westchnął…. „Co ja z tobą mam, pańcia…” Czasem jestem ogromnie zaskoczona, na przykład kiedy podczas wichury w zeszłym roku wsiadłam na konia i ćwiczyłam z nim na ujeżdżalni. Gałęzie leciały z drzew, uderzając w dach stajni, ciężka brama co chwilę uderzała o płot, konie na padokach galopowały, spłoszone przez unoszące się w powietrzu wiry liści, trawy i piasku… A ja postanowiłam jednak wsiąść i zobaczyć, jak nam pójdzie. Nie chciałam wyczyniać nic szczególnego, tylko utrzymać w Spartku spokój i w miarę równo krążyć stępem po ujeżdżalni przez jakieś 10-15 minut. Zaskoczył mnie – szedł przed siebie, pod wiatr, mocno wbijając kopyta w piach i przymykając oczy, a ja czułam się jak w niebie. Ani razu nie uskoczył, nie zdenerwował się, nie zareagował gwałtownie. Na pewno myślał, że oszalałam, ale nie dał po sobie poznać…

Czy zachował się tak dlatego, że bezsprzecznie uznaje moje przywództwo? Ależ skąd… Mam wrażenie, że naprawdę zależy mu, bym jeszcze trochę pożyła, i najlepiej – w jako takiej sprawności psychofizycznej. Dlaczego tak myślę? A chociażby sprawa oganiania się od owadów na pastwisku… Na początku naszej ze Spartkiem znajomości, kiedy stałam blisko niego, a musiał akurat odgonić jakąś dokuczliwą muchę czy gza, nie raz uderzył mnie głową, bo machał łbem na oślep, prawo – lewo, byle dosięgnąć źródło swędzenia. Nieraz cudem uniknęłam uderzenia kopytem, bo akurat odganiał się od much, a ja znów niefortunnie stałam przy nim. Czy koń może nieco zmodyfikować swoje zachowanie podczas tak naturalnej dla niego czynności? I uderzając w swoje cielsko łbem lub wymachując kopytem może uwzględnić na przykład to, że stoję tuż obok i może mnie zahaczyć? Okazuje się, że tak!

IMG_4061

Teraz, gdy stoję koło Spartka, a jemu dokucza owad, wykonuje te same ruchy, co kiedyś, lecz w bardzo zwolnionym tempie i w dodatku zerkając na mnie! A właściwie – zerka, następnie bardzo powoli kieruje łeb w kierunku brzucha czy piersi i uderza delikatnie, po czym znów zerka na mnie. Zaś machnięcia kopytami, by odgonić owada, ograniczają się do – powiedzmy – półmachnięcia, tylko podniesienie i postawienie kończyny, z obowiązkowym zerknięciem w moją stronę… Czy mogę mieć jakiekolwiek wątpliwości, że trochę jednak myśli o moim bezpieczeństwie? I znów – na pewno nie dlatego, że jestem osobnikiem Alfa w naszym stadzie. Po prostu tak wyszło – mamy układ, że dbamy o siebie nawzajem, i już. Ja w podziękowaniu dosięgnę z drapaniem tych miejsc na końskim cielsku, których on nie ma szans dosięgnąć. Odgonię dokuczliwego owada. A podczas jazdy wierzchem smeram bacikiem a to po zadku, a to po brzuszysku, i jakoś dajemy sobie radę.

I całe szczęście, że nie jestem i nie będę dla Spartana klaczą-Alfa 🙂 Pamiętam jego relacje z Barbarą – klaczą z jego stada, która niewątpliwie zajmowała najwyższą pozycję i na dodatek była miłością Spartka… Zazwyczaj jej ustępował w najróżniejszych sytuacjach, ale jak wyglądały ich powitalne igraszki? W filmiku poniżej uchwyciłam końcówkę powitania po kilkugodzinnym rozstaniu Spartka z Barbarą.

To ja już wolę nasze rytualne cichutkie rżenie i delikatny dotyk noskiem…

Wolę nasz wypracowany przez lata układ partnerski… Nasze zasady wzajemnego szacunku i świadczenia drobnych przysług…

Coś za coś

Umówmy się, w świecie zarówno ludzkim, jak i końskim, wszystko opiera się na zasadzie wzajemności. Postępując wobec kogoś w określony sposób, możemy spodziewać się odwzajemnienia. Nie zawsze, rzecz jasna, tak jest, ale z pewnością jest to układ najzdrowszy pod słońcem. U nas ze Spartkiem ta złota zasada działa… Tyle że nie od razu odkryłam proporcje naszego układu. Poprzez konsekwentne korygowanie moich nieodpowiednich zachowań Spartkowi wreszcie udało mi się przekazać swoją myśl, która następująco nakreśla przebieg naszych spotkań: przyjemności – praca – przyjemności.

Świat hedonisty

Jak podaje Wikipedia, hedonizm (gr. ἡδονή, hedone, „przyjemność”, „rozkosz”) –  to pogląd, doktryna, uznająca przyjemność, rozkosz za najwyższe dobro i cel życia, główny motyw ludzkiego postępowania. Zgodnie z tym światopoglądem, unikanie cierpienia i bólu jest głównym warunkiem osiągnięcia szczęścia.

Do tej krótkiej i wyczerpującej definicji dodam tylko drobną korektę: hedonizm jest także głównym motywem postępowania w świecie zwierząt! A koni, zwłaszcza bardzo inteligentnych koni – przede wszystkim.

Przedstawiając mi swój pogląd na świat, Spartan przez lata dobitnie próbował mi wytłumaczyć, że w życiu należy stawiać na przyjemności! A jeśli dla niego przyjemnością jest jedzenie świeżej trawy, a dla mnie – praca na ujeżdżalni (a te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają), to mamy dwie możliwości:

  1. Rozłożyć proporcje preferowanych przez każdego z nas zajęć tak, by druga strona nie czuła się pokrzywdzona;
  2. Polubić to, co druga strona uznaje za przyjemność;

Ostatecznie skorzystaliśmy ze Spartkiem z obydwu możliwych wariantów! Ja przyjęłam do wiadomości, że przed zaprowadzeniem konia na ujeżdżalnię spędzamy 1,5 godzinki na trawie – na luzie, bez nerwów, bez pośpiechu, skubiemy trawkę, gadamy, czyścimy się, dzielimy się ostatnimi wiadomościami… Dopiero potem udajemy się na ujeżdżalnię, którą po tak cudownym początku dnia Spartan polubił niemalże tak samo, jak wspólne skubanie trawy!

IMG_3991

Nie uwierzycie, ale wczoraj po wspólnym popasie Spartek sam skierował się do bramy ujeżdżalni i zaczął trącać ją nosem. Z kolei w zeszłym tygodniu, kiedy osiodłałam konia i podeszliśmy pod schodki do wsiadania, zarżał z radości! W życiu bym się tego po moim leniwcu nie spodziewała…

Co się zmieniło? Kiedyś również brałam go przed pracą na trawkę, ale – wyraźnie mi się spieszyło… Czyściłam go w tym czasie, kiedy jadł, robiłam kopytka, czasem siodłałam, więc – powiedzmy sobie szczerze – starałam się nie marnować czasu. Koń je, ja go w tym czasie przygotowuje do jazdy. A tu nie o to chodziło! To nie było fair! Kiedy zmieniłam ten swój nawyk, Spartan zaczął bez problemu, chętnie iść do pracy! I pracować z entuzjazmem!

Nauczyliśmy się nawzajem czerpać radość z radości drugiej strony naszego układu partnerskiego! Bez oszukiwania, udawania, bez przymrużenia oka. Ja naprawdę nie mam poczucia zmarnowanego czasu, kiedy siedzę z nim na trawce przed jazdą, a Spartek w zamian polubił nasze niezbyt skomplikowane ćwiczenia w siodle.

Polubić to, co sprawia radość twojemu Przyjacielowi – to jest wniosek, jaki wyciągnęłam po kilku latach trudnych relacji ze Spartanem. Wydaje mi się, że jest to zasada, jakiej warto się trzymać zarówno w ludzkim, jak i ludzko-zwierzęcym świecie.

Czyż nie lepiej, zamiast walczyć, kłócić, czy nawet zgrzytając zębami akceptować takie czy inne czyjeś nawyki, po prostu spróbować je polubić, a druga strona – odpowie ci tym samym? I świat tych dwojga stanie się przyjemniejszy, prawda?

Terapeuta z charakterem, czyli o tym, jak w trzy godziny doprowadzić mnie do łez i „wyleczyć” w pięć minut…

vlcsnap-2016-06-12-23h15m56s497

No cóż, chciałabym, by wszystkie nasze ze Spartkiem spotkania wyglądały tak, jak to wczorajsze… Ale ja zbyt wiele rzeczy chcę, a realia są jakie są…

Mieliśmy ze Spartkiem ostatnio trudny tydzień… Hm… no może inaczej – to ja miałam trudny tydzień, pełen smutków i zwątpienia. Spartan tradycyjnie miał wszystko w głębokim poważaniu i – jak to koń – żył chwilą. Było – minęło. Tak to w jego świecie wygląda… I co z tego, że w zeszłą sobotę jego pańcia o mało nie straciła przytomności z upału, o mało nie oszalała z bezsilności i padła ze zmęczenia. Co z tego, że od soboty lewa ręka tejże pańci odmawia posłuszeństwa, bo ewidentnie coś się niej przekręciło… No bo jak miało się nie przekręcić, skoro półtonowy świniak kilkanaście razy wyrywał jej rękę ze stawów, za każdym razem oddalając się w kierunku przeciwnym od pożądanego…

A było tak… Zeszłej soboty w naszej stajni odbywał się kurs „Podstawy BHP w pracy z koniem”, więc grupa uczestników, wraz z prowadzącymi, by nie smażyć się w palącym słońcu na ujeżdżalni, po południu przeniosła się do namiotu. Przyjechałam do Spartka z myślą, że w taki upał nie będę go dręczyć ćwiczeniami na ujeżdżalni, tylko – korzystając z okazji, że koleżanka ze swoim koniem „pasła się” przy lesie poza terenem stajni – również zabiorę Spartucha na świeżą soczystą trawkę. Ostatnio był na „wypasie” poza bramą stajni ponad rok temu, jakoś nie było towarzystwa do wyprowadzenia koni razem, a sami – jak już wiecie – za bardzo się od stajni nie oddalamy. No i fajnie, koleżanka ze swoim konikiem – tuż za bramą, czekają na nas. My ze Spartkiem rączo zmierzaliśmy w kierunku bramy. Cieszyłam się na tą chwilę ogromnie – tak bardzo chciałam, byśmy przekroczyli naszą fizyczno-mentalną granicę bramy terenu stajni. Pech chciał, by w tej samej chwili, kiedy znaleźliśmy się na wysokości stajni – a jakieś 10 m przed bramą, otwierającą nam piękne cieniste leśne ścieżki, zza węgła wyszło kilku panów, niosących do namiotu atrapę konia… Jest to pokaźnych rozmiarów konstrukcja, niejako przypominająca konia, a służąca kursantom do nauki bezpiecznych upadków z wierzchowców. Czy muszę wam opowiadać, co się stało, gdy Spartek zobaczył atrapę?

Rzecz jasna, obrócił się na pięcie i tyle go widziałam… Pobiegł w kierunku, z którego właśnie przyszliśmy, długim korytarzem, biegnącym między padokami, aż na same wzgórze (widoczne na zdjęciu powyżej). Odcinek stamtąd do stajni – prawie kilometr… Ok – pomyślałam – idę po niego. Co prawda, mój plan się nie udał i drugi raz już tu ze mną nie przyjdzie, to przynajmniej odprowadzę go na plac zabaw, wyczyszczę, a on poje trochę trawy. Plan awaryjny wydawał mi się sensowny i łatwy w realizacji. Jak zawsze się pomyliłam.

Panowie z atrapą konia uśmiechnęli się na widok oddalającego się Spartka, koleżanka za płotem westchnęła ze zrozumieniem, wiedząc już, że prędko do nich nie dołączymy… A ja poszłam w kierunku galopującego ode mnie rumaka. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu. Wzięłam linę i powolutku zaczęliśmy kroczyć w kierunku placu zabaw – niestety, był to ten sam kierunek, co stajnia, gdzie ludzie z atrapami czyhają na konie… Po pokonaniu połowy drogi Spartek zawrócił, wyrywając mi linę z rąk tak, jak tylko on potrafi. Znów poszłam na wzgórze po konia. I ponownie zaczęliśmy schodzić tam, gdzie ja miałam plan zaprowadzić konia. Sytuacja się powtórzyła po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty… Dalej nie liczyłam. Za każdym razem koń odbiegał coraz dalej, próbując przy okazji przedostać się na pastwiska z końmi, a gdyby mu się to udało, całe stado rozbiegło by się po okolicznych polach uprawnych i mielibyśmy nie lada kłopot. Mój przyjaciel-Pech chciał, by tego dnia w pastuchu elektrycznym nie było prądu, co oczywiście mój koń odkrył błyskawicznie – najpierw nasłuchując przy pastuchu, czy nie pstryka, potem dotykając linek a to uszkiem, a to noskiem, aż zadowolony postanowił włączyć do zabawy kolegów i koleżanki ze wzgórza… Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Na terenie stajni żywej duszy – wszyscy w namiocie, ćwiczą spadanie z konia… Ja – na wzgórzu – ćwiczę utrzymanie równowagi psychicznej w sytuacji ekstremalnej. Po godzinie – dwóch zaczęły mi puszczać nerwy. Stado koni za tasiemkowym, pechowo nie podłączonym do prądu ogrodzeniem, galopowało, chcąc dołączyć do Spartka, a Spartek – jak to on – gorąco je do tego zachęcał. Kiedy za którymś razem koń galopem pognał przed siebie w kierunku pól sąsiada, wydarłam się na niego wniebogłosy… Wykrzyczałam mu wszystko, co o nim myślę i jak się czuję… Dwie godziny w pełnym palącym słońcu, którego – nota bene – szczerze nie znoszę, zrobiły swoje. Chciało mi się pić, schować gdzieś w cieniu, zejść w końcu z tego cholernego wzgórza, no i – jakoś doprowadzić konia z powrotem na padok… Oczywiście, desperacko dzwoniłam do Gosi – właścicielki stajni, ale była jedną z osób prowadzących kurs, więc – rzecz jasna – telefon miała w domu.

Po dwóch godzinach, znajdując się z szalejącym Spartkiem na wysokości młodego lasu, po prawej stronie wzgórza, wpadłam na rozpaczliwy pomysł. Spróbowałam wyciągnąć ze sterty suchych gałęzi którąś z najdłuższych i najmocniejszych i, zagradzając korytarz tuż za koniem, pędzić go w kierunku stajni że tak powiem „na chama”. Stwierdziłam, że wszystkie środki są dozwolone i dłużej nie będziemy się bawić. Ha! Słysząc odgłos łamiących się gałęzi, Spartek wpadł w prawdziwy szał – spłoszył się i podwoił prędkość swoich ucieczek. Odpuściłam… Na szczęście dzień chylił się ku końcowi, kurs właśnie się skończył i Gosia oddzwoniła. Ufff… Po kilkunastu minutach dotarła do mnie z odsieczą – ja prowadziłam Spartka ze wzgórza, a Gosia asystowała tuż za nami z batem w każdej ręce, zasłaniając mu ewentualną drogę ucieczki. Udało się. Byłam wykończona, Spartek – tradycyjnie -udawał, że nie wie, o co chodzi. Doprowadziłyśmy go na plac zabaw i by nie odpuszczać gagatkowi takiego zachowania, popracowałam z nim na wolności – stęp, kłus, galop, wszystko bez zarzutu… Zdziwiony moją nadzwyczajną stanowczością i brakiem zrozumienia dla jego tradycyjnego lenistwa, dawał z siebie 200 % normy. Starałam się pokonać w sobie wściekłość, stłumić rozpacz i żal, i spokojnie, sprawiedliwie wydawać polecenia, a co więcej – doceniać bezbłędne ich wykonanie. I mimo że udało mi się na koniec tego dnia dojść ze Spartkiem do porozumienia, wyjeżdżam ze stajni z ciężkim sercem. Po raz kolejny przekonałam się, że nie będziemy iść z nim razem przed siebie, nie pohasamy po porośniętych świeżą trawą łączkach, nie zwiedzimy lasu. Będziemy się poruszać od bramy do bramy, od padoku do ujeżdżalni, na bezpiecznym ogrodzonym terenie – bezpiecznym pod warunkiem, że wszystkie pastuchy są pod napięciem…

Przygnębiona wróciłam do domu i postanowiłam przez parę dni dać sobie spokój z odwiedzinami u Spartka. Głupio to zabrzmi, ale było mi przykro. Raz na jakiś czas koń przypomina mi, jak niewiele mam w pewnych sytuacjach do powiedzenia, jak mogę być bezsilna. Że każda moja próba przekroczenia pewnych wytyczonych przez niego granic kończy się bolesną porażką. Przez dwa dni żaliłam się najbliższym – tym, którzy potrafią mnie zrozumieć. No bo – powiedzmy sobie szczerze – cóż to jest za problem w obliczu tysięcy tragedii, jakie dzieją się codziennie wokół nas. Ale każdy ma swoje piekiełko. W moim od prawie czterech lat zagościł Spartan…

Przez kolejnych pięć dni starałam się nie myśleć o sobotniej porażce, zresztą miałam też sporo innych zmartwień. Do tego wszystkiego wskutek sobotnich zmagań, a może też i po ostatnich pracach w ogródku, strasznie mnie bolała – i nadal boli – ręka. Czasem zupełnie jej nie czuję, czasem niestety czuję, i czuję, że nie jest dobrze.

Tym niemniej wczoraj – w czwartek, kiedy w terminarzu Spartka wpisane są treningi ze mną na ujeżdżalni – nie mogłam do niego nie jechać. Z ciężkim sercem, najgorszym nastawieniem, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się mieć wobec perspektywy wizyty w stajni, z bolącą i ledwo trzymającą kierownicę ręką, jechałam do konia. Od dawna nie czułam do niego takiej niechęci. Długo zwlekałam z pójściem po niego na padok, udawałam, że mam coś do wyczyszczenia, uporządkowania, pogadania… W końcu poszłam, uzbrojona w dwie dodatkowe liny, by – na wszelki wypadek – odgrodzić Spartkowi możliwość ucieczki na wzgórze przy sprowadzeniu. Obwiązałam cały korytarz tak, że mysz się nie prześlizgnie – nie powiem, byłam z siebie zadowolona. Spartek powitał mnie z entuzjazmem, uważnie przyglądając się tuż zza płotu moim poczynaniom. Fachowym okiem ocenił grubość lin i wytrzymałość wiązań. Westchnął, i niczym anioł podreptał za mną na plac zabaw. Tam konisko się pasło, a ja czyściłam go jedną ręką i zastanawiałam się, czy ta moja dysfunkcja pozwoli mi dziś na jakąkolwiek pracę z ziemi czy ćwiczenia w siodle… Kiepsko to widziałam. Miałam wczoraj dla Spartka duużo czasu, więc ze dwie, jak nie trzy godziny spędziliśmy razem – on jadł, ja obserwowałam odbywające się na ujeżdżalni treningi. Po ich zakończeniu – weszliśmy ze Spartkiem na ujeżdżalnię bez najmniejszego oporu z jego strony, w mig się osiodłaliśmy i – uwaga – gdy podprowadziłam Spartka do schodków, z których się wsiada na konia, rumak radośnie zachrumkał, jak ma to w zwyczaju, gdy bardzo się z czegoś cieszy. Nie wierzyłam własnym uszom! No cóż, po takim początku mogłam się spodziewać samych przyjemności. I tak też było! Pracowaliśmy ponad 40 minut w kłusie, z krótkimi przerwami na stęp, a koń – mimo że pewne rzeczy w otoczeniu wzbudzały jego niepokój – skupiał się na moich poleceniach, cieszył się z pracy i, jak na jego „umiłowanie” do roboty, dawał z siebie naprawdę dużo.

Czy przeszkadzała mi podczas jazdy wierzchem boląca ręka? W ogóle o niej zapomniałam! Ani razu nie poczułam najmniejszego bólu! Czas w siodle zrekompensował mi cały stres, smutek i żal z ostatnich dni. Zapomniałam o problemach, o tym, że byłam na Spartka obrażona, że drepczemy w miejscu, że się nie dogadujemy…

Nikt inny, oprócz tego konia, nie potrafi w tak mistrzowski sposób doprowadzić mnie do łez, ale też nikt, oprócz Spartka, nie umie w kilka chwil sprawić, że zapomina się o całym bożym świecie… I natychmiast wszystko się wybacza… To tak a propos Dnia Matki 🙂

Wszystkiego Najlepszego!

vlcsnap-2016-06-12-23h12m03s301

O Jelenie Iwanownie, duchu przedsiębiorczości i trudnym początku lat 90-ch

Tym razem będzie bez zdjęć… No bo kto miał możliwość robienia tylu zdjęć na początku lat 90-ch? Chyba tylko profesjonalni fotografowie… Zatem – same literki, więc nie liczę na szerokie grono odbiorców… Tym niemniej postanowiłam napisać o kobiecie, która, jak teraz myślę, odegrała ważną rolę w moim życiu i której, być może, prawie nikt już nie pamięta…

Przenosimy się do Petersburga z początku lat 90-ch… Miałam wtedy czternaście-piętnaście lat, a wszystko, co działo się dookoła wydawało mi się całkiem normalne. Choć, jak teraz sobie myślę, wcale takie nie było. Kryzys ekonomiczny, polityczny, społeczny, szalejący bandytyzm, upadające po kolei państwowe zakłady pracy, pierwsze przejawy nadchodzącego dzikiego kapitalizmu. W naszej rodzinie, gdzie zarówno ojciec, jak i matka – inżynierowie, pracujące w państwowych zakładach zbrojeniowych, mówiąc w wielkim skrócie – „nie przelewało się”. A ściślej rzecz ujmując – pracujący każdego dnia po 8-9 godzin rodzice od dwóch lat nie dostawali wynagrodzenia. W ogóle nic… Pytanie – kto dzisiaj chodziłby do pracy, wiedząc, że nie dostanie za to zapłaty? Myślę, że nikt. I słusznie. Bo to nie było normalne. Ale wtedy w naszym kraju nic nie było normalne. Inżynierowie, oczywiście, mogli strajkować… Tylko ich praca w tamtych czasach nie była już nikomu potrzebna. Całe mienie bogatych niegdyś państwowych zakładów stopniowo dzielono pomiędzy kadrę zarządzającą, za grosze przejmowano piękne nieruchomości – sanatoria i domy wypoczynkowe w najlepszych lokalizacjach nad Morzem Czarnym czy w Karelii, w centrum samego Petersburga i na jego obrzeżach. Dlaczego więc wciąż chodzili do pracy? No bo chyba mieli nadzieję, że te koszmar musi w końcu minąć i znów będą mogli robić to, co tak naprawdę było ich powołaniem. Można było, oczywiście, pójść handlować na powstające właśnie targowiska, zacząć sprowadzać używane ciuchy z zagranicy, a jak się miało – nie wiem, jakim cudem, ale jednak – trochę odłożonych pieniędzy, to można było, na przykład, zaszaleć i otworzyć kiosk z wódką i papierosami. Ale moi rodzice nie należą do osób z tzw. żyłką przedsiębiorczości. A zwłaszcza ojciec. On nie poddał się do końca i przepracował na swoim stanowisku kolejnych kilka lat, aż wreszcie, już pod koniec dekady, doczekał wypłaty. I pozostał inżynierem w zawodzie. Mama, oczywiście, jak to kobieta – nie mogła pozwolić rodzinie „zginąć”, więc imała się różnych zajęć, a wyciągnęła nas jakoś w tych cholernych latach kryzysu.

Niebagatelne znaczenie miało też to, że pod koniec lat 80-ch udało nam się kupić pod Petersburgiem domek z malutką działką, na której rodzice uprawiali warzywa, truskawki, porzeczki i inne, bardzo ważne dla przetrwania rodziny, rośliny. Z warzyw robiło się leczo, z owoców dżemy, generalnie – mieliśmy co jeść.

Mieliśmy też psa – Laduszkę, która pojawiła się w naszym domu w roku 1987 i przeżyła do końca lat 90-ch. Z karmieniem Lady mieliśmy nie lada kłopot, ale jakoś się udawało. Nigdy jej niczego nie brakowało. No i dzięki Laduszce poznałam Jelenę Iwanownę, o której właściwie zamierzałam pisać. Dodam tylko, że psy, jak zresztą każde zwierzęta, łączą ludzi. W miastach szczególnie. No bo psiarze zazwyczaj stanowią zgraną paczkę, szybko się zaprzyjaźniają i w trudnych sytuacjach zawsze służą pomocą. To jakiś szczególny rodzaj ludzi, jaki można spotkać wszędzie, niezależnie od narodowości. Wiele lat później, w Polsce, przy moim drugim psie – Duńce, spotkałam na warszawskim Tarchominie takich samym pozytywnie zakręconych psiarzy, z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język i do dziś na wielu z nich mogę liczyć w trudnych chwilach.

A wtedy, w Petersburgu z początku lat 90-ch mieszkaliśmy w samym centrum miasta – pomiędzy Pałacem Zimowym a Katedrą Św. Izaaka, przy ul. Hercena (obecnie – Wielkiej Morskiej). Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie było to najlepsze miejsce dla posiadaczy psa. Żeby dotrzeć na miejsce spaceru – nad rzekę Mojkę, oczywiście, zakutą w granitowe nadbrzeża, lub do najbliższego parku, otaczającego budynki Instytutu Pedagogicznego im. tegoż Hercena, musiałam przejść z Laduszką albo ruchliwymi ulicami miasta, albo – na skróty, przez łączące się między sobą podwórka-studnie – tzw. „prochodnyje dwory”.

ZP6f_PBRhVk

Miało być bez zdjęć, ale – skorzystałam z zasobów Internetu i myślę, że parę zdjęć naszych pięknych petersburskich podwórek muszę wrzucić… Kiedy wpisałam hasło „petersburskie podwórka” w rosyjską wyszukiwarkę google, wyskoczyło tyle pięknych, bliskich memu sercu miejsc… Mam wrażenie, że każde z tych podwórek znam na pamięć – łaziło się wtedy po tych mrocznych cuchnących labiryntach, zwiedzało piwnice i dachy… Przechodząc z jednej „studni” do drugiej, można było pokonać nawet parę kilometrów – nie było pozamykanych bram, a często do kolejnego podwórka przechodziło się przez zawsze otwartą, ale ciemną klatkę schodową. Podobno było wtedy w moim rodzinnym mieście bardzo niebezpiecznie, ale kto z nastolatków tym by się przejmował? Rodzice od piątku do niedzieli byli na działce, a petersburska młodzież – zostawiona w mieście samopas – wałęsała się całe noce po ulicach. Ja to przynajmniej miałam psa i ruszałam po godzinie 22 na długi nocny spacer. Spotykałam po drodze wszystkich swoich przyjaciół i szliśmy przed siebie szukać przygód.

DpHc66WoJICPE1stpFZk2g-wide

No ale wracając do Jeleny Iwanowny… W jednym z takich podwórek-studni, przez które zawsze przechodziłam w drodze nad Mojkę, właśnie mieszkała. Nie miała swojego psa, ale często wychodziła na spacer z psem sąsiadów z komunałki. Więc – widząc mnie przez okno, przemierzającą z Laduszką jej podwórko, często machała do mnie ręką i krzyczała, żebym zaczekała, bo też zaraz wyjdzie. Miałam lat trzynaście-czternaście, ona – po czterdziestce. No ale nie ma to dla psiarzy żadnego znaczenia. Zawsze byłam najmłodsza w grupie spacerujących z psami, więc poza rówieśnikami, z którymi wałęsałam się po mieście w nocy, miałam też grupę osób znacznie starszych ode mnie, z którymi godzinami rozmawiałam w trakcie spacerów dziennych.

Bardzo lubiłam rozmawiać z Jeleną Iwanowną. Z tego, co pamiętam, niegdyś była zawodową trenerką ujeżdżenia, cała jej młodość była związana z końmi. Dlaczego przestała trenować – tego już nie wiem, ale niewykluczone, że polityczno-ekonomiczna zawierucha końca lat 80-ch – początku 90-ch „wyrzuciła” Jelenę Iwanownę ze sportu. Czy gdzieś pracowała? Nie wydaje mi się… Z czego żyła? Hmmm, nie wiem, ale biorąc pod uwagę fakt, że nawet ci pracujący w tamtych latach nie dostawali za swoją pracę wynagrodzenia, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Jakoś żyła, tak jak większość wtedy. Opowiadała mi dużo o koniach, psach, o swoich największych pasjach. Miała też w sobie ogromne pokłady nieuzasadnionego optymizmu i – że tak powiem – ducha przedsiębiorczości! Któregoś dnia, bardzo podekscytowana, przyszła do nas w odwiedziny i oznajmiła całej naszej rodzinie, że zakładamy gospodarstwo na wsi gdzieś daleko od Petersburga… Pamiętam jak dziś, jak siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy stole, piliśmy herbatę. Tego wieczoru wpadł też do nas kolega ze studiów mojego brata, więc w takim oto składzie mieliśmy się zająć hodowlą owiec… Jelena Iwanowna wszystko dokładnie przemyślała – owce mieliśmy hodować na wełnę, a wełnę – sprzedawać do Anglii. Dlaczego akurat do Anglii? W jaki sposób? Nie wiem, ale plan był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Przez moment nawet wydawało nam się to możliwe. Jelena Iwanowna przez jeden wieczór zasiała w nas wtedy nadzieję, że możemy raz na zawsze zmienić nasze życie i, jak to się mówi, „pójść na swoje”. Brat z kolegą mieli strzyc owce, kobiety – przetwarzać surowiec, a Jelena Iwanowna miałaby się zająć dystrybucją… Pamiętam, że ojciec się nie wypowiadał – pił herbatę z konfiturą. Mamie – mającej w sobie ducha awanturnictwa – oczy się zaświeciły. Brat z kolegą byli praktycznie gotowi do strzyżenia, a ja – pełna nadziei na powodzenie całego przedsięwzięcia. Jakim cudem Jelenie Iwanownie udało się wpaść na ten szalony pomysł? Do dziś gubię się w domysłach… O własności prywatnej gruntów dla zwykłych śmiertelników, nie śmierdzących groszem, w tamtych czasach nie było co marzyć. Teraz zresztą – też. Cała przygoda z hodowlą owiec skończyła się więc tegoż samego wieczoru, kiedy wszyscy rozeszli się do swoich domów, a rano rodzice udali się do swojego zakładu pracy, brat z kolegą – na uczelnię, ja – do szkoły…

DSC_8197

Jelena Iwanowna jednak spróbowała w jakimś stopniu zrealizować swój plan. Wkrótce potem powiedziała mi, że powierzono jej prowadzenie stajni rekreacyjnej pod Petersburgiem i że zaprasza mnie serdecznie, by ją tam odwiedzić i pomóc przy koniach. Oczywiście, nie musiała mnie długo prosić. Już w najbliższą sobotę, ściskając w kieszeni kawałek papieru z adresem stajni, wyruszyłam w drogę. Umówiłam się z koleżanką, że spotykamy się pod jej bramą o 5 rano i jedziemy razem. Podróż w jedną stronę miała nam zająć około 3-4 godzin, zatem im wcześniej się wyjedzie, tym więcej czasu będziemy miały na pracę z końmi. Oczywiście, jak wiecie, były to czasy bez Internetu, bez telefonów komórkowych itd. Zaplanowanie podróży było nie lada wyzwaniem. Miałyśmy dostać się na dworzec kolejowy, wsiąść do pociągu – bynajmniej nie byle jakiego, tylko najlepiej jadącego w kierunku naszej miejscowości, a już na miejscu – albo załapać się na autobus, albo przemaszerować jakieś 6-7 kilometrów. Nadmienię, że nie dysponowałam aktualnym rozkładem jazdy pociągów, a transport miejski w Petersburgu poruszał się tak, jak chciał… Oczywiście, trasy poszczególnych linii były stałe, ale rozkład jazdy nie był przewidziany. Najczęściej na autobus czy trolejbus, na przykład na linię nr 9, czekało się godzinę – półtorej, po czym jechało od razu kilka „dziewiątek” pod rząd. Dlaczego? Przecież to oczywiste – panowie kierowcy lubili sobie rozegrać w zajezdni partyjkę szachów. A następnie – wszyscy jak jeden mąż ruszali w trasę. Wszyscy o tym wiedzieli i, rzecz jasna, rozumieli kierowców. Nikt nie miał pretensji.

Tamtego ranka koleżanka, oczywiście, zaspała. Musiałam dobijać się do drzwi jej komunałki, budząc przy okazji pół mieszkania. Zaspani sąsiedzi wychodzili po kolei, by sprawdzić, czy to nie do nich. Ale – o dziwo – nie zbesztali mnie, jak mi się w sumie należało, tylko poszli obudzić Merjem. Za to ja byłam zła – traciłyśmy cenny czas. W końcu, jakoś przed szóstą, udało nam się wyruszyć w podróż do stajni Jeleny Iwanowny. Po kilku godzinach podróży zobaczyłyśmy konie. Chyba pierwszy raz w życiu byłam w stajni. Konie stały w byle jakich boksach, i przedtem były ewidentnie tuczone na rzeź. Zadaniem Jeleny Iwanowny było doprowadzenie koni do odpowiedniej kondycji fizycznej i założenie szkółki jeździeckiej. O dziwo, udało jej się to dosyć szybko, a ja i Merjem byłyśmy pierwszymi dzieciakami, które wsiadły na te konie po dłuuuugiej przerwie w pracy pod jeźdźcem. Rzecz jasna, nie umiałyśmy jeździć konno, ale wiedziałyśmy, że lepiej z koni nie spadać, więc cudem trzymałyśmy się w siodłach, gdy przechodziły do kłusa. Parę upadków podczas kolejnych naszych wyjazdów do stajni, oczywiście, zaliczyłyśmy, ale żaden nie był groźny. Dzieci mają to do siebie, że spadają, wstają i znów wsiadają na konie – bez zbędnego rozpamiętywania.

Niestety, po kilku miesiącach przygoda Jeleny Iwanowny z prowadzeniem stajni musiała się skończyć. Ktoś, kto zlecił jej to zadanie, stwierdził, że jednak na wsi nie znajdzie chętnych do szkółki jeździeckiej i cały biznes nie wypalił. Dla nas to oznaczało koniec przygody z końmi. Dla Jeleny Iwanowny – kolejne odejście z miejsca, w które włożyła mnóstwo serca i pracy.

Widywałyśmy się wciąż na spacerach, często rozmawiałyśmy… Widziałam jednak, że Jelena Iwanowna coraz rzadziej snuje plany na przyszłość, a częściej zagląda do kieliszka… Wkrótce przestała wychodzić z psem sąsiadów i kontakt z nią praktycznie się urwał. Dowiedzieliśmy się od jej sąsiadów z mieszkania, że sprzedała swój pokój i przeprowadziła się gdzieś dalej… Wkrótce ja wyjechałam na studia, a słuch po Jelenie Iwanownie zaginął. Kiedyś, wiele lat później, moja mama zobaczyła ją – otoczoną sforą bezpańskich psów, na jednym z pobliskich targów. Chyba zbierała coś do jedzenia dla siebie i zwierząt. Mama próbowała z nią rozmawiać, ale Jelena Iwanowna jej nie poznała… Żyła w swoim świecie, mówiła coś do psów. One jej słuchały. To było ostatnie spotkanie z kobietą, która kiedyś zaraziła mnie swoją pasją i duchem przedsiębiorczości, co – biorąc pod uwagę jej dalszą historię – czasem trochę mnie niepokoi…

1424448

Moment, w którym coś się zmieniło…

12191578_10208226994815258_7103203007291128464_nRok 2014 zaczął się dla całej naszej rodziny wyjątkowo paskudnie… Niespodziewane poważne choroby najbliższych, moja pełna niepokojów podróż do Petersburga, powrót z ciężkim sercem. Chciałam być blisko mojej rodziny, ale nie mogłam zostać na dłużej… Tuż po powrocie – tragiczna śmierć mojego ukochanego psa Maksa… Z trudem próbowałam się pozbierać po tych wszystkich wydarzeniach. W tym stanie podjęłam pierwszą z najgłupszych decyzji w moim życiu – wydałam naszą terierkę Moleńkę do nieodpowiedniego domu… Wspomnę tylko, że przybłąkała się do nas jakoś na jesieni, przez kilka miesięcy szukałam dla niej domu stałego, no i w lutym wreszcie odezwała się rodzina, której, jak mi się wydawało, mogę przekazać Molkę – wierzyłam, że będzie tam szczęśliwa, kochana, zadbana… Zatem, z ciężkim sercem, zawieźliśmy nic nie podejrzewającą Molkę do nowego domu… Do dziś proszę ją o wybaczenie za ten nasz paskudny wyczyn… I mammolka wrażenie, że już mi wybaczyła – codziennie ją przytulam i zapewniam, że to była głupia, podjęta w chwili rozpaczy decyzja, i że to się nigdy, przenigdy nie powtórzy. Sądząc po jej zadowolonej minie, będzie wykorzystywać tą moją wpadkę każdego dnia. Oczywiście, jak się domyślacie, po dwóch miesiącach Molka wróciła do nas, i odtąd się nie rozstajemy… Powrót Molki był dla nas wszystkich wielką ulgą… Odtąd całe nasze stadko żyje w zgodzie i trzyma się razem, jak nigdy przedtem.

