Czy czas ucieka mi przez palce? Nie, właśnie się zatrzymuje… czyli O tym, jak dostałam cegłą w głowę i co z tego wynika

Jeśli zajrzycie na mojego bloga dziś i zobaczycie ten wpis, to przypuszczam, że nieco się zdziwicie. Nieczęsto mi się zdarza tak zupełnie odpływać w swoich opowieściach, sięgać tematów dalece odbiegających od spraw przyziemnych, a na dodatek – opowiadać o sobie coś całkiem na serio i bez przymrużenia oka. Najwyraźniej dziś przyszedł ten dzień, gdy – jeśli stwierdzicie, żem zwariowała – zrozumiem i przyjmę ten werdykt z godnością.

A teraz do rzeczy, bo długich wstępów, jak wiecie, nie lubię.

Gdyby ktoś powiedział mi siedem lat temu, że tyle właśnie zajmie nam dogadanie się ze Spartkiem, pewnie najpierw bym się roześmiała, a potem kazałabym puknąć się w czoło (zresztą, nie wiem, kto przy zdrowych zmysłach mógłby wpaść na tak beznadziejny scenariusz?). A więc – po prostu nie przyjęłabym tego do wiadomości, bo to w moim ówczesnym rozumieniu byłoby niemożliwe. A jednak… Siedem lat…

Rzecz jasna, zastanawiałam się przez te lata, dlaczego ja? Co ze mną jest nie tak? Gdzie tkwi błąd? I po co ktoś tak okrutny i nieprzejednany chce mnie tak doświadczać?

Dziś sądzę, że takich scenariuszy los nie podsuwa nam tak zupełnie bez żadnego zamysłu. A zamysł tego scenarzysty był taki, bym się wreszcie, kurna, nauczyła czekać! Całe swoje życie miałam z tym problem. Jak coś wymyśliłam, to musiałam to zrobić już. Natychmiast. A nuż się uda. Zawsze od razu rzucałam się do realizacji najbardziej szalonych pomysłów, wchodziłam w dziwne biznesy, inicjatywy, przedsięwzięcia, przygody i tak zwane akcje. Nie miałam czasu na zbytnie zastanawianie się, tylko od razu do dzieła. Gdy nie wychodziło – długo nie rozpaczałam, przecież tyle jeszcze fantastycznych pomysłów co chwilę rodziło się w mojej nieszczęsnej głowie, że klękajcie narody. Skąd tak dziwna przypadłość? I jakie to miało wpływ na mnie i moje życie? No cóż… Gdy w mojej głowie po raz kolejny zaczynał kiełkować genialny plan, mój małżonek, już nauczony doświadczeniem, miał zwyczaj mawiać: „Irinko, ty już lepiej nic nie rób. Tak będzie dla nas wszystkich najlepiej”. Ale gdzie tam! Miałabym słuchać głosu sabotażysty? Na swoje nieszczęście, kiedyś opowiedziałam mężowi o dość poważnej kontuzji mojej głowy, jaką przeżyłam w dalekim dzieciństwie. Siedziałam sobie, pamiętam, w piaskownicy, gdy jakiś chłopczyk z równoległej grupy przedszkolaków, podszedł do mnie i uderzył cegłą w tył głowy. Pamiętam, że miałam na sobie wełnianą czapeczkę – coś na kształt chusty, i gdy dotknęłam ręką głowy, okazało się, że ręka, czapeczka, i nawet już góra niebieskiego płaszczyka są we krwi. No cóż, jak się później okazało, chłopczyk się pomylił i to nie ja miałam oberwać cegłą w łeb. Jednak, jak to się mówi, Annuszka już rozlała olej słonecznikowy… Gdy nieopatrznie opowiedziałam  tę historię mojemu małżonkowi, chwycił się – nomen omen – za głowę… I powiedział jedno: „O takich rzeczach to należy mówić przed ślubem… No cóż, to wiele wyjaśnia…”

Tymczasem widzę, że kompletnie zbaczam z tematu. Ale, biorąc pod uwagę wyżej opisane zdarzenie, chyba nie macie mi tego za złe. To też mogą być skutki fatalnej pomyłki owego chłopczyka. Swoją drogą, ciekawe, co z niego wyrosło… Generalnie dobrze jest mieć w swoim życiu takie doświadczenie, by wszelkie późniejsze dziwactwa można było złożyć na karb kontuzji z dzieciństwa.

Wrócę jednak do tematu. Nie ma na świecie drugiej żywej istoty, która potrafiłaby tak dobitnie i bezkompromisowo wytłumaczyć mi kwestię związane z czasem, tak łopatologicznie nauczyć mnie trudnej umiejętności czekania i cierpliwości, jak Spartan. Od pierwszych dni naszej znajomości czułam, że coś między nami nie gra. Właściwie nie grało wcale, ale przecież ja chciałam, by grało już! I to cała orkiestra dęta! Nie tym razem… Myślę, że dopiero po pięciu latach odkryłam, że znacznie lepiej nam się układa, kiedy po prostu na Spartana zaczekam. Przy sprowadzaniu, siodłaniu, robieniu czegokolwiek, co mi przyjdzie do głowy. Gdy próbowałam po prostu coś zrobić, co normalni ludzie, przyjeżdżając do stajni, robią i po godzinie czy dwóch wyjeżdżają, zawsze ponosiłam sromotną klęskę. Bo mój koń, zanim zrobił pierwszy krok w moim kierunku, zawsze musiał się zastanowić. Nie minutę, nie dwie, nie trzy… Zazwyczaj po trzech minutach puszczały mi nerwy i zaczynałam prosić go o zrobienie tego, co do konia należy. Nic wielkiego, powiedzmy, o zejście z padoku obok mnie, normalnie, jak człowiek z koniem. Gdy puszczały mi nerwy, mój koń się ulatniał. Jak? Wiecie, pisałam o tym nie raz. I nie było siły, przynajmniej ja takowej nie posiadam, by konia zatrzymać. Dopiero jakiś rok temu odkryłam, że wystarczy dać mu się na spokojnie zastanowić, by podjął decyzję „na tak”. Nie poganiać, nie spieszyć się, nie wymagać. „Daj, człowieku, pomyśleć!” – mówił do mnie koń i po wielu latach usłyszałam. Gdy nauczyłam się czekać – nie patrząc na zegarek – wszystko się zmieniło! Odkąd wzięłam pod uwagę Jego potrzebę „chwili na zastanowienie” (no powiedzmy, dłuższej chwili”), mój koń zaczął mi ufać i od kilku tygodni widzę, że nie musi już za każdym razem rozważać „za i przeciw”, tylko prawie natychmiast podejmuje decyzję „na tak”. Powoli zaczynamy opuszczać teren ujeżdżalni we dwójkę i chodzić do lasu, gdzie w chwilach zwątpienia też po prostu daje koniowi pomyśleć. Stoimy w ciemnym lesie (bo wychodzimy zawsze tuż przed zmierzchem) we dwoje, koń ma wątpliwości i się zatrzymuje, a ja po prostu czekam. Wiem, że jakiekolwiek poganianie z mojej strony spowoduje wyrwanie i ucieczkę, dlatego też nauczyłam się najzwyczajniej w świecie czekać. I za chwilę mam odpowiedź – koń po namyślę kroczy za mną dalej w ciemny las. Jeszcze niedaleko, jeszcze krążymy w okolicy stajni, ale kiedyś nawet wyjście poza bramkę było niemożliwe.

Siedem lat zajęło mi zrozumienie, czego tak naprawdę potrzebuje mój koń. Nie ustalenia przywództwa, bo w naszym przypadku to zawsze będzie tylko partnerstwo. Jakakolwiek walka o przeforsowanie swojego zdania z nim zazwyczaj kończy się jego buntem i ucieczką, więc nie tędy w naszym wypadku droga. Choć nie twierdzę, że w relacjach z końmi kwestia przywództwa jest nieistotna. Bardzo istotna, tylko zdaje mi się, że akurat w naszej relacji zdobywam punkty, gdy jestem „tym, który rozumie jego racje”. Wtedy mój koń nabiera do mnie szacunku i zaufania.

Nie będę się rozpisywać na temat kwestii treningowych, bo absolutnie nie czuję się na siłach. Chciałam się z Wami podzielić czymś, co ostatnio coraz częściej przychodziło mi na myśl. Wiecie, że odkąd Spartan zabrał się za moje wychowanie, nie przyszedł mi do głowy żaden szalony pomysł? Nauczyłam się myśleć, zanim coś zrobię? Teraz to może nawet czasem za długo, ale przyjdzie czas na równowagę. Wiem też, że w pracy z końmi siedem lat to jest wcale nie taka długa perspektywa. Tyle to może trwać, a czasem pewnie i dłużej. O ile człowiek będzie chciał słyszeć, co ma koń do powiedzenia i nauczy się tego, co konie mają w sobie najcenniejsze – trwania, bycia „tu i teraz”, bez oglądania się na mijający czas i myślenia o tym, że coś „przecieka nam przez palce”… Nie, nie przecieka. Z końmi czas się zatrzymuje…

Naczelnikowi? Dziesięć dolarów? Czyli o tym, jak urazić hucuła…

Ostatnio Spartan mnie zaskakuje… No cóż, żadna nowina, ale tym razem – wyjątkowo pozytywnie! Zanim opowiem Wam historię, jaka nam się przydarzyła parę dni temu, tradycyjnie sięgnę pamięcią do lat zamierzchłych, gdy podróżowaliśmy z Mateuszem pociągiem do Petersburga i z powrotem, odwiedzając moją rodzinę. Staraliśmy się co roku wyjeżdżać do moich rodziców w wakacje, by razem świętować nasze z Mateuszem urodziny (bo tak się składa, że dzielą nas raptem 3 dni – i to ja jestem o te 3 dni starsza i mądrzejsza od mojego małżonka).

Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, bywał w Rosji, to z pewnością wie, że w miejscu pobytu na terytorium mojej ojczyzny koniecznie trzeba się „zarejestrować”, czyli – mówiąc prościej, zameldować na pobyt czasowy. Procedura ta, choć może i niezbyt skomplikowana, wymaga jednak pewnego poświęcenia ze strony turysty. Łatwiej mają ci z podróżujących, którzy korzystają z hoteli. Rosyjski hotel bez problemu wystawia dokument, potwierdzający czasowy pobyt turysty i sprawa załatwiona. Jeśli zaś, tak jak w naszym przypadku, zagraniczny turysta nocuje u rodziny, trzeba wykonać znacznie więcej ruchów w kierunku zdobycia upragnionej „rejestracji”. Należy zatem udać się do kilku urzędów, a na koniec – już zupełnie k woli formalności – zgłosić się do centralnego urzędu pocztowego i tam, wypełniając raptem kilka stron formularzy, wypisanych po rosyjsku drobnym druczkiem, uzyskać ową „rejestrację” z pieczątką i podpisem urzędnika ds. rejestracji cudzoziemców.

Szczęście w nieszczęściu (akurat w tej sytuacji wyjątkowo pasuje to sformułowanie), Mateusz miał w Petersburgu asystę w postaci rosyjskojęzycznej małżonki, czyli mnie, która wszystko za Niego wypisała, wszędzie się dogadała i dokument ostatecznie zdobyła.

Zdarzyło nam się jednak, boleśnie się przekonać, co się stanie, jeśli owej rejestracji mieć nie będziemy! Bo takie to pytanie zadał mi Mateusz podczas jednego z naszych pierwszych wspólnych wyjazdów do Petersburga. No cóż… Gdy urlop dobiegł końca i ruszyliśmy na dworzec, by wsiąść do pociągu relacji Petersburg – Warszawa, Mateusz, pamiętam, ironiczne podsumował, że z całą tą rejestracją to zawracanie ludziom gitary – nikt o nią nie pytał, policja nas nie zatrzymywała i najwyraźniej nie ma żadnej potrzeby, by zawracać sobie głowę tą „bumagą”. A-ha… Akurat…

Był środek nocy. Podróżujący słodko spali w swoich przedziałach, kołysani rytmicznymi odgłosami pędzącego w stronę Białorusi pociągu. Szczęśliwie dojechaliśmy do granicy, gdzie pociąg się zatrzymał i zaczęła się zwykła procedura kontroli paszportowo-celnej. Rzecz jasna, wypełniliśmy kolejne oświadczenia, w których własnym podpisem potwierdziliśmy, że akurat nie mamy przy sobie ani broni, ani narkotyków, ani alkoholu, ani – broń boże – produktów pochodzenia roślinnego czy, co już byłoby zupełnie nie do pomyślenia, wyrobów mięsnych. (Choć parę kanapek, zdaje się, jeszcze pozostało w naszym plecaku, a nie byłam pewna, z czym nam je naszykowała moja mamusia). Wyluzowani, czekaliśmy, aż cały pociąg zostanie dokładnie sprawdzony pod kątem przewozu „kontrabandy”, kiedy do naszego przedziału weszła „kontrola paszportowa”. Okazałam swoje dokumenty, panowie od kontroli zerknęli od niechcenia na mnie i na zdjęcie w paszporcie – nie zauważyli żadnych większych rozbieżności i zwrócili się z pytaniem o dokumenty do Mateusza. Mój mąż również podał im paszport z ważną, rzecz jasna, wizą i spokojny czekał na weryfikację. Nagle usłyszeliśmy groźne „Rejestracja!”… I wtedy zrozumieliśmy, po co warto było jednak postarać się o tę „bumagę”… Mateusz przez chwilę udawał, że szuka czegoś w plecaku, po czym rezolutnie odparł: „Chyba zapomniałem w Petersburgu”. – „To Pan się pakuje. Wysiadamy”… I poszli do kolejnego przedziału.

Była druga czy trzecia w nocy. „Prowadnik”, czyli osoba opiekująca się pasażerami naszego wagonu, był w pobliżu… Nauczony doświadczeniem chyba przeczuwał, że możemy mieć kłopoty. Przymknął drzwi i szeptem zaczął nas instruować, co dalej. „Macie jakieś pieniądze? Najlepiej dolary?” – „No coś tam mamy” – stwierdziliśmy po sprawdzeniu zawartości portfeli. „A co będzie, jak nie damy?” – zapytaliśmy „prowadnika”, że tak powiem, z czystej ciekawości. „No to Pan zostaje na granicy, po stronie białoruskiej oczywiście”. – „I co dalej?” – „A tego to ja już nie wiem, jakoś nikt się nie chwalił, bo już nie było okazji”…

Ok. Mieliśmy parę dolarów, ale jednocześnie – żadnego doświadczenia w załatwianiu tego typu spraw. Zero. Nul. Próbowaliśmy przekonać „prowadnika”, by on w naszym imieniu spróbował jakoś delikatnie celnika udobruchać i wręczyć co należy. Ten jednak wił się jak wąż i za nic w świecie nie chciał uczestniczyć w negocjacjach. Mijały kolejne dłuuuugie minuty. Siedzieliśmy w napięciu, próbując sobie wyobrazić, jak się takie sprawy załatwia. Wreszcie drzwi przedziału się uchyliły i jeden z celników bez słowa wykonał gest, z którego zrozumieliśmy że Mateusz ma iść za nim. Mając z natury jednak optymistyczne usposobienie, bagaże mój mąż zostawił w przedziale. Wierzył, że wróci.  Ja zostałam sama, czekając w napięciu na finał naszej nocnej przygody. Po paru minutach Mateusz wrócił. Uffff….. „No i jak? Opowiadaj” – nie mogłam się doczekać relacji. „No cóż… Zaprowadzili mnie do pustego przedziału. Zamknęli drzwi na klucz. Zasłonili okno. Na stoliku w przedziale stała duża otwarta aktówka. Najstarszy rangą bez słowa wskazał palcem na stolik i uważnie spojrzał prosto na mnie. Wyjąłem dziesięciodolarówkę i powoli zacząłem zbliżać rękę do aktówki. Zdecydowanym ruchem celnicy powstrzymali mnie przed popełnieniem tego błędu! „Naczelnikowi???? Dziesięć dolarów????” – żachnął się jeden z nich. Sięgnąłem po drugi dziesięciodolarowy banknot i już z dwoma wyciągnąłem rękę do aktówki. Naczelnik bez słowa kiwnął głową, szybko zatrzasnął aktówkę i wszyscy wymaszerowali z przedziału… Tuż za drzwiami stał i nasłuchiwał zaniepokojony „prowadnik”, ale gdy zobaczył, że celnicy wyszli zadowoleni, odetchnął z ulgą.

Ta historia przypomniała mi się parę dni temu podczas pracy ze Spartkiem z ziemi. Co ma piernik do wiatraka, powiecie? Ano sami zobaczycie. Od niedawna ustawiam Spartkowi niezbyt wysokie przeszkódki do pokonania podczas pracy na kole. Takie na jedną oponkę. Koń z chęcią je pokonuje, a przy okazji się nie nudzi bieganiem w kółko i generalnie – żwawiej pracuje. Tego dnia postanowiłam nieco podnieść poprzeczkę i ustawiłam przeszkodę na wysokość dwóch opon. Odesłałam konia na koło w stępie. Spartan leniwie zbliżył się do mojej konstrukcji i przeszedł ją, wysoko podnosząc nóżki z miną wyraźnie zdegustowaną. Zmieniliśmy kierunek i odesłałam go w drugą stronę. I tu popełniłam błąd. A może i nie błąd, sama nie wiem. W każdym razie stworzyłam okazję do zbuntowania się hucuła. Rzecz w tym, że przy zmianie kierunku koń lubi przechodzić bardzo blisko mnie, niemalże trącając mnie łopatką. Stwierdziłam, że powinien być nieco dalej ode mnie i wysłałam w jego stronę bacik, a jego końcówka lekko musnęła szanowny zad mojego hucuła. Tylko na to czekał! Wyrwał się z taką determinacją, że nie było mowy, bym utrzymała konia na linie. Puściłam, obserwując, jak galopem oddala się w najdalszy narożnik ujeżdżalni z ciągnącą się po ziemi liną. W narożniku zawrócił, spojrzał na mnie i bez chwili zastanowienia ruszył w ustawiony z dość wysokich przeszkód korytarz. Pokonał je wszystkie z dużym zapasem, bez żadnej zrzutki, i to wszystko – z liną, dyndającą za koniem. W drugim narożniku zawrócił i znów przeskoczył wszystkie przeszkody po kolei, tym razem zaczynając od najwyższej, chyba 80-centymetrowej. Znów bezbłędnie. I tak kilkanaście razy, aż w końcu się zmęczył i zaczął strącać belki. Zatrzymał się i znów spojrzał na mnie. Podeszłam i zdjęłam kantar z liną, po czym odesłałam konia z powrotem na przeszkody, już na wolności. Wiedziałam, że wciąż jest wściekły i o żadnej rozmowie na spokojnie nie ma mowy. Już bez liny pokonywał korytarz w jedną i w drugą stronę, dając mi do zrozumienia, że ze swoimi oponkami to ja mogę iść do kucykowa! Byłam tak zszokowana możliwościami mojego hucuła, że ani nie nagrałam jego wyczynów, ani nie zrobiłam żadnego zdjęcia… Trochę się też obawiałam, czy te szaleńcze wybryki nie spowodują jakiegoś urazu u mojego konia – w końcu skoczkiem nie jest, a i rozgrzewki żadnej zrobić nie zdążyliśmy… No cóż, Spartek zazwyczaj sam decyduje, kiedy i jak mam podnieść mu poprzeczkę. I to w sensie dosłownym.

Gdy zobaczyłam w moim koniu chęć do porozumienia, zaprosiłam go do siebie. Zawrócił i podszedł zdyszany i mokry od potu. „Normalny to ty nie jesteś” – powiedziałam mu i razem poszliśmy po linę i kantar. No cóż, rozgrzewkę mieliśmy za sobą, teraz – czas na pracę! Tym razem Spartek nie protestował, ale ja, rzecz jasna, zlitowałam się nad moim „naczelnikiem” i zaproponowałam mu lekkie ćwiczenia na uspokojenie i jednocześnie – postawiłam w ten sposób kropkę nad „i”.

Tak, mój koń potrafi wszystko. Na swoich zasadach. I od czasu do czasu mi o tym przypomina. A potem znów jest aniołem… A więc – albo uczył się od najlepszych (i wiecie, kogo mam tu na myśli), albo oni uczyli się od niego.

O co chodzi w tych komunałkach, czyli Natchniona przez zakurzonego Bena…

Nareszcie słońce… Nareszcie wiosna… Tak, tak, nie dziwcie się, proszę, w Rosji wiosna zaczyna się 1 marca, lato – 1 czerwca, jesień – 1 września, a zima – 1 grudnia… I nie widzę w tym nic niepokojącego. Może dlatego wszelkie moje osobiste postanowienia wielkiej wagi – zrealizowane czy nie, już mniejsza o to – zawierają w sobie właśnie „Od pierwszego….”, no może czasem – „Od poniedziałku…”. Chociaż to drugie znacznie rzadziej. Od poniedziałku – to trochę mało wiążące, jak na mój gust…

A więc ja mam już wiosnę… Ciężka i wyjątkowo pracowita zima odeszła precz. A jako że słońce przypomniało mi dziś, że od paru lat obiecałam naszemu „Beniaminkowi”, że przetrę mu listki, i miałam akurat wolne przedpołudnie, rzuciłam się po szmatkę, miskę z wodą i pufę, by sięgnąć wierzchołka drzewka. Swoją drogą, nasz Beniaminek – to legendarne, niezłomne stworzenie, które – rzec by można – przeżyło i całkiem nieźle urosło wbrew wszelkim prawom Natury… Skąd się wziął w naszym domu? Otóż, odchodząc kiedyś z biura nieruchomości, w którym wiele lat temu pracowałam, zabrałam ze sobą kompletnie zasuszone, nie mające ani jednego listka drzewko… W ramach sprzeciwu wobec poprzedniego pracodawcy, a może raczej w geście solidarności – postanowiłam, że zabieram ze sobą tę oto ofiarę ludzkiej obojętności i z piskiem opon odjedziemy z tego miejsca… Tak też zrobiliśmy – ja i mój Beniaminek. Tak więc moje niezłomne drzewko zamieszkało z nami… No cóż, nikt nie obiecał, że będzie łatwo… Powiedzieć, by wpadł z deszczu pod rynnę, byłoby złośliwością… Recz w tym, że również nie grzeszę nadopiekuńczością w stosunku do roślin. Zryw solidarności – tak, codzienna żmudna praca – z tym już gorzej. Ale o tym już chyba wiecie…

Zatem – mój Beniaminek, choć niezbyt rozpieszczany przeze mnie, zaczął powoli wypuszczać pierwsze listki. Najpierw – nieśmiało, niejako „na próbę”, czy aby na pewno to dobry pomysł. Z czasem – coraz odważniej. W końcu na tyle się rozpanoszył, że zażądał ulokowania go w nowej, większej donicy. No cóż, czasy, gdy ten krzak był Beniaminkiem od dawna mamy za sobą, teraz jest to po prostu – Ben. Mieszka pomiędzy tarasem a kominkiem, nie zraża się, że ktoś go tu ignoruje, nie ginie, obskubywany przez naszą terierkę Moleńkę. Mówią, że Beniaminki są trujące… No cóż, teriery podobno też…

A więc dziś, korzystając z energii, jaką podzieliło się ze mną moje wiosenne słońce oraz czasu, jaki nagle pojawił się w moim rozkładzie dnia, wlazłam na pufę i zaczęłam ścierać kurz z Benkowych listków. Delikatnie kładłam listki jeden po drugim na mojej dłoni i myłam wilgotną ściereczką. Jeden, drugi, trzeci, dwudziesty trzeci, pięćdziesiąty dziewiąty… A to dopiero jedna gałązka, ta mniejsza od góry…. Czułam, że Benkowi to się należy, jak psu ogon… (tak, wiem – buda, ale mam terierkę Moleńkę i uważam, że ogon też się należy). Jednocześnie czułam, że trochę mnie to zadanie zaczyna przerastać… Próbowałam odnaleźć w sobie spokój buddyjskiego mnicha, wytrwałość mrówki, pracowitość pszczoły i zadaniowość Stachanowca, a najlepiej – wszystkie te cechy naraz… Na nic to… W pewnym momencie moje myśli zaczęły krążyć wokół Spartkowych Opowieści i tego, jak dawno nic Wam o nas nie opowiadałam… Chyba od czasów naszego wspaniałego Hubertusa, poprzedzonego bardzo niemiłym i szalenie inspirującym wystąpieniem Spartka – O Podszywającej się pod Pańcię Kreaturze    

No więc, sięgając po kolejny listek, pomyślałam sobie, jak grzecznym i miłym stworzeniem był mój koń przez całą zimę… Oczywiście że bywałam w stajni, wsiadałam i pracowałam z ziemi. I nic. Żadnych spektakularnych wpadek ani oszałamiających sukcesów. Zwykła codzienna żmudna praca, o której chyba nie muszę opowiadać. Pomyślałam jednak, że w Spartkowej książce Wasz entuzjazm wzbudzały nie tyle, a może – nie tylko, Spartkowe historie, lecz również wspomnienia z lat mojego radzieckiego dzieciństwa. Nigdy bym nie przypuszczała, że drobna wzmianka o tym, że „Jelena Iwanowna sprzedała swój pokój” wywoła tyle pytań z Waszej strony. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że coś tak oczywistego dla mnie, będzie wymagało dodatkowych wyjaśnień.

A więc – Benku, wiem, że czekasz, ale – sorry, znów mnie naszło. To właśnie ścieranie kurzu z Twoich niezliczonych listków mnie natchnęło. Zatem – do dzieła.

Naprawdę nie wiecie czym jest komunałka? To już opowiadam. Jest to – fachowo rzecz ujmując – rodzaj nieruchomości, w mówiąc prościej – kilkupokojowe mieszkanie, najczęściej w centrum miasta, zamieszkiwane przez kilka rodzin (tudzież lokatorów). Stolicą radzieckich, a dziś już – rosyjskich komunałek był i wciąż pozostaje Petersburg, moje rodzinne miasto. Rzecz jasna, będąc dzieckiem, miałam okazję pomieszkać w dwóch różnych komunałkach, zajmując wraz z moim bratem i mamą jeden pokój w ogromnym, starym mieszkaniu komunalnym. Łazienkę i kuchnię dzieliliśmy z resztą lokatorów. Ilu ich było w każdej z komunałek – już nie pamiętam. Myślę, że dwie, a może i trzy rodziny z dziećmi lub bez.

Co ciekawe, w każdej z szanujących się radzieckich komunałek zawsze musiał mieszkać jakiś „cichy alkoholik”  – drobny, najczęściej nieszkodliwy człowiek, przesiadujący głównie we wspólnej kuchni na białym, rozpadającym się taborecie. Zazwyczaj każda z komunałek miała też swoją „babcię” – starszą kobietę, a wokół niej zawsze krążyły plotki – że pamięta cara, nienawidzi rewolucji i pochodzi z rodziny, do której „to wszystko kiedyś należało”. Takie babcie zazwyczaj podejrzewano o znajomość języka francuskiego i „kontakty z elementem obcym”, jako że sądzono, że reszta rodziny takiej babuszki w swoim czasie zdążyła wyemigrować…

O ciepłej wodzie w petersburskich komunałkach, mieszczących się w starych kamienicach w samym centrum miasta, można było tylko pomarzyć… Z kranu naszej ogromnej kuchni zawsze leciała lodowata woda… By umyć się rano, trzeba było nastawić wodę, korzystając z przydzielonego naszej rodzinie palnika wspólnej kuchni. Zatem jeszcze przed śniadaniem dzieci zaczynały swoje gonitwy długimi wąskimi korytarzami komunałki, a matki – czekając, aż woda się zagotuje, plotkowały lub kłóciły się o to, czyja  to kolej sprzątania „miejsc wspólnych” (czyli korytarzy, kuchni i ubikacji) przypada w tym tygodniu. I kto będzie sprzątał za tego pijaka? Grafiki sprzątania, wywieszone przy wejściu do kuchni, notorycznie znikały, rzecz jasna,  nie bez naszej pomocy. Stąd – wybuchające raz po raz konflikty… Zresztą, powodów do kłótni w takim mieszkaniu nie brakowało. Choć, patrząc z dzisiejszej perspektywy, ludzie jednak potrafili w sposób dla mnie dziś niepojęty w takich warunkach współegzystować. Znałam mnóstwo osób, mieszkających w komunałkach i mających, na przykład, psy. Jednego, dwa, a czasem nawet trzy czworonogi. Oczywiście, znajdy. Wszyscy moi znajomi psiarze z tamtych czasów byli właśnie mieszkańcami komunałek i żadnemu z nich nigdy nie przyszłoby do głowy, że nie są to warunki odpowiednie dla psów… O własnych mieszkaniach mało kto marzył, o istnieniu własnych domów jednorodzinnych wówczas nawet nikt nie podejrzewał. Zresztą, własne domki kojarzyły nam się albo z daczą (domkiem letniskowym poza miastem), albo z wiejską chatą gdzieś bardzo daleko od Petersburga (bardzo daleko to w rozumieniu moich rodaków – ponad trzysta-czterysta kilometrów, bo mniej kilometrów, to już jest blisko).

A więc sąsiedzi z komunałek akceptowali psy, koty, papugi, wrony i inne zwierzęta, mieszkające w pokoju obok i raz po raz wędrujące po wspólnych kuchniach i korytarzach. Godnie znosili głośne imprezy za cienką tekturową ścianą, solowe wystąpienia samotnego pijaka pod swoimi drzwiami, psikusy dzieciaków i wiele innych rzeczy, przez które dziś niektórzy doznaliby załamania nerwowego.