Ale nie była to moja jedyna „wpadka” tego feralnego 2014 roku… Spartka również o mały włos nie straciłam. A było to tak… Po powrocie z Petersburga ciężko mi było na sercu. Miałam, oczywiście, swoje codzienne obowiązki, opiekowałam się psami swoimi i tymi, co gościły u nas w hoteliku, jeździłam do stajni. Niestety, te wyjazdy nie poprawiały mi humoru. Zamiast chwili wytchnienia przy wymarzonym rumaku w stajni spotykały mnie same przykrości. Minęło już ponad pół roku od momentu, kiedy Spartan został członkiem naszego klanu, a jakoś nie zamierzał przyjąć tego do wiadomości. Na mój widok oddalał się w najdalszy zakątek rozległego pastwiska, a kiedy ruszałam w jego stronę, kulił uszy i wystawiał w moim kierunku swój okrągły zad. Zapięcie liny czy założenie kantarka zajmowało nieraz bitą godzinę, z wieloma ucieczkami, strzałami z kopyt i innymi przykrymi gestami z jego strony w międzyczasie. Kilka osób w stajni próbowało mi pomóc… Niestety, entuzjazm wszystkich po kolei szybko znikał. I tak jestem wdzięczna dziewczynom za dobre chęci, choć – nie powiem – rezygnacja wszystkich po kolei coraz bardziej dawała mi do myślenia. Pamiętam, jak postanowiłam sobie zrobić „urlop” i nie zaglądać do stajni przez dwa tygodnie. Potrzebowałam chwili, by nie myśleć o naszych beznadziejnych spotkaniach, nie pogłębiać narastającego poczucia frustracji i kompletnej porażki, w jaką się obróciło moje piękne marzenie o posiadaniu własnego konia. Po krótkiej przerwie znów pojechałam do stajni, żywiąc kruchutką nadzieję, że może jednak się stęsknił – że zobaczy mnie i ruszy w moją stronę przez łąkę (w końcu zawsze miałam dla niego w swojej magicznej torebce coś dobrego). Niestety, ani nasze rozstanie, ani chęć zdobycia kawałka marchewki nie zadziałały… Nic się nie zmieniło. Koń wyraźnie nie potrzebował mojego towarzystwa, zresztą, żadnego towarzystwa, oprócz swojego stada. No cóż… – pomyślałam – Nic z tego nie będzie. Lęk, w połączeniu z frustracją, narastały we mnie już od paru miesięcy. Każdy, kto obserwował nasze zmagania, radził jedno – Sprzedaj tego konia. Nie dasz rady! To jest trudny koń, nie dla Ciebie. W końcu to jest niebezpieczne! No cóż… Był marzec 2014 roku… Mokro, zimno, marcowo… Z ciężkim sercem – jak to w roku 2014-m – dałam ogłoszenie do Internetu. Długo się zastanawiałam, co mam napisać… W końcu napisałam prawdę. Że nie dla dzieci, nie dla początkujących, nie dla sportowców, raczej nie do rekreacji… Kiedy już tak dodałam to ogłoszenie i jeszcze raz je przeczytałam, pomyślałam – dla kogo właściwie jest to koń? Hmm… No cóż, może po prostu nikt nie zadzwoni, i już. Trudno. I tu się pomyliłam! Jak się okazało, chętnych było sporo. Przynajmniej do momentu, aż już w rozmowie telefonicznej nieco bardziej szczegółowo kreśliłam portret psychologiczny Spartana. Każdemu, kto dzwonił z chęcią zakupu Spartka do szkółki dla dzieci, stanowczo odradzałam swojego konia. Mówiłam, że mimo uroczej minki i odpowiedniej postury, szybko będą chcieli się go pozbyć. Że nie sprowadzą go z łąki na ujeżdżalnię, że bryka, zrzuca siodło, czasem nawet razem z jeźdźcem… Ale, o dziwo, kilku rozmówców nawet te informacje nie zniechęcały. Wiedziałam, że idzie lato i szkółki na gwałt potrzebują koni w typie Spartka – nie za duże nie za małe, lecz w sam raz. Wiedziałam jednak także, że po sezonie letnim, zwłaszcza jeśli taki konik da się wszystkim we znaki, wiele koni rekreacyjnych pójdzie na sprzedaż, a w naszym przypadku, wręcz byłam tego pewna. Więc nie zamierzałam skazywać swojego krnąbrnego zwierza na wędrówkę z rąk do rąk, aż w końcu trafiłby tam, skąd się już nie wraca… Czekałam więc, aż zadzwoni ktoś, kto naprawdę wysłucha, jaki to jest koń, będzie osobą pełnoletnią, jeżdżącą konno i, mówiąc w  skrócie, świadomą praw i obowiązków…

W międzyczasie, również w marcu, kiedy decyzja o sprzedaży Spartana została podjęta, zaczęłam się zastanawiać: no, powiedzmy, ktoś sensowny zadzwoni. Powiedzmy, się umówi na przyjazd do stajni i obejrzenie konia. Powiedzmy, że się zgodzę. No i co? Jak to będzie w ciągu dnia, to niby jakim cudem my Spartka sprowadzimy, na przykład, do stajni, już nie mówiąc o ujeżdżalni… Oczywiście, w świetle tego, co mówiłam potencjalnym zainteresowanym przez telefon, sytuacja zastana nie powinna była nikogo zdziwić, ale – zapewniam – że byliby trochę zdziwieni. Ok – pomyślałam. – Mimo że decyzja podjęta, spróbuję poświęcić jeszcze trochę swojego zdrowia psychicznego i przynajmniej zacznę może jakoś zapinać Spartka na linę i chodzić z nim po łące. Może w końcu uda nam się dojść do wyjścia. Kto wie… Uparłam się i zaczęłam przyjeżdżać do stajni prawie codziennie, łazić za koniem, próbując doprowadzić do „połączenia”, by móc go zapiąć i chociaż przez chwilę popracować z nim z ziemi na łące, wśród koni.

13336023_565059563673465_4620988654504428209_n

To jest właśnie jedno z ujęć z tamtego czasu – w grzywie pełno rzepów, bo oczywiście – nie dał sobie powybierać. Kantarek sznurkowy założony na zwykły – no bo założenie czegokolwiek było problemem, więc cieszyłam się, że jest przynajmniej tak. No i – robimy parę kroków obok siebie…

Czułam się jak zdrajca… I słusznie – bo uczyłam Spartana bycia przy mnie po to, by któregoś dnia wyprowadzić go z padoku na oględziny przez potencjalnego kupca… Po cichu jednak myślałam, że jak już ktoś zobaczy, jak to z nami wygląda, to na pewno zrezygnuje.

13332759_565059843673437_5405305750625805887_n

Któregoś dnia, jakoś na początku kwietnia, zadzwonił telefon w sprawie ogłoszenia. Miły męski głos (po raz pierwszy o Spartka pytał mężczyzna!), niezwykle elokwentne wypowiedzi, mądre pytania, umiejętność słuchania, generalnie – ciekawy rozmówca, z wiedzą o koniach i doświadczeniem, z niespotykanie trzeźwym podejściem do koni, a co najważniejsze – do koni z charakterem!

Umówiliśmy się na spotkanie w stajni, a w międzyczasie, oczywiście, poszperałam w necie, dowiedziałam się co nieco o człowieku, no i byłam coraz bardziej przekonana, że to może być odpowiednia dla Spartka osoba. Rozmawialiśmy przez telefon przed spotkaniem jeszcze kilkakrotnie, więc wiedziałam, że nie był to ze strony mojego rozmówcy „słomiany zapał”. W umówionym dniu, godzinę przed spotkaniem byłam już w stajni. Był to wieczór, więc konie już stały w boksach. Ok – pomyślałam. – Nie będzie kompromitacji „na dzień dobry”, ale zachęcę Pana, by poprzyjeżdżał do Spartka jeszcze kilka razy o różnych porach i zobaczył, co i jak. I o jakich, właściwie, specyficznych problemach z tym koniem, tyle mu opowiadałam.

Czekaliśmy z Mateuszem na Potencjalnego Nabywcę, Pan się spóźniał, ale był, jak to się mówi, pod telefonem. Kulturalnie uprzedził, że będzie nieco spóźniony, bo po pracy jeszcze musiał skoczyć do domu, by się przebrać. Rzecz zrozumiała, wszak jedzie do stajni… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy niespiesznie kroczącego w stronę stajni Pana w kowbojskim stroju. Już wiedziałam, że sformułowanie „przebrać się” może zawierać w sobie coś więcej, niż wrzucenie na siebie zwykłych „ciuchów stajennych”. Chyba wszyscy w stajni wiedzieli, że Ten Pan idzie do nas, bo odprowadzali go pełnym podziwu wzrokiem i kierowali do boksu Spartka, przy którym czatowaliśmy już od prawie dwóch godzin.

Potencjalny Nabywca stwierdził, że chce sam zobaczyć, co to za koń, więc nie będzie potrzebował naszej pomocy – sam go wyprowadzi z boksu przed stajnię czy ewentualnie na lonżownik i trochę z nim popracuje po swojemu. Uff – pomyślałam. – Ok, pomysł niegłupi, w końcu to oni muszą się poznać, nie będę się wtrącać.

Spartan bez żadnych oporów wyszedł z Panem przed stajnię, gdzie przez moment siłowali się, kto komu ma ustąpić drogę. Następnie poszli na lonżownik. Podążaliśmy za nimi parę kroków z tyłu. Byłam zaskoczona faktem, że Spartek bez oporu poszedł za tym człowiekiem. Byłam coraz bardziej przekonana, że może im się udać! Teraz już wiem, że trochę inaczej to wszystko Spartek rozegrał. Chodzi o to, że zawsze, jak Spartan widzi kogoś po raz pierwszy i po raz pierwszy ma do czynienia z obcą dla niego osobą, zachowuje się poprawnie. Nie wyrywa się, nie łypie niedobrym okiem, nie strzela z zadu. Najwyraźniej ocenia człowieka i sytuację. Co innego, jak ktoś przychodzi do niego po raz drugi, trzeci. Wówczas już traktuje człowieka „po swojsku” i – że tak powiem – nie owija w bawełnę. Tamtej wiosny jeszcze tego nie wiedziałam i liczyłam na to, że podejście, pewność siebie czy charyzma tego mężczyzny ewidentnie pozytywnie wpłynęły na konia.

Na lonżowniku Pan postanowił popracować z koniem „z ziemi”, a więc – na początek – chciał odesłać Spartka na koło. Koń stał przy nim na środku, więc by skierować kopyta rumaka na obwód koła, Pan zaczął machać przed nosem Spartana liną. Spartan ani drgnął. Pan się zdziwił i zaczął odganiać Spartana coraz bardziej zdecydowanie, na co koń – również zdziwiony – zaczął napierać na niego całym swoim niemałym cielskiem. Trwało to parę minut, ja stałam poza lonżownikiem, próbując się nie wtrącać, aż w końcu Spartan skierował w moją stronę pytające spojrzenie. Ewidentnie chciał, bym pomogła mu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Żal mi było Spartka, więc zapytałam, czy mogę wejść na chwilę na lonżownik, by pokazać, w jaki sposób koń jest nauczony pójścia na koło. Pan się zgodził, Spartek od razu wyluzował, lekko opuścił głowę. Stojąc na środku koła dałam Spartkowi sygnał do wycofania – natychmiast zrobił kilka kroków w tył. Wskazałam ręką w lewo i koń grzecznie ruszył po obwodzie lonżownika. Zerkał na mnie z wdzięcznością i ulgą. To był moment, w którym koń po raz pierwszy zwrócił się do mnie o pomoc, i co najważniejsze – stanęłam na wysokości zadania. Oczywiście, jak tylko Spartek poszedł po obwodzie koła, opuściłam lonżownik, dając chłopakom możliwość popracować po-swojemu. Potencjalny Nabywca był trochę zaskoczony faktem, że zakomunikowanie koniowi, czego się od niego oczekuje, wcale nie było takie trudne, jedyne co – trzeba było znać nasze wyuczone sygnały do określonych ruchów.

Stanęliśmy z Mateuszem trochę dalej, by chwilę się naradzić. Mimo że Potencjalny Nabywca i Spartek nie od razu się dogadali, co wcale nie było dziwne, wspólnie stwierdziliśmy, że jeśli ten Pan się zdecyduje, to my będziemy za. Jak to się mówi, dobrze mu z oczu patrzy.

Tego wieczoru długo jeszcze rozmawialiśmy przy Spartkowym boksie, potem już na parkingu. Zachęcałam Potencjalnego Nabywcę, by przyjechał tu jeszcze parę razy, spróbował powsiadać na Spartka, bliżej go poznać. Pan się upierał, że już przy następnej wizycie wsiada na Spartka i jedzie w teren – jak to powiedział, by „pogalopować wzdłuż Wisły”. Nieśmiało zasugerowałam, że nie jest to dobry pomysł, by „na dzień dobry” jechać w teren. Że lepiej najpierw na ujeżdżalni. A jeszcze lepiej – najpierw sprowadzić Spartka z pastwiska, osiodłać, zaprowadzić na ujeżdżalnię, a jeśli zostanie mu jeszcze trochę czasu po tym wszystkim, to wsiąść na ujeżdżalni. Pan był jednak nieugięty. Był pewny, że sobie poradzi. I że teren dobrze im zrobi. Kiedy już prawie się pożegnaliśmy, Pan wspomniał, że chciałby jechać w teren na munsztuku. I w tym momencie po raz pierwszy wykazałam się sporą, jak na mnie, asertywnością. Wspomnę tylko, że munsztuk to bardzo ostre kiełzno, które w dobrych rękach, na odpowiednio przygotowanym koniu, nie wyrządzi krzywdy, lecz – w rękach, o których nic nie wiem, na koniu, o którym wiem wystarczająco dużo, by twierdzić, że absolutnie nie jest do tego kiełzna przygotowany… Stanowczo się sprzeciwiłam. Powiedziałam, że Spartan ma swoje ogłowie ze swoim wędzidłem, i tego sprzętu należy używać – przynajmniej tak długo, jak długo to jest mój koń. Chyba się trochę poróżniliśmy na pożegnanie. Ale Potencjalny Nabywca wciąż był zainteresowany i nawet dzwonił potem do mnie parę razy, ale jakoś nie miał już więcej czasu, by wpaść do Spartka. Z tego, co wiem, wkrótce kupił innego konia, i mam nadzieję, że dobrze im się układa. Naprawdę życzę im, by byli z siebie nawzajem zadowoleni.

A co z dalszą sprzedażą konia? Otóż, od momentu wybawienia Spartka z kłopotliwej 13418950_565059793673442_125534699641487940_nsytuacji na lonżowniku nasze relacje stopniowo, powolutku zaczęły się zmieniać. Nie wiem, może też fakt, że o mały włos nie pożegnałam się z moim wymarzonym koniem, zmienił coś we mnie. Ale mam wrażenie, że jednak nie tylko we mnie… Spartan zaczął przychodzić do mnie na łące, coraz częściej mieliśmy całkiem udane treningi, a nawet pierwsze wyjścia poza pastwisko.

Zaczęłam spędzać z nim coraz więcej czasu na zabawach. Wymyśliłyśmy z Kasią pachołki, potem wpadłam na pomysł, by bawić się ze Spartkiem w chowanego. Na jednym z padoków było całkiem dużo drzew, wiatka, zarośnięte krzakami narożniki. Czasem więc przyjeżdżałam dosłownie na chwilę pracy, a resztę spędzaliśmy na zabawach.

12039092_10208150695107813_2043781771538055615_o

Tu widać, jak Spartan podąża w kierunku wiaty, w której się schowałam z aparatem fotograficznym. Znalezienie mnie na padoku za jakimś grubszym drzewem czy w krzakach sprawiało mu coraz więcej radości. Nauczył się cieszyć, rżąc cichutko na mój widok, kiedy udawało mu się mnie znaleźć. Zresztą, zawsze mu się udawało – w końcu słuch i węch ma wybitny. Zawsze dostawał nagrodę. Chwilę staliśmy obok siebie i, mówiąc „Szukaj”, biegłam przez pół pastwiska, by znaleźć kolejną kryjówkę. Wyglądałam niewątpliwie na babę kompletnie zdziwaczałą, ale cóż – na szczęście, w ogóle się tym nie przejmowałam. Najważniejsze, że zaczęliśmy ze Spartkiem czerpać radość z naszych spotkań. Każda wizyta w stajni sprawiała, że zapominałam na parę godzin o swoich problemach.

Powiem szczerze, Spartan bardzo mi pomógł dojść do siebie w tym feralnym 2014 roku, a ja chyba trochę pomogłam mu nauczyć się cieszyć z bycia między ludźmi. Teraz naprawdę się lubimy, w końcu jestem tego pewna. A za naszą cudowną przemianę muszę też podziękować Potencjalnemu Nabywcy, który, sam o tym nie wiedząc,  sprawił, że coś się między mną a Spartkiem zmieniło 🙂

10450328_10204570275439559_5280999934877045296_o

Drobny eksperyment z udziałem Spartka i co z tego wynika

wiaderko

Wczoraj postanowiłam przeprowadzić mały eksperyment na Spartku – w sumie to jakoś samo wyszło, w tak zwanym „praniu”. Do stajni wreszcie dotarłam pod wieczór, kiedy konie już niecierpliwie oczekiwały sprowadzenia na boksów. Przeprowadziłam malucha na „plac zabaw”, gdzie trawki jest odrobinę więcej, niż na padoku i pozwoliłam, by Spartucha nacieszył się zieleniną, zanim zaczniemy coś ćwiczyć. Właściwie to nawet nie miałam jakichś szczególnych planów względem konia – wszak dzień święty należy święcić, i oboje ze Spartkiem staramy się tych zasad przestrzegać 😉

Godzinkę więc posłanialiśmy się po placyku, wyjadając co dorodniejsze wysepki trawy, w międzyczasie ja wyczyściłam konia i nacieszyłam się widokami o zmierzchu. Parę razy, póki Spartek wcinał, udawałam się do stajni – a to kurtkę założyć, a to wodę przynieść, takie tam… Ciągle czegoś zapominam i słaniam się później w te i wewte. Spartan odnotowywał każde moje odejście i każdy powrót zwróceniem głowy w moim kierunku i krótkim spojrzeniem. Po godzince pomyślałam sobie – a co tam, skoro już jestem, a konie wciąż nie schodzą do stajni, to zaproponuję Spartkowi chwilę pracy na wolności, ciekawe, co on na to. Zaprosiłam konia do siebie poprzez odangażowanie, chwilę przeszliśmy się po placu – koń podążał za mną. Ustawiłam się więc na środku i wycofałam Spartka. Ruszył do tyłu z takim impetem, że byłam absolutnie pewna, że to jest początek ucieczki. I się pomyliłam – wycofał nadzwyczaj energicznie, jak nie on, na taką odległość, o którą mi chodziło. Super – sowicie nagrodziłam. Zaprosiłam do podejścia. Szybko podszedł. Ekstra! Znów wycofałam i odesłałam na koło. Praca przebiegała w cudownej atmosferze. Widziałam, jak koń się stara i robi absolutnie wszystko, o co go prosiłam, choć w środku trochę się w nim gotowało. Widziałam to po intensywnych wymachach głowy, kiedy kłusował wokół mnie i rzucanych w moją stronę raz po raz wymownych spojrzeniach. Interesujące jest to, że mimo złości, koń nie odbiegł, nie porzucił mnie na środku placu, nie poszedł dalej jeść trawę. Zrobił dla mnie dokładnie wszystko, o co prosiłam, a że jednak nerwy trochę go ponosiły, to starał się wykonywać polecenia bardzo szybko, tak by już szybciutko mieć pracę z głowy i wrócić do przyjemności. Rozbawił mnie tym podejściem niezwykle i po 20 minutach podziękowałam mojemu pracusiowi.

A teraz co do eksperymentu. Po skończeniu ćwiczeń zamierzałam już jechać do domu. Pozbierałam więc liny i kantarki i udałam się w kierunku stajni, zostawiając konia na „placu zabaw”. I teraz – uwaga. Ważne: zawsze po pracy Spartek dostaje na padoczku wiadro z musli. Jest to nagroda i miły gest z mojej strony. Tym razem – pomyślałam – bez sensu, przecież za chwilę na pewno będą już schodzić do stajni, a tam naszykowałam dla niego wyjątkowo obfitą kolację, którą za jakieś pół godziny i tak dostanie. Postanowiłam więc odpuścić „wiaderko dziękczynne” na padoku. Przebierałam się przed wyjazdem w stajni, podglądając przez okno, co robi mój koń. No i – wyobraźcie sobie – ganiał wzdłuż płotu, wypatrując mnie z wiadrem, domagając się rżeniem zasłużonej nagrody.

To mi wyraźnie uświadomiło, że Spartek dokładnie wie, za co dostaje wiadro – za pracę, którą wykonał. Nieważne, czy była to godzinna jazda na ujeżdżalni, czy też 20 minut pracy na wolności. Ważne, że praca była. A skoro była – to bądź, Pani, łaskawa i Ty wywiązać się ze swoich obowiązków. A zatem – wiaderko musi być. Przecież wcześniej, podczas gdy Spartek się pasł, kilka razy wychodziłam w to samo miejsce, gdzie zazwyczaj szykuję Spartkowi wiaderko. I nic. Nie było pracy – koń nie oczekiwał nagrody. A już skoro była – to zmienia postać rzeczy.

Niby zwykła rzecz, prawda? A jednak nie do końca. To mi dopiero uświadomiło, że konie nie reagują na zasadzie czystych skojarzeń: poszła do stajni – wróci z wiaderkiem. Nie! Wiedzą, że jeśli popracowałem, to pójdzie do stajni i musi wrócić z wiaderkiem. Czyli dostrzegają zależność pomiędzy dwoma następującymi po sobie zdarzeniami, nawet jeśli nie zaszły bezpośrednio jedno po drugim. Z pewnością powtórzę jeszcze tego typu obserwacje, zarówno z jedzeniem, jak i w innych sytuacjach.

No i na koniec – jak myślicie, czy mogłam po tym wszystkim odpuścić nasze rytualne wiaderko? Oczywiście, że nie. Podzieliłam uszykowaną na wieczór porcję na dwie, dodałam jeszcze coś ekstra i poszłam do Spartka, by tradycji stało się zadość. Jak zawsze, z ogromną przyjemnością spożył w moim towarzystwie całą porcję i poszedł dalej jeść trawkę. Mogłam spokojnie jechać do domu…

„Dwa w jednym”, czyli wielkanocne rozważania, podszyte teorią dysonansu poznawczego…

Zdjęcie 5 (2017-04-16 14-55)

W nieudany pod względem pogodowym weekend wielkanocny, kiedy za oknem zacina chłodny wiosenny deszcz, więc oprócz jedzenia i lektury niewiele jest się w stanie zrobić, można dojść do ciekawych wniosków. Niewiele ostatnio pisałam na spartkowym blogu, a to dlatego, że dobrze nam się w zimie układało… Z nadejściem wiosny tradycyjnie zaczęły się kłopoty, co z kolei ma też swoje dobre strony – znów mam ochotę pisać 🙂 Zauważyliście, że całe poprzednie lato intensywnie publikowałam na blogu, snułam swoje refleksje okołokońskie i dzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami? Otóż to… Im gorsze zachowanie prezentuje mój koń, tym więcej mam do powiedzenia. Im jest grzeczniejszy i, powiedzmy, normalniejszy, tym mniej dzieje się w mojej głowie. Korzystam po cichutku z tego, co mi zima i koń oferują, i nie dzielę się z nikim swoim malutkim szczęściem. Ale od tygodnia znów mam głowę pełną pomysłów twórczych – czyli Spartan wrócił do swoich normalnych dla sezonu pastwiskowego nawyków. A więc na dziś sytuacja wygląda następująco: sprowadzamy się bez problemu z padoku na „plac zabaw”, gdzie pojawiła się pierwsza trawka. Tu się czyścimy i szykujemy do przejścia na ujeżdżalnię. Cały myk polega na tym, że z „placu zabaw” na ujeżdżalnię przechodzi się przez furtkę – widoczną na zamieszczonym powyżej zdjęciu. Czyli powinno być łatwo… A, jak się domyślacie, nie jest 🙂  Otóż, kiedy kończymy czyszczenie kopyt i zapraszam Spartka do ruszenia za mną w stronę ujeżdżalni – a więc do pokonania raptem 5-10 m w wielce niepożądanym przez konia kierunku, kończy się moje eldorado. Obojętnie, czy mam linę długą czy krótką, po chwili widzę tłuściutki zadek mojego rumaka i mogę co najwyżej „zrobić papa konikowi”. Oddala się szybciej, niż ustawa przewiduje. Oczywiście, nie robi to już na mnie takiego wrażenia, jak trzy lata temu, nie wywołuje aż tylu negatywnych emocji, jak kiedyś, ale jednak… trochę jest przykro. Idę więc po gadzika, biorę linę i ruszam w kierunku bramki na ujeżdżalnię. Sytuacja się powtarza. I tak wiele razy, aż koń wpada w furię i zaczyna ganiać galopem po całym terenie „placu zabaw”. Ponieważ lawirowanie pomiędzy przeszkodami z ciągnącą się po ziemi liną, moim zdaniem, może być niebezpieczne dla konia, odpinam linę i zaczynamy pracę z ziemi na wolności. Pomyślicie pewnie, że nie powinno się odpinać liny, bo koń uzna to za nagrodę za swoje zachowanie. Chwilowo pewnie jest przekonany o własnym zwycięstwie, ale jest to złudne przekonanie. Natychmiast zaczynam prosić go o ruch – stępem, częściej kłusem – i nie pozwalam zatrzymać się nawet na jeden krótki moment. O podjadaniu trawki nie wspomnę. Więc chwilowy triumf Spartana szybko obraca się przeciwko niemu. Metoda, której nauczyła mnie Kasia Ściborowska, zawsze działa na moją korzyść. I przy okazji jest jedynym sposobem, by zachęcić konia do współpracy. Łatwiej, oczywiście, działać na lonżowniku, lecz mając do dyspozycji ogrodzony teren w kształcie prostokąta, też da się popracować. Zazwyczaj na początku Spartan porusza się głównie galopem, zwalniając w narożnikach, zawracając i dając czadu na kolejnej prostej, w przeciwnym kierunku.

Zdjęcie 7 (2017-04-16 14-58)

Gniew i urażona duma nie pozwalają mu się zatrzymać i spojrzeć w moją stronę. Po kilkunastu minutach gonitwy, kiedy ja z bacikiem w ręku staram się podążać za szalejącym koniem, by nawet na chwilę nie pozwolić mu się odprężyć, Spartan zaczyna szukać wyjścia z tej, jakby nie było, dość krępującej dla obu stron sytuacji. Zwalnia, zaczyna zataczać wokół mnie coraz mniejsze koła, wewnętrzne ucho kieruje w moją stronę, coraz częściej wykazuje chęć podejścia. I tutaj najważniejsze, to nie dać się nabrać. Bo, niestety, Spartek dość często „oszukuje” – okazuje wszelkie oznaki uległości i chęci współpracy, by po chwili odpoczynku, jaki mu w swej naiwności zaoferuję, znów wyrwać galopem do najdalszego narożnika. Oto jeden z takich momentów – wydawało mi się, że koń zaproponował dialog, więc go do siebie zaprosiłam.

Zdjęcie 8 (2017-04-16 15-01)

Błąd… Ta postawa wyraża raczej pytanie typu „Jeszcze tu jesteś”? Absolutnie nie zamierzał rozmawiać – zyskał w ten sposób chwilę odprężenia i poszedł dalej. Ale kolejne zatrzymanie, z opuszczoną głową i „miękkim spojrzeniem” było już początkiem naszej rozmowy. Gdy koń zmierza w moim kierunku z głową w dół, powoli się odwracam i odchodzę parę kroków. Gotowy do dialogu, Spartan zaczyna podążać za mną. Kręcimy się po placu zygzakiem, omijając kolejne przeszkódki, i – co ciekawe – koń zawsze stara się iść na zakrętach od wewnętrznej strony. To kolejny znak, świadczący o przyjęciu przez konia postawy uległej, o czym też dowiedziałam się kiedyś od Kasi i odtąd zwracam na to uwagę. Źrebaki zazwyczaj trzymają się wewnętrznej strony klaczy. Więc sprawdzam to, idąc po łuku wprawo i w lewo, zatrzymując się raz po raz i w końcu idę z koniem „na wolności” na naszą ujeżdżalnię. Zazwyczaj, kiedy przekraczamy bramkę i Spartan zatrzymuje się obok mnie już po stronie piaszczystej ujeżdżalni, przez chwilę widzę w jego oczach lekkie zdziwienie. Sam nie wie, jak mogło do tego dojść. Jednak jeśli „połączenie” rzeczywiście nam się udało, możemy bez problemu dalej pracować na wolności! Już na znacznie większym terenie, czasem w wietrzną, niepokojącą dla koni pogodę, z wieloma „rozpraszaczami” naokoło. Jesteśmy w stanie zrobić to wszystko, co robimy „z ziemi” na linie – odsyłanie na koło w każdą stronę w stępie, kłusie i galopie, zmiany kierunków w stępie, czasem w kłusie, serpentynki między pachołkami, obroty w kwadracie z drągów itd. Możemy też ładnie poruszać się po całym obwodzie ujeżdżalni w stępie i kłusie. Zazwyczaj po pracy na wolności jestem absolutnie pewna, że Spartana bez problemu można zapiąć na linę, osiodłać i przejść do pracy w siodle. Nieraz tak robię, dosłownie na chwilę wsiadam, by sprawdzić, czy między nami wszystko gra. Jednak częściej rezygnuję z siodłania i wsiadania na konia, by podziękować mu za to, że tak wspaniale ze mną pracował – choć nie musiał! I nawet początkowo nie chciał! Tym większa jest satysfakcja, że po raz kolejny udało mi się go przekonać. Tym więcej radości sprawia mi odprowadzenie konia z powrotem na trawkę i szykowanie zasłużonej porcji musli z owocami. Zawsze wiem, kiedy i Spartek jest z naszych ćwiczeń zadowolony – wtedy, po usłyszeniu, „dziękuję” zawsze odpowiada mi niegłośnym rżeniem. A ja śmieję się całą gębą i mówię mu, że jest wspaniałym, odważnym i bardzo pracowitym rumakiem!

Sama już nie wiem, czy przypadkiem nie mam jednak dwóch koni… Jeden – to zbuntowane, leniwe, czasem aroganckie stworzenie o złośliwych świdrujących oczkach, a drugi – przyjazny, łagodny i chętny do współpracy koń, z którym naprawdę się lubimy i rozumiemy. Kupiłam kiedyś konia w promocji „dwa w jednym”, i dziś to dopiero w pełni odkryłam. W zależności od wielu zmiennych mam jedno albo drugie oblicze Spartana. Przy pewnym osobistym wysiłku mogę przeistoczyć jedną wersję konia w drugą, lepszą, a poprzez popełnienie najdrobniejszego błędu tak samo mogę tę przemianę odwrócić, i znów mieć złośliwca. Jestem szczęściarą! Tak sobie to wszystko w głowie poukładałam, że charakterne stworzenie, z którym kontakt niegdyś sprawiał mi więcej przykrości, niż satysfakcji, dziś stało się źródłem inspiracji i radości. I w tym momencie przechodzimy do pojęcia dysonansu poznawczego, które zapewne zaniepokoiło Was już w tytule tej opowieści. Tak, tak, myślę, że mamy do czynienia właśnie z tym zjawiskiem psychologicznym, szczegółowo opisanym w arcyciekawym artykule – http://www.psychologia.apl.pl/index.php/czytelnia/psychologicznie/86-dysonans-poznawczy

Z pojęciem tym zetknęłam się kilkakrotnie, ale nigdy dotąd nie zgłębiłam jego prawdziwego znaczenia. Tym większe było moje zaskoczenie po przeczytaniu kilku materiałów na temat dysonansu poznawczego! Codziennie borykamy się ze sprzecznymi doznaniami, emocjami, opiniami, myślami czy sądami, i w zależności od sytuacji i predyspozycji psychicznych dążymy do tego, by zniwelować, złagodzić napięcia, spowodowane nieustannie toczoną walką wewnętrzną. Co więcej, częstokroć usprawiedliwiamy niezbyt mądre czy wątpliwe pod względem moralnym uczynki, podejmowane przez nas błędne decyzje, niesłuszne wybory itd. Dzięki teorii dysonansu, odkryto, na przykład, że „silne nagrody wręczane za wykonywanie działań, które w dodatku są przyjemne, sprawiają, że przestajemy lubić te działania”, a „ludzie, którym mało płaci się za ich kłamstwa wierzą w nie bardziej, niż ci, którzy czerpią z nich duże zyski”. Pewnie się zgodzicie, że przykłady działania mechanizmu dysonansu poznawczego są aż nader widoczne np. w życiu politycznym, ale też w naszym życiu codziennym, dalekim od wielkiej polityki. Czyż nie jest tak, że im więcej cierpień zadaje ofierze przemocy oprawca, tym większym przywiązaniem darzy go słabsza strona? „Bije, bo kocha” – typowe usprawiedliwienie, powstałe w wyniku działania mechanizmu dysonansu poznawczego, w celu złagodzenia konfliktu wewnętrznego ofiary. Odkryłam je również w sobie i w swoim podejściu do naszego ze Spartkiem „toksycznego” związku. Im bardziej się przekonuję, że mój koń jest niereformowalny i żadną miłością, pracą, poświęceniem ani wysiłkiem nie zmienię jego przykrych nawyków, tym większym darzę go uczuciem. Myślę, że działa to jako mechanizm obronny organizmu, sprawiający, że zaczynamy lubić niekorzystną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, zwłaszcza jeśli nie ma z niej wyjścia. Co więcej, z czasem cenimy zastaną sytuację coraz bardziej i więcej pozytywnych stron w niej odkrywamy. Tak się właśnie dzieje w moim przypadku. Wydaje mi się, że jest to dość pozytywne odkrycie, jak na ten moment – czeka nas ze Spartkiem dłuuugi sezon pastwiskowy, a co za tym idzie – muszę naprawdę dobrze przygotować mój mechanizm obronny, by nie zwariować, no i pisać jak najwięcej, bo i to zapewne jest pewnym rodzajem terapii 🙂

13443279_567358820110206_3535489210478824717_o

„Metoda pachołkowa”, czyli nasz sposób na na pokonanie stresu…

pacholki_2014

Studiując ostatnimi czasy metody rozwiązywania problemów lękowych u psów, raz po raz znajduję analogię w pracy z końmi, wszak konie to z natury zwierzęta płochliwe… Każdy koniarz z pewnością nie raz musiał poradzić sobie z rozhisteryzowanym zwierzęciem, które właśnie dojrzało w trawie kolorowy papierek po cukierku, co o mało nie przyprawiło je o zawał… Kurtka trenera, zawieszona na przeszkodzie, której wczoraj nie było – wybałuszone końskie oczy, uskok w bok na dwa metry, następnie – parę dłuższych chwil na dojście do siebie… Nowe rzeczy na hali czy ujeżdżalni często wywołują panikę zwierzęcia… No i dobra, staram się zrozumieć ten lęk, wszak nie jest powiedziane, że kurtka jest istotą roślinożerną i koni nie zjada… Pamiętamy więc, żeby zapoznać rumaka ze wszystkim, co nowego pojawiło się w dobrze mu znanym otoczeniu, stosując metodę „przybliżanie – oddalanie” i pozwalając na samodzielne, stopniowe oswojenie się z nowym elementem krajobrazu. Jednak, o dziwo,  konie potrafią przestraszyć się także w sytuacji, kiedy w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj leżała sterta bel, dziś – nic nie  ma… O rany! Były tu jeszcze wczoraj, a dziś – ślad po nich zaginął! Koński strach ma naprawdę wielkie oczy i zamiast się śmiać, udajmy się ze zwierzęciem w miejsce „zaginięcia bel”, pozwólmy mu zapoznać się z nową sytuacją i się z nią pogodzić. I choć zawsze rozśmieszają mnie tego typu „lęki z zaskoczenia”, to je również staram się zrozumieć. Niepokój wywołuje bowiem nie fakt, że  te nieszczęsne bele rozpłynęły się w powietrzu, lecz sama zmiana w dobrze znanym otoczeniu, co może wiązać się nawet z odsłonięciem nowej perspektywy (jeśli sterta belek wcześniej przysłaniała horyzont)… Jak widać, jestem naprawdę bardzo wyrozumiała dla końskich strachów i robię, co mogę, by pomóc koniowi na spokojne „oswojenie się” z kolejnymi elementami naszego otoczenia, wzbudzającymi jego lęk.

W naszym przypadku całkiem dobrze sprawdza się tzw. „metoda pachołkowa”, czyli popularne w szkoleniu klikerowym targetowanie – dotykanie przez zwierzę konkretnych przedmiotów, służące przekierowaniu jego uwagi i przerwaniu nakręcania się spirali strachu. Rzecz jasna, gdy koń jest już w maksymalnym stopniu spanikowany, najprawdopodobniej za późno jest na tę zabawę… Natomiast w sytuacji, kiedy zwierzę czuje się niepewnie lub dopiero zaczyna „się nakręcać”, warto spróbować zastosować bardzo lubianą przez nas „metodę pachołkową”.

Ponad dwa lata temu, kiedy wraz z trenerką Kasią Ściborowską, zaczynałyśmy pracę ze Spartanem, okazało się, że podążanie od pachołka do pachołka, z nagrodami w postaci smakołyków przy każdym z nich, świetnie działa na konia. Dzięki temu udawało nam się nie tylko pracować ze Spartkiem na padoku, wśród koni (a przypomnę, że były to czasy, kiedy bez względu na porę roku Spartan nie dawał się złapać na padoku, nie mówiąc już o wyprowadzeniu go od koni), lecz także wychodzić najpierw poza padok, a następnie nawet maszerować torem pachołkowym na sam lonżownik, oddalony od reszty koni o kilkaset metrów. Cóż to były za wspaniałe chwile! Odkrycie, że cokolwiek na tym świecie, oprócz jedzenia i towarzystwa stada, sprawia Spartkowi radość, było naprawdę momentem przełomowym!

pacholki2_2014

Teraz, kiedy współpraca ze Spartkiem, wygląda już o niebo lepiej (choć mamy swoje gorsze dni, o których też niebawem opowiem), nadal korzystamy z „metody pachołkowej”, która pomaga nam, między innymi, w pracy pod siodłem. A więc, wsiadając na konia na ujeżdżalni, zawsze staram się zadbać o to, by znalazły się na niej nasze ulubione targety. Pachołki mogą być ustawione na środku ujeżdżalni, wyznaczając narożniki kwadratu, ale mogą też być umiejscowione gdziekolwiek, byle by można było z łatwością do nich dotrzeć. W sytuacji, kiedy któregoś dnia zabrakło nam  pachołków (zapodziały się gdzieś w stajni, a nie miałam czasu na ich szukanie), zawiązałam na jednym słupie ogrodzenia swój szalik, po drugiej stronie zawiesiłam czapkę, jeszcze gdzie indziej – przerzuciłam przez płot swój zapasowy sweter. Zanim wsiadłam na konia, który tego dnia nieco płoszył się z powodu dość silnego wiatru, oprowadziłam go wzdłuż ściany ujeżdżalni, wskazując na nasze „tymczasowe targety„, chwaląc za dotknięcie każdego z nich, za każdym razem w sposób bardzo wylewny okazując swoją radość z faktu, że koń zapoznał się z elementami mojej garderoby. Mieliśmy opracowane nasze „znaczniki bezpieczeństwa”, można było wsiadać. Muszę powiedzieć, że ten, być może zdaniem niektórych zbędny, wstęp do treningu bardzo nam się przydał. Kiedy od strony lasu zawiało tak mocno, że zawieszone na ogrodzeniach czapraki poleciały w naszą stronę, a Spartan uskoczył przerażony, natychmiast skierowałam go w stronę mojego szalika, a kiedy koń go dotknął, pochwaliłam i nagrodziłam smakołykiem. Żeby nie pozwolić mu nadal nasłuchiwać w oczekiwaniu na kolejny podmuch wiatru, natychmiast skierowałam konia do kolejnego „znacznika” przy płocie. Spartan ewidentnie poczuł, że mimo niesprzyjających okoliczności, mamy bardzo ważne zadanie do wykonania i podreptał w kierunku sweterka… Sweterek na miejscu – ok – idziemy dalej – czy czapka jest tam, gdzie była ostatnio? Suuuuper! Dobry koń! Wracamy do szalika. Kilka zygzaków po ujeżdżalni i mogliśmy przejść do pracy. Spartan, wyraźnie odprężony, z poczuciem spełnionego obowiązku, mógł skupić się na kolejnych zadaniach. Prosty myk, w naszym przypadku – często skuteczny, a jednocześnie dający koniowi szansę na uczestniczenie w wykonaniu zadania, które, jego zdaniem, jest dość przyjemne.

Oczywiście, kiedy na ujeżdżalni są ustawione pachołki, robimy to samo, z tym że mamy znacznie więcej możliwości. Możemy dotykać pachołków, krążyć między pachołkami, chodzić wokół nich itd. Zabaw może być naprawdę wiele! Najważniejsze dla nas, by od czasu do czasu, w ramach nagrody, pozwolić Spartkowi dotknąć pachołka, podnieść go, może odrobinkę przestawić. To lubimy chyba najbardziej 🙂 Rzecz w tym, że w naszym przypadku sam target stał się nagrodą. Po dotknięciu pachołka Spartek nie oczekuje smakołyku, gdyż to właśnie pachołek spełnia jego funkcję. Ciekawe, że w sytuacji, kiedy Spartan się zdenerwuje lub pogubi, a pracujemy na wolności, to sam sięga po „wsparcie pachołkowe”. Podchodzi do jednego z targetów, dotyka, przestawia, trąca kopytem, a kiedy już wyraźnie odprężony spojrzy na mnie w oczekiwaniu na dalsze propozycje, wiem, że możemy kontynuować. pracę.