Komunałki istnieją w Petersburgu do dziś… Znam  niejedną i czasem bywam, choć coraz więcej osób sprzedaje swoje pokoje w komunałkach i wyprowadza się do własnego M-1 gdzieś na obrzeżach miasta. Rzecz w tym, że komunałki najczęściej mieszczą się w samym centrum  Petersburga, gdzie ceny metra nieruchomości są tak wysokie, że sprzedając swoje 10 czy 15 m2 w centrum, można bez problemu kupić kawalerkę od dewelopera… W byłych komunałkach, po całkowitym remoncie lub modernizacji najczęściej powstają apartamenty pod wynajem dla turystów. Niektórzy inwestorzy proponują gościom z zagranicy jeszcze ciekawszą opcję – pobyt w komunałce bez żadnego remontu i modernizacji. Za ciężko zarobione pieniądze gość z zagranicy może poczuć się jak prawdziwy radziecki człowiek. (No dobra, nigdy się tak nie poczuje, ale przynajmniej będzie miał takie wrażenie). Zamieszka w kompletnie zrujnowanym mieszkaniu, bez ciepłej wody, z wątpliwie działającą kanalizacją, z widokiem na ciemne podwórko-studnię i obowiązkowo – cuchnącą klatką schodową. Czymże jest jednak komunałka bez obowiązkowego „cichego alkoholika” i „staruszki, co nie lubi rewolucji”? Atrapą!!

Ale mniejsza o to. Ja w swoim petersburskim dzieciństwie zdążyłam pomieszkać w dwóch komunałkach. Jedna z nich mieściła się na ostatnim, piątym piętrze kamienicy przy ul. Feliksa Dzierżyńskiego (obecnie – Grochowej). To właśnie ostatnie, piąte piętro – mimo że w kamienicy bez windy – stało się dla nas też losem, wygranym na loterii. Dlaczegóż to?

A więc – gdy pewnego dnia mój starszy, wówczas pewnie dziesięcioletni braciszek siedział przy biurku i odrabiał lekcje, na głowę mu spadł sufit… Stało się… Nigdy nie remontowany, kilkusetletni dach naszej kamienicy w końcu się zawalił i część konstrukcji dachowej wpadła do naszego pokoju, o mały włos nie zabijając mojego brata Miszy. Tuż po tym, jak otrzepał się z kurzu, pyłu i resztek cegły, Misza złożył swoje podręczniki i zeszyty, pożyczył od sąsiadki monetę o nominale 2 kopiejek i pobiegł kilka przecznic dalej do budki telefonicznej, by zadzwonić do mamy i opowiedzieć jej o całym zdarzeniu. Ufffff….

Dość szybko całą naszą trójkę ulokowano w innej komunałce, specjalnie przeznaczonej do takich właśnie przypadków: gdy komuś z mieszkańców okolicznych domów na głowę spadał dach lub odwrotnie – sufit zapadał się pod nogami, „przerzucano” go do tzw. „dodatkowych zasobów mieszkaniowych”. Tak więc – niczym statek rozbitków na szalejącym morzu – czekaliśmy, aż wreszcie dobijemy do brzegu… Całkiem prawdopodobne, że w naszym przypadku – samotnej matki z dwójką małych dzieci – upragnionym lądem mogło być własne mieszkanie spółdzielcze!!! Od razu po przykrym zdarzeniu z dachem nasze miejsce w kolejce do własnego mieszkania skoczyło o jakieś kilkaset pozycji!!! Jeszcze kilka niefortunnych zdarzeń, najlepiej z udziałem nieletnich, i mogliśmy myśleć o przeprowadzce!

Ciąg dalszy już wkrótce! Muszę wracać do Bena…

 

Jak wrzucić konia na głęboką wodę, czyli więcej szczęścia niż rozumu…

Kto zagląda na nasz fanpage na pewnym portalu społecznościowym, z pewnością wie, że niecałe trzy tygodnie temu, dzień po feralnym wyjściu ze Spartkiem na łąki, gdzie miałam zamiar z koniem popracować (o czym możecie poczytać w poprzednim wpisie pod linkiem Nie jestem Isadorą Duncan, czyli grubymi nićmi szyte), doszło do pewnego przełomowego dla nas wydarzenia. Otóż, po raz pierwszy uczestniczyliśmy ze Spartkiem w tradycyjnej, jesiennej imprezie jeździeckiej, zwanej Hubertusem. Co prawda, lisa nie goniliśmy, bo ani w nas tyle animuszu, ani chęci rywalizacji, ale sam Hubertusowy wyjazd w teren w towarzystwie siedemnastu koni, w tym koni uczestniczących w imprezie gościnnie, był nie lada wyzwaniem. Zwłaszcza po całej tej aferze z podszywającą się pode mnie kreaturą, o której sam Spartek Wam ostatnio opowiedział.

Kreatura kreaturą – ale ja, świadoma wszystkiego, co dzień przed Hubertusem się wydarzyło, jechałam tego sobotniego poranka do stajni cała rozdygotana… Podjęłam decyzję, że dołączymy do imprezy Hubertusowej parę tygodni wcześniej, kiedy wydawało mi się, że wszystko między nami gra, a „dzień przed” miał być właśnie sprawdzianem naszych relacji. I wiecie już, jak to się skończyło… Miałam zatem poważne podstawy, by wątpić w sukces sobotniego przedsięwzięcia… W drodze do stajni toczyłam wewnętrzny dialog… Kłóciłam się z wyśmiewającą moje strachy kreaturą, wysuwałam wobec jej postulatów argumenty „za i przeciw”, czyli mówiąc prościej – biłam się z myślami… Zdradzę Wam, że chyba gadałam w samochodzie na głos! A jechałam sama… No może – z kreaturą na tylnym siedzeniu…

Gdy zajechałam pod stajnię kilka godzin przed rozpoczęciem imprezy i – naiwna – myślałam, że pewnie będę sama i na spokojnie ocenię sobie sytuację i zachowanie Spartka danego dnia, zobaczyłam kilka koni uwiązanych przed stajni przy ogrodzeniu i dziewczęta, uwijające się przy szykowaniu rumaków. Czyszczenie, grzywy, wymyślne warkoczyki, owijki, białe czapraki, wstążki i inne cudowności zdobiły część koni. Reszta stada, łącznie ze Spartkiem, chodziła po pastwisku, przyglądając się temu całemu zamieszaniu z daleka. Emocje, bliskie tym, co zapewne przeżywała Natasza Rostowa przed pierwszym balem, unosiły się w powietrzu… Dziewczyny krążyły między końmi tanecznym krokiem, a ja – z miną nietęgą – stałam pośród nich i próbowałam się na coś zdecydować. Czego się właściwie bałam najbardziej? Długo by wymieniać, ale przede wszystkim – tego, że spanikuję w trudnym momencie i podczas naszej leśnej wyprawy na osiemnaście koni po prostu zsiądę i postanowię iść dalej na piechotę… Wyobrażacie to sobie? Jak kłusuję na długich odcinkach obok Spartka, a wszyscy uczestnicy Hubertusowego terenu pukają się w głowę? I psuję wszystkim imprezę? To po pierwsze. Po drugie – że Spartkowi w pewnym momencie „odwali”, i zacznie mi tańczyć na wąskiej ścieżce, strzelając z zadu na prawo i lewo, a ja będę bezradna… Czy to był prawdopodobny scenariusz? W sumie – tak! Dla koni, nieobytych z terenami, a tym bardziej – z taką ilością koni w zastępie, z atmosferą podekscytowania wszystkich uczestników, z tym całym zamieszaniem, jest to ogromne obciążenie emocjonalne i bardziej doświadczone i „ułożone” od Spartka konie nie zawsze sobie z tym radzą! A Spartek z pewnością nie miał żadnych wcześniejszych doświadczeń w uczestniczeniu w tak szeroko zakrojonych imprezach. W stajni, z której go kupiłam i gdzie przebywał od źrebaka, było raptem pięć koni. I większych imprez, niż wyjazdy w teren na pięć dobrze mu znanych kolegów, mój koń nie znał. A tu – tyyyyyle uczestników, no i około dziesięciu obcych koni. Miał więc prawo się pogubić, spanikować, nie podołać psychicznie. A wówczas, jak wiemy, ja – czy to pod postacią kreatury, czy też swoją własną – guzik mam do powiedzenia. Wszystkie te myśli w najróżniejszych wariantach i potencjalnych scenariuszach zdarzeń kołatały się w mojej głowie po stronie „na nie”. Z drugiej jednak strony – wreszcie mam ubezpieczenie zdrowotne i mogę się łamać i składać ile wlezie… To plus. Kolejny argument – to przyjazd na powitanie nas z terenu mojego małżonka Mateusza wraz z moją Mamą. Byli świadkami moich przedhubertusowych przygotowań, szykowaniem najjaśniejszych bryczesów, jakie posiadam itd… Wiedzieli, że tego dnia mamy ze Spartkiem jakieś wielkie święto i przyjadą do stajni, by zobaczyć nas, wracających wraz z całą ogromną ekipą Hubertusową, z terenu. Wzięli aparat, ciepło się ubrali, wyjechali z domu zawczasu, by nas powitać. I co? Zastaliby mnie koczującą pod stajnią samopas? Z miną „znowu w życiu mi nie wyszło”? Jako nie-koniarze, kompletnie nie zrozumieliby moich dylematów… Zresztą, większość koniarzy też chyba by nie zrozumiała… A więc – nie mogłam im tego zrobić. I to też był argument „na tak”. 

Gdy w mojej głowie rozgrywała się tzw. „gonitwa myśli” i bitwa na argumenty, Spartek powoli zmierzał do wyjścia z padoku. Zobaczył z daleka, że zdezorientowana stoję przy bramce, nie mogąc się zdecydować, czy iść po niego, czy też dać jemu i sobie spokój. Próbując grać na zwłokę, poznosiłam pod stajnię po kolei cały ekwipunek, i z kantarem i liną w ręku snułam się w te i wewte wzdłuż płotu. W końcu postanowiłam tak: zobaczymy, co koń na to. Spartek przecież głupi nie jest i zazwyczaj dość szybko daje mi znać, że coś mu nie odpowiada. Dam zatem nam szansę, ale przy najmniejszym sprzeciwie ze strony konia, przy najdrobniejszym sygnale z jego strony, że coś mu nie pasuje, odprowadzę go z powrotem na padok. Nawet jeśli będzie już osiodłany i przygotowany do imprezy, z warkoczykiem w grzywie. Trudno. Będę bardzo uważnie go obserwować i słuchać, co ma do powiedzenia. Póki nie ruszymy w teren, mamy wybór. Tak postanowiłam i poszłam po konia.

Bardzo starałam się być spokojna. Wyciszyć emocje i nie nakręcać swoimi psychopatycznymi dylematami mojego konia. Myśl, że mamy wybór, nieco mnie uspokoiła. I dodała pewności siebie. Właściwie to potraktowałam przygotowania do terenu jako ćwiczenie z myślą, że najprawdopodobniej wcześniej czy później mój koń zachowa się tak, jak ma w zwyczaju, i zakończymy naszą przygodę na samych przygotowaniach. Co też miałoby swój sens. Nigdy wcześniej nie szykowaliśmy się do jazdy w towarzystwie tak wielu koni, z nowymi końmi, zajeżdżającymi pod stajnię przyczepą w tle, z zastępem kolejnych nowych koni, wyłaniającym się z lasu i zmierzającym na naszą ujeżdżalnię. Zastanawiałam się, kiedy Spartan zachowa się „jak Spartan”… W którym momencie miarka się przebierze. Być może nawet odetchnęłabym z ulgą…

Bardzo powoli czyściłam i siodłałam mojego rumaka. Z pomocą Asiulkowej Kasi zaplotłyśmy Spartkowi warkoczyk ze złota wstążką. Więcej „ozdób” nie było, bo – jak dla nas – to i tak była spora zmiana wizerunku. Cały czas rozmawiałam ze Spartkiem. Mówiłam do niego po cichu, że nic nie musi. Że – owszem – dla mnie to byłoby wielkie wydarzenie, gdyby udało nam się pojechać w teren razem ze wszystkimi, ale nie za wszelką cenę. Że jeśli poczuje, że nie daje rady, niech da mi znać. (Haha, tego akurat nie musiałam mu mówić, zapewniam Was, że pierwsza bym się o tym dowiedziała). Poprosiłam też wtedy mojego konia, już nie pamiętam – czy nagłos, czy w myślach, ale nie ma to w kontaktach z końmi większego znaczenia, bo nasze myśli czytają tak samo dobrze, jak słowa, lub też nie czytają wcale, jeśli nie chcą –  żeby tego dnia po prostu był ZE MNĄ… By mi zaufał… By jako koń, który przywykł sam podejmować decyzje – zaufał wreszcie mi jako jeźdźcowi, a wszystko będzie dobrze. „Bądź ze mną, bądź dziś ze mną” – powtarzałam to jak mantrę, zakładając Spartkowi ogłowie i dopinając wodze, gdy pod stajnię zajechał koniowóz, z którego po chwili wyszły konie. Wśród naszych olszewnickich rumaków nastąpiło niewielkie poruszenie, konie zaczęły rżeniem witać gości, wyciągać szyję w kierunku przybyszy, łapać nozdrzami ich zapachy. Spartek powitał nowe konie niegłośnym rżeniem i – o dziwo – na tym jego zainteresowanie nimi praktycznie się skończyło. Stał przy mnie – nieuwiązany, bo nigdy nie wiążę go przy czyszczeniu i siodłaniu – i dalej słuchał moich przedhubertusowych modlitw… Był absolutnie spokojny. W jego ruchach, w jego spojrzeniu nie widziałam nawet cienia buntu czy też chęci ucieczki z tej sytuacji. Po chwili, gdy już zakładałam kask, z lasu wyłonił się zastęp koni z zaprzyjaźnionej stajni Pod Wielką Stopą. Oczy wszystkich, w tym też naszych koni oraz coraz liczniej zjeżdżających pod stajnię gości, zwróciły się w stronę lasu. Jeźdźcy na swoich pięknych rumakach przemaszerowali tuż koło nas i wkroczyli na ujeżdżalnię. W oczach mojego konia dostrzegłam zdziwienie, lekką dezorientację, ale nie strach. Z kolei ja się trochę zlękłam… Nowych koni było naprawdę sporo, jak na nas, nigdy nie wyjeżdżających na żadne zawody, tego typu imprezy czy chociażby w obce miejsca. W ogóle – nigdzie nie wyjeżdżających. Wtedy jednak pomyślałam sobie, że i ja w obliczu tego wyzwania nie mogę zawieźć Spartka. Skoro on sobie tak doskonale radzi i ma mi zaufać, to jak śmiem poddawać się defetycznym nastrojom? Jak to się mówi, no way. Mój koń zasługuje na to, by nie być wyrzutkiem, którego zaraz – nie wiedzieć czemu – rozsiodłają i odstawią z powrotem na padok. Za co niby? Obiecałam, że uszanuję jego decyzję o wycofaniu się z imprezy, jeśli taką podejmie, ale Spartek ewidentnie nie miał zamiaru tego robić! Zatem gdy siedemnaście koni rozprężało się na ujeżdżalni, zataczając większe i mniejsze koła we wszystkich kierunkach, ja podprowadziłam Spartka pod schodki. Ustawiłam go w kierunku ujeżdżalni, by widział, na co się pisze. Grzecznie się ustawił, zapraszając mnie do wsiadania. „Oż ty w mordę jeża…. No to nie mam odwrotu” – pomyślałam i wsiadłam. Od pierwszych chwil w siodle poczułam, że koń pode mną nabrał niespotykanej dotąd sterowności. Nigdy w życiu nie był tak gotowy do odpowiedzi na moją delikatną prośbę o przesunięcie w prawo lub w lewo. O ruszenie i zatrzymanie. Miałam wrażenie, że steruję bardzo precyzyjnym mechanizmem, i to od moich najlżejszych ruchów w siodle zależy, dokąd i z jaką prędkością się przemieścimy. Przepraszam za to porównanie z mechanizmem… Rzecz w tym, że to było zupełnie nowe dla mnie odczucie. Kiedyś, gdy zaczynałam swoje przygody w siodle, brakowało mi podstawowych umiejętności i wiedzy o tym, jak powinny wyglądać najprostsze pomoce. Odkąd zaś mam Spartka, prowadzimy nieustające dyskusje o wszystko – o tempo, przesunięcia, zakręty itd… Tylko sygnał do zatrzymania działa bez zarzutu 🙂 Fakt faktem, że idzie nam coraz lepiej, ale takiej lekkości i takiej gotowości do wykonywania moich poleceń nigdy wcześniej w moim koniu nie było! Całkowite skupienie Spartana na mnie absolutnie mnie zaskoczyło od pierwszych kilkunastu kroków, jakie zrobiliśmy, wkraczając na zatłoczoną ujeżdżalnię. Wszystkiego się spodziewałam – panicznego cofanie się i chodów bocznych z wyrywaniem wodzy, podbryknięć i kopania w kierunku kroczących tuż obok nas nieznanych nam koni, rozpaczliwego poniesienia w tym całym zamieszaniu, desperackiej ucieczki do zostawionego na padoku Czesława… To wszystko mieściło mi się w głowie, ale całkowite, absolutne, niewyobrażalne skupienie na mnie – to był dla mnie szok.

Gdy więc okazało się, że możemy spokojnie, pod całkowitą moją kontrolą poruszać się między końmi – w kierunku, jakim sobie zażyczę – uspokoiłam się. Tego scenariusza praktycznie nie brałam pod uwagę… Szczerze? Szczytem moich marzeń było przykleić się do któregoś z zaprzyjaźnionych koni i jakoś dotrwać do końca… Nie spaść, nie zsiąść, nie zrobić wiochy…

Okazało się, że mój krnąbrny rumak podjął najlepszą z możliwych decyzji. Ja to widzę tak: ponieważ Spartek nie miał wcześniejszych doświadczeń w tego typu sytuacjach, a więc – i gotowych rozwiązań na nowe okoliczności, zdał się na mnie. Po raz pierwszy stwierdził, że warto mnie posłuchać. Wobec nowych okoliczności, w jakich się znalazł, nie miał przygotowanych utartych rozwiązań „po swojemu”, co zdecydowało o sukcesie tego przedsięwzięcia. Rzeczywiście, tak jak go prosiłam podczas naszej rozmowy przy siodłaniu, był ZE MNĄ. Gdy kłusowaliśmy leśnymi drogami i widziałam, że konie przed nami potykają się o wystającą z ziemi gałąź, prosiłam Spartka, by ominął ją z prawej strony, używając delikatnej łydki, i koń ją omijał. Nie gnał przed siebie, byleby zdążyć za idącym przed nami Aśkem, na oślep, tylko mnie słuchał! Był w stanie zejść ze ścieżki, którą pędziły konie przed nami, bo ja go o to poprosiłam. Z kolei w stępie często zostawaliśmy nieco z tyłu za naszym dumnym kabardyńskim przyjacielem, bo stęp mamy wolniejszy od reszty koni… Gdy odległość robiła się naprawdę spora – jakieś dziesięć-piętnaście metrów – prosiłam Spartka o podkłusowanie i zwolnienie w odpowiedniej odległości za Aśkiem, robił to. W całkowitym spokoju i skupieniu.

Nieco rozglądał się na zakrętach, gdy za nami – kroczącymi w pierwszej połowie zastępu – widać było kilkanaście koni, pozostających jeszcze przed rozwidleniem drogi. Wówczas się oglądał i patrzył za siebie z niedowierzaniem. Nie pozwalałam mu za bardzo się skupiać na tym, co dzieje się za nami i ile koni podąża leśną drogą. Robiłam coś, co rozumiem pod słowem „półparada”, i miałam konia pod całkowitą kontrolą.

Co prawda, nie obeszło się bez drobnych incydentów. Gdy skręciliśmy z drogi od stajni do lasu, na samym początku naszej wędrówki, Spartek oddał z zadu Ogórkowi, który idąc za nami za bardzo „przykleił się” do Spartkowego ogona. W tym całym zamieszaniu zupełnie nie pomyślałam o tym, by odwrócić się do osoby, jadącej za nami i poprosić ją o pilnowanie odstępu. Jak wiemy, hucuł ma swoje za uszami. I skopanie kolegi, przyklejonego do Spartkowego szanownego ogona, jest dla hucuła rzeczą, niestety, całkiem naturalną. Tego w tym całym zamieszaniu nie wzięłam pod uwagę. Zatem gdy skręciliśmy do lasu, mój koń nagle strzelił z zadu i natychmiast schował swoje cztery litery w krzaki. Niczym dziecko w przedszkolu, krzyknęłam „Spartek kopie Ogórka” i – dosłownie w tejże sekundzie, niemalże spod ziemi wyrosła Madzia na Rudym – właścicielka naszej stajni, która dbała o bezpieczeństwo całej imprezy. Jakim cudem znalazła się koło nas natychmiast? Poruszała się bowiem w zastępie jako druga od przodu, bo teren prowadził nasz tegoroczny „lisek” Lechu. Tuż za nim – Madzia. Potem Ania na Zahirze, następnie – Asiek, Spartek, Ogórek, Asia na Ilandzie – i tak dalej. Tak czy inaczej, Madzia, dosiadająca konia, który też lubi skopać kroczącego za nim kolegę przy niepilnowaniu odstępów, wiedziała, o co chodzi. Powiedziała do mnie „Oddychaj, oddychaj”, i zaczęłam wracać do siebie. Wyprowadziłam Spartka z krzaczorów, wróciliśmy na ścieżkę i z Ogórkiem, już pilnującym odległości za nami, ruszyliśmy dalej. W chwili całego zajścia podobno wydarłam z siebie tak zdecydowane „Nie!”, że Magda do końca imprezy Hubertusowej była pod wrażeniem. Stwierdziła, że w życiu nie spodziewała się po mnie takiej asertywności i stanowczości w podejściu do mojego hucuła. Że gdyby ona usłyszała takie „Nie”, to z pewnością odechciałoby jej się rozrabiania. A Madzia – jeśli jej nie znacie – swój charakter też ma. Podobno odkryła tego dnia we mnie nowe możliwości… No ale zbaczam z głównego wątku mojej opowieści.

Kolejne drobniusieńkie „ale” są związane ze Spartkową wybiórczą tolerancją wobec psów, towarzyszących nam w terenie. Wcześniej lubił sobie zapolować na każdego. Z czasem zaakceptował Bolka i Czekoladę. Natomiast Dziuni – nowego psa w stajni – jeszcze nie lubi. Pech chciał, że przez ponad połowę terenu Dziunia biegła dokładnie na wysokości Spartka. Kroczyła tuż przy nas mimo grożących min Spartka i kilku, skutecznie przeze mnie udaremnionych, prób jej dziabnięcia przez hucuła. Spartek generalnie nie przepada, gdy ktoś towarzyszy nam równolegle – na jego wysokości. Musimy to, rzecz jasna, przepracować, by móc na przykład poruszać się w terenie obok siebie, koń przy koniu. Póki co jest to prawie niemożliwe, bo wzbudza w moim koniu za dużo negatywnym emocji, ale Dziunia najwyraźniej miała to gdzieś. Być może czuła, że jestem poddenerwowana i potrzebuje jej wsparcia, a może po prostu mnie lubi. Lub na odwrót – nie przepada za nami i robiła nam na złość, choć to oczywiście, żart… Tak czy inaczej – musiałam Spartka pilnować, by jej w końcu nie upolował.

Poza tym – nasz Hunertusowy teren, co uważam, było w naszym naszym przypadku skokiem na głęboką wodę, był wielce udany! Nic, dosłownie nic z moich czarnych scenariuszy, na szczęście, się nie sprawdziło! Im dalej, tym bardziej byłam wyluzowana, tym bardziej czułam, że mam kontrolę nad koniem, a koń nie ma najmniejszej ochoty na wszczęcie dyskusji.

Mam wrażenie, a przynajmniej bardzo chcę wierzyć, że nie nadwyrężyłam zaufania mojego konia. Że go nie zawiodłam. Że czuł moje wsparcie, a każda z podjętych przeze mnie decyzji była dla niego korzystna. Wróciliśmy zmęczeni, ale bardzo dumni z siebie. Przy wyjściu z lasu czekało na nas sporo fotoreporterów, wśród nich – Mateusz i moja Mama. Podobno słychać było nas z daleka – zarówno odgłosy kopyt, jak i pieśni, śpiewanych przez bardziej uzdolnionych uczestników terenu. Ja przez cały teren tradycyjnie rozmawiałam ze Spartkiem. Na głos. Chwaliłam go, wspierałam i mówiłam, że jest bardzo mądrym i dzielnym koniem. Bo jest, jakby na to nie patrzeć. Choć jego pańcia, zdaje się, jednak ma więcej szczęścia, niż rozumu…

„Nie jestem Isadorą Duncan”, czyli Grubymi nićmi szyte…

Dzień przed „Wielkim Pleceniem Warkoczy”, gdy wszystkie nasze Pańcie się wystroiły, co więcej –  rzuciły się jak szalone do zaplatania nam grzyw i ogonów – niechcący uczestniczyłem w dość nieprzyjemnym incydencie. Rzekłbym nawet – prowokacji… Na dodatek, grubymi nićmi szytej. Komu i czemu to miało służyć, oprócz zszargania mojej i tak „nadpsutej” reputacji – gubię się w domysłach.

A było tak.

Tamten dzień zapowiadał się nawet sympatycznie, bom się spodziewał wizyty mojej Pańci, która ostatnio – trzeba powiedzieć – bywa nieregularnie, więc nie znam dnia ani godziny, kiedy przyjedzie, a zatem przestałem już czekać o umówionej porze. Czułem jednak, że przyjedzie. Gdy więc po południu ujrzałem z daleka zbliżającą się niewielką, obładowaną „sznurkami” postać, ruszyłem do wyjścia. Dobrze znam jej zwyczaje. Czeka na mnie przy bramce, że niby sama nie może podejść… Cieszy się jak dziecko, gdy powoli ruszam w jej stronę, a gdy podchodzę i od niechcenia chrumknę na powitanie, prawie że ma łzy w oczach. Mówię Wam!  Taka się zrobiła ostatnio sentymentalna… Robię więc tak za każdym razem, gdy się witamy, a niech się dziewczyna cieszy, co mi szkodzi. Gdy już wyjdziemy poza bramkę, kolej na gest z jej strony. Otwiera swoją „magiczną torebeczkę” i częstuje mnie jabłkiem lub marchewką. Tu muszę Wam powiedzieć, że chyba na mnie oszczędza, bo nigdy nie da mi czegoś w całości, tylko kroi to na małe kawałeczki i tak mi wydziela po jednym. Jakbym sam nie mógł pogryźć… I torebkę mogłaby nosić większą, a lepiej – plecak. Bo w tej małej „magicznej” więcej niż jedno jabłko i parę niewielkich marchewek nie zmieści się, choćby nie wiem co… To błąd… Ale te najprostsze rzeczy jakoś najtrudniej ludziom wytłumaczyć. Może sama się kiedyś domyśli…

Tamtego dnia na początku wszystko wyglądało normalnie i nic a nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Ta postać, która – teraz już muszę Wam powiedzieć – „podszyła się” pod moją Pańcię sprowadziła mnie z padoku i wróciła po coś do stajni. Zostałem sam i tradycyjnie zacząłem skubać resztki trawy. Gdy po chwili wyłoniła się z wiadrem w ręku, pognałem do niej kłusem przez całą ujeżdżalnię. Że też nic mi wtedy w głowie nie zaświtało? No nie! Byłem tak szczęśliwy, że zupełnie straciłem czujność. „Podszywająca się pod Pańcię kreatura” postawiła przede mną wiadro przepysznego musli z sieczką, a ja – naiwny – rzuciłem się do jedzenia. Nie to żebym był głodny, ale kto by odmówił dodatkowej porcji w ciągu dnia. A mogłem już wtedy się domyślić, że coś tu jest nie tak… Powiem Wam, że „podszywająca się kreatura” naprawdę się postarała. Z wyglądu niczym się od Pańci nie różniła. Ten sam niepowtarzalny styl – wiejska nonszalancja z domieszką podmiejskiego pseudosportowego wygodnictwa. Ta sama gracja w ruchach, której finezję ograniczają wyłącznie przyciężkie gumofilce i trójwarstwowe okrycie, zapewniające mojej Pańci ciepło w każdych okolicznościach. Żem się od razu na niej nie poznał! Przecież moja Pańcia nigdy nie dałaby mi „na dzień dobry” wiadra z jedzeniem! Czy już Wam wspominałem, że oszczędza na własnym koniu? Ona najpierw każe mi pracować, a później dopiero coś dostaję. Powtarza mi w kółko coś w rodzaju „bez pracy nie ma kołatek” czy jakoś tak… Zawsze tak bredzi, gdy zakłada mi sznurkowy kantar. Słucham, bo co mi pozostaje, i wiedząc, że takie już ma zwyczaje, zgodnie z umową odwalam swoją robotę. A potem – mamy czas na przyjemności. I hulaj dusza piekła nie ma….

Jak mogłem tamtego dnia nie zauważyć, że wszystko jest nie po kolei? Że zamiast zaprosić mnie do pracy, daje mi jeść? Że po posiłku z dziwnym uśmiechem na twarzy zapina linę i ruszamy gdzieś poza stajnię? Na popas? Haha, no jasne, że na popas, zawsze chodzimy na łąki na pyszną trawę!!! Cudownie! Mam dziś urodziny? Nie, przecież obchodziliśmy pół roku temu. Już wiem! IMIENINY! Dokładnie! 1 listopada są imieniny Spartana! Ufff…. Dobrze, że sobie po sześciu latach przypomniała! Tak, wiadro i popas w towarzystwie kumpla – lepszych prezentów mi nie trzeba!