Z pewnością tego typu sposób na rozluźnienie i przekierowanie uwagi zwierzęcia ze strachu na coś, co go może zainteresować, przyda się także w terenie. Niewiele jeszcze w tym temacie mamy do powiedzenia, ale z pewnością będziemy się w to bawić również w lesie, dotykając kolejnych drzew, krzaków, wywróconych pni i innych potworów, wyłaniających się na końskiej ścieżce. img_3189

Miało być króciutko, no i w sumie, jak na moje możliwości, nawet jest 🙂

Equus Caballus Certus, czyli Koń Domowy Asertywny…

gil_n

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jakież to cechy charakteru Spartka powodują, że praca z nim jest tak bardzo trudna i wymaga od człowieka ogromu cierpliwości, pokory i gotowości do ciągłego poruszania się w obrębie jego „strefy komfortu”… Epitety typu „krnąbrny”, „rozpuszczony”, „niewychowany” czy „charakterny” cisną się na usta każdemu, kto po raz pierwszy zobaczy jego „wybryki”. Jednak każdy, kto spróbuje poznać go nieco bliżej, zobaczy w nim też konia przyjaznego i ciekawskiego, otwartego na kontakty z człowiekiem, takiego, co pierwszy na padoku powita obcą osobę. Przy tym będzie miał minę rozanieloną, spojrzenie łagodne i pełne ufności nastawienie do kontaktu z człowiekiem. Myli się jednak ten, kto stwierdzi, że ten średniej wielkości korpulentny jegomość wyraża w ten sposób chęć do pracy i bycie z człowiekiem na zaproponowanych przez tegoż człowieka zasadach. I tu jest pies pogrzebany… Pierwsze zauroczenie szybko minie, kiedy spróbujemy zabrać Spartana z terenu, który wydaje mu się atrakcyjny, i dyktować mu swoje warunki. W ciepłe letnie dni, kiedy stado niespiesznie przechadza się po trawiastym padoku, możemy zapomnieć o pokojowej współpracy z koniem. Inaczej rzecz wygląda w zimie, zwłaszcza kiedy śnieg przysypał resztki trawy… Mam więc aktualnie swoje pięć minut, i dawno już byłabym w stajni, gdyby mój samochód nie powiedział mi wreszcie „Dość!” Kilka lat pobłażliwego traktowania mojego pojazdu poskutkowało tym, że z końcem grudnia odmówił współpracy i zażądał wreszcie odrobiny uwagi z mojej strony… Niestety, tracę więc te cenne dni, kiedy śnieg staje się moim sprzymierzeńcem, a koń – chętnym do współpracy stworzeniem. Nic to, miałam za to czas na sięgnięcie po wirtualne pióro… a Spartan – na przemyślenia 🙂 Czy wykorzysta tę przymusową rozłąkę w sposób odpowiedni? Zobaczymy, jak wreszcie dotrę do stajni… Chętnie Wam o tym opowiem w kolejnym „odcinku”, a póki co wróćmy do rozważań nad specyficzną postawą Spartka, którą wreszcie w nim odkryłam, i co więcej, potrafiłam nazwać.

Inspiracją posłużyła mi książka, którą pochłonęłam dosłownie w parę godzin i polecam każdemu, kto ceni dobrą lekturę, a mianowicie – Animal Rationale. Jak zwierzęta mogą nas inspirować? autorstwa Pawła Fortuny i Łukasza Bożyckiego. Śledząc specyficzne cechy niektórych gatunków zwierząt, autorzy przeprowadzają ciekawe analogie pomiędzy zachowaniem  np. wilków a postawą menedżerów wyższego szczebla, z nadzieją, że ci ostatni wezmą przykład z przedstawicieli gatunku Canis lupus. Zapomnijmy o tym, co głosi stare, znane nam wszystkim powiedzenie „Człowiek człowiekowi wilkiem”… Zakłada ono bowiem nader krzywdzące spojrzenie na relacje, panujące w wilczej watasze. Gdyby rządziły w niej prawa, obowiązujące w ludzkim świecie, gatunek ten dawno przeszedłby do historii. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zacząć uczyć się od zwierząt i przestać mierzyć wszystko dookoła naszą, ludzką miarą, którą bezdyskusyjnie uznajemy za jedynie obowiązującą.

Na myśl o Spartanie naprowadził mnie rozdział Animal Rationale, traktujący o piżmowołach. Jakby nie było, jest to przedstawiciel kopytnych, na dodatek prowadzący życie stadne, choć nie tylko to łączy je z koniowatymi… Od rozważań na temat skutecznego działania stada piżmowołów w sytuacji zagrożenia, kiedy zwierzęta te, zaatakowane przez wilki polarne, tworzą szyk podobny do falangi, w której najsilniejsze jednostki ustawiają się w pierwszym szeregu, zaś cielaki i ciężarne samice cofają się i tworzą drugą, wewnętrzną linię, autorzy przechodzą do tematu zastosowania owej postawy w życiu ludzkim. Otóż, jest to wspaniały przykład skutecznej postawy w obliczu REALNEGO zagrożenia. Celowo podkreślam wyraz REALNEGO, ponieważ, zdaniem autorów, właśnie z oceną stopnia zagrożenia ludzie mają największy problem: „Piżmowoły nie formują falangi bez przyczyny, a ludzie i owszem”. W ramach przykładów wymienić tu można zarówno przesadną troskę o bezpieczeństwo dzieci w życiu rodzinnym, nadopiekuńczość, ale także różnego rodzaju psychozy, na które cierpią obecnie całe społeczeństwa i objawiające się zarówno w postaci irracjonalnych lęków przed zagrożeniem, jak też teoriach spiskowych, tak bardzo ostatnio eksploatowanych. W obliczu realnego, a częściej – wyimaginowanego zagrożenia, ludzie najczęściej albo atakują, albo uciekają z pola walki. O skutkach takich reakcji dowiadujemy się codziennie z telewizji, kiedy słyszymy o awersji wobec uchodźców bądź kolejnych konfliktach zbrojnych czy politycznych. Co najgorsze, żyjąc w świecie irracjonalnych obaw przed wyimaginowanym wrogiem, ludzie najczęściej nie dostrzegają REALNEGO zagrożenia, a kiedy dochodzi do kolejnej katastrofy, wciąż ślepi, jej przyczyn błędnie szukamy nie tam, gdzie powinniśmy… I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pojawia się słowo-klucz, którego znaczenie często jest wypaczane! ASERTYWNOŚĆ – kojarzona dziś z tupetem i bezkompromisowym dbaniem o własny interes – w rzeczywistości jest postawą godną głębszego przemyślenia, a nawet wypracowania! Otóż, „asertywność jest sposobem obrony przed wpływem społecznym, który wyklucza agresję, za to zakłada otwarte wyrażanie własnych opinii, umożliwiający ochronę własnych granic z jednoczesnym poszanowaniem autonomii innych ludzi” (Animal Rationale, s. 141). Czyż nie jest to postawa godna rozpropagowania? Niestety, z kilkoma osobami po tzw. „treningach asertywności” nie udało mi się utrzymać dłuższej znajomości, ponieważ mam wrażenie, że w trakcie takich treningów zupełnie przy okazji człowiekowi wybija się z głowy takie pojęcie, jak „empatia”… A moim zdaniem, zupełnie nie muszą się one wzajemnie wykluczać…

W sprawie oceny stopnia zagrożenia postawa asertywna – czyli uniemożliwiająca manipulacje, a jednocześnie skłaniająca do tzw. „trzeźwego myślenia”, odrzucająca agresję, a jednocześnie szanująca pozycję przeciwnika – wydaje mi się dziś niezwykle cenna. Gdybyśmy tak umieli odrzucić fałszywe komunikaty, napływające zewsząd do naszej rozhisteryzowanej świadomości, a skupić się na rozwiązywaniu istotnych problemów w ramach chociażby naszego najbliższego otoczenia, świat wyglądałby inaczej…

Wróćmy jednak do głównego tematu, a więc do naszego  Equus Caballus Certus, a mówiąc prościej, do Spartka. Dlaczego, kiedy potknęłam się w książce o nielubianą przeze mnie niegdyś „asertywność”, od razu pomyślałam o moim rumaku? Zawsze brakowało mi odpowiedniego słowa do tego, by sformułować istotę jego charakteru. Niczym posokowiec, który wpadł na trop uciekającej zwierzyny, rzuciłam się na ścieżki Wikipedii. Czytając definicję pojęcia, miałam przed sobą właściwie cały obraz charakteru mojego zwierzaka, a więc: „posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych” – pasuje jak ulał. Kolejne zdanie z definicji:  „Jest to umiejętność nabyta”. Zdecydowanie, końskie narowy nigdy nie powstają z niczego, ktoś skutecznie wypracował w Spartanie takie a nie inne podejście do świata, wykluczające takie pojęcia jak „uległość” i „pokora wobec człowieka”. Idziemy dalej: „umiejętność wyrażania opinii, krytyki, potrzeb, życzeń, poczucia winy” (wszystkie te umiejętności Spartan opanował do perfekcji, zwłaszcza jeśli chodzi o wyrażanie potrzeb i życzeń), „umiejętność odmawiania w sposób nieuległy i nieraniący innych” (w końcu to, że tego dnia i o tej godzinie koń nie chce ze mną współpracować, nie powinno mnie w żaden sposób ranić! Nic osobistego! po prostu ma inne plany). Lecimy dalej punkt po punkcie: „umiejętność przyjmowania krytyki, ocen i pochwał” (to ostatnie – na pewno, choć krytykę z mojej strony Spartek ostatnio również przyjmuje z godnością, odwracając głowę i spuszczając na moje słowa zasłonę milczenia). Następnie mamy „autentyczność” (no nie da się mu odmówić) i „elastyczność zachowania” (wiemy już przecież, że zależy ono w dużym stopniu od pory roku i wielkości pokrywy śnieżnej). I ostatnie cechy wyszczególnione to „świadomość siebie, empatia, stanowczość i umiejętność samooceny”. Rzecz jasna, wszystkie te atrybuty cechują Spartana w stopniu wystarczającym, by nie posądzić mnie o naciąganie definicji… Jedynie EMPATIA wzbudza moje wątpliwości… Nie mam zbyt wielu przykładów na to, by posądzać Spartka o posiadanie empatii. No ale pamiętamy przecież, że po odbyciu przyspieszonego treningu asertywności z tym akurat może mieć problemy… Wszak ludzie też mają. Kolejne dwa zdania zupełnie pozbawiają mnie wszelkich wątpliwości co do tej szczególnej cechy charakteru mojego konia: „Osoba asertywna ma jasno określony cel i potrafi kontrolować własne emocje, nie poddaje się łatwo manipulacjom i naciskom emocjonalnym innych osób” oraz „osoba asertywna posiada umiejętność określania własnych oczekiwań i uczenia innych jak chce być traktowana„. Nic dodać nic ująć… Na koniec prezentacji definicji dodam tylko „zdolność do realizacji założonych celów mimo negatywnych nacisków otoczenia” oraz „uznawanie, że jest się tak samo ważnym, jak inni”. No i mamy obraz zwierzęcia, które naprawdę ciężko jest do czegoś przekonać wbrew jego woli…

zdjecie-4-2016-09-11-17-08

Jak widać na załączonym obrazku powyżej – nasze relacje w sezonie pastwiskowym oraz –

przy-plocie_o

w zimie, kiedy koń niecierpliwie wypatruje mnie przy ogrodzeniu i radośnie wita, rżąc i trochę narzekając, że tak wolno idę po niego na padok… Przecież on tak długo na mnie czekał!

A propos postawy asertywnej u Spartka, jakiś czas temu próbowałam przekonać go do przejścia przez minibasenik – wybetonowane wgłębienie na placu zabaw, które w przyszłości będzie służyło do oswajania koni z wchodzeniem do wody. Widać je po prawej stronie od Spartka na zdjęciu powyżej. Jesienią koń z ciekawości wchodził do „basenu” kilka razy, więc byłam absolutnie przekonana, że i tym razem pójdzie nam gładko. No cóż, jak zwykle się pomyliłam. W trakcie ponad godzinnej akcji wprowadzania konia do „basenu” zdążyłam zamarznąć na kość, kilkakrotnie stracić wszelką nadzieję na powodzenie, przywitać zmierzch, przeżyć śnieżycę i przez chwilę ponownie odzyskać nadzieję… Najlepsze jest to, że Spartan dokładnie wiedział, o co go proszę, na dodatek nie odczuwał żadnego strachu przed „przeszkodą”, nie był spanikowany ani nawet rozzłoszczony. Ze stoickim spokojem całą swoją postawą udowadniał mi bezsensowność mojego pomysłu. Ni prośbą, ni groźbą przez bitą godzinę nie udało mi się zmusić go do przejścia przez „basen”… Kiedy zupełnie już zrezygnowana, prawie ze łzami w oczach od zimna i poczucia bezradności odeszła od niego i tego nieszczęsnego „basenu” na całą długość liny i zaczęłam z utęsknieniem patrzeć w kierunku odległych ciepłych domostw, Spartan po prostu przeszedł przez przeszkodę i stanął koło mnie… Najwyraźniej zrobiło mu się mnie po prostu żal. To a propos empatii… I tu popełniłam błąd. Oczywiście, pochwaliłam go bardzo wylewnie i rozochocona tym zupełnie przeze mnie niezasłużonym sukcesem, znów poprosiłam go o przejście przez „basen”, w drugą stronę. Głupia ja… Tego już było za wiele. Koń spojrzał na mnie z niedowierzaniem i, rzecz jasna, odmówił ponownego przejścia… No cóż, wiedząc, że treningu w żadnym wypadku nie wolno kończyć niepowodzeniem, musiałam uzyskać ponowne przejście. Choćbym miała go na rękach przenieść, mówiłam sobie, a zrobimy to jeszcze raz! Było już całkiem ciemno, pewnie też bardzo zimno – tego już nie byłam w stanie poczuć… Dziesiątki kolejnych prób, tyleż samo porażek… Wreszcie, powiedziałam sobie, muszę się uciec do fortelu, bo naprawdę zginę tu, na dodatek bezsławnie. Rzuciłam na dno „basenu” parę kawałków jabłka i bez większych oczekiwań po raz setny wskazałam ręką na „przeszkodę”. Spartan westchnął głęboko, bez chwili zastanowienia wszedł do „basenu”, zjadł co jego, i tak samo spokojnie wyszedł. Wychodząc, odwrócił się i spojrzał na mnie z tą miną, którą znają ci, co gonili go uciekającego po łąkach… „Tyle czasu się znamy, a ty, człowieku nierozumny, wciąż myślisz, że wszystko wiesz najlepiej”… Nie muszę chyba dodawać, że tego dnia nie prosiłam już Spartka więcej o przejście przez „basen”.

„No nie chcem ale muszem”, czyli parę słów o tym, jak żyć z narowistym koniem…

zdjecie-4-2016-09-11-17-08

Można by powiedzieć, że tak wygląda tzw. „prowadzenie konia z piątej strefy”, niestety, jest inaczej – tak wygląda całe moje życie…

To zdjęcie przedstawia ujęcie z filmiku, nagranego przez koleżanki ze stajni na moją prośbę. To było na początku września, pięknej słonecznej soboty, kiedy resztką sił, umęczona nadzwyczaj długo trwającym przeziębieniem, przyjechałam do Spartka. Pech chciał, że tego dnia konie stały na dalekich trawiastych łąkach, a to nie wróżyło mi nic dobrego. Po powitalnej minie Spartka mogłam śmiało prosić koleżanki o nagranie mojej próby sprowadzenia konia – byłam absolutnie pewna, że tym razem uda nam się uchwycić kamerą jego wyrwanie. I miałam rację.

Tak to właśnie wygląda… Powiem tylko, że po trzech wspólnych latach te wyrwania naprawdę wyglądają jak niewinne igraszki, ot taki tam – foch. Nie ma w nich nic a nic z wściekłości i buntu, jakie Spartek prezentował kiedyś. Parę lat temu bowiem, tuż po wyrwaniu sprzedawał jeszcze porządnego kopniaka w stronę człowieka, by ostatecznie wybić mu z głowy dalsze próby sprowadzania. Oczywiście, nie dawał się złapać na padoku, a złapany potrafił wyrywać się kilkanaście razy pod rząd… Czasem pomagało wędzidło lub prowadzenie na linie, mocno zawiniętej wokół pyska… Starałam się unikać obydwu sposobów, ale niekiedy to było jedyne rozwiązanie – na przykład podczas wizyty kowala, kiedy konia naprawdę trzeba było sprowadzić do stajni.

A więc dziś Spartek wyrywa się naprawdę  jakoś „bez przekonania”, czasem mam wrażenie, że raczej dla zasady. Zawsze daje się bez problemu zapiąć po takim wyrwaniu, ba, nieraz nawet sam podchodzi do człowieka… Nigdy nie ucieka daleko… Nie kopie w chwili ucieczki… Sama forma zachowania i emocje, temu towarzyszące, bardzo się zmieniły. Ale zachowanie pozostało, i jest to właściwie jedyna rzecz, która naprawdę wymaga naprawienia. I jednocześnie nic nie wskazuje na to, by to mi się kiedykolwiek udało…

Odkąd poznałam Spartka i jego „problem” (no może inaczej – to jest raczej mój problem… Bo on z tym żadnego problemu nie ma:) ), zastanawiam się nad istotą tego zachowania. Poznanie jego źródła też, oczywiście, byłoby ciekawe, ale pewnie nie będzie mi to dane. Wiem tylko od osób trzecich, że odkąd Spartan skończył cztery lata, bo wtedy te osoby go poznały, miał zwyczaj się wyrywać. Przez kolejne cztery lata, kiedy pracował w rekreacji po wiele godzin dziennie, niepożądane zachowanie się utrwalało, a ja, kompletnie nieświadoma istnienia tego problemu, kupiłam znarowionego ośmiolatka.

Kupując konia, o narowach wiedziałam naprawdę niewiele… No cóż, od jakiegoś czasu temat ten zaczął mnie wręcz fascynować, a zatem powiedzenie Kasi o tym, że każdy z nas dostaje nie takiego konia, jakiego chce, a takiego, jakiego potrzebuje, znajduje w moim przypadku swoje głębokie potwierdzenie. Szukam wszelkich informacji o istocie końskich narowów oraz przykładów ich wyeliminowania. Oczywiście, z wiadomych względów interesuje mnie przede wszystkim odpowiedź na pytanie – czy narów da się wyeliminować, zwalczyć. Tymczasem jednak zgłębiam problematykę narowów od strony teoretycznej (praktykę, chcąc nie chcąc, mam na co dzień), sięgając do wypowiedzi największych „końskich” autorytetów.

Najpierw przytoczę słowa Wojciecha Mickunasa, który zaczyna swój artykuł o narowach i nałogach stajennych od następującego stwierdzenia: „Konie nie rodzą się z narowami, ale stają się znarowione zazwyczaj na skutek błędów popełnianych przez ludzi. Na wstępie wyjaśnijmy sobie, jakiego konia nazywamy znarowionym. Za znarowionego zwykło się uznawać konia, który, ignorując starania człowieka, zachowuje się wbrew jego oczekiwaniom, wbrew jego poleceniom, demonstrując w ten sposób „swoje zdanie” na temat współpracy z człowiekiem. Te niewłaściwe zachowania koni, powtarzane wielokrotnie, zwykło się dzielić na występujące podczas jazdy (narowy pod siodłem) i te występujące w stajni (narowy i nałogi stajenne)”. Wynikałoby z tego, że narów jest czymś w rodzaju nieposłuszeństwa, krnąbrności konia, który za wszelką cenę chce postawić na swoim. Za źródło problemu można by wówczas uznać brak wychowania konia, a więc brak podstawowej dyscypliny, a lekarstwem na znarowionego zwierza – wprowadzenie owej dyscypliny i przysłowiowe pokazanie mu, „kto tu rządzi”. No i to jest w przypadku takiego Spartka nader problematyczne. Mimo wielokrotnych prób rozwiązania tego problemu, podejmowanych przez różnych trenerów i specjalistów, koń nie przestał się wyrywać.

A więc sięgam do kolejnych źródeł wiedzy teoretycznej, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie – tym razem do książki Roberta Millera „Sekrety końskiego umysłu”. W rozdziale poświęconym przeciwwarunkowaniu znalazłam garść niezwykle interesujących informacji o procesie powstawania narowu. Przytoczę ten akapit w całości: „Konie często wykształcają u siebie niepożądane zachowanie. To znaczy, zachowanie owe jest przez nas niepożądane. Dla konia to może być zachowanie w pełni akceptowane, a nawet satysfakcjonujące. Niechciane zachowanie często staje się reakcją warunkową, ponieważ w jego rezultacie koń otrzymuje jakiś rodzaj wzmocnienia. Może to być wzmocnienie pozytywne lub negatywne, ale jeśli w jakikolwiek sposób powoduje zwiększenie u konia poczucia wygody, zachowanie to najprawdopodobniej będzie powtarzane, aż w pewnym momencie ulegnie utrwaleniu i stanie się nawykową reakcją warunkową”.

„Trudności z prowadzeniem na uwiązie” (podoba mi się to sformułowanie) Miller zalicza do tzw. narowów stajennych, czyli takich, przy których jeździec jest na ziemi (w naszym przypadku sformułowanie „jest na ziemi”  możemy traktować w sensie jak najbardziej dosłownym – próbując utrzymać wyrywającego się Spartka wiele osób zaliczyło tzw. glebę, a nie chcąc puścić uwiązu, nawet było ciągniętych kilkanaście metrów za koniem). Wspomniana przez Millera „nawykowa reakcja warunkowa” już bardziej mi pasuje do Spartkowego zachowania, bowiem w jego przypadku wzmocnienie w postaci uwolnienia się od człowieka jest powtarzane od wielu lat, a zatem – reakcja miała aż nadmiar czasu, by się utrwalić. Poza szczegółowym opisaniem problemu, Miller na szczęście proponuje również kilka sposobów na jego rozwiązanie. Otóż, pierwszym byłoby karanie niechcianego zachowania w momencie, gdy się pojawia. Najlepiej, jak pisze autor, by koń sądził, że sam wymierza sobie karę. Na przykładzie Spartana mogę opisać to następująco: prowadzę konia z liną, niezbyt mocno zawiniętą wokół jego pyska. Kiedy koń się wyrywa, lina ściska pysk, więc poprzez swoje zachowanie koń sam decyduje o tym, czy będzie ukarany. Nie jestem zbyt biegła w stosowaniu tego rozwiązania, powiem więcej, Spartan bardzo często wybiera ból czy niewygodę, ale i tak się wyrywa (do kwestii „wyboru” jeszcze wrócę – bo to jest, moim zdaniem, pojęcie kluczowe). Innym przykładem wymierzenia sobie samemu kary jest wyrwanie Spartana, prowadzonego na kantarze sznurkowym – kiedy koń ucieka, często zdarza mu się nadepnąć na linę i wówczas ostre działanie kantara sznurkowego na pysk jest dla niego karą, którą niewątpliwie sam sobie zafundował. Inną propozycją Roberta Millera na rozwiązanie problemu z końskimi narowami jest tzw. przeciwwarunkowanie. Zastosowanie tej metody Miller przedstawił na przykładzie często występującego problemu z łapaniem konia na padoku. Wspomnę tylko, że odkąd za pomocą Kasi opanowałam tę metodę – czyli od jakichś dwóch lat – nie mamy z tym żadnego problemu. Spartan nie tylko nie ucieka przede mną na padoku, lecz najczęściej sam do mnie podchodzi. Tak że metodę naprawdę polecam, wystarczy tylko mieć odpowiednio dużo czasu, trochę wyczucia i sporo cierpliwości, a problem z łapaniem konia zniknie z Waszego życia. Inna sprawa, że w naszej sytuacji, inaczej niż w przypadku większości koni, „złapanie” Spartka bynajmniej nie gwarantuje dojście z nim nawet do bramy padoku, już o ujeżdżalni nie wspomnę 🙂

A zatem ukaranie konia w momencie wyrwania jest prawie niemożliwe do zrealizowania, a ukaranie po złapaniu nie ma najmniejszego sensu i przeczy wszelkim zasadom logiki. Na ból i niewygodę, jakie sam sobie funduje w momencie wyrwania, Spartan przez lata uodpornił się na tyle, że jest w stanie to „przetrzymać” w imię wzmocnienia w postaci wolności. Za wędzidłem też bowiem jechałam nieraz przez całe stajenne podwórze…

Chciałabym jednak powrócić do pojęcia, które wydaje mi się w całej tej opowieści pojęciem kluczowym. Napisałam wcześniej, że Spartan „bardzo często wybiera ból czy niewygodę” (cytuję samą siebie, cóż za nieoczekiwany przejaw autotematyzmu)… No i sama sobie zadaję pytanie – czy aby na pewno wybiera? Zadaję to pytanie od dawna, bo jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Parę dni temu Kasia przesłała mi fragment książki Wilhelma Blendingera „Wstęp do psychologii konia”, który zdaje się zawierać  odpowiedź. Otóż, zdaniem autora, sterowana świadomie czynność może przekształcić się w odruch, czyli nieświadomą reakcję psychiczną. „Działanie świadome może przekształcić się w odruch. Przykładowo: koń był źle traktowany i dlatego, by się bronić, nauczył się wierzgać. Stopniowo czynność ta zmieniła się w odruch. Każdorazowo, gdy zbliżał się człowiek, noga automatycznie podnosiła się i uderzała. Przyjmijmy teraz, że koń zmienił właściciela i jest traktowany dobrze. Stał się bardziej przystępny i ufny. Jednak mimo woli czasem odruch ten się przejawia. Utarte tory odruchu bowiem pozostają na długo, czasem do końca życia”.

No to mnie Pan Blendinger pocieszył… Ważne jednak jest dla mnie to, że widzę w powyższym stwierdzeniu jakieś wyjaśnienie Spartkowych zachowań i jego wyjątkową odporność na różnorakie zabiegi wychowawcze. No cóż, poszukując przez trzy ostatnie lata odpowiedzi na pytanie o przyczynę takich zachowań, dochodzimy do wniosku, że „Ten typ już tak ma” – co usłyszałam na samym na początku naszej wspólnej ze Spartkiem drogi.

Czy warto było rozkładać to wszystko na czynniki pierwsze, by dojść do tak prostego i niewymagającego głębszych wyjaśnień stwierdzenia? Otóż, warto… Po pierwsze, po drodze przeczytałam parę naprawdę ciekawych książek. Po drugie, zrozumiałam, że wygaszanie reakcji odruchowych może zająć nam kolejnych dziesięć lat, i że nie jest to wyłącznie kwestia tego, czy Spartek ma mnie w tzw. „czterech literach”, jak częstokroć słyszałam… Po czym wypowiadający te słowa „lider” próbował sprowadzić Spartka i przekonywał się, że Spratkowe „cztery litery” są mocno przeludnione… No i po trzecie, nabrałam dużego dystansu do wszystkiego, co dzieje się na płaszczyźnie „koń – jeździec”, a przy okazji też na wielu innych płaszczyznach życiowych.

Na zakończenie tego przydługiego tekstu wspomnę tylko, że tego pięknego sobotniego poranka za drugim razem udało mi się sprowadzić Spartana, po czym zabrałam go w nagrodę na trawkę, doszliśmy do wiadra z wodą, ustawionego w połowie drogi do stajni i będącego w upalny dzień bardzo pozytywnym wzmocnieniem, a następnie odprowadziłam go z powrotem na łąkę. Zrealizowałam cel, jaki postawiłam sobie tego dnia i szczęśliwa wróciłam do domu. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o czwartej rzeczy, której się dzięki Spartkowi nauczyłam – o tym, jak ważne jest, by umieć się cieszyć z drobnych rzeczy… Bo czekając na te wielkie, możemy nie zauważyć, jak miną nam nasze piękne słoneczne dni 🙂

O moim „prywatnym Niemcu” i korzyściach z niego płynących…

Od dobrych paru dni jestem więźniem mojej choroby – dopadło mnie tak koszmarne przeziębienie, że mówienie, poruszanie się, a nawet oddychanie przychodzi mi z trudem. Z myśleniem też różnie bywa, ale parę pomysłów na tekst zakłębiło się wczoraj w mojej majaczącej głowie, kiedy rzucałam się w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Przypominały mi się chwile z dzieciństwa, kiedy grypa gościła w naszym domu, więc mogłam nie iść do szkoły i cały dzień miałam wyłącznie do swojej dyspozycji. Wysmarowana kamforą lub spirytusem, po kilku filiżankach gorącego mleka z miodem zazwyczaj na parę godzin stawałam na nogi, czując niebywały przypływ energii. Ganiałam w piżamie po pokojach, szukając zajęcia twórczego i przynoszącego korzyści. Niekiedy wyciągałam mamy maszynę do szycia i skrawki materiału, z których zaczynałam kroić spódnicę. Wiadomo, że sił i samozaparcia starczało mi dokładnie do momentu rozcięcia kawałków materiału… Wtedy stwierdzałam, że trzeba zrobić moim domownikom niespodziankę i ugotować na wieczór coś pysznego, a że z zaopatrzeniem wówczas było słabo, zazwyczaj miałam do dyspozycji makaron, mleko i jajka. Z tego wymyśliłam znakomite danie – zapiekankę makaronową na słodko. Pamiętam, że wszystkim smakowało.

Po intensywnie spędzonym dniu pod wieczór choroba dawała się we znaki z podwójną siłą. Znów miałam 39 stopni gorączki i ledwo mogłam podnieść głowę z poduszki. A w nocy dopadały mnie koszmary. Jedynym, wciąż mnie prześladującym w moich dziecięcych snach koszmarem, byli Niemcy… Albo inaczej – faszyści… Byłam partyzantką, otoczoną wraz z garstką moich przyjaciół-partyzantów, przez oddziały Wehrmachtu. Las pełen gestapowców i my uciekający przed nimi. Jeden ze snów pamiętam do dziś – biegłam po torach kolejowych, przeskakując przez grube drewniane belki, a za mną – grupa Niemców. Słyszałam ich głosy i wiedziałam, że wcześniej czy później mnie dopadną. Nie wiem, dlaczego nie mogłam skręcić do lasu… Logika snu jest trudna do wytłumaczenia… Budziłam się po takim koszmarze cała spocona, przerażona, nie mrużąca oka aż do świtu. Skąd mi się to wzięło? Otóż, w mojej dziecięcej świadomości utrwalił się jeden jedyny obraz absolutnego zła. Wyniesiony z filmów, lektur szkolnych, opowieści weteranów… Odkąd siebie pamiętam, filmy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej ciągle puszczano w telewizji. Z okazji kolejnych rocznic i bez okazji. Oglądałam je wszystkie razem z dorosłymi. Kiedy na ekranie pojawiały się sceny torturowania przez Niemców schwytanych radzieckich żołnierzy lub walczących w partyzantce dzieci, zawsze zamykałam oczy. No cóż, i tak dochodziły mnie jęki maltretowanych… Tak oto radziecka telewizja od najwcześniejszych lat hodowała w mojej świadomości obraz mitycznego zła w postaci Niemca-faszysty. Straszniejsi od nich mogli być tylko Japończycy (skutek obejrzenia w dzieciństwie przerażającego filmu o wojnie rosyjsko-japońskiej).  Na szczęście, epizod z Japończykami w moim układzie świata miał charakter jednorazowy, więcej do tego tematu nie powracałam, a głównym moim koszmarem wciąż pozostawali Niemcy.

Zresztą, zastanówmy się, czego mógł się bać taki radziecki dzieciak? Baby Jagi? Kościeja? Też mi coś. Co wieczór słuchałam do poduszki baśni Aleksandra Afanasjewa, z wielkim zainteresowaniem śledziłam wszelkie okropieństwa, jakie spotykały głównych bohaterów i ani przez chwilę nie czułam strachu. Że niby Baba Jaga zawsze tak kombinowała, by zwabić dzieci do swojej chatki, wrzucić je do dużego glinianego dzbanuszka i zapiec w swoim straszliwym piecu? I to miało byś straszne? Najważniejsze, że nie zamierzała ich wcześniej torturować… A że Kościej to niby taki nieśmiertelny? Wcielenie zła? Przecież od lat ledwo ciągnął i aż mnie korciło, by wysłać do jego pieczary pionierów z siatką zakupów i świątecznymi życzeniami. W każdym razie takie zło wzbudzało we mnie raczej sympatię i politowanie.

Rzecz jasna, upragnioną maskotką, jaką zawsze chciałam mieć, a nigdy nie miałam, była właśnie Baba Jaga. Wiedziałam, że mogła być moją najlepszą przyjaciółką i razem na pewno dałybyśmy radę faszystom. Jak miałam jakieś pięć lat, pamiętam, moja babcia Marusia bardzo chciała mnie uszczęśliwić i pojechała do leningradzkiej fabryki zabawek, by złożyć zamówienie indywidualne: „Dziecko chce Babę Jagę! Możecie ją dla nas wykonać?”. Oczywiście, nie wiem, jak Babcia  poprowadziła rozmowę w fabryce zabawek, wiem tylko, że Baby Jagi nigdy się nie doczekałam. A wiązałam z naszą fabryką wielkie nadzieję. Po tamtej tajemniczej wycieczce babci (a babcia rzadko wychodziła z domu) przez kolejny rok czekałam na spełnienie moich marzeń. Kiedy wreszcie zrozumiałam, że przemysł radziecki nie podołał temu zadaniu, zrobiłam Babę Jagę sama. Za głowę posłużyła mi drewniana szpulka na nici, resztę zaś stanowiła długa sukienka – zielona w białe grochy. Baba Jaga wyszła niewielka – cała mieściła się w moich dłoniach, ale moc, jaką została przeze mnie obdarzona, z nawiązką wynagradzała jej lichy wygląd. Odtąd nie musiałam sama stawiać czoła moim nocnym koszmarom – Baba Jaga zawsze i wszędzie była przy mnie.

baba_jaga
Źródło: http://pikabu.ru/story/baba_yaga_moego_detstva__4021443

Wkrótce zaczęłam chodzić do szkoły. Temat hitlerowców powrócił z podwójną siłą. Wśród obowiązkowych lektur szkolnych znalazły się, oczywiście, książki z serii „Biblioteka Pioniera”, a w nich – wielostronicowe opowieści, przedstawiające bohaterskie czyny i straszliwy los Loni Golikowa i Zoi Kosmodiemjańskiej. Historia Zoi wstrząsnęła mną tak, że z trudem podchodziłam do biurka, na którym leżała wypożyczona przez mamę z zakładowej biblioteki książka. Bałam się ją otworzyć, starałam się nie patrzeć w jej stronę, wiedziałam jednak, że wkrótce czeka mnie sprawdzian z lektury… Z pomocą przyszedł mój półroczny szczeniak – Laduszka. W ciągu paru godzin, podczas naszej nieobecności, załatwiła dla mnie raz i na zawsze sprawę Zoi i „Biblioteki Pioniera”. Rozgryzła tomisko tak starannie, że nie było co zbierać. Co najważniejsze, dokładnie zniszczyła ilustracje, przedstawiające zmasakrowane torturami ciało Zoi. Byłam uratowana. Ustaliłyśmy też z mamą, że nie powinna więcej wypożyczać tak cennych książek z biblioteki zakładowej – póki Laduszka nie dorośnie, przynoszenie ich do domu stanowi wielkie ryzyko. Odtąd miałam regularnie chodzić do szkolnej biblioteki i korzystać z czytelni.

Trzeba przyznać, że radziecka szkoła zapewniała dzieciom atrakcje nader różnorodne. Przygotowując nas na nadejście z dalekiego zachodu zagłady atomowej, dyrekcja szkoły kilka razy do roku przeprowadzała tzw. „próbne alarmy bojowe”. Wyglądało to następująco. W trakcie lekcji nagle zaczynała wyć syrena, co oznaczało, że wszystkie dzieci wraz z nauczycielami, ze wszystkich pięter mieli zejść do betonowych schronów, znajdujących się w podziemiach szkoły, gdzie zakładaliśmy maski przeciwgazowe i spędzali w tychże schronach jakieś pół godziny, oczywiście, żegnając się w myślach z najbliższymi. Wiedzieliśmy, że nasi rodzice i dziadkowie nie mają masek przeciwgazowych, nie mają szczelnych schronów betonowych i pewnie muszą zginąć.

samantha_smith
Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Samantha_Reed_Smith#/media/File:1985_CPA_5685.jpg

Pamiętam, jak wszyscy usłyszeliśmy o młodej Amerykance Samancie Smith, która w 1982 roku napisała list do Andropowa. Wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy podejrzewać, że po drugiej stronie kurtyny też żyją ludzie, co więcej, żyją też małe dziewczynki, które tak samo jak my, boją się wojny atomowej. Mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam gdzieś urywki rozmów, jakie prowadzili dorośli w naszym domu, z których wynikało, że niektórzy z walczących z nami Niemców mieli swoje rodziny, dzieci, domy i bardzo nie chcieli trafić na front wschodni. Że też się bali o własne życie. Pamiętam, że uczciłyśmy ten fakt z Babą Jagą szklanką lemoniady „Kołokolczik”.

Po co ja właściwie to wszystko opowiadam? Było – minęło, ów mityczny strach przez gestapowcem i zagładą atomową drzemie gdzieś głęboko w otchłaniach podświadomości, poznałam sporo Niemców i żaden w najmniejszym stopniu nie przypominał mi faszystę z radzieckich filmów. Z wieloma Niemcami korespondowałam w tym roku, szukając dla Spartana określonego modelu siodła na niemieckim ebay-u. Rozbrajali mnie swoją tragiczną wręcz angielszczyzną, ale byli niezwykle uprzejmi i jakoś udawało nam się dogadać. Wreszcie kupiłam wymarzone siodło od przesympatycznego Niemca, z którym najlepiej mi się mailowało. Otrzymałam przedmiot całkowicie zgodny z opisem. Zresztą, niczego innego się nie spodziewałam. Niemcy to Niemcy. Czemu więc powracam do tego tematu?

Otóż, jak wspominałam ostatnio, jestem tchórz i łamaga. Na przykład, boję się latać samolotem. Czasem muszę i naprawdę kosztuje mnie to wiele nerwów. I zgadnijcie, kto mi pomaga pokonać strach przed lataniem? Mój „prywatny Niemiec”! Siedzę sobie na pokładzie samolotu, trzęsę się jak osika i wtedy nurkuję do obrazów z mojego dzieciństwa i wyciągam „Niemca”. A więc – lecę sobie nowoczesnym samolotem, popijam napój gazowany, a za oknem samolotu – zamiast niemieckich messerschmittów – piękne niebo! Nikt nie bombarduje, nie próbuje trafić pociskiem w nasz samolot pasażerski, więc czego mam się bać? – myślę sobie i moja wewnętrzna Baba Jaga kiwa swoją drewnianą głową.

Albo kolejna sytuacja, z mojego wczorajszego życia wzięta. Piękny dzień, słońce, koniec wakacji… W lesie podobno pełno grzybów. A ja chora, smarkająca, słaniająca się po domu – bez sił i bez życia. Tak nie może być! Namówiłam Mateusza, żebyśmy chociaż na godzinkę skoczyli do najbliższego lasu na grzyby. Wybraliśmy się więc z koszykami, zapasem chusteczek i opakowaniem Gripexu. Łazimy, szukamy, upał staje się coraz bardziej dokuczliwy. Czuję, że mam coraz większą gorączkę i coraz mniej chęci na grzybobranie. Schylam się po kolejnego dorodnego podgrzybka, ścinam, kroję na pół i widzę masę robali. Wyrzucam. Podnoszę się powoli i kręci mi się w głowie. Myślę sobie: Po jaką cholerę wybraliśmy się na grzyby? Nie mamy co do garnka włożyć? Przecież naprawdę za chwilę się przewrócę i tyle z tego będzie… Mateusz coraz bardziej się oddala, nic nie jest w stanie go oderwać od poszukiwań, a ja zrozpaczona zostaję na wystającym z mchu złamanym pniu. Koniec, nie mam więcej sił. I w tym samym momencie w mojej głowie pojawia się obraz partyzantki – chorej, osłabionej wielomiesięczną tułaczką po białoruskich lasach, rannej, głodnej, potrzebującej pomocy. Porównanie naszych sytuacji rodzi we mnie zakłopotanie i poczucie wstydu. Smarkam, kaszlę, wstaję i idę dalej. W gruncie rzeczy przecież nic mi nie jest – zaraz wrócimy do domu, zaparzymy herbatę, łyknę sobie kolejnego Gripexa i rozłożę się przed telewizorem. A zatem – czy w tym lesie jest mi naprawdę aż tak źle?