Jednak gdy mijałem stajnię, jakiś wewnętrzny głos próbował mnie ostrzec… Mówią o nim „prawa półkula”… Tak więc ta prawa półkula nagle rzuciła mną o płot, wybałuszyła oczy i zakołatała w serduchu. Zaszurała czymś w stajni, zazgrzytała, a ja – naiwny – nie zrozumiałem jej ostrzeżenia. Schowałem swoje strachy do kieszeni (wewnętrznej kieszeni, mam taką) i ruszyłem przed siebie. Na swój imieninowy popas. Po drodze rozmyślałem sobie, jak dobrze jest mieć imieniny. Ktoś to bardzo mądrze wymyślił i – całe szczęście – wpisał do kalendarza moje piękne imię. No więc szliśmy wzdłuż lasu… Widocznie prowadzą nas na te odległe, najsmaczniejsze łąki! Zuch-dziewczyny! Tam rośnie też dużo przyschniętych polnych kwiatów, wśród nich moje ulubione, żółciutkie…

Gdy skręciliśmy z przyleśnej drogi i wkroczyliśmy na łąkę, prawa półkula znów rzuciła mną z całych sił. Tym razem – naprawdę się postarała, próbując mnie ostrzec. Zawinąłem się na linie wokół „podszywającej się pod Pańcię kreatury”, o mały włos nie strącając jej z nóg i uskoczyłem parę metrów. Ledwo żem złapał oddech. Jak sobie teraz myślę, nie musiałem aż tak się wysilać, by jej nie zdeptać. Mogłem już wtedy odkryć całą intrygę i ukrócić w zarodku. I byłoby po kłopocie. Ale skąd mogłem wiedzieć? Wyglądała tak podobnie…

Gdy się już nieco ogarnąłem i wreszcie sięgnąłem po trawę, „kreatura” szarpnęła liną i powiedziała, że idziemy. Zdziwiony, poszedłem za nią. Parę metrów dalej znów schyliłem głowę. I tym razem było to samo. Czyżby mówiła do mnie coś w rodzaju: „Nie, nie możesz teraz jeść tej sałatki. Zaraz przyjdą goście i wszyscy razem usiądziemy do stołu”? Kobiety podobno tak mają… Imieniny imieninami, a sałatka przed rozpoczęciem imprezy musi być cała! I ogórków z kanapek też nikt mi tu nie wykrada!!!”

Ale odbiegłem od mojej opowieści. Zamiast pozwolić mi wreszcie rozpocząć uczę, bo gości wciąż – ani widu, ani słychu, „kreatura” kazała mi się wycofać. Niechętnie, ale to zrobiłem. Chyba w nagrodę pozwoliła mi skubnąć trochę mojej imieninowej s-trawy. Nie zdążyłem zrobić nawet kilku porządnych gryzów, jak znów zaczęła mnie szturchać. Niczym moja Pańcia, wskazywała ręką w prawo, sugerując niby, bym odszedł na koło…

Od stołu????? U Was w domu tak się robi???

Wszystko się udało tej „kreaturze” – i strój, i ruchy, i wygląd… Nie wiedziała jednak rzeczy najważniejszej – my z Pańcią wszystko robimy inaczej, wszystko po kolei! My pracujemy na ujeżdżalni, a na łące jemy trawę! Jak mawiał profesor Preobrażeński z wielce przeze mnie lubianego „Psiego serca”, „całkiem możliwe, że Isadora Duncan jada obiady w gabinecie, a w łazience preparuje króliki. Lecz ja nie jestem Isadorą Duncan. Ja będę jadł obiad w jadalni, a preparował w laboratorium!”.

Tego o nas „kreatura” nie wiedziała. Uparcie wydawała mi kolejne polecenia, w międzyczasie pozwalała sięgnąć do s-trawy, lecz cały czar święta, unoszący się nad nami w drodze na łąkę, nagle prysł. Czułem się jak żebrak, któremu ręka gospodarza rzuca marne ochłapy… Wpierw przeżyłem upokorzenie… Kłusując wokół „podszywającej się kreatury”, cały czas skubałem s-trawę. Ćwiczenia w pozycji „długo-nisko” przerabialiśmy z Pańcią wielokrotnie, więc miałem okazję się popisać. Tak, tak! Potrafię kłusować po kole w dobrym tempie i jeść jednocześnie! Czułem jednak, że zaraz coś we mnie pęknie! Wiedziałem już, że ktoś się podszywa pod moją Pańcię, że ta postać, która – wydawało mi się – wyprawiła mi moje imieniny, w ogóle nie jest tym, za kogo się podaje!!! Gdy wreszcie to do mnie dotarło, zrobiłem to, co należało. Wymknąłem się „kreaturze” i poszedłem świętować sam… Trudno. Szkoda, że Pańcia dziś nie przyjechała… Podająca się za Pańcię baba fruwała na końcu liny wte i wewte, próbując przy tym zachować spokój. Szczerze? Doceniłem starania… Widać, często podglądała nas z Pańcią na ujeżdżalni. Tak, zdarza mi się też wymknąć w trakcie naszych treningów, ale coraz rzadziej… Naprawdę się staram. Znam swoje wady, ale znam i zalety…

Tak czy inaczej tamtego dnia podszywająca się pod Pańcię „kreatura” musiała poprzestać na prowadzeniu mnie od s-trawy do s-trawy, tak, by znów nie znaleźć się na końcu liny. Ale – bądźmy sprawiedliwi – okazało się, że potrafi dość szybko przebierać nóżkami, więc parę razy nawet udało jej się mnie zatrzymać. Gdy nadciągał zmierzch, Asiulkowa Kasia, która  jakimś cudem nie rozpoznała w towarzyszącej nam „kreaturze” intruza, podszywającego się pod Pańcię, wraz z główną bohaterką tych przykrych wydarzeń postanowiły zwijać imprezę i wracać do stajni. W porządku, i tak średnio mi się podobało. Powiem więcej, w dupie mam takie imieniny. A że już byłem absolutnie przekonany, że przy moim boku kroczy zupełnie mi obca, wstrętna postać, dla zasady wyrwałem się w drodze powrotnej jeszcze raz. By, jak to się mówi, postawić kropkę nad i.

Dalej szedłem już bez oporów, byle szybciej do domu, do kumpli. Niech już ten dzień się skończy. „Kreatura” odstawiła mnie na padok, zdjęła kantar, a ponieważ już wiedziała, że została zdemaskowana, nawet nie pofatygowała się dać mi naszych z Pańcią rytualnych marchewek. Bo my mamy taką tradycję – na pożegnanie Pańcia zawsze częstuje mnie jabłkiem czy innym smakołykiem – co tam znajdzie na dnie swojej magicznej torebeczki. Ja się strasznie cieszę i szczerze mówiąc, lubię ten moment. Najczęściej czuję, że zasłużyłem na nagrodę. Widzę to w jej oczach.

„Kreatura” nie zamierzała jednak sięgać do torebki. Po prostu sobie poszła. Poniekąd ją rozumiem. Misternie przygotowana mistyfikacja, ten diabelski plan, którego cel nadal pozostaje dla mnie tajemnicą, legł w gruzach. Odchodziła jakaś taka niewyraźna, coraz mniej podobna do mojej Pańci. Smutna, rzekłbym wręcz – załamana. A ja stałem przy bramce, wciąż rozmyślając – co to miało znaczyć? Czy Moja Pańcia kiedyś wróci? Chyba „kreatura” nie zrobiła jej żadnej krzywdy? Wróci do mnie, prawda? No cóż, jutro też jest dzień.

Następnego dnia Dziewczęta od rana zaczęły pleść nam wszystkim warkoczyki. Zmory jedne. A ja czekałem na Pańcię. W nocy miałem koszmary. Śniło mi się, że „kreatura” pozostanie ze mną na zawsze, i nikt – nikt w całej stajni – nie będzie wiedział, że moją Pańcię podmieniono! Że tylko ja – jeden jedyny – będę wiedział, że to nie ona wysiada z samochodu przed stajnią, nie z nią się witacie i gawędzicie na ganku, nie jej podajecie rękę. Jak to we śnie, czułem się całkowicie bezradny… Tak więc od rana w głowie miałem tylko jedno – niechże to wszystko okaże się tylko nocnym koszmarem, a od dziś będę dla swojej Pańci miły. Postaram się bardzo, by jej już nigdy nie zawieźć. Będę się starał, by zachowywać się normalnie, choć wiecie, że to wcale nie jest takie proste. Przyrzekłem sobie, że tak uczynię – niech tylko wróci Ona, a nie „kreatura”… Tak sobie po cichu powtarzałem, gdy pod stajnię zajechał Pańci samochód… Bałem się nawet spojrzeć, kto z niego wysiądzie… „Kreaturę” poznałbym z daleka…

Zdaje się, że jakiś anioł-stróż niesfornych hucułów jednak nade mną czuwa… Ciekawe, co mi ten dzień przyniesie… Dzień, w którym Dziewczęta od rana plotą warkoczyki…

Spartan.

Leń śmierdzący czy kaleka? Parę słów o fizjoterapii i jej efektach

Kto śledzi Spartkowego bloga, ten wie, że tak zwana oszczędność w ruchach od zawsze była naszą bolączką. Określenie „leniwy koń” w przypadku Spartana cisnęło się na usta każdemu, kto widział jego rozlazły stęp, byle jaki kłus, już o chęci do galopu nie wspomnę. Stojąc pośrodku koła i obserwując niespieszne, że tak powiem, powłóczyste huculskie ruchy, naprawdę można było przysnąć. Zawsze miałam wrażenie, że koń wystawia na próbę moją cierpliwość lub wręcz robi mi to na złość! (Choć oczywiście wiem, że zwierzęta nie mają tego w zwyczaju. Sądziłam jednak, że może to jest jakiś wyjątek). Konsekwentne „poganiane” przynosiło zazwyczaj efekty na parę kroków, po czym koń znów zwalniał… I tak w kółko. Dwa żwawsze kroki – i ponowne ślimaczenie się… O zakłusowanie prawie za każdym razem musieliśmy stoczyć walkę. Gdy byłam bardzo stanowcza, Spartek zakłusowywał, ale wściekłość, jaką widziałam w jego oczach, wciąż wzbudzała we mnie pewien niepokój. Gdy więc następnym razem stanowczo prosiłam konia o dodanie energii i w odpowiedzi miałam żwawszy chód, lecz – dodatkowo – wściekle machający ogon, położone uszy i gniewne machnięcie łbem w moją stronę, miewałam wyrzuty sumienia. Wciąż zadawałam sobie pytanie – „Czy mój koń jest aż tak leniwy czy też może z jakiegoś powodu nie jest w stanie pracować bardziej energicznie?”.

Jak mawia mój małżonek – „Irinko, ty za dużo myślisz”… Po co się zastanawiać? Prosisz o ruch – ma być ruch! Zgadza się. Teoretycznie. W praktyce, pracując z końmi, te pytania pojawiają się gdzieś z tyłu głowy każdej z nas. Nie chce czy nie może? Rzecz jasna, widząc kulejącego konia, odpowiedź przychodzi z łatwością. A co jeśli nic szczególnego się nie dzieje? Nie widzimy wyraźnej kulawizny? No może lekka nieregularność chodów, szurające po piasku tylne nogi, zahaczanie o drągi, potykanie się o byle co na ujeżdżalni… „Ach, to wszystko z lenistwa”! Proste wytłumaczenie, prawda?

Niestety, w przypadku pracy z końmi, powszechnie uznawanymi za leniwe, odgadnięcie, co jest przyczyną niechęci do porządnej pracy wcale nie jest takie łatwe. I tak przez lata można z uporem maniaka wymachiwać batem za końskim zadem, uzyskując wciąż ten sam krótkotrwały efekt w postaci przyspieszenia i mając wciąż te same wyrzuty sumienia…

No a teraz do rzeczy. Bo to był w zasadzie wstęp. Na rozgrzewkę, że tak powiem, jak to przy treningu. Przechodzimy do meritum. W niedzielę nasze konie odwiedziła Pani weterynarz, fizjoterapeutka i akupunkturzystka Anna Jasińska-Kaźmierczak. Trzy miesiące temu również była z wizytą w naszej stajni, ale wtedy przyjechała do Asamaza (czyli Asiulka) naszej Kasi. Uważnie obserwowałam wszystkie zabiegi, jakie zostały wykonane na Aśku. Pamiętam, że przeżywaliśmy wówczas prawdziwe oblężenie komarów. Miotałyśmy się z koniem z miejsce na miejsce, aż w końcu ulokowaliśmy się w stajni, gdzie przynajmniej teoretycznie zakomarzenie miało być odrobinę mniejsze. Guzik prawda. Komarów było tyle samo. Psikałam repelentami wokół konia i Pani weterynarz, przyglądając się przy okazji jej pracy. Diagnostyka, masaż, rozciąganie, kilkakrotne sprawdzanie konia w ruchu pomiędzy kolejnymi zabiegami, akupunktura, terapia powięziowa – to wszystko zostało przeprowadzone na spokojnie (no może inaczej – mimowolne ruchy nas wszystkich spowodowane atakiem krwiopijców nieco zakłócały przebieg sesji terapeutycznej), bez pośpiechu i w pełnym skupieniu. Byłam pod wrażeniem. „Następnym razem zapiszę na zabiegi Spartana” – pomyślałam…

Czekałam na kolejną wizytę Pani Ani trzy miesiące, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Byliśmy ze Spartkiem ostatni na liście niedzielnych pacjentów. Trochę się denerwowałam, jak nam pójdzie z zaprezentowaniem Spartkowego ruchu, a i trochę tym, czy uda nam się bez problemów ustać pod stajnią przez półtorej godziny, gdy reszta stada wypasa się na nowo otwartych zielonych łąkach. Na tę okoliczność sprowadziłyśmy z Kasią Spartkowego przyjaciela Czesława. Czesiu – od dawna przyzwyczajony do towarzyszenia Spartkowi w tego typu inicjatywach, grzecznie przyszedł z nami pod stajnię i dzielnie asystował przez całą sesję terapeutyczną. Już po pierwszych oględzinach Spartana Pani weterynarz zauważyła, że mamy duży problem w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Po wstępnym badaniu udaliśmy się  na ujeżdżalnię, by zaprezentować się – że tak powiem – w ruchu. Wiedziałam, że Spartek tego dnia może się „popisać”. Tradycyjnie, gdy zaburzamy nasze codzienne rytuały związane z pracą, mogę się spodziewać lekkich niesubordynacji ze strony konia. Tego dnia wszystko było inaczej niż zawsze: sprowadzony dość wcześnie ze świeżej trawy, ustawiony pod stajnią, następnie – wyprowadzony na część ujeżdżalni pod samym lasem, gdzie pracujemy bardzo rzadko, a na dodatek – w straszliwie wietrzną pogodę, Spartek pokazał to, o czym mimochodem wspomniałam naszej Pani weterynarz. A mianowicie – że się całe życie wyrywa. Że szyję ma mocną, ale też i odpowiednio nadwyrężoną, może gdzieś nawet uszkodzoną. Bo różne historię w jego życiu się przydarzały w związku z tym uporczywym narowem. No więc wchodzimy na ujeżdżalnię, proszę konia o ruch. I w tym samym momencie mówię do dziewczyn, by zamknęły wejście na ujeżdżalnię. Pani Ania właśnie zaczęła wyciągać zaplątaną taśmę, kiedy Spartan się wyrwał i galopem przebiegł koło stajni, poza bramę, na otwartą łąkę – na szczęście, zatrzymując się przy pasącej się tam z Michałem Zahirze. No cóż, właśnie to miałam na myśli, gdy wspominałam o Spartkowym narowie. I jak powiedziała nam po chwili Pani Ania – gdyby na własne oczy tego nie zobaczyła, nie uwierzyłaby, że taki obrót wydarzeń w ogóle jest możliwy… A wręcz myślała sobie, że z pewnością przesadzam z pomysłem zamknięcia ujeżdżalni. Lechu, nasz kolega ze stajni, który akurat znalazł się najbliżej Spartka, gdy ten już zaparkował przy Zahi, wziął linę do ręki i stanowczo zaprowadził uciekiniera z powrotem na ujeżdżalnię. Tym razem dziewczyny natychmiast zamknęły wyjście, a ja znów wysłałam Spartka na koło. Wykonał kolejną próbę wyrwania się z zamiarem przejścia przez już zamkniętą bramę, ale zgrana reakcja wszystkich uczestników „pokazu” sprawiła, że hucuł się opamiętał. Gdy droga ucieczki została skutecznie zablokowana, a groźna postawa Pani weterynarz w „przejściu do wolności” skłoniła Spartka do zawrócenia swych szanownych kopyt, mogliśmy zacząć prezentowanie ruchu. No cóż, szału nie było. (Choć, powiem Wam, że jak na Spartka, to i tak nieźle się tego dnia ruszał, pewnie pod wpływem emocji). Diagnoza jednak była oczywista – przede wszystkim, niechęć do ruchu naprzód…  Zaprezentowaliśmy stęp, kłus, galop w obie strony, po czym w asyście Cześka wróciliśmy pod stajnię.