No i kolejna, ostatnia już sytuacja, w której z pewnością przyda mi się mój „prywatny Niemiec”. Otóż, nie wspominałam Wam wcześniej, ale od kilku tygodni z trenerką Gosią pracujemy nad Spartkiem w terenie. Póki co samotne wypady w teren stanowią dla Spartana duże wyzwanie, ale z tygodnia na tydzień widzę postępy i liczę, że któregoś dnia będę miała tyle odwagi, by zastąpić Gosię w siodle i udać się ze Spartkiem w nasz pierwszy wspólny teren. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że będzie na mnie wówczas wypróbowywał wszystkich swoich sprawdzonych sposobów – będzie próbował mnie zrzucić i wrócić do stajni, wyrwać wodze lub „przypadkiem” zahaczyć mną o drzewo, a jeśli jakimś cudem nadal będę w siodle, wówczas będzie gryzł mnie w nogę… Jestem na to psychicznie przygotowana, ponieważ nie raz już widziałam jego „sztuczki”. I kiedy wsiądę na Spartkowy grzbiet i skieruję jego kopyta do lasu, mając w głowie wszystko, co się może wydarzyć, pomyślę sobie – i tak mamy ogromne szczęście, że w lesie nie roi się od Niemców 🙂

PS. Pisząc tę historię o moim „prywatnym Niemcu” zdaję sobie sprawę z tego, że polskie dzieci, dorastające w tych samym czasach, mogły mieć całkiem inne doświadczenia. Albo inaczej – doświadczenia podobne, lecz przedmiotem strachów mógł być, na przykład, mój naród… Cóż, każdy z nas dźwiga swój bagaż historii. A że tak jest, przekonałam się ostatnio, kiedy przydarzyła nam się pewna zabawna i pouczająca historia. Byliśmy z Mateuszem u znajomych, zasiedzieliśmy się do późna. Wyszłam do ogrodu, żeby zapalić. A wspomnę tylko, że Pani domu zdaje się mieć podobne do moich doświadczenia z dzieciństwa  – przynajmniej objawy dość zbliżone… Aha, no i co ważne, rzecz się dzieje oczywiście w Polsce, w polskim domu. A więc zapaliłam i wracam do środka. A tam śmiech – ubaw po pachy. A kolega – mąż Pani domu – opowiada: „Wiesz, Irina, jak przed chwilą żonę wystraszyłem? Hahahaha… Bo mi tu prawie już przysypiała.. A ja do niej nagle – wstawaj szybko, ruscy koło domu!!!” I zerwała się, autentycznie przerażona. Na co wchodzę ja – wszyscy się śmieją, a gospodarz domu: „No mówiłem, że ruscy pod drzwiami!”.  Wszyscy się śmialiśmy, a koleżanka przez moment naprawdę się przestraszyła…

Trzecia rocznica – jest dobrze, a może być jeszcze lepiej!

Trudne początki

W połowie sierpnia minęły trzy lata, odkąd Spartek przyjechał ze mną pod Warszawę… Przez ten czas zdążyliśmy się poznać aż za dobrze 🙂 Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak naiwne było moje wcześniejsze spojrzenie na konie. Przede wszystkim, na relacje „koń – człowiek”. Pamiętam, jak po pierwszych tygodniach ze Spartkiem (niestety, w pensjonacie, a nie w stajence przydomowej, o której wciąż marzę) spodziewałam się z jego strony choć odrobinę entuzjazmu w związku z pojawieniem się na pastwisku mojej osoby. Koń najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z faktu, że odtąd jesteśmy razem, że został członkiem naszej rodziny… Kiedy odkryłam, że dla konia to wcale nie jest takie oczywiste – wszak jedzenie serwuje mu zupełnie inna osoba, a i codzienny kontakt z nim jest raczej przywilejem stajennego, a nie moim – próbowałam pokazać Spartkowi podpisaną przeze mnie umowę kupna-sprzedaży, by uświadomić mu, że już „pozamiatane” i będzie mnie miał na głowie już na zawsze, więc lepiej się z tym faktem pogodzić i próbować się dogadać. Ale i to nie pomogło… Mimo codziennych wizyt w stajni, solidnej pracy z ziemi i dłuuugich rozmów w czasie czyszczenia, nadal byłam dla Spartka czymś w rodzaju „elementu krajobrazu”. Mogłam być, ale równie dobrze mogło mnie nie być – ta zmiana w jego otoczeniu nie zaburzała jego równowagi psychicznej ani nie spędzała snu z powiek…

SAM_3270

Nie powiem, było mi przykro. Kiedy pojawiałam się na terenie stajni, zawsze z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, widziałam wysyłane ze strony konia sygnały ostrzegawcze – machnięcie ogonem, położone uszy, niezadowoloną minę… Jeśli i tego było za mało, koń odwracał się zadem i, machając łbem, jakby odganiał natarczywą muchę, oddalał się w najdalszy kąt pastwiska. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zupełnie nie rozumiałam, skąd się wzięła ta niechęć do mojej osoby. Problem jednak nie leżał po stronie konia. Rzecz w tym, że mając wcześniej do czynienia głównie z psami i wiedząc, że psie serducho można zdobyć w ciągu paru dni wspólnego przebywania, spodziewałam się po Spartku właśnie takich „psich” zachowań. Myślałam – wystarczy, że zaproponuję mu wspólną zabawę czy miłe spędzanie czasu – a przyjmie mnie do swojego „stada”. Otóż nie… Zrozumienie istoty naszych relacji zajęło mnie prawie trzy lata. Przez ten czas nauczyłam się nie gniewać na jego fochy, nie odbierać jego zachowań osobiście, nie obwiniać się i nie szukać drugiego dna. Odkryłam za to, że w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie bardzo podobni.

Jak dwie krople wody

Zdążyłam poznać charakter naszego Spartana i polubić go takim, jaki jest. A jest, w gruncie rzeczy, stworem niezwykle przyjacielskim, sympatycznym i, co najważniejsze, z poczuciem humoru. Zatem, do rzeczy, co nas łączy:

Niewątpliwie, niechęć do codziennej żmudnej pracy. Pod tym względem jesteśmy zgrani w sposób doskonały. Nowe rzeczy potrafią nas zafascynować i porwać całkowicie, lecz z chwilą, kiedy stają się codziennym obowiązkiem, przestają interesować. Przynoszone przeze mnie do stajni  zabawki w postaci piłek, pachołków, straszaków (parasoli, kolorowych szmat, worków foliowych, kartonów, płacht itd) zaledwie przez krótki moment spełniają swoją rolę edukacyjną. Spartek z entuzjazmem zabiera się za poznawanie nowych rzeczy, chętnie uczestniczy we wszystkim, co może być dla niego odkryciem, lecz po chwili, kiedy przedmiot jest już mu dobrze znany, przestaje się nim interesować. Jeśli chodzi o mnie pod tym względem – cóż, pominę ten aspekt mojej osobowości milczeniem… Ilość najróżniejszych zajęć i stanowisk, które „przerobiłam” w swoim życiu, mówi sama za siebie…

spartek_plachta

Drugą naszą wspólną cechą charakteru jest wrodzona strachliwość, a jednocześnie – ciekawość. Mówiąc prościej, boimy się z założenia, ale spróbować trzeba. I w tym przedziwnym zestawieniu, mimo wszystko, odnajduję pewnego rodzaju odwagę. Bo czyż pokonywanie własnych strachów nią nie jest? Jeśli chodzi o Spartka, to wielokrotnie obserwowałam, jak na pastwisku pierwszy biegnie w kierunku niepokojąco szeleszczących krzaków, by sprawdzić, co to może być, podczas gdy reszta stada stoi w oddaleniu, gotowa do ucieczki. I co najśmieszniejsze, gdyby obiekt zainteresowania był rzeczywiście niebezpieczny, Spartan pierwszy rzuci się do galopu… Jeśli chodzi o mnie, to najlepszym w tym kontekście przykładem, będzie chociażby jazda konna. Koni zawsze się trochę bałam, ale odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do nich i wszędzie szukałam kontaktu z tymi zwierzętami… Po prostu muszę z nimi być.

Upór, trwanie przy własnych przekonaniach wbrew wszystkiemu – niestety, to też nas łączy. Ponieważ nasze ze Spartkiem cele i dążenia zbyt często leżą na przeciwstawnych biegunach, to mamy o czym dyskutować. Ot, chociażby wyprowadzanie Spartka ze stajni na lonżownik. W połowie drogi koń się wyrywa i powraca do boksu – tak postanowił i tak też będzie robił choćby i pięćdziesiąt razy. Ale, niestety, trafił swój na swego… Ja zaś postanowiłam jednak doprowadzić go do lonżownika, dlatego po raz siódmy, ósmy, dziewiąty – już na ogłowiu wędzidłowym – będziemy ruszali w kierunku lonżownika. Aż tam dojdziemy! Tego uporu i niczym niezmąconego spokoju w „wiecznych powrotach” do uciekiniera nauczył mnie sam Spartan… Najważniejsze, że wcale się nie denerwuję!  Już się nie denerwuję. Kiedyś doprowadzał mnie tym do rozpaczy. Teraz? W życiu! Po prostu sprawdzamy, kto jest bardziej uparty.

SAM_3278

Następna cecha, o której nie sposób nie wspomnieć, to wrodzona chęć do przekomarzania się, a jednocześnie brak zapędów do walki na śmierć i życie. Początkowo sądziłam, że Spartan należy do tych, co zawsze i ze wszystkimi muszą wygrać, że ostatnie słowo (lub raczej kopniak) musi należeć do niego. Powoli jednak zmieniam zdanie. Ten koń nie jest na tyle głupi, by wygrywać za wszelką cenę. Zatem jeśli siła argumentów przeciwnika go przekonuje, jest w stanie ustąpić, choć po drodze „zaserwuje” kilka złośliwych uwag. W relacjach z innymi końmi nigdy nie wywołuje poważnego konfliktu, ale i chętnie wskaże słabszemu osobnikowi jego miejsce w stadzie. Z szefem nie zadziera, lecz upomniany przez niego, zawsze na odchodne, mimo wszystko, zaznaczy, że i tak ma rację. Leciutki strzał z zadu, położone uszy, wściekle machający ogon – niby ustąpił, lecz swoje wie… No cóż, muszę przyznać, że też nie lubię mieć szefów… I mimo że z większością rozstawałam się w zgodzie, to rozmowy z przełożonymi często kończyły się słowami „tak, oczywiście, ale…”

No cóż, złoto – nie koń! Łagodne usposobienie, otwartość charakteru, przyjacielskość i wiele innych cech – rzecz jasna, nasz łączą 😉 Lubimy ze Spartkiem spędzać czas miło, przy niezobowiązującej pogawędce, wśród przyjaciół. Ambicje, ściganie się o cokolwiek, chęć rywalizacji – te cechy są nam zupełnie obce. Najlepiej jest, kiedy przyjeżdżamy do stajni ze znajomymi i wszyscy razem idziemy na padok podziwiać Spartka. Mile widziane czyszczenie i szczotkowanie grzywy z udziałem wszystkich zaproszonych gości, wspólne karmienie smakołykami, podziwianie jego urody i opowieści o wspaniałym charakterze. Czyli próżność i umiłowanie do twórczego lenistwa – ot, jak można to podsumować. Myślę, że najlepiej by się sprawdził w wydawaniu „obiadów czwartkowych”, serwując zaproszonym gościom niezobowiązującą pogawędkę i garść dowcipów na bieżące tematy polityczne.

Podsumowując, trzeba przyznać, że dopiero po trzech latach zaczęłam rozumieć Spartana. Odkryłam w nim istotę bardzo do mnie podobną. Zdobyłam jego sympatię i zaufanie. Wiem, czego mogę od Spartka oczekiwać i wiem też, że nie robi niczego przeciwko mnie. Pewne Spartkowe niesubordynacje wynikają, przede wszystkim, z jego charakteru i chcąc z nim współpracować,  należy brać to pod uwagę. Spartek zaczyna coraz częściej iść na kompromis, ale nigdy nie pozwoli, by ktoś go do czegoś zmusił. Z nim naprawdę warto rozmawiać! Negocjować, dyskutować, przedstawiać korzyści, wynikające z odpowiedniego postępowania. Trzeba przyznać, że obcowanie z tym koniem niezwykle rozwija zdolności dyplomatyczne.

„Męskie geny”

A więc tyle, na pierwszy rzut oka, mamy wspólnego ze Spartkiem. A co chłopak odziedziczył „po tatusiu”? By przedstawić to w sposób obrazowy, opiszę moją ostatnią wizytę w stajni: Konie, po dłuższym okresie na tzw. zimowych padokach (z małą ilością trawy) wreszcie wyszły na trawiaste łąki. Od razu wiedziałam, że tym razem sprowadzenie Spartana na ujeżdżalnię będzie graniczyło z cudem. Tak też było. Wchodzę na łąkę z liną i kantarem w ręku. Spartek, widząc mnie z daleka, żwawo maszeruje w moją stronę. Podchodzi, wita się serdecznie: „Miło że wpadłaś! Strasznie się cieszę! Zobacz, jak tu fajnie – no coś wspaniałego. Niestety, teraz zupełnie nie mam czasu. Sorki, do zobaczenia!” – i tyle go widziałam… Po założeniu kantara i ruszeniu w kierunku wyjścia z łąki, Spartek odwrócił się na pięcie i wrócił do koni.  Podjęłam jeszcze kilka prób – bezskutecznie. Postąpiłam zupełnie niepedagogicznie, gdyż dałam mu spokój i poszłam sama na ujeżdżalnię, by zastanowić się, co z tym fantem zrobić. Dziewczyny – Kasia i Basia – dzielnie ćwiczyły kłusy i galopy, a ja siedziałam na ławce i rozmyślałam nad swoim losem. Po zakończeniu jazdy dziewczyny zaproponowały, że chętnie pójdą ze mną po Spartka – może we trójkę uda nam się go sprowadzić. Nie wierząc zbytnio w powodzenie przedsięwzięcia, ruszyłam w ich towarzystwie w kierunku łąk. Wchodzimy. Spartek ochoczo przyszedł do założenia kantara. W oczach – pełne oddanie i ocean łagodności: „O, Kasia! Basia! To dokąd idziemy, dziewczyny?”. I ruszył za nami z łąki, precz od koni i trawy, na ujeżdżalnię, lonżownik, do stajni, na koniec świata… Ot, tyle na temat „męskich genów” 🙂

Podstawy BHP, czyli parę słów o tym, jak o mały włos nie zarobiłam…

Wczorajszą wizytę u Spartka uważam za wielce udaną… Działo się wiele i zarazem niewiele, zależy jak się na to spojrzy… Osobiście, wyjeżdżając ze stajni, byłam bogatsza o kilka ważnych dla mnie doświadczeń.

Po pierwsze, niemalże na własnej skórze przekonałam się o tym, że przebywając z końmi, należy mieć oczy dookoła głowy, a więc – w pewnym sensie upodobnić się do kopytnego. Wszak konie z natury są obdarzone widzeniem peryferyjnym – położenie oczu po bokach głowy nie jest przypadkowe. Dla roślinożerców rzeczą najważniejszą jest w porę dostrzec zagrożenie i podjąć właściwą decyzję – czy uciekać, czy też spokojnie obserwować otoczenie. Popełnienie błędu w ocenie stopnia zagrożenia równa się śmierci.

Ludzie, niestety, takich możliwości są pozbawieni. Dlatego musimy szczególnie uważnie obserwować końskie zachowanie, przebywając w pobliżu tych zwierząt, a zwłaszcza w sytuacji, kiedy jesteśmy wśród stada koni. A za stado należy uznać nawet dwa przebywające na padoku osobniki.

IMG_0755
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Tak więc wczoraj na padoku zastałam Spartka i Czabora, Barbara („narzeczona” Spartana) właśnie wyszła z padoku na przechadzkę. W związku z tym postanowiłam popracować ze Spartkiem z ziemi na padoku. Towarzystwo Czabora w żaden sposób nie mogło nam przeszkodzić. Najpierw jednak, rzecz jasna, zabrałam się, za czyszczenie chłopaka. Nie był nawet szczególnie brudny, ale zasady muszą obowiązywać. Przed pracą należy konia wyczyścić, choćby nawet symbolicznie. Z kolei czyszczenie kopyt jest zawsze obowiązkowe. Wyszorowałam Spartucha elastyczną szczotką do masażu, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc, wielbionych przez owady, a trudnych do podrapania przez konia, czyli brzuszyska, szyi, zadu… Początkowo nawołujący Barbarę Spartan po paru minutach masażu zupełnie się rozpłynął i zdaje się, zapomniał o istnieniu narzeczonej. Po starannym wyszorowaniu całego rumaczego cielska przeszłam do kopyt. Wspomnę tylko, że niegdyś podawał je niechętnie, dwa lata temu musiałam nawet mieć asystę do trzymania konia przy ich czyszczeniu. Mało że na „prośbę” o podanie nogi wbijał ją w ziemię z siłą niespotykaną nawet wśród koni, to jeśli już w końcu mi ją podał, to po chwili kładł się na mnie całym swoim ciężarem, zerkając z ukradka, kiedy się przewrócę. Nie przewróciłam się nigdy, ale i dalsze trzymanie maksymalnie obciążonej przez konia nogi stawało się niemożliwe… Więc jeśli nie udawało mi się odepchnąć końskiego zadu, musiałam nogę puścić, co Spartek zazwyczaj kwitował westchnieniem, po czym znów lekko unosił odpowiednią nogę, niejako zapraszając mnie do podjęcia kolejnej próby… Początkowo bardzo mnie to irytowało, stosowałam oczywiście wszystkie wskazówki trenerów, techniki nauczania konia podawania nóg itd… Oczywiście, metody te skutkowały, lecz zazwyczaj w ramach jednego treningu – następnego dnia mogłam być pewna, że zabawa zacznie się od początku, zgodnie z opracowanym przez Spartka scenariuszem. Problemy się skończyły dopiero wtedy, kiedy po ładnym podaniu którejś z nóg zaczęłam mówić koniowi „Dziękuję” 🙂 W ten sposób Spartan przypomniał mi o zasadach dobrego tonu i doszliśmy do porozumienia.

A tak już zupełnie na poważnie (a propos „Dziękuję” też było na poważnie, bo bez tego nie mamy o czym gadać), dzięki rytualnemu czyszczeniu przy byle okazji, Spartan daje nogi leniwie, lecz zupełnie bezproblemowo. Także wczoraj, będąc na padoku w towarzystwie spoglądającego w siną dal Czaborka, zabrałam się za czyszczenie kopytek. Kiedy już byliśmy przy czwartym, tylnym lewym kopytku, i już prawie zakończyłam pedicure, zdarzyła się rzecz dla mnie zupełnie nieoczekiwana… A to wszystko dlatego, że nie ma się tych oczu dookoła głowy…

kopytko_n
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Kiedy tak stałam, pochylona nad tylnym kopytem, w niebezpiecznie bliskiej od niego odległości, a jednocześnie odwrócona od głowy konia (dla tych, którzy nigdy nie czyścili kopyt, mogłabym tu dać zdjęcie, w jakiej pozycji się to robi, lecz nader niekorzystnie wyglądam z tej perspektywy:), Spartek nagle wierzgnął, wydając jednocześnie charakterystyczne dla  walczących koni kwiknięcie. Kopyto powędrowało do tyłu, tuż koło mojej twarzy z takim impetem, że zdumiona zdążyłam się odchylić i natychmiast się odwróciłam, by zobaczyć, co mogło być przyczyną takiego zachowania. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło!

IMG_0379
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Jak się okazało, Czaborek, znudzony siną dalą, postanowił zaczepić Spartana – wszak kolega był na pozycji, zdawałoby się przegranej, kiedy łatwo jest o bezkarne wywinięcie psikusa. Jednak Czabi się przeliczył, a i ja przy okazji. Kopniak był wymierzony przeciwko niemu, a że akurat się znalazłam w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiedniej chwili, to trudno – stwierdził Spartek. W chwili zdarzenia nie zdążyłam zareagować ani szarpnięciem liny, ani żadną inną formą korekty. Zdążyłam jedynie uniknąć kopniaka, z czego i tak jestem niezmiernie dumna, bo do bystrzaków nie należę. Wyniosłam jednak z całej tej sytuacji ważną dla siebie nauczkę – nie czyść kopyt w pobliżu innych koni na padoku, miej oczy dookoła głowy (przynajmniej  się postaraj!), nigdy nie ufaj koniowi w 100%-ach, nawet temu, którego znasz bardzo dobrze! Jak często mawia nasza trenerka Kasia, najwięcej wypadków zdarza się z własnymi końmi, ponieważ tracimy czujność – ufamy im bezgraniczne, znając ich nawyki i zachowania. A to błąd… Nie chodzi o to, by swoim koniom nie ufać, tylko o to, by brać poprawkę na ich naturalne zachowania, na reakcje odruchowe, kiedy mimo całego szacunku, jakim nas obdarzają, mogą niechcący zrobić nam krzywdę.

Tak oto, z głową nieuszkodzoną i pełną przemyśleń wracałam późnym wieczorem do domu… Bo po tym niemiłym zdarzeniu, które, o dziwo, kompletnie nie wytrąciło mnie z równowagi, wspaniale spędziłam ze Spartkiem wieczór. Pewnie chcąc wynagrodzić popełnione faux pas, Spartucha przymilał się, jak nigdy. Nie dość, że zignorował powrót do stada narzeczonej Barbary i chętnie wyszedł ze mną z padoku, to jeszcze od czasu do czasu wtulał swój wielki łeb mi w ramiona, pytając, czy u mnie wszystko w porządku, a na koniec dnia już całkiem mnie zaskoczył – w porze tuż przed sprowadzeniem koni, normalnie, jak zwykły grzeczny konik, poszedł ze mną do stajni, zostawiając wszystkie stada daleko na pastwiskach i nawet nie próbując się wyrwać i powrócić na padok… Czyż to nie najlepsze zakończenie tego dnia?

Aha, no i zapomniałabym napisać o kolejnym przemyśleniu, jakie naszło mnie w drodze do domu. Otóż, warto czasem pokonać te sto kilometrów, by po prostu pobyć ze zwierzakiem… Bo w planach miałam jazdę, siodło czekało przewieszone przez ogrodzenie ujeżdżalni, a czaprak – czyściutki i gotowy do wrzucenia na koński grzbiet. Wiedziałam jednak, że tego dnia Spartan i tak będzie najgrzeczniejszym koniem pod słońcem, że mogę śmiało wsiadać i że na pewno się już nie pokłócimy. Ale wiedziałam też, że byłoby mu bardzo miło, gdybym po prostu z nim była.

Konie na piedestale, czyli parę słów o pracy z ziemi…

Po powrocie z Sankt-Petersburga naszła mnie pewna refleksja, związana z architekturą tego miasta i jego atmosferą, a także, o dziwo, z pracą z końmi… No cóż, gdziekolwiek jestem, zwracam uwagę z końskie aspekty krajobrazu.

Krążąc godzinami po centrum i obrzeżach północnej stolicy, robiąc po dwadzieścia parę kilometrów pieszych spacerów każdego dnia, tym razem zwróciłam szczególną uwagę na rzeźby i elementy miejskiego krajobrazu,  związane z końmi. Jak się okazuje, w Petersburgu mamy zaledwie siedem pomników, przedstawiających jeźdźców (zawsze myślałam, że znacznie więcej, ponieważ w centrum miasta co i rusz trafiasz a to na Piotra Wielkiego a to na Mikołaja).

Jeździec Miedziany – Pomnik Piotra I

Najbardziej znanym, będącym jednocześnie symbolem miasta, jest Jeździec Miedziany – pomnik Piotra I, wzniesiony nad Newą na Placu Senackim (1782 r, francuski rzeźbiarz Etienne Maurice Falconet).

mednyj_vsadnik
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Historia powstania pomnika, a także ilość mitów, legend i tajemniczych opowieści, związanych z rzeźbą Piotra I, czyni zeń jeden z najbardziej zagadkowych symboli tego miasta. Prace nad stworzeniem Jeźdźca Miedzianego trwały od 1766 roku, kiedy wysłannik Katarzyny II udał się do Paryża, by tam podpisać kontrakt na wykonanie rzeźby z francuskim artystą Falconet, poleconym carycy przez Denisa Diderota. Już wkrótce francuski rzeźbiarz przeprowadził się do Petersburga i zamieszkał w odpowiednio przystosowanym budynku byłych carskich stajni, położonych przy drewnianym wówczas Pałacu Zimowym. Rozpoczęto prace nad pomnikiem. W 1769 roku w okolicach położonej niedaleko miasta wsi Konna Łachta znaleziono ogromny granitowy głaz, nazwany Grom-Głazem. Co ciekawe, dla znalezienia odpowiedniego rozmiaru kamienia, z którego, zgodnie z zamysłem Falconeta, miał być wykonany piedestał  pod pomnik Piotra Wielkiego, w jednej z petersburskich gazet opublikowano ogłoszenie – szukano chętnego, który by znalazł i przywiózł do Petersburga poszukiwaną kamienną bryłę. W nagrodę oferowano 100 rubli – wówczas to była ogromna kwota. Wkrótce na ogłoszenie odpowiedział chłop Semen Wiszniakow, który wskazał miejsce, gdzie od lat znajdował się Grom-Głaz, zgodnie z legendą, trafiony piorunem i właśnie w ten sposób ukształtowany. Swoją drogą, Wiszniakow od dawna miał zamiar pokruszyć kamień na drobniejsze kawałki i posprzedawać je w Petersburgu, gdzie wciąż rosło zapotrzebowanie na granit, lecz kamień nie chciał się poddać dłutu Wiszniakowa. W ten sposób Grom-Głaz doczekał swojego odkrycia przez francuskiego artystę. Transport ważącego ponad 2 tysiące ton głazu trwał prawie pół roku. W miejscu, z którego wydobyto głaz, wkrótce powstał staw, nazwany Stawem Piotrowym.

1024px-Озеро_на_месте_извлечения_Гром_камня
Автор: Витольд Муратов – Сфотографировано загрузившим, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7834764

Historia powstania tego pomnika jest niezwykle ciekawa i pełna niespodziewanych zwrotów akcji, a także zagadek i niewyjaśnionych faktów. Musiałabym kiedyś opisać ją osobno, może kiedyś, kiedy główny wątek opowieści, którym są jednak Konie na piedestale, nie będzie mnie ciągnął dalej, w stronę końskich motywów architektonicznych. Wspomnę tylko, że istniejąca niemalże od powstania pomnika legenda o tym, że dopóki istnieje na swoim miejscu pomnik Piotra I, dopóty miasto Piotrowe nie zostanie zdobyte przez wroga, wciąż jest aktualna. Pomysł przeniesienia, w celu ukrycia pomnika podczas wojny z Napoleonem, a następnie podczas II Wojny Światowej, nigdy nie został zrealizowany – pomysłodawcy zawsze w porę się wycofywali i do bram miasta, mimo całej jego tragicznej historii, nigdy nie wkroczył żaden najeźdźca.

Nikołaj I 

Co ciekawe, pomnik Nikołaja I został wzniesiony w jednej linii z pomnikiem Piotra I – dzieli je jedynie Katedra Św. Izaaka. Patrząc od strony Newy, widzimy najpierw Piotra I, następnie mamy Katedrę i tuż za nią, na środku Placu Izaakiewskiego – Nikołaja I. Pomniki są usytuowane w ten sposób, jakby Nikołaj gonił Piotra, co natychmiast zostało przekształcone w miejskim folklorze w następujący epigramat: Mądrego głupi goni, lecz Katedra go chroni.

450px-Monument_Nikolay_I_01
Autor zdjęcia: Korzun Andrey from: https://ru.wikipedia.org/wiki

Pomnik Nikołaja I powstał w 1856 roku, tuż po śmierci imperatora, według projektu francuskiego architekta Auguste de Montferranda, lecz jego uroczyste otwarcie nastąpiło w 1859 roku. Autorem 6-metrowej konnej rzeźby był z kolei niemiecki rzeźbiarz Peter Clodt, do którego jeszcze wrócimy w dalszej części podróży po Petersburgu. Konnym modelem w trakcie powstania rzeźby został ulubiony ogier cara Nikołaja – Amałatbek. W XIX wieku pomnik Nikołaja uważano za cud architektury, ponieważ była to pierwsza w Europie konna rzeźba, utrzymująca się wyłącznie na dwóch punktach oparcia, czyli tylnych nogach konia. Pierwszy tego typu pomnik powstał w stolicy Stanów Zjednoczonych w 1852 roku.

Pierwszy konny pomnik w Rosji – i znów Piotr I

Zaczęłam swoją podróż po Petersburgu od innych pomników, przedstawiających jeźdźców, tymczasem pierwszym konnym pomnikiem w Rosji był pomnik Piotra I, wzniesiony w 1800 roku na polecenie Pawła I przed siedzibą ówczesnego cara – Pałacem Michajłowskim.

piotrI_mix.zamok1
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Swoją drogą, Zamek Michajłowski, czy też Inżynerski, znajdujący się w samym centrum Petersburga nad rzeką Fontanką i sąsiadujący ze słynnym Letnim Ogrodem – to jedno z moich ulubionych miejsc w Petersburgu. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałyśmy z moją przyjaciółką Meriem do poduszki opowieść o tragicznej śmierci Pawła I, o zamachu, jakiego dokonano na cara w murach Zamku Michajłowskiego, o tym, jak zjawa nieszczęsnego Pawła krąży po zamkowych korytarzach, straszy nad wybrzeżem rzeki i woła o sprawiedliwość. Odkąd przeczytałyśmy książkę o tajemnicy zamku, naszym ulubionym zajęciem były nocne spacery po parku wokół miejsca zbrodni, zaglądanie do ciemnych zamkowych okien w nadziei na to, że w którymś z nich rozbłyśnie światło zapalonej świecy, a zamordowany car w białej nocnej koszuli i nocnym czepku na głowie powita nas w ciemności okiennych otworów, czyniąc płomieniem świecy znak krzyża.

mix_zamok_noch
Źródło: http://www.nice-places.com/articles/russia/peterburg/772.htm

W 1716 roku z zadaniem wykonania pomnika Piotra I do Rosji zaproszono włoskiego architekta-rzeźbiarza Bartolomeo Karlo Rastrelli. Artysta przybył do miasta wraz z synem – Bartolomeo Francesco, który w przyszłości stanie się jednym z najsłynniejszych artystów Petersburga, tworząc swój niepowtarzalny styl w architekturze. Natomiast przybyły do rodzącego się wśród bagien, założonego przez Piotra Wielkiego miasta, Bartolomeo miał okazję stworzyć popiersie Piotra na podstawie odlewu z maski woskowej, wykonanej z twarzy jeszcze żyjącego cara. To właśnie dzięki niemu wiemy, jak wyglądał założyciel Petersburga. Prace nad pomnikiem trwały również po śmierci Piotra I i dopiero odejście Bartolomeo przerwało dzieło wielkiego rzeźbiarza. Odlewu pomnika dokonał z kolei syn Bartolomea – Francesco, lecz po śmierci Elżbiety Piotrowny los pomnika został przesądzony – gotowe dzieło przerzucano z magazynu do magazynu i dopiero na rozkaz Pawła pomnik wreszcie ustawiono przed głównym wejściem Pałacu Michajłowskiego. Napis na piedestale głosi: Pradziadowi od Prawnuka. 1800.

piotrI_mix.zamok2
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

„Nie koń, lecz potwór obły…

– tymi słowami opisał pomnik Aleksandra III na koniu rosyjski pisarz-filozof przełomu XIX-XX wieków Wasilij Rozanow. „Ogromne, potężne i brzydkie… Z obciętym ogonem – po co ten obcięty ogon? I co najważniejsze – jakie zadzisko ma ten koń!”.

Car Aleksander III zasłynął, przede wszystkim, z dwóch powodów. Po pierwsze, za jego panowania Rosja nie prowadziła żadnej wojny, co nie zdarzało się w moim kraju od IX wieku. Po drugie, to właśnie za jego rządów została zbudowana kolej transsyberyjska. W 1899 roku, pięć lat po śmierci cara, Nikołaj II ogłosił konkurs, którego uczestnicy mieli nadsyłać projekty pomników wielkiego cesarza Aleksandra. Pomnik miał być gotowy do 1902 roku, kiedy planowano uroczyste otwarcie kolei transsyberyjskiej wraz z inauguracją pomnika na placu przed Dworcem Nikołajewskim (dziś – Moskiewskim).

aleksander_mram_dvorec
Źródło: http://palmernw.ru/mir-piter/alexandr_3/alexandr_3.html Autor: Возлядовская А.М., Гуминенко М.В., фото, 2006-2015

Zwycięzcą konkursy został Paolo Trubecki, włoski rzeźbiarz rosyjskiego pochodzenia. W trakcie ośmioletniej pracy nad ostatecznym kształtem pomnika Trubecki wykonał aż osiem wariantów rzeźby. Końskim prototypem został rumak samego imperatora Aleksandra. Prace ukończono z dużym opóźnieniem i uroczyste otwarcie nowego pomnika odbyło się dopiero w 1909 roku. Opinie na temat tego dzieła architektury od razu były podzielone. Mieszkańcy miasta uważali, że pierwotnie pomnik zamierzano umiejscowić na Uralu, nieopodal kolei transsyberyjskiej, na granicy Europy i Azji. Z okien pędzącego pociągu zbyt monumentalna postać jeźdźca nie rzucałaby się w oczy tak bardzo, jak na placu w centrum Petersburga. Choć trzeba przyznać, że car Aleksander III rzeczywiście był potężnego wzrostu – 193 cm, tęgiej postury i ogromnej, nadludzkiej siły.

Obraz całego dzieła, a także jego wymowę symboliczną najlepiej oddają słowa Wasilija Rozanowa: „Koń się zaparł… Głowa uparta i głupia. Grzywa o mało się nie zjeżyła. Koń nie rozumie, dokąd go pcha jeździec. A zresztą – nie chce nigdzie ruszać. Ten koń jest okropnym liberałem: nie zwróci swej głowy ani do tyłu, ani do przodu, ani na bok. „Wprowadź reformy, bez tego nie ruszę” – „Ja ci zaraz dam reformy!”… Koń cierpi: Munsztuk niemalże łamie mu szczękę, dolna żuchwa prawie prostopadła do linii głowy. głowa konia jest uparta i tak mało w niej geniuszu, jak w „nas wszystkich”, jak w „całej Rusi”, jak w „naszej inteligencji”. – „Chcę światła!” A ogona brak, ogon ktoś odgryzł tej mądrali. Pomiędzy ogonem, dokładniej rzecz ujmując – brakiem ogona – a złośliwym, wyszczerzonym łbem umiejscowiono ogromny tułów z ogromnymi bokami, takimiż nogami, z brzuszyskiem, jakich zdecydowanie nie znajdziemy u żadnego konia. Trubecki na pewno nie stworzył konia – to nie koń, to diabli wiedzą co!” Widząc, że koń charczy, jeździec stwierdza, że zwierzę postradało zmysły, jest zupełnie dzikie i niebezpieczne, a jeśli nie wolno na nim ruszyć, to przynajmniej należy stać  – nieruchomo i bezpiecznie. I tak się to wszystko zatrzymało, niczym zaparty koń”.

alIII_glowa_konia
Źródło: http://palmernw.ru/mir-piter/alexandr_3/alexandr_3.html Autor zdjęcia: Возлядовская А.М., Гуминенко М.В., фото, 2006-2015

Pomnik utracony 

Kolejnym wizerunkiem jeźdźca w Sankt-Petersburgu był powstały w 1913 roku pomnik Księcia Nikołaja Starszego, autorstwa włoskiego rzeźbiarza Pietro Canonica.

nikolaj_starszy
Źródło: http://dimon-porter.livejournal.com/67751.html

Niestety, w październiku 1918 roku pomnik na mocy dekretu o monumentalnej propagandzie, pomnik uznano za dzieło absolutnie bezwartościowe zarówno z punktu widzenia estetyki, jak i historii, po czym niezwłocznie zlikwidowano. Obecnie w miejscu tego pomnika znajduje się fontanna.

Pomnik niezłomnego Leningradu 

Pomnik konnej armii Wasilija Czapajewa został wzniesiony w oblężonym, umierającym z głodu Leningradzie w zimie 1943 roku. Piszę te słowa i możecie mi wierzyć, że mam łzy w oczach. Z dzienników osób, które przetrwały oblężenie Leningradu, z filmów, z lekcji historii wiedziałam, jak wyglądało życie i nadciągająca zamarzniętymi ulicami wygłodzonego miasta śmierć milionów ludzi – mieszkańców Leningradu… Wiedziałam też, że nawet w takich warunkach ludzie chodzili do pracy, a jak już nie mieli sił, by chodzić, zostawali w pracy na długie tygodnie…  Nie wiedziałam jednak, że wtedy pracowali nad pomnikiem Czapajewa – wierząc, że to, co robią – wbrew wszystkiemu, wśród umierających bliskich i przyjaciół – ma sens! Ta praca mogła być dla nich, bohaterów tego miasta – iskierką nadziei na przetrwanie…

czapajew
Źródło: http://dimon-porter.livejournal.com/67751.html

Kompozycja rzeźby – pędzący na koniu Wasilij Czapajew, z bagnetem w dłoni, z siedmioma żołnierzami, wspierającymi swojego dowódcę – prezentuje moment natarcia Czerwonej Gwardii. Pomnik autorstwa rzeźbiarza Matwieja Manizera był jednym z największych kompozycji w ówczesnym ZSRR – jego wysokość wynosiła 4,5 m, zaś na wykonanie odlewu zużyto 12 ton brązu. Przez lata pomnik wędrował po różnych dzielnicach Petersburga, by ostatecznie znaleźć swoje miejsce na placu przed Wojskową Akademią Łączności w jednej z północnych dzielnic miasta.

Aleksander Newski

Pomnik wielkiego dowódcy Aleksandra, który zasłynął zwycięstwem nad Szwedami w bitwie w 1240 roku, jaką stoczono nad Newą, otwarto w Petersburgu całkiem niedawno – w 2002 roku. Aleksander Newski, książę Nowogrodzki, Kijowski i Władimirski, wielki rosyjski dowódca, kanonizowany przez cerkiew prawosławną w 1547 roku, jest drugą, obok Piotra Wielkiego, symboliczną postacią miasta – to właśnie pod jego dowództwem wojska rosyjskie pokonały Krzyżaków nad Jeziorem Czudzkim pod Pskowem oraz uwolniły księstwa rosyjskie od obowiązku płacenia danin na rzecz Złotej Ordy.

aleksander_nevsky
Źródło: http://sasha-bogdanov.livejournal.com/1713074.html

Rzeźbiarz Walentin Kozeniuk rozpoczął prace nad pomnikiem już w 1967 roku. Idea upamiętnienia wizerunku wielkiego Aleksandra stała się głównym celem całego życia rzeźbiarza, niestety, Kozeniuk nie zobaczył swojego dzieła na piedestale. Po śmierci rzeźbiarza prace kontynuował jego uczeń Aleksander Palmin. Postawa Aleksandra oraz wyraz jego twarzy są odzwierciedleniem słynnej sentencji – Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

„Poskromienie koni” Klodta na Moście Aniczkowskim

W ten sposób truchcikiem zwiedziliśmy wspólnie wszystkie miejsca w Petersburgu, gdzie można spotkać jeźdźców na postumencie. A jednak koni w tym miejscu jest znacznie więcej – tyle że niekoniecznie osiodłanych. Najsłynniejszą „konną kompozycją” miasta z pewnością jest dzieło Piotra Klodta von Jungersburga „Poskromienie koni”, przedstawiające cztery sceny z procesu ujarzmienia konia przez człowieka.

Pomysł stworzenia rzeźb konnych, będących ozdobą Petersburga, zrodził się w 1832 roku. Zamówienie trafiło do młodego wówczas rzeźbiarza-samouka Piotra Klodta, który natychmiast przystąpił do jego realizacji. W listopadzie 1841 roku pierwsze dwie rzeźby ustawiono na Moście Aniczkowskim, łączącym brzegi Fontanki na Newskim Prospekcie. Tłumy zachwyconych mieszkańców Petersburga gromadziły się wokół wzniesionych na wschodniej stronie ulicy kompozycji. Po drugiej stronie rzeźbiarz tymczasowo ustawił gipsowe kopie tych samych pomników, wytrwale pracując nad ich odlewem w brązie. Dziesięć lat później Klodt wreszcie wykonał brązowe odlewy rzeźb z zamiarem ustawienia ich po drugiej stronie ulicy, lecz świeżo wykonane rzeźby wpadły w oko Fryderykowi Wilhelmowi IV Pruskiemu. Car Nikołaj postanowił sprezentować gotowe rzeźby i już wkrótce powędrowały one do Berlina, gdzie stanęły przed wejściem do siedziby króla. Klodt niestrudzenie walczy o odlew kolejnych rzeźb i już rok później konne kompozycje znów są gotowe. Jednak i tym razem miasto Piotrowe nie miało szczęścia – zobaczył je król Sycylii Ferdynand II i zapragnął mieć je u siebie w Neapolu. Car po raz kolejny poddał się namowom gościa z zagranicy, a Petersburg znów czekał na zakończenie dzieła wielkiego rzeźbiarza. Jednak, jak się okazało, długie oczekiwanie bardzo się miastu opłaciło. Klodt postanowił, że zamiast kopii dwóch pierwszych rzeźb, wykona kolejne pomniki, przedstawiające następne etapy poskromienia zwierzęcia przez człowieka. Zatem po osiemnastu latach ciężkiej pracy, w 1851 roku konna kompozycja na Moście Aniczkowskim została ukończona.

Według zamysłu artysty, rzeźby przedstawiają kolejne etapy ujarzmienia dzikiego konia. Autor bezbłędnie oddał strach, gniew, walkę i pierwsze próby podporządkowania dzikiego stworzenia. Artysta tworzył gipsowe postacie koni, odwzorowując arabskie rumaki z carskiej stajni, w tym – ulubionego ogiera Nikołaja I Amałatbeka. Przyglądając się rzeźbom, zobaczymy najdrobniejsze szczegóły budowy końskiego ciała – jego mięśnie, żyły, wyraz oczu oraz ruch, utrwalony w brązie. Podobno odwiedzający pracownię rzeźbiarza car Nikołaj stwierdził, że rzeźby Klodta są nawet lepsze od jego wspaniałych ogierów.

Chciałabym pokazać najlepsze zdjęcia, jakie udało mi się znaleźć – trafiłam na stronę wspaniałego fotografa http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395, zajmującego się fotografią miejską. Mam nadzieję, że zdjęcia jego autorstwa pozwolą zobaczyć całe piękno, dynamikę i pasję, jakie widzę w tych dziełach sztuki.

Pierwsza grupa prezentuje mężczyznę, prowadzącego dzikiego konia – koń próbuje się wyrywać, człowiek stara się utrzymać zwierzę. Atletyczna budowa chłopaka każe mi wierzyć, że to mu się udało… Jednak chyba w tej sytuacji przydałoby się wędzidło…

klodt1
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

No i mamy je – już w kolejnej rzeźbie. Koń w ogłowiu, z wędzidłem w pysku i mocno ściągniętymi pod żuchwą wodzami staje dęba. W oczach przerażonego zwierzęcia widać gniew, determinację i gotowość do walki. Moim zdaniem, chłopak naprawdę się naraża…

klodt3
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

W tym zbliżeniu możemy dokładnie zobaczyć ułożenie wędzidła w pysku konia, ogromne nozdrza i wielkie, przerażone oczy… Spójrzcie, z jaką dokładnością rzeźbiarz oddaje każdą żyłkę na końskiej głowie, zmarszczki nad górną wargą… Dopiero dzięki autorowi tych zdjęć możemy docenić ogromny talent młodego rzeźbiarza. Zapewniam, że zatrzymując się pośrodku mostu na Newskim Prospekcie i patrząc z dołu na piękne rzeźby Klodta, ciężko jest dostrzec ich każdy szczegół. Tłum ludzi, pędzący chodnikiem w każdą stronę, szum ulicy i samochodów zakłócają odbiór tego pięknego dzieła.  Myślę, że najlepiej byłoby przyjść na Most Aniczkowski o świcie, kiedy miasto na parę godzin zamiera, a szaro-różowe niebo nad Petersburgiem stanowi idealne tło do podziwiania pięknych rzeźb wielkiego artysty.

klodt4
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Trzecią grupą kompozycyjną stanowi człowiek z częściowo osiodłanym koniem, trzymanym na wodzy. Na kopytach widzimy podkowy, oprócz ogłowia – widać popręg i skórę niedźwiedzia, służącą zapewne za siodło. Koń wciąż nie chce się poddać człowiekowi, i mimo że podkuty i osiodłany, ponownie podejmuje walkę o wolność. Jednak w postawie człowieka widzimy absolutną pewność siebie, chłopak stoi wyprostowany, mocno trzymając wodze i ściągając zbuntowane zwierzę na ziemie.

klodt5
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Czy tym razem jemu się uda?

klodt6
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Otóż, chyba jednak nie. Na ostatniej rzeźbie z tej kompozycji widzimy, że koniowi udało się wznieść nad człowiekiem, chłopak znalazł się w bardzo niebezpiecznej pozycji – na ziemi, tuż pod przednimi kopytami ogromnego zwierzęcia.

Krótka i w genialny sposób przedstawiona historia na temat relacji konia i człowieka. Perspektywa, jaką ukazuje nam ostatnie zdjęcie tej kompozycji, daje jednoznaczny obraz wyższości konia nad człowiekiem. Nawet największy atleta nie jest w stanie za pomocą siły i przymusu wygrać z tym zwierzęciem. Człowiek fizycznie jest słabszy od konia – wniosek prosty i, niestety, dla wielu z nas wciąż nieoczywisty…

klodt7
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

No ale przecież miało być o pracy z ziemi… I chyba trochę jest, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się historii, opowiedzianej nam przez genialnego Klodta.

 

Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

Gdzie Rzym a gdzie Krym, czyli powrót do ZSRR lat 70-ch…

burcev_czaszka
Rosyjski naukowiec Igor Burcev z czaszką potomka Homo georgicus. Źródło: http://planetguide.ru/about/rukovodstvo/burcev_igor/

Wprowadzenie do tematu Zmor – pod linkiem Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Pierwsza część – pod linkiem Saga o Końskich Zmorach Część I

Informacji o tajemniczym końskich warkoczykach nie musiałam długo szukać. Rosyjska wyszukiwarka natychmiast „wypluła” mi kilkadziesiąt stron, odwołujących się do tego tematu. Oczywiście, najbardziej mnie zainteresowała strona, poświęcona wyprawom naukowym Igora Burceva, który już w latach 60-ch ubiegłego stulecia, wraz z żoną wędrował przez tereny południowego Azerbejdżanu w poszukiwaniach śladów obecności w tym rejonie przedstawicieli Homo georgicus.

Jako że lubię zgłębiać interesującą mnie problematykę, sięgając źródeł, ta ścieżka poszukiwania odpowiedzi na nurtujące pytanie od razu mnie pochłonęła. Chętnie podzielę się z Wami tym, co udało mi się odkryć.

Igor Burcev i jego poszukiwania

Urodzony w 1940-m roku Igor Burcev, dr nauk historycznych, a obecnie – wydawca i jeden z kierowników projektu „Światowa Encyklopedia Podróży”, od 1965 roku zajmuje się badaniem problematyki, związanej z historią oraz współczesnym występowaniem Homo georgicus, czyli gruzińskiego Yeti.

W czerwcu 1965 roku Igor Burcev, wraz z małżonką Aleksandrą Burcevą spędzali urlop w położonej na terenie Północnego Kaukazu Kabardo-Bałkarii. W czasie urlopu małżonkowie postanowili dołączyć do wyprawy naukowej Żanny Kofman, której celem było poszukiwanie śladów obecności almasty (tak miejscowi nazywają Yeti). Opowieści mieszkańców o pojawieniu się w ich rejonach przedstawicieli nieznanego dotąd gatunku dwunogich na tyle zafascynowały młodych naukowców, że w roku 1970-m małżonkowie Burcev organizują własną wyprawę naukową, tym razem w Góry Tałyskie, mieszczące się na pograniczu południowego Azerbejdżanu i Iranu. Mieszkające w tych rejonach Tałyszowie często wspominali miejscowemu nauczycielowi o gulajbanach i alażen, twierdząc, że te istoty wciąż przebywają w okolicznych górach.  Igor Burcev otrzymuje zgodę odpowiednich organów na przebywanie w rejonach przygranicznych i wyrusza na poszukiwanie Yeti. Tropiąc ślady obecności „leśnego człowieka”, Burcev spisuje relacje świadków o spotkaniach z tymi istotami, odnotowując każdą najmniejszą wzmiankę, dotyczącą przedmiotu badań. W jednej z rozmów miejscowi górale wspomnieli o tym, że w grzywach ich koni często pojawiają się dziwne warkoczyki – wieczorem stada są puszczane na nocny popas i oddalają się od osady na znaczne odległości, a rano, kiedy wracają, ich grzywy są w charakterystyczny sposób poplątane.

271352453f63d1448
Końskie warkoczyki w Górach Tałyskich – Południowy Azerbejdżan, lata 70-e. Źródło: http://planetguide.ru/about/rukovodstvo/burcev_igor/

Burcev wielokrotnie pytał górali, kto i w jakim celu może plątać koniom grzywy, na co miejscowi jednym głosem twierdzili, że jest to sprawka szajtana. I gdyby tylko chodziło o same warkoczyki – to pal licho, niech już je mają, i tak żadnego nie da się rozplątać… Ale konie często wracają zupełnie wyczerpane, jakby przez całą noc opędzały się od złych duchów lub ktoś uporczywie ganiał je po  górskich pastwiskach.

Przez kolejne trzy lata Burcevy przyjeżdżali w Góry Tałyskie, zbierając od okolicznych mieszkańców nie tylko opowieści, lecz również wycięte z końskich grzyw warkoczyki. Po trzech wyprawach uzbierało się ich ponad 40 – zaplecionych w bardzo podobny sposób, a różniących się jedynie  wielkością i stopniem staranności wykonania. Co więcej, z terenu całego Związku Radzieckiego do Burcevych zaczęły docierać listy, opisujące podobne zdarzenia, a nawet same warkoczyki…

Czy to nie Julia „naprawia” świat?

Co ciekawe, warkocze częściej pojawiały się w grzywach klaczy… Nic w tym dziwnego, wszak warkocze nie od dziś stanowią główną ozdobę prawdziwej kobiety… No i od razu mam przed oczami Julię Timoszenko… Nie wiem, ale ilekroć próbuję sobie wyobrazić kogoś, kto mógłby z takim poświęceniem, noc za nocą, wędrować po polach, upiększając końskie grzywy, to natychmiast wyłania mi się obraz nocnej Julii… No sama nie wiem…  może w dzieciństwie ćwiczyła na końskich grzywach… Ale dość już dygresji, wracamy na ścieżkę naukową.

1819970c11f0
Źródło: http://www.dombayclub.ru/index.php?showtopic=452

Pewnego dnia Burcev zauważył w grzywie jednej z kobył coś, co przypominało zalążki warkoczyków. Chcąc za wszelką cenę”dorwać” nocnego fryzjera, Burcev postanowił jej towarzyszyć podczas nocnego wypasu. Proces powstawania warkoczy trwał trzy doby. Warkocze wyłaniały się stopniowo, każdej nocy fryzura była starannie dopracowywana. Co ciekawe, Burcev odkrył, że nocne warkoczyki  „rosną” od dołu, czyli od końcówek włosów, a nie od nasady, tak jak plecie się normalne warkocze. Po pierwszej nocy Burcev zauważył w kobylej grzywie malutki warkoczyk, spleciony z końcówek włosów. Następnego ranka warkocz się powiększył, a jeszcze nie zaplecione pasemka grzywy zostały poskręcane na kształt dredów. Trzeciego dnia powstał warkocz ze skręconych włosów, lecz sięgał jedynie do połowy długości grzywy, i już się nie powiększał. Powstało coś w rodzaju pętli, zakończonej warkoczem. Po dokładnym obejrzeniu grzywy, Burcev zauważył na końcówce warkocza kawałek gliny, który sklejał dolne pasemka włosów. Czyżby komuś zależało na trwałości fryzury? Po trzech bezsennych nocach, zmęczony i przemoknięty do suchej nitki, Burcev wreszcie mógł odpocząć i przemyśleć to, co udało mu się zaobserwować. Siedział na metalowym łóżku w wagonie, będącym jedynym schronieniem naukowca, jadł arbuza i nagle doznał olśnienia! Wyciął z kawałka materiału, jaki miał pod ręką, trzy wąskie pasemka, uwiązał je obok siebie przy górnej ramie łóżka, łącząc końcówki małym węzłem. Następnie zaczął obracać powstałym z trzech końcówek węzełkiem – przerzucając go raz między pierwsze dwa pasma, następnie – między drugie a trzecie. Na jego oczach zaczął powstawać warkocz, co więcej – powstawał właśnie od dołu, czyli dokładnie tak, jak w końskich grzywach! No cóż, jednak nie była to sprawka Julii…

DSCF0089
Źródło: http://forum.swiatkoni.pl/topic/5305-demony-dreczace-konie/

Końskie warkocze powstają same z siebie – odkrył Burcev. Wystarczy, że kilka pasemek końskiej grzywy sklei się między sobą – za pomocą kawałka gliny, śliny czy innej lepkiej mazi, a koń już sam resztę zrobi. Oganiając się od much, konie tysiące razy dziennie machają głową, więc posklejane włosy mogą wielokrotnie w ciągu dnia trafić raz między jedne pasemka, raz – między drugie, tworząc w ten sposób nierówny, niedoskonały, lecz mimo wszystko – warkocz!

Tamtego dnia Burcev postanowił zakończyć swoje poszukiwania, a temat końskich warkoczyków wydawał mu się tematem zamkniętym. Jednak radziecki naukowiec się pomylił – i już wkrótce powrócił do tego tematu.

Saga o Końskich Zmorach – Część III

 

Saga o Końskich Zmorach Część I: Dziadek z Marij El i jak spotkałam Końskie Zmory

Wprowadzenie do tematu Końskich Zmor – pod linkiem Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Jak odkryłam „dziadka” z Marij El

bath132

Będąc z natury niedowiarkiem, zaczęłam się dopytywać. I co się okazało? Otóż, prawie każdy, kto miał do czynienia z końmi, słyszał o końskich warkoczykach lub nawet osobiście widział je na swoim koniu. I rzeczywiście, podobno nie da się tych warkoczy rozplątać – jedynym wyjściem zazwyczaj jest wycięcie tych poplątanych, mało estetycznych dredów. Zdarzyło się to nawet w stajni Kasi i Edka, gdzie rano znaleźli znerwicowaną kobyłę z warkoczami w grzywie. Reszta koni przebywających w stajni była nietknięta przez nocnego „cyrulika”. Coś w tym musiało być, kuna – nie kuna, ktoś przecież plątał końską grzywę!

Tej samej jesieni, niedługo po nocnych rozróbach w stajni, przyjechali do nas z Petersburga w odwiedziny mój brat z bratową. Oczywiście, poszliśmy poznać Spartka, a w drodze powrotnej opowiedziałam im o tym, co nam się przydarzyło i co za dziwne historie opowiadają moi znajomi koniarze. Ku mojemu zaskoczeniu, po wysłuchaniu moich opowieści bratowa – Masza – uśmiechnęła się i powiedziała, że takie historie opowiadał jej kiedyś dziadek, który, jak się okazało, całe życie pracował w stajni. Rodzina Maszy pochodzi z nadwołżańskich terenów Republiki o pięknej nazwie Marij El w środkowej Rosji. Tam też co roku wyjeżdżała do dziadków na wakacje. Opowiedziała nam, że często dziadek wysyłał dzieciaki na pastwisko po konie, więc Masza, wraz z koleżankami z sąsiedztwa, biegła na łąki, gdzie dziewczęta wdrapywały się na koński grzbiet i – bez siodła i ogłowia – sprowadzały konie do stajni. Któregoś lata, goszcząc i dziadków, Masza zagrała nawet w filmie, gdzie jako mała dziewczynka pędzi galopem na oklep przez bezkresne nadwołżańskie stepy. Ekipa filmowa, poszukująca pięknych plenerów i potrzebująca do filmu sceny z galopującą na koniu dziewczynką, zawędrowała do stajni dziadka… Oczywiście, Masza zgłosiła się na ochotniczkę i tym sposobem zaistniała na szerokim ekranie. Muszę się jej dopytać, co to był za film…  Chciałabym to zobaczyć! Zwłaszcza że teraz, po upływie wielu lat, Masza nie odważyła się nawet wejść na pastwisko Spartka i Magnolii…  Wróćmy jednak do naszych warkoczyków.

A więc również nad Wołgą ktoś bawi się w nocnego fryzjera?  Zaczęłam przeszukiwać Internet. Znając upodobanie moich rodaków do mistycyzmu, udałam się na strony, jakie podpowiadały mi rosyjskie wyszukiwarki. Wiedziałam, że znajdę tam nie tylko liczne przykłady niewyjaśnionych faktów z życia stajennego, lecz także – próby ich naukowego wyjaśnienia.

Szajtan, Yeti, Domowoj, Almasty, Goblin, jednym słowem – Końska Zmora

domovo3i

Opowieści o końskich zmorach, które przedzierają się do stajni w nocy, wskakują na koński grzbiet i dręczą konie, zostawiając nad ranem w ich grzywach mocno posplatane warkocze, krążą po całym świecie. Legenda głosi, że są to złe lub dobre duszyczki, zamieszkujące w pobliżu ludzkiego domostwa, występujące na całym świecie. W różnych rejonach Kaukazu są to szajtany, gulajbany, almasty, kaptary lub lesza-adam, co w tłumaczeniu zawsze oznacza to samo – „dziki leśny człowiek”. W Rosji na te przedziwne stwory mówią „domowoj” lub „stajenny susedko”. W Czuwaszji – „hert-surt”, we Włoszech – „langetti”, w Anglii – „gobliny”, zaś w Stanach Zjednoczonych – „bigfooty” lub „sasquatch”… W Polsce uważa się, że stajnie nawiedzają  straszliwe „końskie zmory”. Nie wiem, jakie macie skojarzenia, ale moim zdaniem, nazwa „końska zmora” określa raczej istotę płci pięknej. Zatem – polska demonologia ludowa doszukuje się w stajennych opowieściach pierwiastka żeńskiego, co wcale nie jest nielogiczne – w końcu dziewczynki od najmłodszych lat bawią się, zaplatając sobie nawzajem warkoczyki, a i stajnie w Polsce od dawna są opanowane przez kobiety. Jednakże wiele lat temu, gdy rodziły się legendy, kobieta w stajni była zjawiskiem raczej niespotykanym. Stąd pewnie samo pojawienie się w stajni białogłowy mogło zwiastować rozmaite końskie choroby, dziwne zdarzenia i mówiąc w skrócie – same nieszczęścia.

9f3499024f1815f890075d78e2c124bc,62,37

Skoro już mówimy o końskich zmorach, chciałabym się do czegoś przyznać… Dziewczyny, które przyjeżdżały do stajni pana Zbyszka i opiekowały się Magnolią, przepraszam Was bardzo… Odkąd dowiedziałam się, że coś takiego w ogóle istnieje, mówiłam o Was „końskie zmory”… A to tylko dlatego, że będąc w stajni nawet dwa razy dziennie, spędzając ze Spartkiem sporo czasu i widząc, że ktoś, oprócz mnie, także tu zagląda, co więcej, słysząc od pana Zbyszka, że bywacie regularnie, i nie widząc Was przez kolejne trzy miesiące ani razu, wzbudzałyście swoją niewidzialną obecnością moje szczere zdziwienie. Spotkałyśmy się dopiero pod koniec naszego pobytu, poznałyśmy się i nawet obdarowałyście nas ze Spartkiem domowej roboty ziołową nalewką na owady… Pięknie pachniała lawendą i rozmarynem. Co więcej,  zapach ten przypadł do gustu nawet owadom… Tym niemniej – nie jesteście „końskimi zmorami”, teraz już wiem, i nawet podwoziłam Was któregoś dnia do domu… Zatem, przepraszam, i szkoda, że się wcześniej nie poznałyśmy.

Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

 

 

 

 

 

 

 

 

Nocne rozróby i sprawa warkoczyków…

Na co mu człowiek, pani Irinko?

Kolejne zadziwiające zdarzenie miało miejsce w stajni pana Zbyszka mniej więcej po miesiącu od momentu, kiedy się tam sprowadziliśmy. Spartan skutecznie utwierdzał nas w przekonaniu, że nie jesteśmy mile widziani w jego przestrzeni, którą stopniowo powiększał – poczynając od bosku, aż po pastwiska i padoki. Towarzystwo Magnolii ewidentnie bardziej mu odpowiadało. Ubolewałam nad tym, że budowanie relacji ze Spartkiem kompletnie mi nie wychodzi, co pan Zbyszek z charakterystycznym uśmiechem na twarzy skwitował następująco: „Hahaha, pani Irinko, przecież my koniom do niczego nie jesteśmy potrzebni! Jak jest trawa, woda i towarzystwo drugiego konia, to na co mu człowiek? Hahaha”.

SAM_3149

Czasem było miło…

Mimo że wcale nie było mi do śmiechu, musiałam przyznać panu Zbyszkowi rację. Kolejne treningi najczęściej sprowadzały się do prób złapania konia, a następnie – poprowadzenia go na uwiązie na odległość dwóch-trzech metrów. Czasem miałyśmy z Kasią szczęście i udawało się zamknąć Spartana na małym padoku przy stajni, gdzie zaczynałyśmy od podstawowych ćwiczeń z ziemi. Odczulanie na bat, przesuniecie przodu, tyłu, odesłanie na koło, cofanie i podchodzenie, ruch po kole w obu kierunkach… Treningi sprawiały nam dużo radości, widziałam, że koń zaczyna rozumieć nasze polecenia i mimo występujących raz po raz buntów i ucieczek przez ogrodzone pastuchem elektrycznym padoki, robiliśmy wyraźne postępy.

DSC_1429

 

Byłam w stajni prawie codziennie, niekiedy nawet rano i wieczorem. Zabierałam jednego czy dwa psy i jechałam odwiedzić Spartka. Rzadko kiedy ruszał w moim kierunku na powitanie – jedyne, co go naprawdę fascynowało, to broda naszej Moleńki. Zatem najczęściej zabierałam do stajni właśnie ją. Tak minął nam pierwszy miesiąc…

Niepokojące doniesienia

Pod koniec września, pamiętam, odebrałam telefon od Kasi. Przejęta, powiedziała mi, że dzwonił do niej pan Zbyszek i poinformował o przykrym nocnym zajściu w jego stajni. Do mnie podobno nie chciał dzwonić, by mnie niepotrzebnie nie denerwować, a Kasi chciał się przy okazji poradzić – może ona będzie wiedziała, co się mogło wydarzyć i co robić… Miałam się nie denerwować, ale rzecz jasna po takim wstępie – cała się trzęsłam…

SAM_3281Otóż, kiedy stajenny przyszedł rano do koni i otworzył drzwi stajni, okazało się, że boksy są zdewastowane, Spartan przedarł się do Magnolii, cała wewnętrzna drewniana konstrukcja stajni jest w ruinie, Magnolia poobijana, spieniona, obolała i nie pozwala się do siebie zbliżyć. Kopie, gryzie, jest przerażona… O stanie psychicznym Spartana pan Zbyszek nie wspominał, stąd wywnioskowałam, że nie było z nim najgorzej. Najprawdopodobniej to właśnie on tak straszliwie narozrabiał, pogryzł i potłukł Magnolię i rozwalił stajnię… Pan Zbyszek nie chciał mi mówić o całym zdarzeniu, prosił jednak Kasię o pomoc – może przyjechałaby do stajni, zobaczyć, co się dzieje z końmi i, przede wszystkim, „porozmawiać ze Spartkiem”!

 

Ale się porobiło…

Ileż to razy już słyszałam, że ta moja chłopina narozrabiała… No cóż, Kasia udała się do stajni, ja oczywiście także czym prędzej  dotarłam na miejsce zbrodni. Do tego czasu pan Zbyszek już zreperował największe szkody, odseparował Magnolię i czekał na nas, witając przy samej bramie: „Hahaha, ale się porobiło, pani Irinko… „. Obeszłyśmy okolicę, sprawdzając, czy wokół stajni nie widać śladów dzików czy innych dzikich zwierząt, które mogły wystraszyć konie. Obwąchałyśmy wszystkie kąty, próbując dostrzec koci zapach – może któryś z okolicznych wędrownych kotów przedostał się w nocy do stajni i spłoszył Spartana i Magnolię. Nie udało nam się jednak znaleźć żadnych śladów obecności istot innych, poza kopytnymi.

SAM_3277

Spartan, zdaje się, już zdążył zapomnieć o nocnym zajściu i z miną niewiniątka przechadzał się po łące. Magnolia łypała na nas niedobrym okiem i starała się trzymać z daleka… Pokręciłyśmy się po stajni jeszcze z pół godziny, po czym Kasia pojechała, a ja postanowiłam zasięgnąć języka wśród sąsiadów. Wtedy przyszła do mnie na pogaduchy żona stajennego. Oczywiście, słyszała o tym, co się stało. W sposób prosty i rzeczowy wytłumaczyła mi całą zagadkę: „Jasna sprawa – powiedziała. – Kuny plotły warkoczyki…”.

Jakie kuny? Jakie warkoczyki?

„Jakie kuny? Jakie warkoczyki?” – spytałam, starając się zachować poważną minę. Przyznam, że mnie rozbawiła.

– „No normalne, kuny”.

„Aha” – pomyślałam – To ja już będę się powoli zbierać…”. Pożegnałam się i wsiadłam do samochodu. „Co za bzdury ta dziewczyna wygaduje? Istny dom wariatów”!

W tym przekonaniu wróciłam do domu, jednak to, co dziewczyna powiedziała, wciąż nie dawało mi spokoju. Zaczęłam pytać wszystkich znajomych koniarzy, co mogła mieć na myśli, i szukać informacji w Internecie. To, co odkryłam, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. I początkiem zgłębiania tematu tajemniczych końskich warkoczyków…

Już wkrótce – ciąg dalszy 🙂

Saga o Końskich Zmorach Część I

Dzieci na grzbiecie i pierwsze zaskoczenie…

DSC_1341

Tym razem chcę opowiedzieć o wydarzeniach sprzed trzech lat, kiedy po kupnie Spartana ulokowaliśmy go w małej przydomowej stajence, znajdującej się w sąsiedniej wiosce. Właścicielem owej stajni był i nadal jest pan Zbyszek – przesympatyczny człowiek, zawsze uśmiechnięty i przepełniony optymizmem. Współlokatorką Spartka była należąca do pana Zbyszka duża kobyła o pięknym imieniu Magnolia. Drewniana stajenka na dwa konie tuż pod lasem, spore padoki z piękną soczystą trawą, staw i absolutny spokój – to mnie od razu urzekło… Właściciel stajni nie poszukiwał koni na pensjonat, ale mijając wielokrotnie jego posesję, zawsze marzyłam o tym, by mój koń mógł kiedyś zamieszkać w takim właśnie miejscu. Kiedy zaś decyzja o kupnie Spartana zapadła, zapukałam do drzwi gospodarza i zapytałam, czy nie przyjąłby nas na pensjonat. „Nie ma problemu, hahaha,” – powiedział pan Zbyszek i umówiliśmy się na termin naszego przyjazdu.

spartan_16_08_2
Pierwsze dni w stajni minęły spokojnie – konie się zapoznawały, Spartan odpoczywał po ciężkim okresie wakacyjnym, a ja oswajałam się z myślą o tym, że marzenie się spełniło… Chcąc się podzielić swoją radością, już w najbliższy weekend zaprosiliśmy znajomych z dzieciakami. Każdy chciał poznać naszego rumaka, a dzieci, jak to dzieci, marzyły o tym, by znaleźć się na końskim grzbiecie. Oczywiście, pomyślałam, że to dobry pomysł – w końcu koń od zawsze pracował z dzieciakami, a nawet „chodził” w hipoterapii, więc śmiało możemy zaprosić znajome dzieciaki na tzw. oprowadzanki. Za pomocą marchewek udało nam się zwabić Spartka na mniejszy, ogrodzony padoczek tuż przy stajni. Kółko z maluchem – parę marchewek w podziękowaniu od każdego z młodych jeźdźców. Ja prowadziłam konia na kantarze, Mateusz asekurował przy dziecku. Cała Spartkowa praca zajęła może z 20 minut, więc nie można było powiedzieć, że się przemęczył. Za to radości było co niemiara! Jeszcze parę marchewek na koniec, dużo głaskania i pochwał i wyjechaliśmy ze stajni do domu, gdzie czekało nas wspólne grillowanie. Byłam bardzo zadowolona, że mamy tak miłego, grzecznego i spokojnego rumaka! Kochającego dzieci, ludzi i cały świat.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia rano usłyszałam od pana Zbyszka, że parę minut po naszym wyjeździe w Spartana wstąpiła bestia – koń wściekle galopował po padoku, brykając i rozwalając kopytami drewniane ogrodzenie, łamiąc płoty i atakując każdego, kto próbował przemówić mu do rozsądku. Atak szału trwał niecałe pół godziny. Tego czasu wystarczyło, by napędzić stracha gospodarzom i nabrać wątpliwości co do poczytalności tego pensjonariusza. No cóż, ślady kataklizmu widziałam na własne oczy, więc nie miałam żadnych podstaw, by panu Zbyszkowi nie wierzyć…
Zadwoniłam do mojej trenerki Kasi, by opowiedzieć o zdarzeniu. Oczywiście, już poprzedniego dnia zdążyłam się jej pochwalić, jak grzeczny był nasz koń przy oprowadzankach, jak kocha dzieci itd… To, co się stało później, nie miało innego wytłumaczenia niż, powiedzmy, atak gzów czy innych robali. Stwierdziłyśmy, że coś go musiało mocno „użreć” albo zaplątać się w grzywie czy ogonie. Latem, kiedy jest pełno robaków, będących zmorą wszystkich koniarzy, to się zdarza, więc mogło się zdarzyć i Spartkowi.
Jako że udało nam się znaleźć logiczne wyjaśnienie dziwnego Spartkowego zachowania, a pan Zbyszek nie wyrzucił nas z pensjonatu, wciąż tkwiłam w przekonaniu, że mam miłego, przyjaznego wałaszka… Kolejną niespodziankę Spartek szykował na pierwszy trening z Kasią.
Przed treningiem zamierzałam sprowadzić Spartana z łąki, na której pasł sie w towarzystwie Magnolii, i wyczyścić tak, byśmy powitali Kasię zwarci i gotowi do pracy na padoku przed stajnią. Myślałam, że bez problemu uwiniemy się z przygotowaniem konia w dwadzieścia minut. Niestety, okazało się, że złapanie konia nawet na niewielkiej ogrodzonej łące jest dużym wyzwaniem. Kiedy zbliżałam się do Spartka z uwiązem w ręku, odchodził, kuląc uszy. Kilkakrotnie ustawiał się do mnie zadem, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że byłoby lepiej, gdybym dała mu spokój. „Ok – pomyślałam. – Słyszałam, że czasem ciężko jest złapać konia i zaprowadzić do pracy”. Dwadzieścia minut minęło dość szybko, więc kiedy pojawiła się Kasia, stałam na środku łąki z uwiązem w ręku, a koń nadal pasł się kilkanaście metrów ode mnie. Przyznałam się, że mam problem z jego złapaniem i chyba potrzebuję pomocy. Po kilku podejściach Kasi  udało się zapiąć koniowi uwiąz i szczęśliwe ruszyłyśmy na padok, od którego dzieliło nas zaledwie kilkanaście metrów. „Uff, ale nam się trafił gagatek” – śmiałyśmy się, ruszając w kierunku stajni z podążającym za nami koniem. Ledwo zdążyłyśmy to wypowiedzieć, Spartana już za nami nie było. Nasz „gagatek” zrobił dwa, może trzy kroki, i wyrwał się, wracając do spożywania trawy w towarzystwie Magnolii.

spartan_16_08_3

Pamiętam nasze zdumienie… Co to było? Przecież jak już się zapnie koniowi uwiąz, to się ma sprawę załatwioną! Chce czy nie chce – koń podąża za człowiekiem! Tak było, tak powinno być i tak jest w 99,9% przypadków koni. Spartan okazał się tym „wyjątkiem od reguły”. Kolejne czterdzieści minut minęło jak jedna chwila… Spartan nie podążał za człowiekiem – nie miał najmniejszego zamiaru ułatwiać nam życia. Ruszałyśmy po raz enty, on się wyrywał i odbiegał tam, skąd przed chwilą go zabrano… Dodam tylko, że determinacja półtonowego zwierzęcia jest naprawdę nie do pokonania, więc jeśli taki zwierz postanowi, że nigdzie nie pójdzie, to jesteśmy skazani na przegraną. Wyszłam z padoku i stojąc przy ogrodzeniu obserwowałam, jak Kasia prowadzi Spartana w kierunku stajni, nie spuszczając z niego oczu – idąc tyłem do przodu i korygując każdą próbę ucieczki konia na bok, metr po metrze. W końcu się udało.
W ten sposób zaczęłam poznawać Spartka… Im więcej z nim przebywałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że obecność w jego życiu człowieka – to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje mój koń. Nie chciał nawiązywać żadnych relacji, nie chciał głaskania, czasem nawet smakołyków. O tym, że nie chciał współpracować z ludźmi, nawet nie wspomnę. Po jakimś czasie zrozumiałam, co tak „ugryzło” Spartana po wizycie w stajni dzieciaków. W pierwszych dniach u nas Spartek siłą rozpędu i przyzwyczajenia do ciężkiej pracy poddał się na te kilkanaście minut i „odbębnił” swoje oprowadzanki… Zacisnął zęby i zrobił to, o co go prosiłam, jednak chwilę później musiał to odreagować. Jego wściekłość i bunt, a wcale nie uciążliwe owady, stały się przyczyną szaleńczych wybryków i niszczenia wszystkiego, co trafiło mu się na drodze… Zrozumiałam to po paru miesiącach ze Spartkiem, kiedy nauczyłam się odczytywać jego emocje i interpretować zachowania…

 

Spartan i pragmatyzm, czyli parę słów na temat naszych sukcesów

vlcsnap-2016-06-12-23h12m03s301

Cudowne uzdrowienie

Odkąd w stajni pojawił się Mateusz z kamerą, skończyły się ucieczki Spartka przy sprowadzaniu. Czy zrobiło mu się zwyczajnie wstyd? Czy nie chce, byście zobaczyli jego, delikatnie mówiąc, niesubordynacje? A może brakuje mu tzw. „męskiej ręki”? Dwa tygodnie temu, jak byliśmy w stajni z próbą nagrywania Spartkowych ucieczek, Mateusz podobno wziął go na bok „na dwa słówka”… No cóż, tak czy inaczej poskutkowało. Zatem od dwóch tygodni mam normalnego zwierza 🙂
Przyjeżdzam do stajni dwa-trzy razy w tygodniu i za każdym razem Spartan czeka na mnie przy bramce, gotowy do wyjścia. Założę się, że jakby miał na padoku szafkę ze sprzętem, to by sam sobie kantar założył i przypiął linę – taki z niego zuch, zwarty i gotowy do pracy. Mało tego, że wychodzi z padoku, to jeszcze bez buntów podąża za mną prosto na ujeżdżalnię czy lonżownik – „gdzie pani sobie życzy” 🙂

Zawrót głowy od sukcesów

Mało tego, że bez najmniejszego problemu dochodzimy do miejsca pracy, to jeszcze ciężko pracujemy na treningach z Gosią Maciejewską! Pomijając moje błędy w dosiadzie i wielu innych rzeczach, pracuje nam się ze Spartkiem rewelacyjnie! Koń się stara, skupia się, bardzo angażuje w wykonywanie stawianych przed nim zadań i mimo całej mojej nieporadności, niemalże intuicyjnie wyczuwa, o co mi chodzi. Ponieważ mamy do czynienia z osobnikiem niezwykle inteligentnym i jednocześnie wielkim spryciarzem, w trakcie treningu nie możemy sobie pozwolić nawet na chwilę nudy. Umysł Spartka musi być cały czas pochłonięty pracą, a raczej – współpracą z jeźdźcem. Chwila luzu natychmiast zostaje przez Spartana wykorzystana na skuteczne znalezienie” stracha” – np. czającego się w trawie zająca, skradającego się w kierunku ujeżdżalni psa lub, za przeproszeniem, końską kupę, która zaległa w narożniku ujeżdżalni i tylko czeka, aż się do niej zbliżymy… a wtedy wiadomo co… No właśnie – koń wykona samowolny ruch w bok, udając wielce przestraszonego, a kiedy zejdziemy ze ścieżki i jeździec z całych sił będzie próbował skierować jego kopyta z powrotem, zacznie się walka, doprowadzająca obu jej uczestników do szewskiej pasji. Za każdym razem staje się to próbą podważenia autorytetu jeźdźca i postawienia na swoim. Już wiem, jak do tego nie doprowadzać. Recepta jest prosta – zająć Spartka pracą, zainteresować nowymi ćwiczeniami, zmieniać schematy, robić dużo przejść i wolt w narożnikach, na ścianach – zatrzymanie, cofanie, ruch do przodu. Pilnować tempa, skracać i wydłużać krok w kłusie. To wszystko wykonujemy na razie nieporadnie, pewnie z ogromną ilością błędów i w sposób daleki od doskonałości, ale idziemy w naszej pracy do przodu.

Wyrachowana – nie tylko świnia 🙂

Po dwóch ostatnich treningach widać, że Spartan nie ma nic przeciwko rzetelnej pracy, ale lubi pracę sensowną, ciekawą i konsekwentną. Wtedy jest pozytywnie energiczny i wie, że jeździec jest z niego zadowolony. Z kolei krążąc po ujeżdżalni ze mną na grzbiecie luźnym stępem lub byle jakim kłusem, szybko zaczyna się nudzić, i skoro nie mam mu nic lepszego do zaoferowania, raz po raz sugeruje mi, zjeżdżając na środek ujeżdżalni, żebym lepiej zsiadła i poszlibyśmy na trawkę. No cóż, rozumiem jego pragmatyczne podejście. Zresztą, wśród koni jest to postawa niezwykle rozpowszechniona. Wszystko, co robią, musi mieć swój jasno określony cel, a efekt każdego wysiłku ma przynieść wymierne korzyści – w postaci, na przykład, pozyskania pożywienia.
I w tym momencie wracamy do naszego cudownego „uzdrowienia”. Czy koń mi się zmienił, bo od kilku tygodni zaczęliśmy w miarę regularnie pracować z trenerem? Czy chodzi raczej o to, że stado od dłuższego czasu stoi na „zimowym” padoku, gdzie nie ma trawy i żadnych rozrywek, oprócz podjadania siana, więc Spartkowi zwyczajnie się kalkuluje wyjść ze mną, by popracować godzinkę, po czym ma zapewnioną porcję musli z owocami i godzinkę-dwie popasu na świeżej trawce?
Chciałabym wierzyć, że Spartek, powiedzmy, nabrał ogłady, ale za długo go znam, bym w to uwierzyła 🙂 Zobaczymy, co się będzie działo, jak w końcu pójdą na trawiaste padoki – a to już niebawem…

Cały Spartan, czyli krótko o tym, jak znów nam się nie udało…

Często ostatnio wracam myślami do lat mojego dzieciństwa, wspominam to i owo, a temat zasadniczy tego bloga, czyli tytułowe „spartańskie wychowanie”, można by rzecz, leży i kwiczy 🙂

Otóż czas najwyższy powiedzieć, na czym polega największy problem ze Spartkiem i dlaczego kolejne próby jego wychowania kończą się fiaskiem. Spartan jest koniem, który pewnie jeszcze w okresie dorastania nauczył się wyrywać przy prowadzeniu. Myślę, że każdy koń próbuje kiedyś tej sztuczki. I jeśli prowadzący konia człowiek zdoła go utrzymać i postawi na swoim, takie zachowanie z pewnością ma mniejsze szanse na powtórzenie. Jeśli zaś koniowi się uda, to szybko zacznie je powtarzać, aż w końcu może ono przerodzić się w narów. Mam podejrzenie, że tak było ze Spartkiem. Nie znam warunków, w jakich mój koń dorastał i pobierał pierwsze nauki bycia z człowiekiem . Domyślam się, że był uroczym, niezbyt dużym źrebakiem, za którym przepadały dzieci. Niewykluczone, że właśnie z nimi zaczął próbować swoich sił. Dzieciaki puszczały uwiąz, konik biegł, gdzie nogi poniosą. Dużo śmiechu, trochę zabawy i przekomarzania się z młodym hucułkiem, ku uciesze rodziców. Tak to sobie wyobrażam, a jak było naprawdę, tego nie wiem.