I tu się zaczęły dziać rzeczy najciekawsze. Okazało się bowiem, że największy problem mamy w miednicy. Reakcja Spartka na dotyk w okolicach kości krzyżowej wskazywały na wyraźny dyskomfort. Uginał się i wił niczym węgorz pod dotykiem Pani weterynarz. Jak wykazała diagnoza, kość krzyżowa była dość wyraźnie przesunięta w dół, co powodowało kolejne komplikacje – stąd też Spartkowe słynne szuranie tylnymi nogami, zahaczanie o drągi i ogólna niechęć do ruchu naprzód. Po rozmasowaniu okolicy krzyżowo-lędźwiowej i nastawieniu tego, co miało wrócić na swoje miejsce, Spartek odetchnął. Tak, tak, tylne nogi wędrowały do góry i na boki, były rozciągane i podstawiane, z ogonem działy się rzeczy nie do opisania… A Spartek stał i z pełną akceptacją poddawał się wszystkim manipulacjom, jakie zostały przeprowadzone. Następnie Pani Ania nastawiła nam nadgarstek w prawym przodzie, popracowała nad potylicą, stawem skroniowo-żuchwowym, wykonała masaż i zabiegi akupunktury. W międzyczasie ponownie udaliśmy się na ujeżdżalnię, by ocenić zmiany w sposobie poruszania się naszego dzielnego pacjenta i – o niebiosa – koń zaczął żwawo przebierać nogami! Co więcej, wreszcie chciało mu się bryknąć! Od dawna czułam, że nosi się z zamiarem pokazania mi, co sądzi o mojej upierdliwości w zmuszaniu go do pracy, ale coś blokowało jego tyłek. Myślałam, że to z czystego lenistwa. Że dawno by mi bryknął, ale mu się nie chce. Okazało się, że po prostu nie mógł! A wczoraj po zabiegach radośnie odpowiedział na mój sygnał batem lekkim bryknięciem i ruszył z kopyta. Myślicie, że jestem kompletną idiotką, by się cieszyć, że koń mi podbrykuje? A niech będzie i tak, ale zobaczyłam w tym lekkość i zawadiacki wybryk, ale bez złości, bez chęci wyrywania się czy irytacji. Do galopu przechodził bez problemu, a kłus zrobił się obszerniejszy i o niebo lepszy, niż jeszcze godzinę temu. Zadowoleni z siebie, rechocząc pod nosem, jak to mamy w zwyczaju po dobrze wykonanej robocie, wróciliśmy pod stajnię. Czekały nas jeszcze zabiegi akupunktury i odczytanie Spartkowi raportu z przeprowadzonych zabiegów wraz z zaleceniami.

Podczas gdy czytałam wyniki badania i wykaz przeprowadzonych zabiegów, Spartek wyraźnie przysypiał. Kiedy zaś przeszłam do ogłoszenia zaleceń, nadstawił ucha. Pierwsze na liście odczytałam zapisane dużymi literami: PRAAAACA! Spartek natychmiast się obudził i ze zdumieniem zerknął na mnie. „Chyba nie zamierzasz się tego trzymać?” – „A właśnie że zamierzam, mój drogi”… Spartkowi nie było już do śmiechu. Jednak kolejne zdanie nieco go uspokoiło: „Lepiej krócej, a porządnie”. – „Uffff, chociaż tyle dobrego”… Na ustach Czesława zobaczyłam szyderczy uśmiech.

Tak oto doczytałam raport do końca. Spartek – wyraźnie rozanielony po zabiegach – próbował jeszcze użyć swoich czarów na Pani weterynarz, by może jednak zmieniła zalecenia, lecz nic a nic nie pomogło. Zresztą, po zakończeniu zabiegów, Czesiu skradł serce Pani Ani. Utulony, obfotografowany i nakarmiony jabłkami Czesław ostatecznie stwierdził, że nie na darmo tu stał prawie dwie godziny, pilnując swojego szalonego kompana i że jego ośli czar wciąż tak samo działa na kobiety. Ostatnie całusy i odprowadziłyśmy chłopaków na padok.

Z raportem w ręku i głową pełną przemyśleń ruszyłam do domu. Najbardziej byłam ciekawa, jak nam pójdzie trening dnia następnego. Że mamy pracować solidnie, to wiedziałam. Ale czy zobaczę w naszym jutrzejszym treningu efekty zabiegów – oto było pytanie, jak to się mówi, za sto punktów.

Sprawdzianem efektywności zabiegu było nasze wczorajsze spotkanie. Po pierwsze, Spartek bez chwili zastanowienia opuścił wciąż trawiaste pastwisko i udał się ze mną na ujeżdżalnię. Już nie wiem, czy wziął sobie do serca zalecenia Pani weterynarz, czy też co innego nim kierowało, ale to było na plus. Za powiadało się całkiem nieźle. Dość szybko, bez zbędnych ceregieli przeszliśmy do treningu i – o niebiosa! Mój arcyleniwy hucuł ruszał wczoraj do kłusa na pierwszy delikatny sygnał! Pracowaliśmy z ziemi, więc mogłam też obserwować jego nastawienie do moich poleceń. Żadnych położonych uszu, żadnego buntu – tylko normalne, żwawe zakłusowanie za każdym razem. Galop – na lekkie nabranie powietrza! Mógł galopować w nieskończoność w każdą stronę! Bez cienia sprzeciwu! Nie wierzyłam własnym oczom.

Nie będę twierdzić, że podczas pierwszego treningu po zabiegach mój koń stał się atletą. Mnóstwo pracy przed nami. Do porządnego, energicznego ruchu z głębokim wkraczaniem tylnymi nogami pod kłodę mamy jeszcze – ohoho, długą drogę. Porządnej pracy musimy się nauczyć, do niej przyzwyczaić. Widziałam jednak, że ruch przestał być dla Spartka katorgą. Że coś nam się odblokowało. Że niechęć do pracy, powszechnie kojarzona z wrodzonym lenistwem, była spowodowana nie tylko z samym lenistwem. Blokady w końskim cielsku uniemożliwiały koniowi poprawne wykonywanie moich poleceń. I czułam to za każdym razem, gdy próbowałam zmusić Spartana do żwawszych ruchów.

Asiulkowa Kasia, też ciekawa wyników zabiegów, obserwowała wczoraj nasz trening. Oko postronnego obserwatora tylko potwierdziło moje przekonanie, że koń ruszał się o niebo lepiej niż zazwyczaj. „Ileż to koni powszechnie uznawanych za lenie śmierdzące po prostu nie jest w stanie szybciej się ruszać” – powiedziała mi pod koniec naszej pracy. I niech to będzie puentą tej opowieści.

Na naszą szóstą rocznicę – wspomnień czar i iskierka nadziei dla tych, którzy są w kropce…

   Wczoraj minęło sześć lat, odkąd Spartan został pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Dokładnie sześć lat temu 14 sierpnia jechałam po Spartka, by podpisać umowę kupna-sprzedaży z jego poprzednim właścicielem i przywieźć go do nas pod Warszawę. Byłam okropnie zdenerwowana i podekscytowana nie tylko samą wyprawą, lecz – rzecz jasna – perspektywą posiadania własnego konia, jaką kreśliłam w swojej wyobraźni. Pamiętam, że planowałam, jak każdego dnia będę ćwiczyła z moim koniem coraz to nowe elementy, jak razem będziemy przemierzać leśne ścieżki, jak stworzymy zgrany i pełen miłości i zaufania duet… Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że będziemy potrzebować wielu lat, by chociaż część tych marzeń miała szansę na realizację, na pewno bym nie uwierzyła. Nie byłabym w stanie przyjąć tego do wiadomości. Zresztą, kto by mógł przypuszczać, że taki właśnie scenariusz podsunął nam los?

Tak się jednak stało. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, śledzi nasze historie od samego początku, to wie na pewno, jak się między nami układało. Trudno to było nazwać „udanym związkiem”… Krew, pot i łzy – moje, nie Spartana. Jego – upór, niechęć, niemalże permanentny bunt i twarde postanowienie, by sprawić, bym się raz i na zawsze porzuciła wszelkie próby nawiązania współpracy. Powiem Wam szczerze – ciężko mi było pokochać tego konia… Każdego dnia robił, co w jego mocy, by zdusić w zarodku najmniejsze zalążki uczucia wobec jego krnąbrnej osoby. Uwierzcie, że bardzo się starałam, by dostrzec w nim jakiekolwiek pozytywne cechy, lecz – na próżno. Czego by człowiek nie tknął, wszystko obracało się w ponury żart. Perspektywa posiadania własnego konia stopniowo nabierała kształtów raczej pesymistycznych – prawie bez możliwości wsiadania, z wielce ograniczoną możliwością pracy z ziemi, o spacerach w ręku czy wyprawach w tereny nie wspominając. Pozostawało mi jedynie odwiedzać konia, patrząc, jak cudownie spędza czas aż do momentu, gdy się pojawiałam w stajni, bo wtedy humor wyraźnie mu się psuł; czasem móc go wyczyścić; zorganizować kowala, szczepienia, weta, jak potrzebował; no i pracować na jego utrzymanie… Tego mi nie bronił.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie – jakim cudem udało mi się to przetrwać? Przede wszystkim – nie ustawać w podejmowaniu prób nawiązania z nim jakiegokolwiek kontaktu? Wciąż do niego przyjeżdżać, nawet nie wierząc w skuteczność swoich wysiłków? Nie wiem… Chyba nie miałam innego wyjścia. Bo na pewno nie była to sprawa moich ambicji, chęci udowodnienia czegokolwiek sobie czy innym, postawienia na swoim itd. Tego we mnie nie było i nie ma. Na szczęście. Myślę, że to by tylko pogarszało sytuację i było kolejnym źródłem frustracji i złości. Zwierzęta mają w nosie nasze ambicje. Nie rozumieją, że po raz kolejny nie sprostały oczekiwaniom, zawiodły, sprawiły, że czujemy się przegrani. Odczytują jedynie nasze emocje – smutek, złość, zdenerwowanie, frustrację, bezsilność, lecz nie są w stanie pojąć, iż wielokrotnie bywają ich źródłem. A gdy poddajemy się przy nich tym stanom emocjonalnym, dopiero wszystko zaczyna się sypać… Było źle, a za chwilę będzie jeszcze gorzej. I tak coraz bardziej się pogrążamy.

Dlatego szczególnie się cieszę, że nie wplątałam w naszą historię dodatkowych aspektów obciążających, jak moje ambicje i oczekiwania. Dość szybko zorientowałam się, że „jest jak jest”, musimy z tym żyć i przestałam snuć plany, robić założenia i układać nam przyszłość wedle własnego „widzimisię”. Dość szybko „odpuściłam”, jeśli chodzi o oczekiwania postępów. I właśnie gdy zupełnie szczerze przestałam się zamartwiać tym, jak mocno się na moim zwierzu „przejechałam”, mój koń raz po raz zaczął spoglądać na mnie w zupełnie inny sposób. Bardzo powoli, z miesiąca na miesiąc zaczął nabierać do mnie zaufania. Zaczęłam zauważać, że moja obecność w stajni już nie jest dla niego tak zupełnie obojętna… Stopniowo wypracowywaliśmy nasze własne rytuały, zaczęliśmy znajdować rzeczy, które tak samo nas cieszą, sprawiają radość… Jak już wiecie, praca nie znalazła się na Spartkowej liście „rzeczy pożądanych”. Do tego, by zaakceptował i – ośmielę się stwierdzić – nawet trochę polubił naszą wspólną pracę szliśmy przez sześć lat! Gdybym na samym początku wiedziała, że tyle to może zająć, pewnie bym się nie podjęła… A że nie wiedziałam – to jakoś to szło.

Otóż, po sześciu latach sprowadzam Spartka z najodleglejszego zakątka padoku bez liny i kantara. Dopiero tego lata mój wyrywający się, niedający się sprowadzić na ujeżdżalnię koń sam drepcze w moim kierunku od razu, jak zobaczy, że szykuję dla niego sprzęt i siodło. A jeśli się zagapi i mnie nie zauważy, to wystarczy, że wejdę na padok i pójdę w jego kierunku, a już rusza w moją stronę. Podchodzi, cichutko rży na powitanie i na moje pytanie „To co, idziemy?” natychmiast rusza przy moim boku do wyjścia. Jak zawsze, nagradzam go smakołykiem dopiero po przekroczeniu bramki – tak już mi zostało.

Przez cały ostatni rok wyrywania się Spartana mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Dosłownie. Były to może ze trzy-cztery razy, i chyba tylko jedno wyrwanie się w trakcie pracy na linie. Jakoś na wiosnę. Parę lat temu na jakiekolwiek dodanie presji w trakcie pracy miałam wyrwanie. Mogłam więc „zaliczyć” ich z pięć-sześć w trakcie jednego treningu. Dlatego też postępów w pracy praktycznie nie było widać. Dodanie energii – wyrwanie. Prośba o galop – wyrwanie. Ktoś prowadzi konia do stajni, może się z nim zabrać? – wyrwanie. I tak w kółko. W tym roku pracujemy codziennie z ziemi czy z siodła i mogę sobie pozwolić na wyegzekwowanie wyższej energii, większego zaangażowanie w pracę, lepszego ruchu i wielu innych rzeczy, o których wcześniej nie mogłam nawet marzyć. Spartek nie zawsze jest zachwycony, pokazuje mi więc, co on o tym sądzi skuleniem uszu, próbami podbryknięcia itd, ale nawet nie myśli o wyrwaniu! Przeszliśmy w pracy z ziemi na długą cieniutką linę – lekką, taką, by łatwiej nam było pracować w wyższych chodach. Gdyby zechciał pójść sobie w siną dal, zrobiłby to bez najmniejszego wysiłku – cienkiej liny już w ogóle nie da się utrzymać, gdy koń się wyrywa. Możemy jednak śmiało pracować bez kołaczącej z tyłu głowy obawy, że „zaraz pójdzie”…

Mamy, rzecz jasna, wiele do poprawienia pod siodłem. Ciągle jeszcze musimy dyskutować przed pierwszym zakłusowaniem. Ale poprawimy to. W ogóle się o to nie martwię. Stopniowo, bardzo malutkimi kroczkami, poszerzam swoją „strefę wpływów” i – zdaje się – że takie tempo i sposób oddawania przywództwa nie łamie Spartkowego charakteru, nie umniejsza jego ego i praktycznie nie wzbudza jego sprzeciwu. A że zajmuje to długie lata? Trudno. Żadnej chwili spędzonej z tym koniem nie uważam za czas stracony. Nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Dosłownie. Spartan często odpowiada mi cichym rżeniem na rewelacje, które mu opowiadam. Tak samo reaguje, gdy go chwalę, ale – co ciekawe, kiedy zrobię coś, co wyjątkowo go ucieszy. Nawet gdy nie jest to związane z treningiem, nagrodami i innymi przyjemnościami. Ostatnio udało mi się wyjątkowo skutecznie obronić Spartka przed atakiem Ilanda – zasłoniłam swojego hucuła i machnęłam w kierunku Ilasia batem. Ten natychmiast zawrócił i dał nam spokój. A Spartek z radości cicho zarżał. A może z wdzięczności… Tak czy inaczej – to było skierowane do mnie. Po raz kolejny udało mi się go obronić i cieszyłam się, że i ja na coś się czasem przydam, a nie tylko – praca, popas, praca, popas. Spartek zobaczył, że też „kumam”, o co chodzi w życiu stada i czasem umiem się zachować po końsku. I natychmiast mi o tym powiedział.