Prawda jest taka, że kupiłam konia znarowionego i kompletnie pozbawionego szacunku do człowieka. Początkową niechęć Spartana wobec ludzi powoli udało nam się przezwyciężyć, lecz największy problem – wyrywanie się przy prowadzeniu – niestety pozostał…

Próbowaliśmy naprawdę wszystkiego. Problem udało się rozwiązać, powiedzmy, połowicznie, a dokładniej rzecz biorąc następująco: przez połowę roku ze Spartanem można jako tako się dogadać – i jest to sezon zimowy, przez drugą połowę – rzecz jasna, sezon letni, można śmiało wyjeżdżać na długie wakacje i dać sobie z nim spokój. Jako że mamy początek lata, chyba możecie się domyślić, na jakim etapie jesteśmy w tej chwili…

Pod koniec kwietnia, kiedy znów nie mogłam sprowadzić konia z padoku, przeżyłam ciężkie chwile. Przecież przez kilka zimowych miesięcy Spartek czekał na mnie przy bramie, rżał na powitanie, cieszył się na nasze wspólne wyjście i niezbyt ciężką, ale jednak pracę na lonżowniku czy ujeżdżalni. Naiwnie wyobraziłam sobie, że problem wreszcie udało się rozwiązać i mam konia, chętnego do współpracy. Wspomnę tylko, że w codziennej obsłudze stajennej też nie było większych problemów… Albo inaczej, były, ale sporadycznie.

Jak tylko pojawiła się pierwsza trawka, Spartan wrócił do swoich przyzwyczajeń. W weekend majowy przy jednej z prób jego sprowadzenia wyrwał się mi się chyba z dziesięć razy… Nawet nie poczułam złości, tylko ogromny smutek…. Niełatwo jest pożegnać się ze złudzeniami… W próbach siłowego rozwiązania problemu człowiek z góry jest skazany na porażkę. Kolec? Wędzidło? Niegdyś wypróbowane, czasem skuteczne, jednak stosując tego typu metody poskromienia złośnika, wkraczamy na wojenną ścieżkę… Koń sprowadzony z łąki i na siłę, wbrew jego woli oddzielony od koni, zazwyczaj jest trudny do opanowania. Rży i wyrywa się już na ujeżdżalni i nawet osiodłany potrafi zaprezentować prawdziwe rodeo – z brykaniem, próbą zrzucania siodła, strzelaniem z zadu itd…  Oczywiście, nigdy się nie pozwala koniowi postawić w tej dyskusji przysłowiową „kropkę nad i”. Różnymi sposobami, z ziemi lub z siodła, staramy się wtedy utemperować psotnika i, mimo wszystko, zakończyć spotkanie akcentem pozytywnym. Jednak trzeba przyznać, że współpraca ze Spartkiem wymaga naprawdę wiele cierpliwości i zdecydowanie uczy pokory.

Pokora pokorą, a w weekend majowy przeżywał prawdziwe upokorzenie… Na oczach wielu osób przebywających akurat na terenie stajni, Spartek zaprezentował cały repertuar swoich zachowań niepożądanych. Tego dnia, wracając ze stajni, próbowałam przyjąć do wiadomości, że tak już jest i inaczej nie będzie… Nie muszę co drugi dzień pędzić pięćdziesiąt kilometrów do stajni – przecież nikt tam na mnie nie czeka! Nie cieszy się na mój widok, nie chce spędzić ze mną ani chwili… Nie jestem mile widziana… Przykre, prawda?

Przez kolejnych parę tygodni próbowałam się z tym pogodzić i spróbować doszukać się w danej sytuacji chociaż jednej rzeczy pozytywnej. Przyznam, że łatwo nie było. Całe moje koniocentryczne jestestwo domagało się innej formy realizacji – i wtedy właśnie pomyślałam o założeniu bloga. Czego jak czego, ale pisania o nim Spartek nie może mi zabronić! Będę pisała o wszystkim, co jest dla mnie ważne, czego na co dzień nie mam komu albo po prostu nie umiem opowiedzieć. Pomyślałam też, że dobrze byłoby umieszczać na tym blogu filmiki z życia koni, przedstawiające np. ich stadne zachowania, relacje między poszczególnymi osobnikami czy inne interesujące momenty z końskiego życia. Oczywiście, pierwszym tematem nagrań miało być nasze „nieszczęsne” wyrywanie się. Swoją drogą, nie znalazłam w Internecie żadnych nagrań filmowych, przedstawiających ten problem. Opisów też nie jest zbyt wiele.  Konie rzadko wykazują aż tyle determinacji w tego typu zachowaniach i zazwyczaj daje się je oduczyć tego przykrego nawyku. Może dlatego problem nie został jeszcze ani szczegółowo przedstawiony, ani opisany?

Tak więc minionej niedzieli miałam wyjątkową okazję do sfilmowania Spartkowego zachowania. W wyprawie do stajni bowiem postanowił mi towarzyszyć mąż, uzbrojony w statyw oraz nowy aparat fotograficzny z rewelacyjną kamerą. Ponieważ przez ostatnie sześć tygodni Spartan ani razu nie dał się sprowadzić z padoku „po dobroci”, wyrywając się za każdym razem, aż w końcu zakładano mu na pysk pętlę z liny, która zaciska się przy próbie wyrwania, byłam absolutnie pewna, że wrócimy ze stajni bogatsi o piękny materiał filmowy.

Poprosiłam  Mateusza, by stanął z kamerą w odległości około dziesięciu metrów od wyjścia z padoku, i poszłam po Spartka. Nauczona gorzkim doświadczeniem, wskazałam nawet miejsce – jakieś 4-5 m od bramki, w którym Spartan wyrwie się po raz pierwszy. Niestety, ostatnio nie udawało nam się zajść ani o centymetr dalej.

Spartek bez problemu dał sobie założyć ogłowie i przypiąć linę, po czym chętnie ruszył do wyjścia. Było miło, ale zazwyczaj taki początek wcale nie gwarantował szczęśliwego finału. Wyszliśmy przez bramkę i ruszyliśmy korytarzem między padokami w kierunku ujeżdżalni.

vlcsnap-2016-06-12-23h15m34s616

Foto 1: Jak widać, obyło się bez walki  – Spartan grzecznie czeka, aż uporam się z zamknięciem padoku.

vlcsnap-2016-06-12-23h15m56s497

Foto 2: Odciągnięty z trawki, rosnącej tuż przy ogrodzeniu, Spartan rusza w moim kierunku.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m16s146

Foto 3: Nie zaszliśmy jeszcze tak daleko, żeby aż tak się cieszyć – na mojej twarzy rysuje się jednak zadowolenie 🙂 Spartek już wypatrzył kamerę i zerka na nią, próbując ocenić stopień potencjalnego zagrożenia.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m24s785

Foto 4: Zbliżamy się do punktu, w którym zazwyczaj koń robi w tył zwrot i ucieka pod bramę padoku. Pamiętam, że jakoś w tym momencie uprzedziłam Mateusza, by uważał, bo „zaraz się wyrwie”.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m36s869

Foto 5: No i rzeczywiście, parę metrów dalej Spartek miał taki zamiar – na zdjęciu widać, że chętnie by poszedł już z powrotem. Nie musiałam jednak go długo przekonywać – po chwili zawahania się koń poszedł za mną dalej…

vlcsnap-2016-06-12-23h17m04s155

Foto 6: Tu mieliśmy następny moment, kiedy Spartek próbował się „wymigać” – i znowuż, uruchomiłam gagatka za pomocą cs-a i ruszyliśmy dalej.

vlcsnap-2016-06-12-23h17m44s995

Foto 7: Tuż przy wejściu na ujeżdżalnię – jeszcze nie mogę uwierzyć, że jesteśmy prawie u celu!

vlcsnap-2016-06-12-23h17m53s945

Foto 8: Przechodzimy przez bramkę – niemożliwe!!!

vlcsnap-2016-06-12-23h18m06s026

Foto 9: Koń na ujeżdżalni… Jak, jak to się mogło stać???

Oto fotorelacja, niemalże krok po kroku, naszej drogi z padoku na ujeżdżalnię… Nie wiem, jak Spartan to robi – wyrywa się dzień w dzień przez sześć tygodni z rzędu, nie dając nam najmniejszej szansy na współpracę, a wystarczy że pojawi się człowiek z kamerą i zawsze prezentuje wzorcowe zachowanie! Nie po raz pierwszy przecież próbuję sfilmować jego spektakularne ucieczki przy prowadzeniu! Przez prawie trzy lata kilkakrotnie prosiłam znajomych i przyjaciół, by nagrali te Spartkowe wyczyny. Wiem, że taki materiał przydałby się też mojej przyjaciółce, która prowadzi szkolenia dla jeźdźców. Moglibyśmy też przy pomocy nagrań przeanalizować, jak, w którym momencie koń podejmuje decyzję o ucieczce i jak ewentualnie nauczyć się temu zapobiegać. Jest milion powodów, dla których chciałabym mieć to nagrane! I tylko jeden powód, dlaczego wciąż tych nagrań nie mam – przewrotność umysłu mojego konia! Tego jednego dnia w roku, kiedy jego złe zachowanie byłoby, powiedzmy, mile widziane, Spartan zachowa się wzorcowo.

Jak to mamy rozumieć? Nie potrafię czytać w jego myślach, ale nie mam już najmniejszych wątpliwości, że on czyta w człowieku jak w otwartej księdze…

No i widzicie, miało być krótko, a wyszło jak zawsze 🙂

IMG_0396

Konie w trolejbusie…

fonarKiedy próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało moje pierwsze spotkanie z końmi, w mojej głowie majaczy pewien obraz – oddalona od centrum dzielnica Petersburga, zima, śnieżyca i siarczysty mróz… Czuję na twarzy ukłucia zacinających lodowatych okruchów śniegu, jest ciemno, a ja, w towarzystwie koleżanki z klasy Nataszki, brnę przez szalejącą zawieję coraz dalej od ruchliwej ulicy, od świateł przejeżdżających samochodów i wyłaniających się w śnieżnych zamętach bloków. Przedzieramy się przez zaspy, coraz bardziej oddalając się  od cywilizacji…

Nataszka zdobyła gdzieś adres stajni, do której podobno można przyjść i w zamian za pomoc w stajni, pobrać pierwsze nauki jazdy konnej. Przez kilka dni, podczas każdej z lekcji, omawiałyśmy szczegóły naszej wyprawy, wyobrażając sobie, jak pięknie odtąd będą wyglądały nasze popołudnia, jak będziemy w pocie czoła harować przy koniach, karmić je, czyścić, prowadzić na spacery, i jak ładnie będziemy się prezentować w siodle, kiedy za jakiś czas pozwolą nam rozpocząć swoją jeździecką przygodę. Przemykałyśmy po szkolnych korytarzach z tajemniczym uśmiechem na ustach, patrząc na kolegów i koleżanki z klasy, jak na zgraję naiwniaków, których życie kręci się wokół klasówki z matematyki czy zapowiadanej od miesięcy szkolnej dyskoteki… Miałyśmy po jedenaście lat…

Z pewnością nie powiedziałyśmy rodzicom, dokąd się wybieramy tamtego popołudnia. Nie pamiętam, co wtedy wymyśliłam, ale zawsze byłam w oczach rodziców wystarczająco wiarygodna, by ani przez chwilę nie wątpić w moje słowa. Mogło być też tak, że wracający z pracy po godzinie dwudziestej rodzice po prostu nie mieli głowy do naszych dziecięcych sprawek. Więc skoro dziecko mówi, że będzie dziś do późna na treningu koszykówki, to pewnie tak jest – nawet jeśli dziecko ma wzrostu metr w kapeluszu i zero zadatków na koszykarza…

Natasza przez cały czas trzymała w rękawicy kartkę z nazwą ulicy, przy której znajdowało się nasze eldorado. W metrze, a następnie w tramwaju kilkakrotnie sprawdzałyśmy, czy nie zgubiłyśmy kartki i czy nazwa ulicy nie rozmazała się w przemokniętej rękawiczce. Po półgodzinnym marszu przez dzikie zasypane śniegiem pola (z mapy wynikało, że ulica, której szukałyśmy, biegnie przez teren niezabudowany na obrzeżach miasta) zobaczyłyśmy w oddali światło latarni. Podekscytowane, szłyśmy coraz szybciej, a za parę chwil zaczęły nas dobiegać jakieś głosy. Wszystko wskazywało na to, że jesteśmy prawie u celu. Ciężko było rozpoznać w ciemności, gdzieśmy właściwie trafiły. Zapach końskiego nawozu świadczył jednak o tym, że jesteśmy tuż przy stajni. W świetle latarni widać było kawałek ogrodzenia i porozrzucane metalowe beczki, a na środku stał zardzewiały wrak starego trolejbusu, bez okien i drzwi. Krzątające się po terenie dziewczyny, nieco starsze od nas nastolatki, nawet nie zauważyły dwóch stojących przy płocie, onieśmielonych i trzęsących się z zimna małolat. Bałyśmy się odezwać, bo nikt tu na nas, rzecz jasna, nie czekał. Czas mijał, a my patrzyłyśmy na siebie, mając nadzieję, że któraś w końcu wymyśli, co dalej. Jak to dzieciaki, miałyśmy bowiem zupełnie inne wyobrażenie zarówno stajni, jak i naszego pierwszego spotkania z końmi. Wtedy zza wraku trolejbusu wyłonił się koń – osiodłany, prowadzony przez jedną z dziewczyn. Jak się później okazało, na małym, słabo oświetlonym placu tuż za trolejbusem, właśnie skończyły się oprowadzanki. Mogłyśmy się jedynie domyślać, jakiej maści był ten koń. Z pewnością był duży i piękny, ciężko sapał i pokasływał, a wokół jego głowy unosiła się para… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po rozsiodłaniu dziewczyna poprowadziła konia w kierunku wejścia do trolejbusu! Koń posłusznie dreptał za człowiekiem, a po chwili zniknął w czeluściach pojazdu…

Do dziś nie rozumiem, jakim cudem on się tam zmieścił! Nawet nie pamiętam, czy odważyłyśmy się w końcu podejść do którejś ze stajennych dziewczyn. Głosy, a i całe ich postury, onieśmieliły nas do tego stopnia, że postanowiłyśmy się nie rzucać w oczy, zajrzeć tylko do trolejbusu i zabierać nogi za pas. Nataszka była wyższa ode mnie o całą głowę, więc jako pierwsza zajrzała przez okno „stajni”. Trolejbus był umieszczony na jakimś podwyższeniu, pewnie na płytach betonowych, żeby konie nie wypadły przez dziury w przerdzewiałej podłodze. Wnętrze trolejbusu było pozbawione krzeseł, poręczy oraz innego, całkowicie zbędnego w stajni wyposażenia, i mieściło około 9-10 koni. Stały obok siebie, w poprzek pojazdu, niektóre wychylały głowy przez okna po drugiej stronie. Nie miały, oczywiście, boksów…

Właściwie, ciężko mi jest teraz sobie wyobrazić, jak mogły się tam zmieścić i jakim cudem przeżyły w takich warunkach. Kto przy zdrowych zmysłach wsiadał na te nieszczęsne zwierzęta? Jakim cudem po nocy, spędzonej w trolejbusie, wyciągano je rano do pracy, siodłano lub zaprzęgano, i pędzono do centrum miasta – pod Pałac Zimowy czy na Plac Świętego Izaaka? Kilkanaście kilometrów szybkiego kłusa lub galopu po rozbitym asfalcie do miejsca pracy, cały dzień wożenia turystów, a wieczorem – kolejne kilkanaście kilometrów do „domu”…

Nie pamiętam, żebym płakała po powrocie. Jak się okazało później, ani ja, ani moja koleżanka, nie miałyśmy odwagi, by opowiedzieć komuś naszą historię. Zresztą, tuż po tym zdarzeniu nie odzywałyśmy się do siebie przez kilka dni, chyba udając, że nie było żadnych marzeń, żadnych planów ani tej straszliwej eskapady za miasto. Przez dobrych kilka lat starałam się nie myśleć o koniach, a mijając je w centrum miasta, wiedziałam już, że za nic w świecie nie skorzystam z zaproszenia nachalnych dziewcząt, zachęcających przechodniów do przejażdżki.

Dyskusja wokół filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P.” (w j.polskim)

Zachęcam do wysłuchania dyskusji po obejrzeniu filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P.”

Czytając zamieszczoną poniżej polską wersję językową rozmowy w studiu, proszę o wyrozumiałość wobec tłumacza 🙂 Starałam się oddać język i styl dyskutantów, oddając w miarę możliwości dokładnie sens wypowiedzi, zachowując składnię i słownictwo oryginału.

……………………………………………………………………………

Gordon: „L.E.P” Aleksandra Nevzorova, otwieramy nasz panel dyskusyjny… Dawno temu kręciłem film… Zazwyczaj nie pokazuję aktorom, co mają robić, jakoś wcześniej omawiamy poszczególne sceny, a w tym przypadku musiałem zademonstrować, o co mi chodzi, ponieważ aktorką była koza. W jednej ze scen koza musiała zagrać następującą sekwencję – powinna była wejść przez furtkę, podejść do głównej bohaterki, stanąć na tylnych nogach, a przednimi oprzeć się o ramiona kobiety. Tak było w scenariuszu, więc myślałem – co będzie to będzie. Tym niemniej podszedłem do kozy, uważnie spojrzałem w jej oczy – zupełnie inne od naszych, obce – i mówię do niej „Słuchaj, musisz wejść przez furtkę”…, a następnie pokazałem jej całą scenę, którą powinna była zagrać. Wszyscy na planie rechoczą. Kamera, akcja, zaczęliśmy kręcić. Koza wchodzi przez furtkę, podchodzi do bohaterki, staje na tylnych nogach, a przednie opiera.. Byłem w szoku. Od tamtej pory, kiedy jem kozie mięso, autentycznie płaczę… Czy to oznacza, że koza jest istotą rozumną? Nie wiem. Po raz kolejny doznałem szoku, kiedy prowadziłem program, w którym uczestniczyli poważni naukowcy. Na podstawie badań naukowych oni udowodnili, że mrówki znają liczby, potrafią liczyć co najmniej do dwunastu, a także potrafią odejmować, a nawet mnożyć. I to właśnie będzie przedmiotem naszej pierwszej rozmowy. Gdzie jest ta granica, dzisiaj dla nas zrozumiała lub nie, bardzo niewyraźna, która przebiega pomiędzy szaleństwem ludzkości a świadomością zwierzęcia? Gdzie znajdziemy tą linię rozdzielającą? Przecież nauczyliśmy się dziś od zwierząt wielu rzeczy, wiele tematów stało się dla nas zrozumiałych, a wiele pozostaje zagadką. Jeśli to, o czym mówi Pan w tym filmie, ma w sobie chociaż odrobinę prawdy, to człowiek oczywiście musi na nowo sformułować swój stosunek zarówno wobec świata, jak też wobec zwierząt oraz wobec siebie. Zacznijmy od pytań z widowni, jeśli można. Czy ktoś z Państwa chce zadać reżyserowi pytanie?

Timofej Bażenow (prezenter TV, dziennikarz, zoolog): W tym filmie rzeczywiście pokazuje Pan konie, które potrafią mówić i pisać. Chciałbym podziękować autorowi tego filmu za to, że tak się stało. Mogę powiedzieć, że nie tylko konie rozumieją język człowieka i mogą układać z liter poszczególne słowa, ale też inne zwierzęta. Jestem zoologiem i takie sytuacje widuję dość często. Moje pytanie – po co uczył Pan konia łaciny? Przecież ten koń dobrze rozumie po rosyjsku.

Nevzorov: To jest tradycja, której absolutnie nie mam prawa łamać. Istnieje metoda nauczania, i nie ja jestem jej twórcą. Ta metoda nie należy do mnie. Ja jedynie posiadam podstawowe i zarazem najważniejsze dokumenty, zawierające opis tej metody. Byłoby dziwne, gdybym trzymając się zasad tradycji i nie mądrząc się w innych sprawach, zaczął nagle wymyślać coś swojego w tej kwestii. Jak miała być łacina, niech będzie, tym bardziej, że całkiem dobrze się czuję w tym języku.

Gordon: Chciałbym jeszcze się o coś w związku z tym dopytać. Kiedy nauczył Pan konia rosyjskiego języka mówionego? I za pomocą jakiej metody?

Nevzorov: Film akurat nie opowiada o tym, jak się uczy konie i jak się im tłumaczy konieczność opisywania sytuacji. Film jest o tym, że praktycznie wszystkie duże ssaki mają porównywalną, pod względem anatomicznym, budowę mózgu… Powiedzmy, teraz patrzę na tą przemiłą widownię. Mamy tu twarze bardziej lub mniej sympatyczne. Teraz wyobraźcie sobie, że ci wszyscy ludzie nie otrzymali ani żadnego wychowania, ani wykształcenia. Powiedzmy, że wszyscy w wieku niemowlęcym trafili w ręce Cyganów, gdzie dorastali uwiązani na łańcuchach, lub byli porzuceniu w środku tajgi, w jakiejś opuszczonej leśniczówce. No to proszę sobie wyobrazić, jakby pewnego dnia zebrać tych wszystkich ludzi w tym studiu – jakby skakali po kamerach i sprzęcie oświetleniowym, bili się o kawałek papieru i paskudzili gdzie popadnie. Czyli rozum jest jakąś absolutnie podstawową rzeczą i w tym, co pokazałem w filmie, nie ma nic nadzwyczajnego. Ciężko jest przeciwstawić się pozycji faszyzmu, który leży u podstaw każdego z światopoglądów ludzkości. Jak opowiadał Pan przed chwilą o kozie, którą teraz zjada Pan ze łzami w oczach, to przecież jest typowy faszyzm międzygatunkowy. Bo jest przecież faszyzm wewnątrzgatunkowy…

Gordon: Nazwijmy to humanizmem.

Nevzorov: Nie, nie humanizmem, nazwijmy rzeczy po imieniu. Więc jest to faszyzm międzygatunkowy, kiedy jeden z gatunków ssaków jest absolutnie przekonany, że wszystkie pozostałe istoty są stworzone wyłącznie do zaspokajania jego potrzeb, i służą mu za rozrywkę, pokarm, i że można dowolnie rozporządzać ich losem – można zniszczyć lub ułaskawić, zabawić się ich kosztem lub nie.

Gordon: Przedstawia Pan teraz pozycję drapieżnika. Owszem, jestem drapieżnikiem. Człowiek jest istotą wszystkożerną. A propos, jest Pan wegetarianinem?

Nevzorov: Wie Pan, o tym się nie powinno mówić, dla mnie to dość dziwne pytanie, coś w stylu „Czy jada Pan śruby?”.

Gordon: Nie je Pan mięsa?

Nevzorov: Oczywiście, że nie.

Gordon: A ryby?

Nevzorov: Ryby jem.

Gordon: No proszę, a ryby potrafią liczyć do czterech. Jest Pan pewny że…

Nevzorov: To nie z powodów etycznych nie jem mięsa.

Gordon: To z jakich?

Nevzorov: Twarde nienaruszalne reguły Szkoły.

Gordon: Aha…

Nevzorov: Zasada jest prosta – nie wolno i już.

Gordon: Rozumiem, jeszcze do tego wrócimy. Wolno czy nie wolno. Humanizm a romantyzm.

Nevzorov: Może nie używajmy sztucznych i naciąganych konstrukcji słownych…

Gordon: Jak to, przecież termin „faszyzm” w odniesieniu do zwierząt jest jak najbardziej sztuczną konstrukcją słowną. Proponuję używanie terminu znanego na całym świecie – „humanizm”, gdzie człowiek znajduje się w centrum światopoglądu i wszechświata. W Pana rozumieniu , to jest właśnie faszyzm.

Nevzorov: Dobrze, to umówmy się co do terminologii. Używajmy sformułowania „humanizm, w nawiasie faszyzm”.

Gordon: Kto z Państwa chciałby zadać pytanie?

Dmitrij (z widowni): Dzien dobry, moje pytanie jest adresowane do twórcy filmu. Dlaczego nakręcił Pan ten film? Po co Pan to zrobił? Czy nie łatwiej byłoby, i pewnie z lepszym rezultatem estetycznym, napisać o tym książkę… Wszystko tak samo, tylko że w książce – po co Pan nakręcił taki film? Film mi się nie spodobał.

Nevzorov: Wszystkie filmy powstają z jednego powodu – z miłości do samego procesu tworzenia filmu.

Dmitrij: To jest nieodpowiedni proces twórczy.

Nevzorov: Pan ma swoje zdanie, ja pozostanę przy swoim. Film daje więcej możliwości do łobuzerii, do realizacji tych pragnień, by na przykład strzelić z procy po oknach pokoju nauczycielskiego.

Gordon: Rozumiem Pana, sam w swoim czasie kręciłem film o tym, że Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu. Na książkę bym się nie zdecydował. Szanowni eksperci, reżyser filmu wypowiedział pewną sentencję, wymagającą, moim zdaniem, omówienia. Otóż, jego zdaniem, każdy przedstawiciel jednego z większych gatunków ssaków ma bardzo podobny mózg do ludzkiego, z czego wynika, że potrafi myśleć i myśli. Uśmiech trolla nie schodzi z Pana ust. Proszę powiedzieć, o czym Pan myśli?

Vazemskij: Uśmiecham się, bo dyskutowanie o problemach naukowych z Nevzorovem jest zupełnie bezsensowne. Mówić o walorach artystycznych filmu też nie ma sensu, ponieważ nie jest to dzieło artystyczne i tych walorów w nim nie znajdziemy. Ponieważ z założenia Pan Nevzorov przyszedł do studia w poszukiwaniach trolla, chciałbym o trollach porozmawiać. Przecież siedzi u naprzeciwko nas drużyna trolli i jeśli pozwoli mi Pan później to wyjaśnić, chętnie to zrobię.

Sotnikowa: Ponieważ temat dyskusji stacza się w kierunku rozmowy o trollach, nie będziemy tu mogli udowodnić ani Pana racji, ani popełnionych błędów. Jednak rozmawiamy tu o nauce o nazwie hipologia, a ekspertem w tej dziedzinie w naszym studiu jest tylko jedna osoba, która przedstawiła nam pewne dane i o tym właśnie powinniśmy rozmawiać. Jeśli któryś z obecnych tu neurofizjologów czy specjalistów od anatomii wykona podobne badania, osiągnie w nich pewnych rezultatów…

Vazemskij: Kochana, jest późno, i moim zadaniem jest uspokojenie telewidzów.

Gubin: Aleksandrze Glebowiczu, jako człowiek, który z dużą podejrzliwością spogląda na Pana talent, chciałbym zadać Panu kilka pewnie bardzo głupich pytań. Zaraz Pan wytłumaczy, dlaczego te pytania są głupie. Czy nie można było poukładać litery przed koniem w porządku alfabetycznym – A, B, C, D itd.? Po co tak utrudniać zadanie, stawiane przed tym Pana wspaniałym rumakiem? Wykłada Pan przed koniem zestaw wyłącznie tych liter, z których będzie się składał wyraz? Kolejne pytanie – dlaczego Pana koń najpierw dokładnie obwąchuje ułożone przed nim litery, a potem nie chce ich oddać? Przecież powinien je oddawać, przecież rozumie chyba, że jego zadaniem jest napisanie słowa? Już nie wspomnę, kolejne idiotyczne pytanie, które przyszło mi na myśl – szanowni widzowie, jakie wy mieliście skojarzenia, kiedy zobaczyliście ten wspaniały obrazek z kałużą krwi? Jakie pojęcie abstrakcyjne przyszło wam do głowy? Konik natychmiast skojarzył, że chodzi o bijatykę… Ja na przykład nie od razu skojarzyłem… Wychodzi na to, że jesteśmy głupsi od koników? Proszę mi powiedzieć, w jakim celu Pan tak bardzo ułatwiał koniowi zadanie i dlaczego konik tak węszył? Ja, na przykład, nie rozumiem, może pan Seleznew będzie mógł uchylić nam rąbka tajemnicy…

Nevzorov: Akurat uważam, że pan Seleznew może tylko pogmatwać sprawę. Jeśli chce Pan zupełnie się pogubić, proszę go zapytać.

Seleznew: Pana Gubina interesuje, co próbuje wywęszyć konik. Jakie zapachy by mu się spodobały. Chyba wszyscy wiemy, co lubią koniki – cukier, skórkę od arbuza, marchewkę, jabłko. Na jednej literze marchewka, na innej – jabłko, prawda? Jeśli mówimy o zapachach…

Sotnikowa: Czyli Pana zdaniem, ponieważ koń bardziej lubi skórkę od arbuza, niż jabłko, to w pierwszej kolejności weźmie literę z zapachem arbuza, następnie – jabłka, dobrze Pana rozumiem?

Seleznew: Nie można tego wykluczyć. (Nevzorov się śmieje). Jakie pytanie, taka odpowiedź.

Bażenow: Długo miałem w domu papugę, ciężko chorą. Jej stan się pogarszał. Pewnego dnia podjęliśmy z moim przyjacielem decyzję o amputacji tej części ciała papugi, która nieuchronnie przybliża jego śmierć. Widząc nasze przygotowania do operacji, papuga wypowiedziała zdanie, składające się z wyrazów, jakie znała już wcześniej, lecz nigdy nie użyła ich w takim zestawieniu. Powiedział „Ostrożnie, boję się”. To jest właśnie przykład na to, że zwierzęta mają zdolność układania znanych im wcześniej wyrazów w kompletne, mające konkretny, adekwatny do sytuacji sens, zdania.

Gordon: Podobnie było z kozą…

Bażenow: Nie ma sensu smarować czymkolwiek kartki z literami, koń nie będzie wybierał tych pachnących kartek, na 100%.

Seleznew: To czemu tak je wąchał?

Bażenow: Nie wąchał, tylko patrzył. Po prostu nie ma Pan zielonego pojęcia o polu widzenia konia.

Nevzorov: Trzeba wiedzieć, jak jest zbudowana nosogardziel konia, kąt widzenia jego oka oraz nozdrza.

Seleznew: To czemu nie chciał oddać tych kartek?

Nevzorov: To jest dość energiczny ogierek, który czasem oddaje, czasem nie. Czasem podgryzie lub trochę narozrabia. Ma swój temperament i nie ma w tym nic dziwnego. Jednak nie powinien Pan wystawiać się na pośmiewisko z takimi pytaniami.

Gubin: Pytam w imieniu tych złych ludzi, co nie wierzą…

Nevzorov: Póki co tylko Panu przyszło do głowy zadać te pytania. Są tak prymitywne, że…

Gubin: że nie będzie Pan na nie odpowiadał… Rozumiem, dziękuję.

Nevzorov: Powinien Pan w tej rozmowie raczej zająć pozycję milczącego obserwatora.

Gordon: Jest chyba rzeczą oczywistą, że Aleksander tak bardzo nienawidzi ludzi, że jest gotów ubóstwiać konia.

Nevzorov: Nieprawda…

Gordon: Już dawno temu, przed Panem czczono konie… No może nie ubóstwiać, lecz wznieść do poziomu człowieka. Obejrzyjmy fragment, który ostatecznie został pominięty w końcowej wersji filmu, a potem o nim podyskutujemy.

(19.20 – do 21.40 min. programu – fragment o ludzkiej dłoni)

Gordon: Może czegoś tu nie rozumiem, ale 7 mln lat temu doszło do pewnego dramatycznego podziału. Przedstawiciele wyższych naczelnych mają bardzo podobny kształt dłoni, i mogą jej używać nie gorzej, niż człowiek – potrafią korzystać z narzędzi, by zdobyć na przykład pożywienie, mało tego, uczyć swoje dzieci, jak to się robi.

Nevzorov: Kąt odchylenia palca u wyższych naczelnych, w tym na przykład, szympansów, niestety, pozbawia je możliwości wykonywania jakichkolwiek drobnych, precyzyjnych czynności motorycznych.

Zorina: Wcale nie. Nie jakichkolwiek. Małpy wiele potrafią…

Nevzorov: Ale to i tak nie daje im żadnych większych możliwości.

Gordon: Ja akurat żyłem w przekonaniu, że jedyną różnicą pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem jest budowa krtani, która pozwala nam układać dźwięki w taki sposób, by powstawała mowa, z której w tej chwili korzystamy…

Nevzorov: Poczekaj, zgodnie ze statystyką Światowej Organizacji Zdrowia, na świecie żyje od 16 do 60 mln (są różne dane statystyczne) osób niemych. Zarówno niemych od urodzenia, jak też nie… I przy tym nie są to ludzie upośledzeni umysłowo.

Zorina: Ma Pan na myśli ludzi nie słyszących…

Nevzorov: Nie, mam na myśli niemych. Kiedy człowiek nie może wykorzystywać strun głosowych, ponieważ pewne fragmenty płatu potylicznego kory mózgu nie przekazują strunom głosowym impulsów…

Gordon: Przy tym tacy ludzie przychodzą na świat, w którym już istnieje pewna kultura, i mogą się uczyć.

Nevzorov: Dokładnie tak.

Gordon: Tyle że nauka przebiega za pomocą innych metod. To na czym polega sprzeczność?

Nevzorov: Nie ma żadnej sprzeczności. To jest tylko ilustracja Pana słów o tym, że mowa jest jakąś cechą charakterystyczną rozumu lub jego niezbędnym elementem. Tak nie jest.

Zorina: Oczywiście, że mowa jest tylko narzędziem. Ci, co nie potrafią mówić, doskonale radzą sobie za pomocą innych narzędzi.

Nevzorov: Co więcej, jak pewnie wiecie, wygenerowanie procesu mówienia, zużywa ogromną część potencjału naszego mózgu – konieczność wykonywania ustami precyzyjnych czynności motorycznych, intonacje, ruch języka… Moglibyście coś opowiedzieć o homunkulusie Penfielda… Lepiej, jeśli widzowie usłyszą to z Pana ust, bo Panu bardziej uwierzą.

Fokin: Aleksander ma rację co do tego, że ręka jest bardzo użyteczną częścią ciała, która pomogła człowiekowi w procesie ewolucji. Pomogła w rozwoju ludzkości. Wiemy jednak, że rodzą się też ludzie bez dłoni. Lecz poprzez odpowiednią naukę i wykształcenie, są to osoby doskonale funkcjonujące i pełnowartościowe.

Nevzorov: Owszem, ale ci ludzie rodzą się w świecie, stworzonym za pomocą ludzkich dłoni!

Gordon: Czy dobrze rozumiem, że ten odstający pod odpowiednim kątem duży palem dłoni stał się decydującym czynnikiem ewolucji?

Fokin: Powiedzmy, że stał się jednym z czynników… W rzeczywistości tych czynników było więcej.

Nevzorov: Poczekaj, poczekaj… To wcale nie jest jakaś tam „figura mowy”. Wyobraźmy sobie będącego istotą rozumną człowieka, który jest całkowicie pozbawiony możliwości realizacji swojego intelektu – i będziemy mieli dzikusa. Więc jeśli mówimy o ludziach, którzy rodzą się niepełnosprawni, na przykład, nie mają dłoni, to pamiętajmy, że żyją w świecie stworzonym za pomocą dłoni, i inni ludzie wykonują dla nich protezy, wózki itd.

Gordon: Absolutnie nie można zaprzeczyć temu, że kilka czynników ewolucyjnych przyczyniło się do tego, że człowiek stał się człowiekiem. Ale twierdzisz, że w tym wszystkim konie miały trochę mniej szczęścia, i tylko dlatego ludzie, którzy w sposób bezczelny wlazły na szczyt drabiny ewolucyjnej, powinni wyciągnąć do koni pomocną dłoń – no może nie dłoń, tylko łapę…

Teraz zrobimy krótką przerwę, po której porozmawiamy o tym, co naprawdę tak mocno niepokoi Aleksandra Nevzorova, że nakręcił ten, jakby to delikatnie powiedzieć, mocny film, i o czym ten film opowiada.

Gordon: To, co widzę na ekranie, to naprawdę się dzieje czy jest to pewien rytuał, nazwijmy to na razie rytuałem, niech będzie, za pomocą którego przekazuje Pan emocje, myśli, uczucia, które rodzą się podczas kontaktu z końmi, ale także dzięki któremu manipuluje Pan otoczeniem.  Myślę, że to będzie głównym tematem rozmowy w drugiej części naszego programu.

Nevzorov: Dobrze, to powiem tak. Naprawdę zadziwiające byłoby to, gdyby duży ssak, w tym przypadku koń, posiadający normalny, pełnowartościowy z punktu widzenia anatomii mózg, nie mógłby czytać czy w inny sposób korzystać ze swojego intelektu. To dopiero byłoby dziwne i godne sensacji. Ważne, żebyśmy to zrozumieli. Lecz człowiek ma problem z zaakceptowaniem tego faktu, ponieważ jego miły faszystowsko-humanistyczny światopogląd…

Gordon: Dobrze, Pan znów swoje… Mam konkretne pytania. Jest Pan w posiadaniu pewnej konkretnej wiedzy tajemnej.

Nevzorov: Nie jest to wiedza tajemna, lecz, zgodnie z tradycją, ściśle ukrywana. Przyczyny tego ukrywania nie zawsze są też dla mnie zrozumiałe. Ja nie robię z tego tajemnicy, mam swoich uczniów, którzy wykonują może nie w zupełności, lecz prawie to samo.

Gordon: Czy może Pan opublikować w którymś z czasopism naukowych opis metody, technologię tego, co Pan robi?

Nevzorov: Nie.

Gordon: Dlaczego?

Nevzorov: Dlatego że ja, powiedzmy, jestem człowiekiem rozumnym, ale ktoś inny, żeby zrozumieć proces myślenia, będzie pracował na otwartych czaszkach żywych koni. Będzie preparował czaszki nie martwych zwierząt, lecz żywych. Przecież jedna sprawa to samo czytanie, a zupełnie inna – otrzymanie… Przecież nie wciśniecie konia do aparatu do tomografii.. Nie zmieści się…

Dobrov: Wróćmy do historii, którą opowiada Pan w swoim filmie – historii o Karolu Kralu. O ile dobrze rozumiem, Karol Kral nie robił wielkiej tajemnicy z metod, jakie stosował w trakcie nauki swojego konia. To po pierwsze. Po drugie, powiedzmy sobie szczerze, Karol Kral nie był pierwszą osobą, która nauczyła konia czytać, co więcej, był czyimś uczniem.

Nevzorov: Oczywiście.