Sześć lat… Niczego nie planuję, nie mam żądnych celów, które za wszelką cenę musimy osiągnąć… I wbrew pozorom – zmierzamy tam, gdzie po cichu zawsze pragnęłam… 

Proste pytania – trudne odpowiedzi, czyli o poszukiwaniu panaceum i kłótniach o Margancowkę

Odkąd siebie pamiętam, po leki sięgałam wyłącznie w sytuacjach ostatecznych… Co więcej, w czasach mojego petersburskiego dzieciństwa, pamiętam, miałam zawsze pod ręką kilka najprostszych i zarazem najbardziej skutecznych farmaceutyków, które zawsze mi pomagały. Jak miałam kaszel, brało się tabletki o niezbyt wyszukanej nazwie „Tabletki na kaszel”. Jak bolała mnie noga czy ręka (klimat petersburski sprawił, że już jako dziecko wiedziałam, czym jest reumatyzm), wcierałam płyn o zapachu mentolowym – Menowazin. Gdy pojawiały się pierwsze objawy grypy, brało się Antygrypinę. A jeśli się czymś zatruło, piłam Nadmanganian Potasu, zwany w Rosji Margancowką. Są to ciemno purpurowe drobne kryształy, które wrzucało się do przegotowanej wody, w której się rozpuszczały, aż woda nabierała koloru różowego i potem się to piło.   Im więcej się wypiło, tym lepiej. Całe życie piłam Margancowkę na wszelakie zatrucia pokarmowe, aż przyjechałam do Polski… Tu przez pierwszych kilka lat również wierzyłam w magiczne moce różowego płynu i szczodrze częstowałam wszystkich moich znajomych z akademika, gdy cierpieli na ból brzucha. Niektórzy, pamiętam, mieli wątpliwości, czy aby na pewno jest to lek do użytku wewnętrznego… No cóż, byłam przekonana, że tak. Aż wreszcie okazało się, że jednak w Polsce nadmanganianu potasu używa się wyłącznie zewnętrznie – do odkażania ran, sprzętu itd. Przez kilka miesięcy toczyliśmy ożywioną dyskusję – kto ma rację. Ja, która od dziecka pije margancowkę czy moi koledzy i koleżanki, którzy wzdrygają się na samą myśl o tym, że ten podejrzany różowy płyn trafia do żołądka, gdzie wypala wszystko do cna. Mój zdrowy wygląd i różowe polisie (no właśnie, różowe…) niby świadczyły o tym, że można przeżyć spożycie całych litrów margancowki i wciąż cieszyć się dobrym zdrowiem. Jednak fachowe wyjaśnienia kolegów-chemików w końcu zaczęły mnie niepokoić… I przestałam pić swój magiczny roztwór w trudnych chwilach…

Wciąż jednak mam niewielką buteleczkę z Margancowką w swojej domowej apteczce. Na pamiątkę starych dziejów…

Minęło sporo lat od moich czasów akademickich… Zamiast czterech leków w apteczce mam już całą szufladę specyfików na różne dolegliwości – swoje i zwierząt. Nie raz się już przekonałam, że leki dla czworonogów są zarówno bezpieczniejsze, jak i skuteczniejsze w którymkolwiek ze schorzeń. Jeśli więc mam wybór, biorę te zwierzęce. Jeśli zaś chodzi o pomoc medyczną, to muszę powiedzieć, że zarówno ja, jak i wielu moich bliskich znajomych, wolałoby leczyć się u weterynarzy… Cóż by to była za rozkosz! Przy najmniejszym dyskomforcie, powiedzmy, w lewej części podbrzusza, natychmiast mielibyśmy USG, ale – rzecz jasna – badanie krwi i wszystkiego, co tylko dusza i ciało zapragną. Jeszcze tego samego dnia nasz rodzinny weterynarz zadzwoniłby do nas na komórkę, by powiedzieć, że wyniki badań są w porządku, może brakuje nam trochę żelaza… I warto by je uzupełnić. No i – oczywiście – nie przesadzać z tłuszczem i używkami… O spożywaniu w dzieciństwie dużej ilości Margancowki roztropnie nie wspomnielibyśmy naszemu specjaliście, by przypadkiem nie dostał zawału…Życzyłby dobrej nocy i spieszył z obdzwonieniem kolejnych pacjentów… Tak by to było, gdybyśmy mogli korzystać z usług weterynarza, na przykład, w ramach pakietu rodzinnego. Ale nie jest nam dane… Dlatego albo jesteśmy skazani na korzystanie z usług ludzkich lekarzy, a to zazwyczaj wiąże się z poważnym nadszarpnięciem systemu nerwowego, albo musimy radzić sobie sami, póki się da… Ja sięgam po to drugie rozwiązanie. Dlatego też czasem udaje się do apteki, poszukując tam nie tylko ochłody w te upalne dni, lecz także porady specjalisty-farmaceuty… Rzecz jasna, mam swoją ulubioną aptekę i najmilszą memu sercu Panią Farmaceutkę, z którą zawsze utniemy sobie krótką pogawędkę.

Parę tygodni temu wybrałam się więc do mojej ulubionej apteki w poszukiwaniu rzeczy niemożliwej. A mianowicie – chodziło mi o środek przeciwkomarowy… O straszliwym zakomarzeniu, jakie panuje w tym roku, nie będę się rozpisywać. Każdy to przeżywa – nomen omen – na własnej skórze. Człowiek – wiadomo – zawsze może sobie pomóc, tłukąc te wredne owady, wymachując rękami na prawo i lewo, oganiając się przed ich bzyczącą  natarczywością lub w ostateczności chowając się w pomieszczeniu. Gorzej mają konie. A już najgorzej – końskie brzuchy. Nie ma żadnej możliwości, by koń pozbył się setki krwiopijców, które urządzają sobie uczty na delikatnych końskich brzuszyskach. Serce mi pęka, gdy widzę, jak męczą się nasze rumaki… Wbrew powiedzeniu o końskim zdrowiu, zwierzęta te są niezwykle wrażliwe. Byle co może im zaszkodzić. I najmniejsze ukąszenie owada może przerodzić się w poważny stan zapalny lub ostrą reakcję alergiczną.

Dlatego też, gdy stanęłam przed okienkiem w aptece i usłyszałam pytanie mojej ulubionej Pani Farmaceutki „W czym mogę pomóc?”, powiedziałam rzecz – mimo że przemyślaną – to jednak dość absurdalną:

– „Poszukuję czegoś, co nie zaszkodziłoby dziecku, ale było tak mocne na komary, jakbyśmy jechali pod namiot na Syberię”

– „Naprawdę?  Wybiera się Pani? Z dzieckiem?”

– „Nie, nie z dzieckiem. I nie na Syberię, tylko z koniem do lasu”.

– „Hm? Ma Pani konia?”

– „Tak. I to coś, czego szukam, nie może mu zaszkodzić”.

– „Rozumiem… Hoduje Pani konie?”

– „Nie. Na szczęście, mam jednego”.

– „Aha, jeździ Pani konno?”

– „Rzadko.. właściwie to prawie wcale…”

-„To co Pani z nim robi?”

To pytanie, jak to się mówi, kompletnie zbiło mnie z pantałyku… Niewiele się zastanawiając, odpowiedziałam;

-„Ja się z nim… przyjaźnię”…

po czym szybciutko przeszłam do konkretów, czyli do przeglądu dostępnych w aptece repelentów. Mimo że miało być „jak dla dziecka”, a jednocześnie skuteczne, koniec końców kupiłam Muggę z Deet 50%, no bo przecież miało być równocześnie – „pod namiot na Syberię”. I wiecie co? Olszewnickie komary w nosie mają Deet 50%! Więc szkoda „dziecka”, by faszerować go repelentem… A z wyprawą do lasu jeszcze trochę zaczekamy…

 

Pani w okienku i lewy kierunkowskaz, czyli co robić, gdy wszystko się sypie

Od dawna myślałam, by opowiedzieć Wam o pewnej historii, która mi się przydarzyła i która, jak mi się zdaje, ma związek z treningiem zwierząt – zarówno koni, jak i psów. Nosiłam się z tym zamiarem od paru miesięcy, a wczoraj zdarzyła mi się bardzo podobna sytuacja po raz drugi, i stwierdziłam, że czas się tym podzielić. Bo może ja jestem jakimś dziwolągiem? A Wy macie normalnie? I Wam się to nie zdarza?

A więc do rzeczy. Parę miesięcy temu, w zimie, odkryłam, że nie działa w moim samochodzie lewy kierunkowskaz. Nie od razu to do mnie dotarło, szczerze mówiąc. Kiedy zaś doszło do sytuacji prawie awaryjnej – bo chciałam skręcić w lewo, więc zaczęłam powolutku hamować, a samochód za mną nagle zaczął mnie wyprzedzać (podczas gdy ja właśnie skręcałam w lewo, w naszą uliczkę), stwierdziłam, że coś jest nie tak… Cudem nie doszło do wypadku, a ja zostałam strąbiona przez kierowcę jadącego za mną samochodu, co dało mi do myślenia. Dojechałam do domu i sprawdziłam, czy przypadkiem nie mam zepsutego kierunkowskazu. I – bingo! Nie działał! Zrozumiałam wkurzenie kierowcy. I nie miałam do niego żalu. Słusznie mnie ochrzanił. Umówiłam się do mechanika na popołudnie, a w międzyczasie musiałam jeszcze gdzieś pojechać. No więc – jechałam ze świadomością, że nie działa mi lewy kierunkowskaz i ludzie, poruszający się za mną nie będą wiedzieli, co ja właściwie planuje wykonać na tej drodze. Z duszą na ramieniu dojechałam do pewnego, dobrze mi znanego skrzyżowania, na którym znów musiałam skręcić w lewo. Bez kierunkowskazu. I wiecie co? Świadomość usterki mojego pojazdu tak wytrąciła mnie z równowagi, że kompletnie nie wiedziałam, jak mam się zachować na światłach przed skrętem w lewo. Pogubiłam się kompletnie i w końcu cudem bezkolizyjnie przejechałam na czerwonym. Prawie się przeżegnałam, gdy zaparkowałam pod sklepem… Pomyślałam sobie – „Co się ze mną dzieje? Dlaczego zachowałam się jak debil? Jadąc na czerwonym? Prawie że pod prąd?”

Drogę powrotną, już do mechanika obrałam tak, by skręcać wyłącznie w prawo. Zrobiłam co prawda trochę dodatkowych kilometrów, ale byłam spokojna.

Z kolei wczoraj udałam się na pocztę, by wysłać kolejną książkę. Panie, pracujące na poczcie, dobrze już mnie znają i zazwyczaj są przemiłe. Czasem – zmęczone, i wtedy mniej rozmowne, ale zawsze ogromnie pomocne i uprzejme. Znam każdą z nich z widzenia i – szczerze mówiąc, gdy jakimś cudem mam dwa wolne okienka – sama nie wiem, do której pójść. Bo każdą tak samo lubię. Gdy weszłam na pocztę wczoraj, zobaczyłam nową twarz. Otwarte było jedno okienko i siedziała przy nim nowa osoba. Nie należę do osób wyjątkowo nieśmiałych. Zazwyczaj normalnie zachowuje się w takich okolicznościach. Potrafię kupić bułki bez wcześniejszego nawiązania bliskiej znajomości z ekspedientką. Ale wczoraj tak mnie ta nowa osoba na poczcie zaskoczyła, że podczas najprostszej czynności, jaką jest wysłanie zwykłego listu poleconego, kilka razy palnęłam głupotę. Opuściłam pocztę nieco zmieszana i sama z siebie się śmiałam, że taki ze mnie dzikus.

Poczułam jednak wyraźnie, że powtórzyła się sytuacja z kierunkowskazem. Za każdym razem w dobrze mi znanych sytuacjach pojawiał się mikro stresor (umówmy się, nie działo się nic nadzwyczajnego) – i nagle pogubiłam się w najprostszych czynnościach. Takich, które zazwyczaj wykonuję prawie odruchowo, bez większego zastanowienia.

Od razu pomyślałam o naszych sytuacjach treningowych. O tym, jak w pracy z końmi czy z psami, nagle okazuje się, że nasz zwierz nie potrafi zrobić najprostszej rzeczy. Wyobraźcie sobie, ile zmiennych dostrzega nasz koń czy pies w otoczeniu! Zwłaszcza jeśli codzienna rutyna zostaje w jakikolwiek, najdrobniejszy sposób zaburzona! Dlatego nie warto stawiać na niezmienność w sytuacjach treningowych. Wiemy, kiedy nasze zwierzę czuje się najbardziej komfortowo. I wówczas można wprowadzać nowe elementy w treningu. Zmieniajmy jednak otoczenie, przerywajmy rutynowe sytuacje drobnymi zakłóceniami, ale  – z głową! I nie oczekujmy wówczas, by nasz uczeń w mig opanował jakieś nowe umiejętności. Najlepiej zastosować zasadę – zmienione otoczenie, zaburzona rutyna – szlifujemy znane rzeczy.

Bowiem w sytuacji, gdy zaczyna działać stresor i zaburza schemat zachowań naszego konia, im bardziej naciskamy, tym bardziej zwierz się gubi. Im bardziej się denerwujemy, tym bardziej chce nam „uciec” – czasem tylko mentalnie, a czasem wręcz fizycznie. Przełożyłam te moje historie na nasze kopytne i czworonożne stworzenia. Myślę, że działanie stresorów u nas i u zwierząt jest bardzo podobne. Zastanawiam się, co pomogłoby mi w moich dwóch sytuacjach? Myślę, że spokój drugiej osoby obok mnie i rozłożenie wszystkiego na czynniki pierwsze. Gdyby ktoś, widząc moją panikę na światłach przed skrętem w lewo, powiedział: „Zatrzymaj się i poczekaj na zielone. Inni kierowcy domyślą się, że chcesz skręcić w lewo”. Nie przejechałabym jak głupek na oślep na czerwonym…

Jak więc możemy pomóc zagubionemu zwierzakowi? Zachowując spokój i proponując mu zrobienie kilku najprostszych rzeczy – wspierając i podpowiadając, gdy się gubi. Pozwolić wykonać coś dobrze i dać chwilę, by emocje opadły. A potem poprosić o kolejną prostą rzecz. I stopniowo, wspierając naszego zagubionego zwierza, opuścić tę spiralę paniki, podszytą malutkim, niby nic nie znaczącym stresorem, który tak potrafi namieszać…

Otwarte „okno umysłu”, czyli o tym, jak góral znów mnie przechytrzył…

No nie da się odmówić Spartkowi sprytu i inteligencji 🙂 To nie jest zwykły góral, to jednak musi być „góral z Zakopanego” (żeby nie było, że mam coś przeciwko, to tylko taki skrót myślowy dla tych, co wiedzą, o co chodzi).