Dobrov: von Osten.

Nevzorov: Nie jest Pan zbytnio zorientowany w rzeczach, ukrytych dla oczu zwykłych czytelników. Jeśli chodzi i Wilhelma von Osten, to sprawa wcale nie jest tak oczywista.

Dobrov: Szkoda, że Pan go pominął. Żeby nieco rozładować atmosferę, opowiem krótką zabawną historię – koń, którego von Osten nauczył czytać, był orłowskim kłusakiem.

Nevzorov: To jest akurat pod znakiem zapytania…

Dobrov: Najpierw próbował uczyć konia niemieckiej rasy, lecz koń nie robił postępów, kupił więc kłusaka orłowskiego… Warto przy tej okazji podziękować hrabiemu za tę rasę koni.

Gubin: Czy ma Pan nagrania, chociaż ze zwykłej kamery, z pierwszego roku nauki konia?

Nevzorov: Tak, oczywiście.

Gubin: Gdzie mogę zobaczyć te nagrania?

Nevzorov: Pan? Nigdzie.

Gubin: Dziękuję, nie spodziewałem się innej odpowiedzi, dziękuję.

Nevzorov: Tu nie chodzi o Pana. Po prostu nie widzę sensu, by angażować cały sprzęt, a na dodatek osobę do filmowania i obrabiania nagrań tylko po to, by mógłby Pan to sobie obejrzeć. Każdej z osób, siedzących po tamtej stronie widowni, chętnie udostępnię nagrania.

Ignatiew: W życiu nie uwierzę, że to wszystko robi Pan wyłącznie dla siebie. Słusznie uważam czy znów jest to jakaś tajemnica, o której nie możemy porozmawiać?

Nevzorov: Nie używajmy, proszę, głupiego określenia „tajemnica”. To nie jest żaden sekret ani tajemnica…

Gordon: Ale nie będzie Pan tego publikował…

Nevzorov: Zależy co publikować, które fragmenty. Takie, w których nie jest przedstawiona metoda nauczania, proszę bardzo, mogę opublikować.

Gubin: To wszystko przypomina historię z postrzeleniem Nevzorova na jednej z leningradzkich ulic. Pan Nevzorov wie, kto do niego strzelał, ale nikomu o tym nie powie.

Ignatiew: Wirtuozeria całego tego przedsięwzięcia, nawet jeśli jest mistyfikacją, to i tak bardzo misterną, zakłada jednak obecność pewnego grona ekspertów, typu powstania pracy doktorskiej czy coś w tym stylu. Każde osiągnięcie w pracy, podczas realizacji której zastosowano skomplikowane techniki, musi być zweryfikowane przez jakieś niezależne grono…

Gordon: Jeśli to wszystko nie jest zwykłą medytacją…

Ignatiew: Musi być powołane jakieś niezależne grono specjalistów, żeby im to zaprezentować… Więc się zapytam, ma Pan kogoś takiego i jeśli tak, to kim są ci ludzie?

Nevzorov: Wie Pan, kiedy się pytamy, kim mogą być ci ludzie, to rodzi się kolejne pytanie – a co potrafią ci ludzie i w jaki sposób mogą się odwdzięczyć… Może Pan sobie wyobrazić tą nagrodę, która miałaby podobną wartość, bo ja nie bardzo… Jak wiecie, pochodzę z Petersburga, a w moim mieście Nagrody Nobla unikają nawet nauczyciele matematyki…

Gordon: Ta niekompletność wiedzy, jaką Pan właśnie nam zaprezentował, będąc przekonanym, że Nagrodę Nobla przyznaje się w dziedzinie matematyki, a tak nie jest…

Nevzorov: Powiedziałem to w przenośni…

Gordon: A matematykom się Nobla nie przyznaje, ponieważ kochanek żony Nobla był właśnie matematykiem. A więc ta niekompletność wiedzy przewija się również w filmie. W wielu momentach. Od Pana znajomości neurofizjologii po znajomość łaciny.

Nevzorov: Żeby zarzucać mi niekompletność wiedzy w dziedzinie neurofizjologii będzie musiał Pan odpowiedzieć na parę moich pytań z tej dziedziny.

Gordon: Mamy od tego specjalistów, po co będę się ośmieszał…

Nevzorov: Dobrze, niech odpowiedzą specjaliści.

Gordon: Mamy też znawców łaciny… Moje podejrzenia wzbudza nie ten fakt, że konie potrafią czytać… Niepokoi mnie to, że Pan oświadcza, że wie, jak nauczyć zwierzęta czytać, że otrzymał Pan dostęp do tej tajemnej wiedzy i przekazuje ją, lecz nie w całości, swoim wybranym uczniom, których na tej sali…. Uwierzcie mi, kiedy zobaczyłem tłum ludzi, który przyjechał z Aleksandrem z Petersburga, by go wesprzeć, natychmiast skojarzyło mi się to z sektą. Zresztą, nie tylko z Petersburga. Do tego wątku jeszcze wrócimy. Jestem oburzony formą postawienia pytania w filmie, prezentującym zresztą gatunek paradokumentu: Ja wiem i trochę uchylę wam rąbka tajemnicy, lecz w jaki sposób to robię, po co to robię, w jakim celu to robię, nigdy w życiu nikomu z was nie powiem.

Wiazemskij: Chodzi o to, że rzeczywiście brakuje  grona ekspertów, ponieważ nawet najwięksi naukowcy, którzy zajmowali się problematyką wyższych czynności układu nerwowego, mózgiem oraz procesem myślenia człowieka i po części zwierzęcia, w pewnym momencie przyznawali, że sami do końca nie rozumieją, czym jest mózg i czym dokładnie jest proces myślenia. Bechtereva mówiła na ten temat nieco więcej od innych… reszta po prostu się nie wypowiadała… Mamy sprawę otwartą, więc pojawia się niejaki Nevzorov ze swoją drużyną, której nie określiłbym mianem sekty, tylko z greckiego – Thiasos – grupy adeptów pewnej religii.

Ignatiew: Zresztą, niech ludzie wierzą w gadające konie, w końcu religia to sprawa osobista…

Gordon: Mówiąc o sekcie, nie chciałem, by zabrzmiało to w sensie negatywnym…

Ignatiew: Ponieważ zajmuję się, między innymi, socjologią religii, w określeniu „sekta” widzę jedynie sposób klasyfikacji typologicznej.

Nevzorov: Czy mogę odpowiedzieć na jedno pytanie? Muszę powiedzieć parę słów w ramach riposty. Te wszystkie tajniki mózgu, wszystkie te zagadkowe brednie istnieją wyłącznie w głowach osób, które nie mają pojęcia ani o dynamicznej lokalizacji funkcji, ani anatomii mózgu. Mogę zadać wam parę pytań, będzie kompletna kompromitacja i wtedy się okaże, że dla was funkcjonowanie mózgu rzeczywiście jest wielką tajemnicą. Proszę odpowiedzieć mi na jedno pytanie, Panie Gordon. Ponieważ Panu bliski jest temat kozy, niech będzie koza. Dlaczego nikt nie ma żadnych wątpliwości co do podobieństwa funkcji i możliwości żołądka u zwierzęcia i człowieka.

Gordon: Po pierwsze, się różnią. Inny pokarm, inna morfologia… nawet inne odchody… Koza pozostawia zupełnie inne od ludzkich ekskrementy.

Gubin: A co z tą łaciną… Proszę mi wytłumaczyć, skąd się wziął pomysł z tym językiem łacińskim? Zarówno Kral, jak i von Osten uczyli swoje konie w języku niemieckim. Pisał o tym nawet Maeterlinck, który przyjeżdżał, by to zobaczyć. Skąd się wzięła ta niewiarygodna koncepcja? Kto jest jej twórcą? Skąd Pan czerpie tą tradycję? Po prostu jestem ciekaw.

Nevzorov: Pewnie, że jest Pan ciekaw, nie wiem tylko, dlaczego mam odpowiadać za luki w Pana wykształceniu.

Gubin: Będę wdzięczny, gdyby Pan je wypełnił, bardzo bym tego chciał.

Wiazemskij: Mogę powiedzieć coś na temat łaciny? Zauważyłem w filmie coś interesującego. Pamiętacie, jak koń czyta słowo „uksar”? Wyraz ten tłumaczy się nie jako „kobieta”, jak robi to Nevzorov. To słowo oznacza małżonkę. Wszyscy wiemy, że kobieta po łacinie to „femina”. Po co ja to mówię… Mamy do czynienia z niezwykle interesującym zjawiskiem – z grupą ludzi, którzy żyją 3 tys. lat wstecz. My, czyli reszta, może i jesteśmy goblinami, lecz współczesnymi. A te 3 tys. lat temu istniała religia, w której przedmiotem kultu były konie.

Nevzorov: co za brednie…

Wiazemskij: Dlaczego wymyśliłem to określenie „solopan”, czyli „syndrom końskiej psychozy Aleksandra Nevzorova”? W świecie Etrusków czczono boginię w końskim obliczu, która nosiła imię Slopa. W Hiszpanii czczono Eponę… I właśnie w tych religiach żywiono pogardę wobec ludzi. Tam były kałuże krwi, rytualne gwałty itd.

Nevzorov: Ale bzdury…

Wiazemskij: Zrozumcie, mamy przed sobą człowieka, który przedmiotem swojej wiary uczynił konia. Który czci konia. I proszę mi nie przerywać, ponieważ to jest jedyne usprawiedliwienie dla Nevzorova. A cała reszta to bzdury. Moi drodzy, my już mamy te 3 tysiące lat historii za sobą. Religia też przeszła proces ewolucji.

Nevzorov: Przepraszam, trochę się zdrzemnąłem…

Wiazemskij:  Więc w tej chwili, Panie Aleksandrze, to jest już patologia, nawet z punktu widzenia religii.

Nevzorov: Wszystkiemu, co Pan teraz powiedział, powinien by towarzyszyć taniec rytualny.

Sotnikowa (do Wiaziemskiego): Skoro ma Pan religię już za sobą, to po co Pan się przeżegnał?

Wiazemskij: Nic Pani nie zrozumiała. Przeżegnałem się, ponieważ jestem chrześcijaninem i żyję w swojej epoce. Jestem wierzącym goblinem. A widzom chcę wytłumaczyć, że nie należy się bać tych ludzi, oni zniknęli już 3 tysiące lat temu.

Sotnikowa: Trochę mnie dziwi, że wszyscy w tym studiu wmawiają Nevzorovowi, że to jest niemożliwe. Lecz Nevzorov nic nie chce udowadniać ani tłumaczyć, po prostu pokazuje nam, jak jest. Jak chcecie to przyjmijcie to do wiadomości, a jak nie – to nie.

Gordon: No, powiedzmy, przyszedł do nas ufolog i opowiada o swoich kontaktach z UFO i twierdzi, że wyłącznie on, korzystając z tajemnej wiedzy starożytnej, może się z UFO kontaktować. Przecież to jest kwestia wiary, zaufania, niczego więcej.

Sotnikowa: Przecież siedzi tu na sali uczennica Nevzorova, dlaczego twierdzi Pan, że jedynie Nevzorov ma dostęp do tej wiedzy? Zapytajmy uczniów.

Gordon: Czy ktoś z indoktrynowanych uczniów zechciałby zabrać głos? Proszę się przedstawić.

Wiaczesław Griszko (miasto Surdut, Rosja): Chciałbym zwrócić Państwa uwagę, że uczniowie Aleksandra Nevzorova znaleźli się w tej chwili w sytuacji, którą łatwo można było przewidzieć. Zamiast pytania, w jaki sposób konie mogą wykazać się swoimi zdolnościami do myślenia abstrakcyjnego, pojawia się inne – dlaczego, słysząc nazwisko „Nevzorov” ludzie natychmiast tracą owe zdolności. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, rozumie Pan?

Gordon: Szczerze mówiąc, w ogóle nie rozumiem, co Pan do mnie mówi.

Griszko: Proszę się zastanowić. Oni to zrozumieli.

Gordon: Widocznie za mało we mnie z konia… Czego się Pan spodziewał po tej dyskusji? Mamy paść na kolana przed guru?

Griszko: Chcielibyśmy, żeby padły jakieś pytania.

Gordon: Właśnie zadaję pytania. Kto oprócz Pana jest w stanie to powtórzyć? – Moi uczniowie, lecz nie w pełnym zakresie. Może Pan to opublikować? – Nie mogę. Skąd Pan czerpie tą wiedzę? – Nie powiem. Do niczego nie jest to Panu potrzebne. Wierzcie mi na słowo, że koń znajduje się na tym samym poziomie rozwoju, co człowiek.

Wiazemskij: Przecież mówię Państwu, że mamy tu do czynienia z organizacją religijną, która nic Wam nie pokaże i niczego nie będzie udowadniać. Patrzcie, czcijcie i podziwiajcie… Zresztą, mogę odstawić tu ten taniec rytualny, przyprowadźcie konia, a ja wokół niego zatańczę. Żadnego problemu. Zresztą, ma Pan pięknego konia.

Nevzorov: Zdaje się, że przed chwilą Pan się przeżegnał. A teraz próbuje Pan wcisnąć mnie w jakieś konteksty religijne. Czegoś tu nie rozumiem. Przeżegnał się Pan z takim pietyzmem, demonstrując przed nami istnienie pewnego innego folkloru…

Wiazemskij: Przeżegnałem się ze strachu. Ma Pan przytłaczające pole magnetyczne…

Nevzorov: Niech będzie, że ze strachu. Wychodzi na to, że człowiek, którego podstawy światopoglądu bazują na żydowskich bajkach ludowych, a nie, na przykład, czukockich czy francuskich, ma prawo do analizy i opisywania innych nurtów intelektualnych, moralno-duchowych czy psychologicznych.  Zabawne, nieprawdaż?

Gordon: Tu się zgodzę.

Wiazemskij: Przecież ja próbuję Pana bronić.

Nevzorov: To już lepiej niech Pan nic nie mówi, nie trzeba mnie bronić.

Fokin: Chciałbym zabrać głos, by pogodzić oponentów i przy okazji wypowiedzieć swoje zdanie na temat metody Aleksandra Nevzorova. Oczywiście, nie znam jej, mam jednak pewne przemyślenia. Karol Kral, który przeprowadzał podobne eksperymenty, podejmował również próby przekazywania koniowi poleceń poprzez sugestię, bez użycia słów czy gestów. I to mu się udawało. Z kolei w latach 30-ch ukazała się książka Władimira Durowa, przedstawiająca jego metody tresury zwierząt – tzw. „miękkie metody”. Istota jego metody polegała na tym, że zwierzę, będąc odpowiednio przygotowane, jest w stanie odczytać intensywne, mocno ukierunkowane myśli tresera. Przecież Pana przykład z kozą to nie jest nic innego. Koza odczytała Pana intencje…

Gordon: Ona raczej odczytała, że jak tego nie zrobi, to się ją zabije.

Fokin: Być może. Jednak chcę powiedzieć, że zwierzęta różnią się od człowieka bardzo wysoko rozwinięta intuicją.

Zorina: W związku z tym mam pytanie – czy pracujący z koniem człowiek nie przekazuje mu przypadkiem, zupełnie niechcący, mimowolnie, jakieś wskazówki? Panie Aleksandrze, proszę mi powiedzieć, czy nie jest przypadkiem tak, że Pan zupełnie nieświadomie przekazuje koniowi jakieś wskazówki, nakierowując zwierzę?

Nevzorov: Szczerze mówiąc, na początku sam w to wszystko nie chciałem wierzyć, w jakiekolwiek rezultaty eksperymentu. Od czego się to wszystko zaczęło? Od tego, że wypróbowałem tą metodę i zobaczyłem pierwsze sukcesy w rozpoznawaniu przez konia liter, udałem się do Natalii Bechterevej (neurobiolog, psycholog). Bardzo jej się to wszystko nie spodobało. Przyczyną były, między innymi, jej uprzedzenia o podłożu religijnym. Zezłościła się i powiedziała, że należy, przede wszystkim, zacząć badać mózg zwierzęcia. Wówczas nie mogłem nawet sobie wyobrazić, jak daleko mnie ta rada może doprowadzić. Kontynuowałem swoje eksperymenty i dalej uczyłem konie.

Gordon: Czy koń będzie czytać czy układać wyrazy, jeśli nie będzie miał Pana w zasięgu wzroku?

Nevzorov: Nie.

Gordon: Powiedzmy, siedzi Pan gdzieś na górze i mówi do niego przez mikrofon. Będzie układał wyrazy?

Nevzorov: Nie wiem, nie próbowałem.

Gordon: Niech Pan spróbuje, może to Panu nie wyjść.

Nevzorov: Niech wreszcie wypowie się ktoś z moich uczniów.

Nos: Istnieją dane specjalistów neurofizjologii, dane z sekcji zwłok, sekcji mózgu koni… To co widzimy na lekcjach Aleksandra Nevzorova, niejako wynika z tych danych naukowych.

Gordon: Jest Pani uczennicą Nevzorova. Czy może Pani powtórzyć to, co robi Nevzorov?

Nos: Ze względu na mój wiek oraz to, że nie mam konia, na razie nie.

Gordon: Aha, czyli Pani musi dojrzeć, a koń się musi urodzić.

Nos: Koń się nie musi urodzić, konia kupię, ale najpierw muszę właśnie dojrzeć.

Gordon: Jak długo będzie Pani dojrzewać w laboratorium Nevzorova?

Nos: W jakim sensie?

Gordon: Kiedy mistrz pozwoli Pani zbliżyć się do konia?

Nos: Nie stawiajmy pytania w ten sposób. To jest kwestia własnej odpowiedzialnej decyzji. Wiem, że na tę chwilę nie będę mogła poświęcić koniowi wystarczającej ilości czasu i sił. To jest codzienna praca, a nie hobby czy rozrywka w wolnej chwili.

Gordon: To dlaczego nazywa Pani siebie uczennicą? Czego Panią nauczył Nevzorov?

Nevzorov: Wiedzieć i rozumieć.

Gordon: Co wiedzieć i rozumieć?

Nevzorov: Po pierwsze, w nic nie wierzyć. Absolutnie nic nie może być przedmiotem wiary. Nie wierzyć w nic, co nie zostało potwierdzone przez badania. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaki skandal wywołałem tym filmem – społeczeństwo nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że mózg człowieka pod względem swoich funkcji i możliwości jest taki sam, jak mózg innego większego ssaka, i że te istoty, którym zadajemy tyle cierpienia, nie widząc w tym żadnego problemu, są takie, jak my. Kozy się je, nad końmi znęcają się niedorozwinięci sportowcy…

Seleznev: Najbardziej niedorozwiniętym przedstawicielem sportu jeździeckiego był z pewnością sam Aleksander Nevzorov… Przecież jego początki to bynajmniej nie hołubienie koni… Zaczynał od bata, ostróg i robił to wszystko, co inni jeźdźcy sportowi.

Nevzorov: Bardzo chciałbym się urodzić jeszcze raz, mając tą wiedzę, jaką mam w tej chwili.

Seleznev: Ale to wcale nie było znęcaniem się nad końmi. Jeźdźcy sportowi też się nie znęcają, choć Nevzorov próbuje nas przekonać, że jeździectwo to samo zło.

Nevzorov: Zauważmy, że nie ja zacząłem ten temat.

Seleznev: Powiedział Pan, że osoby, uprawiający jeździectwo sportowo, są idiotami. Jak mamy to rozumieć?

Nevzorov: Uważam, że jeździectwo może uprawiać osoba albo niedorozwinięta pod względem intelektualnym, albo ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o tym, czym jest koń. Skoro już zabiera Pan głos w tej sprawie, proszę mi powiedzieć, jaka jest grubość warstwy podśluzówkowej w miejscu, gdzie wędzidło dotyka margo interalveolaris? (…) Nie ma Pan pojęcia o podstawowych rzeczach….

Seleznev: Ten Pan uwielbia drwić z ludzi…Cały Nevzorov! Oczywiście, że nie studiowałem budowy warstw śluzówki, przecież dobrze o tym wiesz…

Nevzorov: I chce Pan nam mówić, co jest dobre, a co złe?

Seleznev: Ale znam weterynarzy, który wchodzą w skład komisji sędziowskich, wystawiają oceny…

Nevzorov: Mamy w studiu jakiegoś weterynarza?

Natalia Władykina: (weterynarz): Szanowny oponencie, twierdzi Pan, że koń nie odczuwa w związku z zakładaniem wędzidła żadnego bólu…

Seleznev: Nie twierdzę, odczuwa…

Władykina: Oczywiście, to jakim prawem zadaje Pan ból innej żywej istocie, i to wyłącznie dla własnej rozrywki? I co mają do tego weterynarze? Ja akurat już dawno pożegnałam się z grupą zawodową, obsługującą sportowe jeździectwo. Powiem Panu tak – najpierw robicie z koni kaleki, a potem ściągacie weterynarzy, żebyśmy stawiali je z powrotem na nogi. Będzie Pan próbował mówić, że tak nie jest?

Seleznev: Pewnie, że tak nie jest.

Nevzorov: Ośmiesza się Pan…

Seleznev: A z Pana zwykły showman i skandalista, uważa Pan wszystkich za idiotów!

Gordon: Poczekajcie, chciałbym zadać jedno pytanie, by zrozumieć, gdzie przebiega granica pomiędzy tym co żyje i tym, co nie jest istotą żywą. (Gordon do pani weterynarz). Myje Pani zęby? Jakim prawem zabija Pani te miliardy bakterii, które żyją w jamie ustnej? Codziennie rano je Pani zabija…

Władykina: W przypadku koni mówimy o ssakach wyższych.

Gordon: A co my wiemy o bakteriach?

Władykina: Skoro nie wiecie nic o bakteriach, to po co o nich teraz dyskutujemy? Mogę Panu opowiedzieć o bakteriach ze szczegółami…

Gordon: Do dnia dzisiejszego też uważałem, że dość dużo wiem na temat wyższych ssaków. Teraz już wiem, że tak nie było. Może odnośnie bakterii też kiedyś odkryjemy coś niezwykłego… Rzecz w tym, że wszyscy żyjemy w określonej kulturze… I czy to się podoba Nevzorovowi czy też nie, kultura ta bazuje na określonych zasadach. W naszej kulturze społecznej jemy zwierzęta, ubieramy się w ich skóry, hodujemy je na mięso. Pewnie, że przykro jest nam słyszeć, że cierpią fizycznie tak samo, jak ludzie, że krowa rozumie, że jutro przyjdziesz i ją zabijesz… Oczywiście, to nie jest dla nas przyjemne. I pod tym względem jestem absolutnie po stronie Nevzorova! Jako osobę, która żyje w tej samej kulturze i jest przekonana, że nie można wierzyć w słowa bez ich potwierdzenia, bulwersuje mnie, że w tym filmie Nevzorov konsekwentnie realizuje ideę – „cel uświęca środki”.

Anna Jeżowa (kadrowa): Nie wierzę w to, co słyszę. Rozmawiamy przecież w gronie ludzi dorosłych, nie mamy tu chyba dzieci poniżej czwartego roku życia. I tłumaczymy rzeczy, proste jak „dwa razy dwa”. Dla nas najważniejsze jest to, z jakim pietyzmem lub intonacją zostaną wypowiedziane te prawdy oczywiste. To artysta dobiera środki estetyczne. Malewicz miał prawo narysować swój czarny kwadrat tak, jak go widział, to dlaczego Aleksander Nevzorov nie może używać takich narzędzi artystycznych, jakie mu się podobają?

Gordon: Nie mogę tylko jednej rzeczy zrozumieć – dlaczego w tak szlachetnej sprawie wypowiada się Pan za pomocą tak nieodpowiednich środków estetycznych? Nieodpowiednich z naukowego punktu widzenia, ponieważ nie przedstawia Pan technologii eksperymentu ani jego metody, więc nikt nie może go powtórzyć. Są one wiarygodne wyłącznie dla tych, co ślepo wierzą szarlatanom… – dla ludzi wierzących w UFO i w to, że w lasach pod Twerem odnaleziono yeti. Yeti odnaleziono i nawet udało się z nim porozmawiać, nie mają na to jednak żadnych dowodów, ponieważ yeti z dzikim rechotem uciekł z powrotem do lasu… Dlaczego swoje piękne przemyślenia, szlachetne emocje, głęboką miłość przedstawia Pan w tak straszliwej formie?

Sotnikowa: Już nie pierwszy raz w studiu padło słowo „sekta”. Szczerze mówiąc, razi mnie to, ponieważ jeśli już powinniśmy doszukiwać się sekty, to raczej wśród oponentów Nevzorova. Jest to grupa trolli, którzy nie są w stanie przyjąć do wiadomości ani wyników badań naukowych, ani zmienić swojego sposobu myślenia…

Gordon: Jakie wyniki badań naukowych ma Pani na myśli?

Sotnikowa: Mam na myśli badania naukowe, o których była mowa w pierwsze części spotkania, i które zresztą nie zostały obalone, ale szybko zmieniono temat rozmowy…

Gordon: Chwileczkę, nie było tam żadnych wyników badań naukowych…

Sotnikowa: Badania mózgu nie należą do badań naukowych?

Gordon: Naukowymi będą wtedy, gdy Aleksander Nevzorov opublikuje atlas anatomii mózgu konia i przekaże swoje wyniki ekspertom, do których ma zaufanie – naukowcom z zagranicy, a oni przeprowadzą własne badania… I wtedy będzie można to nazwać badaniem naukowym… Póki co mamy do czynienia z wymysłami Aleksandra Nevzorova…

Sotnikowa: O ile dobrze pamiętam, w filmie pojawiły się dość znaczące nazwiska neurofizjologów.

Gordon: Rozumiem, dziękuje. Nie wysłuchaliśmy jeszcze opinii jednego z obecnych tu specjalistów, to jest zoopsycholog, proszę się przedstawić i powiedzieć parę zdań na temat tego, o czym tu dyskutujemy.

Anastazja Nikolskaja (zoopsycholog, MGU): Całkowicie zgadzam się z prowadzącym. Od czasów Kartezjusza, który uważał zwierzęta za maszyny doskonałe, lecz pozbawione duszy, i Spinozy, który powiadał, że zwierzęta i ryby dane są człowiekowi, by wykorzystywał je na swoje potrzeby, próbujemy obecnie przejść do filozofii Schweitzera z jego etyką uniwersalną i jednakową wartością wszystkich istot żyjących, filozofii Vernadzkiego z jego postrzeganiem człowieka jako części biosfery, i w tym sensie, o ile dobrze rozumiem, film opowiada nam właśnie o tym. Jako zoopsycholog mogę powiedzieć, że prowadząc badania nad zwierzętami, nie możemy nie brać pod uwagę specyfiki gatunku. Zwierzęta, a przynajmniej te najbardziej rozwinięte gatunki kręgowców, nie są ani lepsze, ani gorsze od nas. Są po prostu inne. Są wspaniałe, lecz inne. Jednak sam fakt, że powstają filmy, dzięki którym możemy się zastanowić nad procesem, jaki obecnie zachodzi w świadomości człowieka, zmieniając paradygmat myślenia z antropocentrycznego na przyrodocentryczne, jest jak najbardziej pozytywny. Takie filmy są potrzebne. Lepiej byłoby jednak postępować zgodnie z filozofią Bergsona, który reprezentował koncepcję wrodzonej głębokiej intuicji zwierzęcia, który czuje nasze emocje, nasz stan psychiczny itd.

Gordon: Dziękuję. Teraz chciałbym przypomnieć Państwu słowa, jakie pojawiły się na samym początku filmu. „Ostatecznie każdy może postrzegać ten film wyłącznie jako film fabularny”. Ja osobiście nie mogę… No nie mogę.. i wiecie, dlaczego? Oprócz tego, że film powinien nam przedstawić jakąkolwiek wiarygodność faktograficzną, jeżeli już został nakręcony jako dokument dla telewizji, to chciałbym, żeby był również wiarygodny pod względem emocjonalnym, artystycznym, fabularnym. Jednak to, z czym mamy do czynienia w filmie Nevzrova, to koszmarne bezguście, i to we wszystkim – od gry aktorskiej po dekoracje… I poprzez te wszystkie zapory widz ma się przebić do sensu i istoty  filmu? Pytam się, po co i za co nam to?

Nevzorov: Chętnie bym odpowiedział na te pytania, gdyby Pana nazwisko brzmiało, powiedzmy, Fellini.

Gordon: Ale pytanie zadaje Gordon.

Nevzorov: A Panu Gordonowi nie mam nic do powiedzenia.

Gordon: Dziękuje. Właściwie na tym możemy zamknąć naszą dyskusję, ponieważ odpowiedź typu „Jestem artystą i tak to widzę” wszystkim by pewnie pasowała. Odpowiedzi typu „Tak to widzę, bo kocham konie”, „Wiem to, bo ta wiedza została mi przekazana, nie powiem, przez kogo”, „Ja tak czuję, podobnie jak grupa ludzi, która tu ze mną przyszła”.. Wie Pan, kim Pan jest? Jest Pan romantykiem! Jest Pan absolutnym stuprocentowym niepoprawnym romantykiem, ponieważ nie wierzy Pan w Boga, to jest Pana Prawo, uważa Pan, że świat jest niedoskonały, i zna Pan sposób, a co więcej, ma Pan narzędzia, by ten świat naprawić. Co więcej, naprawić od razu. Widzę w tym absolutnie romantyczny światopogląd, który zasługiwałby nawet na szacunek z naszej strony, gdyby uwzględniał Pan reguły kinematografii światowej. A zdaje się, że przespał Pan kilka dziesięcioleci… Bardzo kocha Pan konie i nie bardzo kocha ludzi. Następnym razem, kiedy będzie Pan kręcił film o koniach, niech Pan poprzestanie na koniach. To, co Pan nam teraz przedstawia, to jest zupełnie inny gatunek filmowy. Jest to nieudolna próba imitacji filmu fabularnego. Angażuje Pan aktorów, którzy próbują tworzyć jakąś interakcję, mają swoje kwestie, kostiumy… Ale to wszystko w stylu teatrzyku amatorskiego, kiedy pułkownik występuje w roli młodej damy. Teraz co do aktorów. Na przykład, Pan (do aktora, który zagrał Karola Krala) jest okropnym aktorem. Zupełnie bez talentu, nie wolno Panu nawet zbliżać się do sceny… Nie mówię, czy to jest dobre czy złe, tylko stwierdzam fakt. I mówię to tylko w jednym celu – jeśli chce Pan być wiarygodny dla widza, po co stawiać przed nim aż takie przeszkody? Po co burzy Pan wiarę odbiorcy w swoją ideę, przedstawiając w filmie ogrom niczym nieuzasadnionej przemocy?

Ulitowa: Czy mogę wypowiedzieć swoją wersję o tym, jak tego typu środki artystyczne sprzyjają osiągnięciu wyznaczonego przez reżysera celu? Długo dziś dyskutowaliśmy o tym, czy konie potrafią czytać, no, przypuśćmy, że dojdziemy do wniosku, że konie potrafią czytać, że są istotami myślącymi. Co to zmieni w naszym stosunku do zwierząt i, co najważniejsze, w stosunkach między ludźmi? Przecież potrafimy wymyślić milion powodów, żeby się nawzajem nienawidzić. Kolejnym takim powodem do nienawiści może być, na przykład, stosunek do koni. Widzimy w filmie pięknego głównego bohatera – pana Nevzorova, który uczy konie czytać i jako jedyny wie, że są to istoty rozumne…

Gordon: A propos, to są jedyne ujęcia portretowe, które z punktu widzenia światła, kompozycji, kamery, są w tym filmie zrobione bez zarzutu.

Ulitowa: Z drugiej strony, film ten zalewa mnie jako osobę, być może, niedostatecznie kochającą konie i nie wierzącą w ich rozum, taką ilością nienawiści i krwi…Przy tym Nevzorov tworzy iluzję, że ta święta inkwizycja i ludzie, żyją kilkaset lat temu, a tak naprawdę to wszystko jest wycelowane bezpośrednio w widza…

Gordon: W ogóle to chciałbym zrozumieć, dlaczego tak głośno oskarżając inkwizycję, korzysta Pan z jej metod? Dokonuje Pan na mnie i na widzach gwałtu – estetycznego i moralnego. Za co?

Gubin: Pozwoli Pan, że też się wypowiem. To, że film mi się nie podobał, to kwestia gustu. Nie w tym rzecz. Bardziej mnie niepokoi takie zjawisko, które nazywam „wampuka w rosyjskim wydaniu”, lub też „nowa ruska wampuka” – ogromne pieniądze wydano na całą tą otoczkę symboliczną, za którą nie kryją się żadne symbole. A więc musi pojawić się ludzka czaszka, bowiem jest symbolem doczesności,  stary manuskrypt, bo Nevzorov jest mądry, na ręku – rękawica, gdyż symbolizuje wyższą klasę społeczną… Uśmiałem się zwłaszcza z palca na końcu laski. Te zakurzone księgi…

Nevzorov: Pan nie wie, co oznacza ten palec?

Gubin: Zaraz Pan z pewnością opowie. Oczywiście, że nie wiem…Nie wszyscy rodzą się tak mądrzy jak Pan.

Nevzorov: Mój ty Boże, widzę, że Pana wykształcenie trzeba rozpocząć od poznania abecadła…

Gordon: Z końmi zaczyna Pan od liter, dlaczego z nami od razu z tak wysokiego poziomu?

Nevzorov (do Gubina): Niech Pan się nie ośmiesza, radziłbym siedzieć cicho…

Gubin: Już nic nie mówię… Ale oglądając film, cały czas czekałem, kiedy wreszcie na scenie pojawi się szkielet… choć nie jest to rosyjska wersja „Od zmierzchu do świtu 3”. Typowy przykład rosyjskiej wampuki, tej parodyjnej sztuczności, kiedy cały budżet ładuje się w wystrój restauracji, a nie w samo jedzenie…W kostiumy ze złota, brylanty i blask sztyletów, a nie w prace reżyserskie. Chciał Pan urwać dla siebie kawałek z budżetu filmu? Ale można to było zrobić w sposób bardziej elegancki. Oczywiście, nie oczekuję się odpowiedzi.

Sotnikowa: Słuchając wypowiedzi tych osób, nie chciałabym, żeby widzowie pomyśleli, że na widowni zgromadziły się same trolle. Są też osoby, których nic nie razi w tym filmie i mam swoje zdanie, dlaczego jedni są oburzeni, a inni wcale nie. Co niektórym nie podoba się krew…

Gordon: Czy Pani mnie w ogóle słuchała? Dla mnie nie jest ważne, co zrobił Nevzorov, tylko – jak on to zrobił. A zrobił to w sposób nieprofesjonalny, absolutnie bez gustu i talentu.

Sotnikowa: Skoro odeszliśmy już od kwestii naukowych i doszliśmy do kwestii gustu, to tutaj każdy może mieć swoje zdanie. Panu może się nie podobać, a mnie się podoba. Ja nie jestem specjalistką od kina, jestem widzem i jako widzowi, podoba mi się ten film i to, jak jest nakręcony.

Gordon: Nareszcie poznałem widza, dla którego powstają tego typu filmy. Dziękuję.

Ignatiew: Mnie się akurat też spodobało, jak jest zrobiony ten film. Im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej jestem przekonany, że najwybitniejszym filmem wszech czasów był film braci Lumiere „Przybycie pociągu na stację La Ciotat”. Najważniejsze w tej dziedzinie sztuki to zdobyć zainteresowanie publiczności. Film Nevzorova wzbudza zainteresowanie publiczności. Dlaczego? Ponieważ w sposób mistrzowski przedstawia nam mistyfikację. A ponieważ jest to wspaniała mistyfikacja, to w istocie jest mi zupełnie obojętne, czy konie naprawdę potrafią czytać. To, co widzę w tym filmie, każe mi bardzo uważnie ten film oglądać, od początku do końca.

Pani w fioletowej sukni: Mogę czegoś nie rozumieć, ale ponieważ mnie tu zaproszono, chciałabym wypowiedzieć swoją opinię. Jako matka, jestem absolutnie przekonana, że ten film powinny oglądać dzieci. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, jest jeszcze bardziej okrutna, a wszystko, co widzimy w telewizji, jest pełne nienawiści. Nevzorov nam pokazuje, że są istoty słabsze od nas, które być może mają identyczny do naszego rozum, lecz nie mają naszych możliwości. Nie twierdzę nawet, że chodzi konkretnie o konie. Chodzi tu o miłość, rozumie Pan? O stosunek do bliźniego. I ja, jako widz, dostrzegam to w tym filmie. Pamiętacie ten fragment, w którym pojawia się dziecko? Wtedy padają słowa, skierowane do chłopca: „Ucz się, to jest podstawą do dalszego życia, to da ci w życiu możliwości”. A koń – może być rozumiany w różnoraki sposób. Dla kogoś to jest pytanie naukowe, a dla kogoś – magia, metafora… Spójrzmy, jak my, ludzie, siedzimy tu obok siebie i w jaki sposób my ze sobą rozmawiamy…

Gordon: Zaiste, ile ludzi, tyle opinii, szkoda tylko, że ludzi jest za dużo…

Nevzorov: Mogę coś powiedzieć? Wysłuchałem tu wszystkich… Kiedy słyszę coś na temat okrucieństwa, zdaję sobie sprawę, z jaką mieszczańsko-cieplarnianą publicznością mam do czynienia. Chcecie uchronić dziecko przed tym czy jakimś innym okrutnym filmem? Po co? Po to, żeby później zderzył się z okrutną rzeczywistością? Czy nie lepiej, jak to zrobił w swoim czasie Mitrydates, powolutku, w małych dawkach przyzwyczajać organizm dziecka do działania trucizny? Lepiej, zapewniam Państwa.

Dobrov: To jest cała wanna wypełniona trucizną.

Nevzorov: Wcale nie, ale zacznijcie od mniejszych dawek, jeśli to jest dla Pana za dużo. W ogóle rozmawianie na temat okrucieństwa w kinie nie ma żadnego sensu, ponieważ… Uwierzcie, dla kogoś urywanie płatków ze stokrotki może być szczytem okrucieństwa.

Gordon: Rzuca Pan oskarżenia wobec publiczności – że jest mieszczańska i cieplarniana, z kolei ta cała krew w Pana filmie jest sztuczna i wydumana. Jest to tak kiepsko zrobione, że ani przez sekundę w to nie uwierzę. Zabroniłbym swojemu dziecku oglądania tego filmu nie dlatego, że na ekranie pojawia się krew, lecz dlatego, że jest to sztuczna krew. Nie rodzą się w widzu żadne uczucia, oprócz obrzydzenia i chęci odsunięcia się od telewizora… żeby na to nie patrzeć.

Pawłow (reżyser dźwiękowy): Wydaje mi się, że Pan akurat oglądał ten film jako profesjonalista w tej dziedzinie.

Gordon: Owszem.

Pawłow: Kiedy skończyliśmy pracę nad filmem i obejrzałem go ze sto razy, zrozumiałem, że wszystko, co zrobiliśmy, i te wszystkie ilustracje do tekstu Nevzorova, wszystko przynosi oczekiwany efekt. I mamy ten efekt – film zmusza widza do refleksji.

Gordon: Czyli żeby zrozumieć film Nevzorova, trzeba go sto razy obejrzeć?

Pawłow: Źle mnie Pan zrozumiał. Po prostu należy oglądać ten film, nie będąc wobec niego uprzedzonym.

Ignatiew: Ten film wpisuje się w kategorię stylizacji na film szkoleniowy.

Gordon: Mamy tyle tematów, że możemy tu siedzieć do rana, a i tak nie dojdziemy do wspólnych wniosków. Na koniec niech wypowiedzą się nasi goście, pracujący nad filmem…

Nos: To w ogóle nie jest film o koniach. Jeśli takie zwierzę jak człowiek, który, jego zdaniem, posiada wysokorozwinięty intelekt, nie może się pogodzić z tym, że inne zwierzę ma porównywalne możliwości intelektualne, to jest to problem człowieka.

Iwankowicz (aktor): Jako bardzo kiepski aktor, powiem rzecz następującą – padło tu dużo słów na temat nienawiści Nevzorova do ludzi… Otóż, takiego szacunku do pracy aktora, jaki charakteryzuje pana Nevzorova, od dawna nie spotkałem… Jeśli chodzi o poszukiwania intelektu – i tutaj mam na myśli oponentów – nie należy szukać intelektu tam, gdzie go nie ma.

Gordon: Panie Aleksandrze, ostatnie słowo należy do Pana.

Nevzorov: Cóż ja mogę powiedzieć… Odnosząc się do moich wcześniejszych słów – przecież nie jest ważne, jak dużym kamykiem zbiło się szybę w pokoju nauczycielskim, kiedy na dworze jest minus czterdzieści, a ważne jest, jak leciały na wszystkie strony odłamki szkła. A w tym przypadku widzę, że poleciały na wszystkie strony. Jeśli chodzi o styl czy metodę, możemy się sprzeczać. Nie sądzę, że kiedykolwiek będę robił filmy w innej stylistyce. Ten styl w zupełności mi wystarcza, że wytykać widzowi to, co chcę mu wytknąć.

Gordon: Dziękuję.

Rozmowa przedpremierowa z uczestnikami dyskusji wokół filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P.”

kon_czyta

Film Aleksandra Nevzorova „L.E.P” – panel dyskusyjny

 

Aleksander Gordon (prowadzący program): Dzień dobry, zapraszam Państwa do obejrzenia wydania specjalnego programu „Premiera z publicznością”. Dziś w naszym studiu oglądamy, a następnie dyskutujemy nad filmem Aleksandra Nevzorova „Maneżowe czytanie koni” (tytuł oryginału „L.E.P”, czyli Lectio Equaria Palestra, łac.).

Zgodnie z tradycją naszego programu, przedstawię Państwu część z osób, dzięki którym powstał ten film, i którzy odpowiedzą dziś na pytania obu stron zgromadzonej publiczności – zarówno zwolenników, jak i przeciwników tego filmu. Aktor Arsenij Iwankowicz, operator filmowy Anatolij Zacharov, uczennica Aleksandra Nevzorova Alina Nos, reżyser dźwiękowy Igor Pawłow, reżyser inscenizacji Nikołaj Miedvedev oraz główny reżyser filmu Aleksander Nevzorov.

Po obu stronach widowni zgromadzili się specjaliści – co byście powiedzieli do widzów Pierwszego Programu? Można polecić ten film czy nie warto marnować czasu?

Andrej Dobrov (dziennikarz): Nie mógłbym polecić tego filmu, ponieważ informacje w nim zawarte są dobrane w sposób tendencyjny i jednostronny i w istocie stanowi on materiał propagandowy, a nie film, przedstawiający rzeczywiste wyjaśnienie tej kwestii. Mamy w nim oczywiście element zaskoczenia, nie mamy jednak faktów, potwierdzających przedstawione treści. Dziękuję.

Dmitrij Gubin (prezenter telewizyjny, dziennikarz czasopisma „Ogoniok”): Polecam obejrzenie tego filmu jako niezwykle pouczającej przypowieści o tym, jak bardzo utalentowany człowiek jest tak bardzo zapatrzony w siebie, że przesypia ostatnie 20 lat rozwoju światowego kina, a po przebudzeniu i otrzymaniu ogromnych pieniędzy na realizację filmu, wciska do scenografii, co się da – piękne perły i kostiumy, aksamity i ludzkie czaszki, czyli tworzy taki swoisty kołchoz „Świetlana przyszłość” w epoce rządu petrodolarów.

Weniamin Ginodman (główny redaktor czasopisma „Odnako”): Polecam, ponieważ ten film uczy nas, by nie dać się zwieźć oklepanym prawdom.

Gennadij Seleznev (polityk, przewodniczący Rady Nadzorczej Federacji Jeździectwa): Stanowczo odradzam, bo to są brednie.

Maria Sotnikowa (dziennikarka): Oczywiście, polecam. Jeśli ktoś jest ciekaw świata i lubi być na bieżąco, a na dodatek chce być lepszym człowiekiem, to warto obejrzeć. Dla kogoś, kto woli pozostać na poziomie tabliczki mnożenia, nie warto.

Zoja Zorina (profesor, kierownik laboratorium fizjologii i genetyki zachowań Wydziału Biologii MGU): Bardzo chciałaby polecić film przedstawiający piękne momenty naszej historii, film o myślących koniach, ale niestety, nie mogę, ponieważ myślące konie utonęły w morzu krwi, jakie zafundowała im obrzydliwa ludzka cywilizacja. Niestety…

Nevzorov: Jest całkiem miło, a obiecano mi przecież obecność na widowni złośliwych trolli. Póki co żadnego nie widzę.

Gordon: Mogę dziś wystąpić w roli trolla? Dam radę, obiecuje…

Nevzorov: Dobra… Przedstawiam Państwu jaskiniowego trolla Gordona.

Nikołaj Kopejkin (malarz): Ja akurat polecam poświęcić swój cenny czas i obejrzeć film, ponieważ podejmuje on ogromnie ważny temat – temat różnicy pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem.

Gordon: Dziękuję

Jurij Wiazemskij (autor i prowadzący programu „Mali mądrale”): Jeśli nie znają Państwo twórczości Nevzorova, to oczywiście, polecam. Koniecznie trzeba obejrzeć, ponieważ jest to niezwykle interesujący człowiek. A jeśli jego dzieła nie są Państwu obce, a na dodatek, słyszeliście o takim zjawisku jak „solopan” (w ten sposób określam „syndrom końskiej psychozy Aleksandra Nevzorova”), to nie warto oglądać, ponieważ nie znajdziecie w tym filmie niczego nowego.

Gordon: chyba pojawił się pierwszy troll.

Andrej Ignatjew (socjolog, dr filozofii): Film obejrzę ponownie z przyjemnością i Państwa też zachęcam. Ten film przypomina nam o tym, jak łatwo zaciera się różnica pomiędzy szlachetnym rycerzem świątyni a niemym zwierzęciem…Warto zawsze o tym pamiętać.

Witalij Fokin (Profesor Wydziału Badań nad Mózgiem, Centrum Badań Neurologicznych): Ponieważ ideą filmu jest humanitarne traktowanie zwierząt – uważam, że zawsze warto obejrzeć.

Elena Ulitowa (doktor psychologii): Odradzam. Uważam, że jest to akcja PR-owska pana Nevzorova, i charakterystyczny dla niego skandaliczny wybryk. Obrzydliwa forma tego filmu, niestety, przesłania jego humanitarne treści.

Gordon: Jako reżyser, ma Pan możliwość jeszcze przed prezentacją filmu, powiedzieć widzom parę słów od siebie.

Nevzorov: Właściwie to nie mam tu nic do powiedzenia. Wszystko, co chciałem powiedzieć, powiedziałem. W głowach tych, co są w stanie zrozumieć, o czym będzie ten film, pewnie zrodzą się pytania – to dla nich zgodziłem się przyjść dziś do studia, i po to, by odpowiedzieć na pytania tej garstki widzów, którzy potrafią zrozumieć.

Gordon: Dziękuję.

Szanowni widzowie, pewnie wśród was również pojawią się pytania, nie będziecie jednak mogli ich zadać. Pozostaje mieć nadzieję, że grupa zaproszonych do studia widzów i specjalistów, choć w części wyartykułują Państwa pytania i udzielą na nie odpowiedzi. Obejrzyjmy ten film uważnie, zaraz będziemy o nim dyskutować.

Spartan i sudoku, czyli anegdotyczne wprowadzenie do poważnego tematu

zdjecie-spartan_i_sudoku

Fakt, że konie są zwierzętami inteligentnymi, moim zdaniem, nie ulega wątpliwości. Inna sprawa, że w świecie stworzonym dla konia przez człowieka, inteligencja naszych kopytnych najczęściej obraca się przeciwko człowiekowi. Będąc zwierzęciem stadnym i z natury uciekającym, a więc zaprogramowanym przez naturę w sposób, by przeżyć w środowisku naturalnym, a nie stajenno-padokowym, koń często zachowuje się w sposób dla nas niezrozumiały bądź niebezpieczny. Każdy z pewnością wie, że konie są zwierzętami płochliwymi. Dla nas stanowi to duży problem, dla koni – jedynie naturalne zachowanie, dające szansę przetrwania. Weźmy inny przykład. Większość koni stara się za wszelką cenę pozostać ze swoim stadem, a człowiek, choćby nie wiem jak bardzo się starał być szefem, liderem i przywódcą, nigdy nie będzie postrzegany przez swojego konia jako koń. Jesteśmy przedstawicielami innego gatunku, na dodatek – gatunku drapieżników. I choć za wszelką cenę staramy się wyeliminować w swoich zachowaniach cechy drapieżnika, żeby być dla konia lepszym partnerem, to i tak nie oszukamy swojej natury. A już na pewno nie oszukamy konia. To dlatego często cały „wysiłek intelektualny” koni jest skierowany na to, by zaspokajać swoje potrzeby naturalne. A więc, by, na przykład, nie zostać oddzielonym od stada lub jak najszybciej do stada wrócić; by dostać jak największe ilości wody i pożywienia, by uniknąć zbędnego, zdaniem konia, wysiłku fizycznego, jakim jest godzinna jazda na ujeżdżalni – przecież każde zbędne zużycie sił danego kopytnego osobnika zmniejsza jego szanse skutecznej ucieczki w przypadku ataku drapieżnika. A jednak da się jeździć konno i zachęcić konia do współpracy.

Otóż, z pewnością, człowiek przez setki lat, stosując zasadę doboru genetycznego, hodował zwierzęta, wzmacniając pewne określone, pożądane cechy, a „wygaszając” te mniej pożądane. W ten sposób konie ras szlachetnych, pochodzące z dobrych hodowli, mają genetycznie uwarunkowaną większą uległość wobec człowieka, większą chęć współpracy itd. To dlatego tak ważne jest zainteresować się, z jakiej hodowli pochodzi upatrzony przez ciebie koń. Tak, na przykład, konie rasy huculskiej z hodowli Gładyszów (w Regietowie) cieszą się dobrą sławą. Mimo całego zespołu specyficznych cech charakteru hucułów, stworzonych do życia w surowych warunkach naturalnych, konie z Regietowa rzadko idą na sprzedaż za przysłowiową złotówkę.

Jednak czasem trafi się na konia z hodowli „za stodołą”, który ma w sobie tyleż uroku, co sprytu i pomysłowości w sposobach wymigiwania się od współpracy z człowiekiem. Oczywiście, mam na myśli mojego kochanego Spartka. Czego jak czego, a inteligencji nie można mu odmówić. Ten koń potrafi otworzyć bramę padoku, nawet jeśli jest to solidna metalowa konstrukcja, trzymająca się na zawiasach z jednej strony i zamknięta za pomocą solidnego bolca z karabińczykiem, na dodatek owiniętego liną, starannie umocowaną. Pierwszym i najprostszym w realizacji pomysłem Spartana, było zwyczajne wyjęcie bramy z zawiasów. Nauczył się demontażu bramy w 2 sekundy, poczym odkładając zwisającą na szyi metalową konstrukcję na bok, triumfująco zapraszał całe stado do wyjścia. Oczywiście, damy przodem… Kiedy ów precedens ukrócono (przyspawano do zawiasów metalowe ograniczniki), Spartan bez trudu rozpracował zapięcie zamka za pomocą karabińczyka – w końcu z tym wynalazkiem koń ma do czynienia na co dzień. Najśmieszniejsze jest to, jak uważnie, stojąc przy bramie, obserwuje starania człowieka, obwiązującego bramę linami, zapinającego za pomocą dodatkowych elementów zabezpieczających – stoi i patrzy cierpliwie, zapamiętując każdy twój ruch. A po niecałej godzinie stado znów przechadza się po całym terenie stajni w poszukiwaniach lepszej trawy. I znowuż, dlaczego mamy się dziwić? Kończy się trawa na padoku – idziemy szukać w innym miejscu. Z punktu widzenia konia, jest to logiczne.

W upalne dni Spartan lubi zażywać kąpieli… Oczywiście, nie będzie czekał, aż ktoś łaskawie, w wolnej chwili zaprowadzi go do myjki i tam schłodzi rozgrzane cielsko. Przecież na padoku jest wanna z wodą, służąca pozostałym koniom jako poidło. Ale Spartan w poprzednim wcieleniu musiał byś chyba hydraulikiem lub „złotą rączką”, bo dla niego rzeczą oczywistą jest, że w wannie należy się kąpać. Oczywiście, napić się też można, ale to już po… Tak więc, w upalne dni koń ładuje się do wanny czterema kopytami, starając się ułożyć tak, by schłodzić jak największą powierzchnię ciała. Jest to manewr tyleż sensowny, co niebezpieczny dla konia, więc w miarę możliwości tego typu pomysły są natychmiast ukracane… Wtedy, chyba z zamiarem zemsty lub z czystej złośliwości, wyjmuje z wanny zatyczkę. No i idź, człowieku, napełniaj wannę od nowa, skoro jesteś taki mądry…

A propos wanny, która powoli staje się głównym tematem tej opowieści, przypominam sobie jeszcze jedną historię, która dała mi do myślenia. Całkiem niedawno, również upalnego popołudnia, Spartan ustawił się w kolejce do wanny (tym razem wyjątkowo do picia) tuż za swoim kolegą z pastwiska Czaborem. Czabor pił, Spartek kulturalnie stał obok, w odległości około metra po prawej stronie. Niestety, mógł wybrać lepsze miejsce do czekania, na przykład, tuż za kolegą, jak to w kolejce – wtedy nie byłoby żadnych wątpliwości. Ale cóż, tym razem nie pomyślał, albo uważał, że i tak chyba wszystko jest jasne. Jak widać, się mylił. W tym samym czasie Barbara – wysoka charakterna kobyła, zresztą, ulubienica Spartana, bezceremonialnie podeszła i stanęła tuż za Czaborem, zupełnie pomijając grzecznie czekającego w kolejce Spartka. W momencie, kiedy Czabor skończył pić, natychmiast zbliżyła się do wanny i schyliła głowę. Oburzenie mojego konia nie znało granic. Zazwyczaj bowiem jej ustępuje, ale w obliczu tak oczywistego chamstwa musiał dać kobyle nauczkę. Błyskawicznie obrócił się zadem do Barbary, wykonał kilka celnych strzałów tylnymi kopytami, kwicząc przy tym wniebogłosy, i wykazując się takimi pokładami energii, że pozazdrościłby mu niejeden koń wyścigowy. Barbara próbowała podjąć walkę, ale wobec tak ogromnej, wręcz desperackiej eskapady obrażonego kolegi, ustąpiła, odsuwając się na kilka metrów od wanny. Przegoniwszy nachalną babę, Spartek zupełnie spokojnie podszedł do wanny i zaczął pić z prawdziwą rozkoszą… Pił dłuuuuugo, niespiesznie, zerkając czasem na grzecznie już czekającą swojej kolejności Barbarę, spoglądając od czasu do czasu na horyzont, na latające nad zbożem jaskółki, na las, na gospodarzy z pobliskiego domu, którzy zbierali się do koszenia trawy… Na krzątanie się stajennego przy belach siana, na ujadające pod domem psy… Tyle ciekawych rzeczy dzieje się dookoła… Dobrze, że ma się czas tak bez pośpiechu wszystko obserwować… Mijały długie minuty, i wreszcie, kiedy Spartan oddalił się, okrągły jak baniak, Barbara odkryła, że wanna jest pusta. Ta złośliwa bestia wypiła prawie połowę wanny tylko po to, by ukarać bezczelne zachowanie koleżanki. To mnie zaskoczyło. Rzecz jasna, konie się kopią, gryzą, biją, kiedy walczą o tzw. zasoby. Konie się kłócą i ustalają hierarchię w stadzie. Ale wydawało mi się, że ich zachowania odbywają się na zasadzie „akcja – reakcja”. Tymczasem jednak, okazuje się, że potrafią też zaplanować i uczynić coś z odrobiną złośliwości, co, jak dotąd, uważałam za domenę człowieka.

Innym przykładem osobliwie rozumianej inteligencji Spartana jest, na przykład, umiejętność odpinania przez niego popręgu w trakcie zajęć na ujeżdżalni. Oczywiście, robi to, kiedy zaczyna się nudzić treningiem (moja wina, moja wina, moja wina), no i kiedy swoje uporczywe odwracanie się  w kierunku brzucha można „zwalić” na oganianie się od much.

Nudząc się w boksie, Spartan zazwyczaj rozpracowuje sposób zamykania drzwi lub mocowania żłobów. Ma się jednak ten zmysł techniczny. Jak się to mówi po rosyjsku, „talentu nie przepijesz” (niechcący znów wracamy do wątku wodno-kąpielowego).

Dlatego właśnie zastanawiamy się nad zawieszeniem w boksie Spartka tablicy z japońską łamigłówką – sudoku. Myśleliśmy też o zwykłych krzyżówkach, ale kto w dzisiejszych czasach rozwiązuje krzyżówki bez Internetu? A w stajni zasięgu brak. Więc stanęło na sudoku. Zobaczymy, czy uda nam się skierować intelekt hucuła w kierunku zajęć innych, niż zaspokajanie swoich podstawowych potrzeb życiowych.

Ta opowieść, na którą składają się anegdoty z życia Spartana, jest czymś w rodzaju wprowadzenia do poważnego tematu, który za chwilę Wam przedstawię. Czy mózg konia zasadniczo różni się od mózgu człowieka? Czy koń, poprzez odpowiednio poprowadzony proces nauczania, może dorównać człowiekowi w swoich możliwościach intelektualnych? Ten problem zostaje przedstawiony w filmie Aleksandra Nevzorova pt. „L.E.P” . Za chwilę na blogu pojawi się dyskusja, poprzedzająca jego telewizyjną premierę, w której wzięli udział specjaliści z rożnych dziedzin naukowych –  biolodzy, psychologowie, neurofizjolodzy, ale także dziennikarze, uczniowie Nevzorova oraz zaproszona do studia Pierwszego Programu rosyjskiej telewizji publiczność. Format tego programu telewizyjnego przewiduje poprzedzającą premierę rozmowę ze specjalistami oraz dyskusję popremierową. W tej chwili pracuję nad przetłumaczeniem dyskusji, jaka odbyła się w studiu po premierze. Myślę, że trochę mi to zajmie, więc zapraszam na mojego bloga już niebawem. A tymczasem – zapraszam do zapoznania się z gośćmi programu i ich opinią na temat filmu oraz do obejrzenia samego filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P”.

Jak się „otarłam” o Nevzorova… -c.d.

trolejbus

Początek tej opowieści znajdziesz tutaj: Jak się „otarłam” o Nevzorova…

No cóż, żeby zachować spójność kompozycji i jakoś usprawiedliwić wiele obiecujący tytuł tej opowieści, właśnie w tym momencie powinien by się pojawić Aleksander Nevzorov. Niczym deus ex machina wyłoniłby się zza chmur w krótkiej skórzanej kurteczce, na czarnym błyszczącym rumaku, prowadzonym, oczywiście, na samym cordeo

Zamiast Nevzorova, nagle pojawiła się wysoka szczupła blondynka w średnim wieku, stała na krawężniku i, wymachując ręką w kierunku pędzących samochodów, próbowała złapać taksówkę. Wyglądała na zmęczoną, a ostry makijaż, krótka spódnica w panterkę i naprawdę wysokie obcasy przez chwilę zbiły mnie z tropu. A jednak podleciałam do niej i, nie licząc już na żaden cud, po prostu ją zagadałam. Chyba zdążyłam powiedzieć parę słów o tym, co mi się przytrafiło, nie wiem, cała rozmowa trwała z pół minuty. Za chwilę obok mojej nowej znajomej zatrzymał się samochód – dziewczyna powiedziała coś do kierowcy, ten kiwnął głową i zaprosił do środka. „Jak chcesz, to wsiadaj” – rzuciła do mnie . „Dziękuję” – odpowiedziałam, a dopiero kiedy drzwi samochodu się zatrzasnęły, przyszło mi do głowy, by się zainteresować, dokąd właściwie jedziemy.

xrushevka

Jak się za chwilę okazało, jedziemy do mieszkania kobiety. Przyznam szczerze, nie miałam innego wyboru… Mieszkała niedaleko, jakieś 15 minut drogi samochodem od tej nieszczęsnej stacji metra, w starym kilkupiętrowym bloku, w mieszkaniu, bardzo podobnym do mieszkania moich już wtedy nieżyjących dziadków. Malutki przedpokój, kuchnia-miniaturka, większy pokój – przechodni, a za nim – sypialnia. Kobieta mieszkała z ojcem i synem. Ojciec, bardzo już leciwy i schorowany, zajmował większy pokój przechodni, a kobieta z synem zamieszkiwali ten drugi. Syn był akurat na obozie wakacyjnym gdzieś pod Petersburgiem, zaś ojciec, o czym mnie uprzedziła tuż przed wejściem do mieszkania, zupełnie „nie kontaktuje”. Żebym się nie zdziwiła. Od razu zostałam zaproszona do kuchni, bo okazało się, obydwie byłyśmy strasznie głodne. Pamiętam, że dziewczyna ugotowała dla nas pielmieni, które z wielką przyjemnością zjadłyśmy. Zbliżała się trzecia w nocy, trzeba było iść spać – gospodyni domu rano musiała iść do pracy. Pamiętam, że cały czas, w drodze do domu, potem w trakcie kolacji rozmawiałyśmy. O jej synku, ojcu, byłym mężu… Ja opowiadałam o sobie… Kobieta pościeliła mi w swoim pokoju świeżą pościel – zdziwiło mnie, że nawet łóżka w tym małym pokoiku były ustawione dokładnie tak samo, jak w mieszkaniu moich dziadków – przy ścianie, jedno za drugim. Może najzwyczajniej w świecie rozkład tego mieszkania nie przewidywał żadnych innych kombinacji. Leżąc każda w swoim łóżku, nadal nie mogłyśmy się nagadać. Dziewczyna opowiedziała mi, jak kiedyś mieszkała ze swoim byłym mężem, geologiem, na Syberii, w samym środku tajgi. To była malutka, licząca zaledwie kilka domów osada, w której na zimę zostawał jeden z geologów. Tamtej zimy akurat wypadła kolej jej męża. Musiała z nim zostać i strzec domowego ogniska, podczas gdy mężczyzna robił codzienny obchód jakichś obiektów geologicznych. Raz, opowiadała, wyszedł rano i nie wracał przez kilka dni. W tym czasie po okolicy buszował niedźwiedź – coś go musiało obudzić w środku zimy, a takie niedźwiedzie mogą być naprawdę niebezpieczne. Szukając pożywienia, o które trudno w zasypanej śniegiem tajdze, przywędrował do osady geologów. Całą noc próbował dostać się do środka izby – czując ciepło i jedzenie, drapał pazurami w drzwi, straszliwie ryczał i sapał, a zapach niedźwiedzia czuć było nawet w domu. Podobno przesiedziała całą noc z siekierą w ręku.
Kobieta opowiadała mi o swoim życiu, a ja słuchałam… Chyba tak jest, że osobie spotkanej zupełnie przypadkowo, z którą raczej więcej się nie zobaczy, łatwiej jest opowiedzieć swoją historię. To dlatego rozmowy w rosyjskich pociągach, kiedy współpasażerów poznaje się na kilka dni, a później rozstaje się z nimi na zawsze, często są tak zaskakująco szczere. Jakich historii można posłuchać w przedziale pociągu na trasie, na przykład, Sankt-Petersburg – Irkuck! Teraz pociągami jeździ się coraz rzadziej… Nikt nie ma czasu na wysłuchanie drugiej osoby. Może nie przypadkiem spotkałam na swojej drodze tą kobietę, która wybawiła mnie z tarapatów. Może i ja w jakiś sposób jej pomogłam… Mam taką nadzieję.

Rano, oczywiście, zaspałyśmy, więc biegiem ruszyłyśmy na przystanek autobusowy, by dojechać do tego cholernego Placu Męstwa. Śmiałyśmy się, bo dziewczyna malowała się w autobusie. Strasznie nami rzucało na zakrętach, ale, jak powiedziała moja znajoma – w autobusie i tak wygodniej, bo w metrze jest za ciemno. W wagonie metra wciąż nam było wesoło, więc kiedy nagle dziewczyna podskoczyła ze słowami „Matko, przecież to moja stacja, muszę lecieć”, zdążyłam ją tylko pożegnać, dziękując po raz setny za pomoc, i zostałam w wagonie…

Najgorsze jest to, że teraz nie mogę sobie przypomnieć, jak miała na imię… Wika albo Lena, tak mi się wydaje. Nie znałam jej adresu ani numeru telefonu. Nie miałam pojęcia, jak nazywała się ulica, na której mieszka. W nocy kierowca samochodu wiózł nas najpierw większymi ulicami, a potem dość długo krążyłyśmy po ciemnych uliczkach osiedlowych, wśród identycznie wyglądających niskich bloków. I do momentu, aż dziewczyna wyskoczyła z wagonu metra, nawet przez moment nie pomyślałam o tym, że być może nigdy więcej się nie spotkamy!
Od tamtego czasu, kiedy przesiadałam się na stacji Plac Męstwa, zawsze rozglądałam się za moją znajomą. Milion razy wyobrażałam sobie, jak mogłabym jej podziękować – co mogłabym podarować jej synkowi, gdzie ją zaprosić czy jak odwdzięczyć się za tamto nasze spotkanie. Żebym chociaż wiedziała, jak ma na imię…

Eeech, życie… Tak to już jest – pamięta człowiek różne mało znaczące fakty z biografii Aleksandra Nevzorova, który bynajmniej nie nadszedł z pomocą, kiedy jej potrzebowałam, a nie pamięta imienia dziewczyny, która pojawiła się nagle i być może uratowała życie…

Na koniec – coś „dla ducha” – piosenka Wiaczesława Butusowa, między innymi, o Petersburgu:

Jak się „otarłam” o Nevzorova…

nevzorov_600sek_1

Pochodzę z Petersburga – byłego Leningradu, a więc z miasta Aleksandra Glebowicza Nevzorova. Na przełomie lat 80-ch i 90-ch cały kraj z zapartym tchem siedział przed telewizorami, oglądając wieczorami 10-minutowe programy informacyjne „600 sekund” z Nevzorovem w roli prowadzącego. Program ten, istniejący w latach 1987-1993 i powstający w Leningradzkiej Telewizji, cieszył się ogromną popularnością, powiem nawet więcej – stał się symbolem, a zarazem zwierciadłem tego burzliwego okresu Pierestrojki…
Miałam wtedy lat kilkanaście i, jak każda nastolatka, mnóstwo ważniejszych spraw na głowie, niż te wszystkie pucze, przewroty i rewolucje, więc kiedy w 1991 roku na mojej ulicy w centrum Petersburga budowano barykady, a do naszych drzwi co chwilę pukali ludzie z prośbą o puste butelki na koktajle Mołotowa, jak co wieczór wychodziłam z psem na spacer i po prostu przełaziłam przez wciąż powstające zapory przeciwpancerne i udawałam się do parku przy Instytucie Pedagogicznym, gdzie czekała na mnie paczka moich przyjaciół… Starałam się w miarę punktualnie wracać do domu (jakoś w okolicach g.22), by mama się nie martwiła – za oknem raz po raz słychać było strzały, ale do żadnych większych starć z udziałem wojskowych w moim rodzinnym mieście nie doszło… Podobno jednostki pancerne, skierowane przez dowódców do siedziby władz miejskich (która znajdowała się i nadal znajduje jakieś 300 m od mojego domu, przy pl. Izaakiewskim), odmówiły wykonania rozkazu i miasto ocalało… Tłumy mieszkańców Petersburga, czekające na barykadach na dalszy rozwój wydarzeń, po kilku dniach zaczęły się rozchodzić, i powoli wszystko wróciło do normalności… Szkoda tylko zabytkowej żeliwnej bramy, którą zabrano z naszej kamienicy na barykady… A strzały, które słychać było za oknem w tamtych niespokojnych czasach, to podobno była sprawka miejscowych początkujących gangsterów, którzy korzystając z panującego w mieście zamieszania, wyszli na ulice, by sobie postrzelać…
Newzorow stał się uosobieniem tamtych czasów, a jego program – kroniką najbardziej bulwersujących wydarzeń z życia miasta i całego kraju… Pierwsze na ekranach telewizorów stosy trupów, pierwsze morderstwa w formacie niemalże „na żywo” (jakkolwiek absordalnie by to nie brzmiało), pierwsze skandale polityczne i seksualne, a w centrum każdego wydarzenia – postać niezłomnego i bezkompromisowego dziennikarza…
Widziałam go kiedyś na Newskim Prospekcie, niedaleko mojej szkoły. Kręcił kolejny reportaż, był skupiony i chyba strasznie na kogoś zły, zresztą wcale mu się nie dziwię. Codziennie wieczorem dostawaliśmy porcję „świeżonki” z ulic naszego miasta, a ktoś musiał to wszystko nakręcić, na własne oczy zobaczyć, a nieraz – uczestniczyć w akcjach np. przekazania zakładników, zatrzymania seryjnych morderców czy interwecji w bezprecedensowej sprawie niszczenia setek ton żywności (słynny reportaż o wywalanych na wysypiska śmieci tonach kiełbasy, parówek, mięsa, podczas gdy sklepy i talerze na naszych stołach naprawdę były puste).
Później, już w drugiej połowie lat 90-ch, kiedy przyjeżdżałam do Petersburga jedynie na wakacje, wielokrotnie bywałam tuż obok stajni Nevzorova – we wsi Murino, pomiędzy cmentarzem a ul. Leśną… Nie mogłam wiedzieć, że kilka razy w tygodniu, wracając od mojej przyjaciółki Żeńki, mieszkającej nieopodal, mijałam miejsce, w którym Nevzorov już wtedy pracował ze swoimi końmi… Niespecjalnie mnie to wtedy interesowało, a poza tym do roku 2005, kiedy ukazał się film Nevzorova „Loshadinaya Encyklopedia” („Końska Encyklopedia”) właściwie mało kto wiedział o nowej pasji byłego dziennikarza i jego znanej już dziś szkole Nevzorov Haute Ecole (NHE). No nie wiedziałam, że jestem tuż obok tego miejsca, bo jakoś tak się poukładało, że całe moje życie towarzyskie przeniosło się w tamtych latach z centrum miasta do nowo powstałej podmiejskiej dzielnicy Dewiatkino, dokąd przeprowadziła się z rodzicami moja przyjaciółka. Zawiązały się nowe znajomości, a spotkania w gronie nowych sympatycznych znajomych zazwyczaj przeciągały się do późnego wieczoru, więc, pamiętam, że w drodze powrotnej zawsze gnałam co sił w nogach, by zdążyć przed zamknięciem metra. Musiałam przecież, urywając się z imprezy, pędzić na jedną z ostatnich marszrutek, które zazwyczaj zawoziły mnie do metra Dewiatkino (no chyba że się psuły po drodze, wysadzając nocnych pasażerów w środku lasu). Niestety, nawet wejście do metra Dewiatkino nie było jeszcze gwarancją pełnego sukcesu. Wtedy akurat na tej linii w Petersburgu, pomiędzy stacją Leśna a Plac Męstwa doszło do podtopienia i ten krótki odcinek był zamknięty. Żeby dotrzeć do centrum miasta, gdzie nadal mieszkałam, trzeba było wysiąść na stacji Leśna, podjechać kawałek autobusem do kolejnej stacji, i, jak się miało szczęście i o tej porze stacja wciąż była otwarta, ponownie wskoczyć do metra. Rzecz jasna, liczyła się każda sekunda… Biegłam więc po nocy obok murów stajni, trzymając w ręce swoją torebkę, a nieraz i buty na obcasach, by tylko zdążyć przed zamknięciem drzwi do stacji metra. Dobrze pamiętam pewien epizod, kiedy przegrałam ów wyścig z czasem. Pokonałam odcinek do stacji metra Leśna, ostatnim z autobusów dotarłam do Placu Męstwa, i w tym miejscu moja podróż musiała się skończyć… Cóż, mogłam się spodziewać, że w końcu kiedyś się spóźnię… Bramy metra były zamknięte… Widziałam nawet przez szybę ostatnich pasażerów – szczęśliwców, zjeżdżających w dół ruchomymi schodami… Zmieszana i załamana, dreptałam przy wejściu do metra, licząc na cud… Powiem Wam, że sytuacja była naprawdę niewesoła… Nieprzypadkowo przecież miejsce to nazwano Placem Męstwa… Rzeczywiście, trzeba by nie lada odwagi, by spędzić noc w tej dzielnicy miasta – wokół stacji już gromadziły się grupki dilerów, a z wszystkich stron nadchodzili parami lub pojedynczo chłopcy o smutnych szarych twarzach… Gdybym miała pieniądze na taksówkę, telefon komórkowy lub chociaż kartę do budki telefonicznej… Nic z tych rzeczy… Mając w sobie resztki nadziei na wyjście z sytuacji, rzucałam się do każdego przejeżdżającego ulicą trolejbusu, lecz żaden się nie zatrzymywał – wszystkie leciały do zajezdni… Parę osób próbowało złapać taksówkę lub prywaciarza, a ja zrozpaczona starałam się trzymać jak najbliżej ostatnich z normalnie wyglądającyh ludzi… Jednak co chwilę ktoś odjeżdżał, a ja się czułam coraz bardziej zagubiona… Na piechotę miałabym do domu jakieś 6-7 godzin drogi i ruszyłabym bez chwili zastanowienia, gdybym tylko wiedziała, w którą stronę… I już nie miałam, kogo zapytać. Typów gromadzących się w pobliżu wolałam nie zaczepiać, bo cały czas miałam nadzieję, że może mnie nie zauważą. Uwierzcie, że w Warszawie nie miałabym żadnego problemu z nocnym powrotem, i to z wielu powodów. Po-pierwsze, są nocne autobusy. Po-drugie, są bankomaty. Po-trzecie, nawet gdybym znalazła się w podobnej sytuacji, ruszyłabym na piechotę, bo z każdej dzielnicy tego miasta wiedziałabym, w którą stronę się udać, by wrócić do domu… No i wreszcie po czwarte, to były inne czasy, inny kraj, zupełnie inne realia. Ciąg dalszy opowieści – pod linkiem: Jak się „otarłam” o Nevzorova – c.d.

A właściwie dlaczego hucuł?

Ano właśnie… Dlaczego? Otóż, w każdym z zakątków agroturystycznej Polski, do którego udało nam się zajrzeć na dłuższe lub krótsze wakacje, trafiałam na konie huculskie – piękne, silne i zrównoważone. Witały nasze ledwo trzymające się w siodle duszyczki z pełnymi zrozumienia spokojem i cierpliwością. Udawało nam się bez większych problemów wyjeżdżać w tereny i co więcej, wracać z uśmiechem na twarzach. Nabrałam więc przekonania, że konie tej rasy mogą być doskonałymi nauczycielami dla osób początkujących. Że z natury są niepłochliwe, przyjacielskie i oddane człowiekowi.

Na zdjęciach wspaniały wałach huculski Oktan (Bieszczady). Szukając konia dla siebie, chyba miałam gdzieś z tyłu głowy obraz Oktana, który wybaczał nam wszystkie nasze błędy…

Pieniądze „na Czarną Gadzinę”…

spartan3
Pierwsze dni ze Spartkiem – połowa sierpnia 2013 r.

Wiosną 2013 roku moja ukochana Mama, będąc u nas w odwiedzinach, przekazała mi niedużą kopertę… „Weź i schowaj tak, żebyś zawsze miała coś odłożonego… na czarną godzinę… Życie lubi sprawiać nam niespodzianki, nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Tylko pamiętaj, to jest „na czarną godzinę”… Na szczęście, póki co, Mamy czarny scenariusz się nie sprawdził, koperta leżała i czekała, a ja tradycyjnie co jakiś czas przeglądałam oferty sprzedaży koni w Internecie. Zazwyczaj podobały mi się izabelowate młode ogierki ras szlachetnych, a więc konie, zupełnie nie odpowiadające ani moim ambicjom, ani umiejętnościom… Na szczęście, byłam już na tyle zaznajomiona z realiami końskiego świata, że przynajmniej zdawałam sobie z tego sprawę. A kopertka wciąż leżała, czarna godzina wciąż nie nadchodziła, a może ją po prostu przegapiłam? I wtedy trafiłam na ogłoszenie o sprzedaży przemiłego 8-letniego hucuła o imieniu Spartan. Właściwie, 3/4 hucuła, z domieszką innych ras. Zresztą, nie miało to już najmniejszego znaczenia…Pierwszy i ostatni raz wtedy poprosiłam męża, by wziął jeden dzień urlopu, bo musimy pilnie gdzieś wyjechać. Po co? Musimy kogoś poznać… No i pojechaliśmy. Rzecz jasna, nie wspomnę, że z opisu wynikało, iż chodzący w rekreacji hucułek wręcz uwielbia ludzi, jest miły, niepłochliwy, chętnie chodzący w samotne tereny, zdrowy jak byk i zupełnie bezproblemowy w obsłudze… „Prawdziwy koń-przyjaciel” 🙂

 To właśnie chciałam usłyszeć! Czasem nawet zastanawiam się, czy ja sobie przypadkiem nie wyśniłam tego opisu sprzedawanego konia z treści ogłoszenia? Może w rzeczywistości były podane zupełnie inne informacje? Np. „koń dla doświadczonego jeźdźca”,  „prawdziwe wyzwanie dla naturalsa” albo „przy odpowiednim podejściu będzie wspaniałym wierzchowcem”?  No nie, pamiętałabym… chyba…

Zobaczyłam Spartana, umęczonego po wielu godzinach pracy, podczas jego półgodzinnej przerwy, kiedy stał osiodłany i przywiązany go płotu. Spał… Po naszym wyjeździe tego samego dnia ten koń znów wracał do roboty, na kolejnych kilka godzin, aż do późnego wieczoru… Podczas tych dwóch godzin, kiedy byliśmy w szkółce, która sprzedawała Spartana, koń nie wykazywał żadnego zainteresowania ludźmi, w ruchach i emocjach był raczej powściągliwy… Nie powiem więc, że między nami zaiskrzyło… Tym niemniej tydzień na zastanowienie był z mojej strony raczej warunkiem formalnym. W głębi duszy już wiedziałam, że będzie mój.

Powiecie, i oczywiście słusznie, że tak się nie podejmuje poważnych decyzji, że wyboru konia, jak zresztą wszystkich życiowych wyborów, należy dokonywać „z głową”. Oczywiście, zgadzam się i osobiście każdemu będę radzić, by przed podpisaniem umowy kupna konia naprawdę w sposób możliwie najdokładniejszy poznał swojego przyszłego przyjaciela, zobaczył jego zachowanie w różnych sytuacjach stajenno-życiowych, sprawdził, czy informacje podane w ofercie opisującej konia, są prawdziwe… I lepiej czasem wziąć kilka dni urlopu, by pojeździć do wypatrzonego rumaka, nie zawsze w umówionych porach i godzinach, podpytać o niego jeźdźców ze szkółki i stajennych…Zobaczyć, jak koń np. odchodzi od swojego stada, jak rusza w samotny teren, jak zachowuje się przy siodłaniu… Jak jest prowadzony w ręku… Teraz już wiem, że to wszystko ma ogromne znaczenie…

Ale 3 lata temu, kiedy zobaczyłam Spartana, po prostu chciałam wierzyć w to, co mi powiedziano… I tyle…

Zatem tydzień później sięgnęłam po kopertkę… Jako że jestem osobą rosyjskojęzyczną, a w moim ojczystym języku „o” nieakcentowane wymawia się jako „a”, to wiadomo już było, na co mam przeznaczyć owe zaskórniaki, i to zgodnie z poleceniem Mamusi

„Pamiętaj, że to jest na Czarną G-a-dzinę!”. I zaliczka poszła 🙂

Potem już było coraz weselej!

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close