A więc – jestem wciąż, nieustająco dumna z mojego konia. I powiem szczerze – mam w nosie, czy mi się czasem wyrwie. Robi to tak rozważnie i bez cienia złośliwości, a na dodatek – cholernie ostatnimi czasy inteligentnie, że nie da się na niego gniewać! A poza tym – wykazuje całkiem duży, jak na niego, entuzjazm w pracy z ziemi!

vlcsnap-2019-06-14-11h16m31s616

Od dwóch tygodni prawie codziennie serwuję Spartkowi pracę z ziemi. Tak, tak, te jego znienawidzone koła – przejścia, kłusy, galopy, zmiany kierunków. Już nie są takie znienawidzone! Po pierwsze, w te upały i w tym straszliwym zakomarzeniu nie mam sumienia gramolić się na zwierza. Jak wyobrażę sobie jego oblepione komarami brzuszysko i siebie w siodle, która nie jest w stanie sięgnąć tam ręką, by odgonić stado mutantów, to myślę sobie – „Nie! No way!” Zatem pozostaje nam praca z ziemi. Rzecz jasna, przed treningiem obficie polewam konia wszelkiego rodzaju repelentami – cokolwiek jednak bym zapodała, działa i tak średnio piętnaście minut. Tyle więc mamy czasu na rozgrzewkę w stępie i wolniejszym kłusie, a później – chcąc nie chcąc – trzeba uciekać przed owadami żwawszym chodem. Oczywiście, w podziękowaniu za pracę, w przerwach pomiędzy ćwiczeniami, Spartek dostaje nie tylko smakołyki, lecz – przede wszystkim – odganianie owadów. Poluję na nie już niemalże profesjonalnie, zabijam z zimną krwią i śmiem twierdzić, że jestem w tym coraz lepsza! Spartek docenia. Stąd tez nie mamy najmniejszych problemów ze sprowadzeniem konia z pastwiska – niezależnie od tego, czy wyszły właśnie na świeżą trawę, czy stoją przy sianie, przy asfaltówce, gdziekolwiek. Pod wieczór priorytetem dla koni jest pozbycie się, przynajmniej na godzinę-dwie, dokuczliwych komarów. I tu pojawiam się ja. Zwarta i gotowa do pomocy. Hucuł docenia i zazwyczaj z wielką chęcią schodzi na ujeżdżalnię, gdzie – choć początkowo musi trochę popracować, to później będzie miał godzinkę popasu w znośnych warunkach, gdy będę go wciąż pryskać repelentami i odganiać mutanty.

vlcsnap-2019-06-14-11h17m19s664

Wczoraj zawitałam do stajni znacznie wcześniej, niż ostatnio, stwierdziłam bowiem, że nawet upały są lepsze od tego latającego paskudztwa. Tym bardziej, że nadciągała burza, słońce się schowało za czarnymi chmurami i można było wreszcie popracować z koniem w ciągu dnia. Zaprowadziłam go na odgrodzony taśmą najdalszy zakątek ujeżdżalni, gdzie tylko polałam repelentem, wyczyściłam kopytka i zaprosiłam do pracy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Spartek ochoczo ruszył do pracy! Na sygnał do cofania odpowiedział kilkoma żwawymi krokami, a gdy szczęśliwa powiedziałam „Brawo, koń!”, aż zarżał z radości. Nie zachrumkał pod nosem, jak zazwyczaj, lecz wydał z siebie prawdziwy okrzyk ogromnego zadowolenia. Umiem już rozpoznawać takie odgłosy. Znam rozpaczliwy odgłos wołania stada, przeciągłe rżenie z tęsknoty za Czesławem, ale teraz coraz częściej słyszę entuzjastyczne rżenie po dobrze wykonanym ćwiczeniu. Zazwyczaj odpowiada mi tym sposobem na „Brawo, ko-oń”. A więc – wiedziałam, że będzie dobrze.

W stępie poćwiczyliśmy zmiany kierunków „przez spadającego liścia” (jeśli ktoś nie zna książki Katarzyny Ściborowskiej, przedstawiającej pracę z ziemi i opisującej, między innymi, to ćwiczenie, to z pewnością pomyśli, że zwariowałam z upałów). Zazwyczaj Spartek robi je poprawnie, acz w charakterystycznym dla niego żółwim tempie. Gdy wczoraj poprosiłam go o zmianę kierunku w ten sposób, przestawił się błyskawicznie – jak nie on, a gdy znów zachwycona powiedziałam głośno „Brawo, ko-oń!”, zarżał ponownie. Natychmiast do niego podeszłam, by nagrodzić i od razu zauważyłam przyczynę żwawego przestawienia się drugim bokiem do środka koła. Bo od tej strony na końskim cielsku właśnie rozsiadły się dwa potężne gzy. Spartek doskonale wie, że gdy tylko je zobaczę, natychmiast pospieszę mu z pomocą. Tak też się stało. Jednego zabiłam na miejscu, łupiąc w Spartkowe obłości, drugi – przerażony widokiem krwawej masakry – odleciał. Spartek był uratowany i wyraźnie zadowolony z roztropności, jaką się tym razem wyjątkowo wykazałam. Tajemnica pięknego wykonania ćwiczenia została rozwiązana.

Po chwili poprosiłam go o kłus. O dziwo, ruszył dość przyzwoicie, i od razu poszedł na duże koło, na całą długość liny. „Podoba mi się ten entuzjazm” – pomyślałam. Przy jego energooszczędności zazwyczaj stara się trzymać blisko mnie, zjeżdżając czasem do środka. A tu – wręcz przeciwnie. Pomyślałam, że jednak dwa tygodnie pracy nie poszły na marne!

Czy muszę pisać, że – jak zawsze – się pomyliłam? Że i tym razem sprytny góral mnie przechytrzył?

Tym razem bowiem wyjątkowo zabrałam go do pracy na odgrodzoną taśmami część ujeżdżalni. Weszliśmy przez bramkę, którą za sobą zamknęłam. Jednak w przeciwległym narożniku, tuż przy lesie pozostawało jedno wąskie przejście, którym można było się dostać na drugą stronę placu. No cóż… To wielkie, wspaniałe koło w kłusie, które zaproponował mi Spartek, było tylko po to, by ocenić szczelność ogrodzenia. Zauważyłam, że koń przez ułamek sekundy spojrzał w stronę lasu, w kierunku otwartego przejścia. Odnotowałam to, ale dopiero w świetle następujących po tym wydarzeń, doceniłam Spartkowy zamysł. Na drugie koło w kłusie koń ruszył z jeszcze większą energią, a gdy wyszedł na prostą do „furtki”, błyskawicznie wyciągnął mi linę z ręki i przeszedł do galopu. Jak to często bywa, nie zdążyłam zareagować. Umiem już na tyle szybko przebierać nóżkami, wisząc na końcu liny, że pół długości ujeżdżalni pokonaliśmy razem. Gdy wkroczyliśmy na głęboki piasek, odpadłam. Spartek przebiegł jeszcze kilka metrów i się zatrzymał. Nie odwrócił się do mnie, lecz po nastawionych do tyłu uszach wiedziałam, że mnie obserwuje. Spokojnie podniosłam linę, zawróciłam konia i poszliśmy z powrotem. Nie protestował. Nie próbował się zatrzymać czy wyrwać. Normalnie, grzecznie poszedł ze mną do pracy. Podejrzewam nawet, że nie był to jakiś bunt. Po prostu nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji. Przecież od dwóch tygodni ćwiczymy na otwartej przestrzeni, gdzie może do woli się wyrywać i uciekać, a nie robi tego. Wczoraj jednak pokusa była zbyt wielka. Musiał więc dać mi nauczkę, bym nie wymyślała jakieś grodzenia, tym bardziej, jeśli nie są do końca szczelne. A prawda była taka, że – jak mi się wydawało – przy ścianie lasu będzie nam trochę chłodniej. I tylko dlatego zabrałam konia w to miejsce. Żaden brak zaufania, żadna chęć ograniczenia przestrzeni. Zwykła troska…

Po paru minutach okazało się jednak, że do tego zacisznego zakątka pod lasem komary właśnie wpadły na lunch. I tak więc musieliśmy się przenieść tam, gdzie Spartek przed chwilą uciekł i gdzie było ich trochę mniej. A więc – hucuł jak zawsze miał rację.

Reszta treningu poszła nam śpiewająco. Niemożliwe dotychczas zagalopowania w prawo stały się nie tylko możliwe, lecz także wspaniałe, natychmiastowe i chętnie przez konia proponowane. Popracowaliśmy w pełnej zgodzie i porozumieniu, ku ogromnej radości obu stron.

Co więcej, po pracy zaprowadziłam Spartka na kąpiel, potem pod stajnię, i to wszystko – bez obecności innych koni w pobliżu. Dotychczas – prawie niemożliwe! Wczoraj – w pełnym spokoju. Wykąpałam gagatka, potem zawędrowaliśmy pod stajnię na świeżą botwinkę, którą przywiozłam koniowi na próbę i okazało się, że mu nie smakuje. Wzgardził pokarmem, co rzadko mu się zdarza. Za to starannie obwąchał wszystkie szczotki, wiszące na haczykach przy stajni, zajrzał do świńskiej zagrody, puścił oko „biżuterii” i spokojnie poszliśmy na ujeżdżalnię, by się wytarzać.

vlcsnap-2019-06-14-11h11m17s710

Taki to był dobry dzień. Czy wyrwanie się Spartka mnie w jakikolwiek sposób zdenerwowało? Zasmuciło? Wręcz przeciwnie! Jestem pod wrażeniem jego umiejętności planowania i oceny sytuacji. Prof. Maciej Trojan, którego wykładów na temat teorii umysłu u zwierząt wysłuchałam ostatnio z ogromnym zainteresowaniem, wymienia poszczególne funkcje umysłu (tzw. „okna umysłu”) – między innymi, posługiwanie się narzędziami, język, świadomość i samoświadomość, pojęcie liczby itd. Jednym z nich są tzw.„mentalne podróże w czasie”, czyli umiejętność planowania przyszłości i świadomość przeszłości. Wielokrotnie obserwowałam u Spartka zarówno jedno, jak i drugie. I teraz jestem o tyle mądrzejsza, że mogę te zjawiska nazwać w sposób naukowy. I zamiast zwykłego wyrwania mamy „okno umysłu”. Prawda, że brzmi lepiej? Zwłaszcza że w ogrodzeniu rzeczywiście przez moją opieszałość sama to okno zostawiłam… Tak… „Okno umysłu” – to mi się bardzo podoba. A nie – że koń mi się wyrywa…

TAŃCZĄC NA PICADERO, CZYLI SEKRETY PRACY Z KOŃMI KLAUSA FERDINANDA HEMPFLINGA

Sporo ostatnio czytam, rozmyślam, zgłębiam, oglądam, analizuję… i wyciągam wnioski. Rzecz jasna, „czytam rozmyślam” wciąż o koniach. No bo o czymże innym mogę godzinami czytać po angielsku, ze słownikiem w ręku (no dobra, mamy tłumacza google, bardzo mi pomaga:). Wędruję od tematu do tematu, sięgam do zasobów Internetu, by sprawdzić, czy ten czy tamten wspomniany w lekturze mistrz jeździectwa – po pierwsze, jeszcze żyje; po-drugie, czy jest na You-Tubie; po trzecie, czy można się od niego czegoś nauczyć. Oczywiście, pierwsze dwa pytania niejako same się uzupełniają – no bo jeśli żyje, to jest na You-Tubie, i vice versa. Z kolei trzecie pytanie jest już całkowicie bez sensu – przecież od każdego mistrza można się czegoś nauczyć!

Od inżyniera-artysty do trenera

A więc sięgnęłam ostatnio to książek i nagrań Klausa Ferdinanda Hempflinfa. Na szczęście, Pan Hempfling żyje i ma się dobrze, jest tylko o dwadzieścia lat starszy ode mnie, a więc, zdecydowanie można powiedzieć, że jest młodym facetem! Mieszka obecnie w Danii, wciąż pracując z końmi. Trzeba przyznać, że z wiekiem coraz lepiej dancehorse2wygląda. Co ciekawe, swoją przygodę z końmi rozpoczął w wieku 29 lat! Wcześniej – nic a nic o koniach nie wiedział! Z wykształcenia – inżynier telekomunikacji, w duchu – artysta. Tyle tylko, że się interesował postacią konia w mitologii, no i zgłębiał tajemnice zakonów rycerskich Europy średniowiecza. Jednak koński temat coraz bardziej fascynował młodego Klausa i wkrótce powędrował do Pirenejów badać zachowania dzikich koni. Zaczął również studiować tradycyjne hiszpańskie metody układania młodych dzikich koni, a wkrótce – próbować swoich sił w kontaktach z tymi zwierzętami. Myślę, że właśnie dusza artysty, kochająca teatr i wielką sztukę skierowała Hempflinga ku innym, bardziej intuicyjnym metodom porozumiewania się z końmi – za pomocą języka ciała: najdrobniejszych gestów, ruchów, energii, a nawet mimiki…

Ustalenie przywództwa

Od pierwszej chwili kontaktu dzikiego konia z człowiekiem zaczyna się ich wspólny taniec, podczas którego są ustalane relacje przywództwa (dominacji) i zaufania. Poprzez kontrolę ruchów konia i komunikację ze zwierzęciem za pomocą sygnałów ciała człowiek ustawia się w pozycji dominującego partnera, zdobywając przy tym całkowite zaufanie podległego mu odtąd osobnika. Pierwsze spotkanie decyduje o całej dalszej wspólnej drodze konia i jego jeźdźca. Równie ważne jest pierwsze założenie koniowi kantara i jego pierwsze prowadzenie.  Te wszystkie początkowe elementy mają być perfekcyjnie przygotowane, przemyślane i bezbłędnie wykonane. Jeśli coś pójdzie nie tak, straty w relacjach pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem mogą być nie do odrobienia! Rzecz jasna, szczególna waga, jaką Hempfling przypisuje umiejętności podążania konia za prowadzącym go człowiekiem, od razu przykuła moją uwagę. Jak stwierdza trener, jeśli nie zostanie opanowana podczas pierwszych kontaktów z koniem, później ciężko jest do tego wrócić i zacząć wszystko od nowa. Koń, który nie podąża za prowadzącym go człowiekiem, nie uznaje go za lidera, przywódcę, dominującego partnera. No cóż, nie muszę wierzyć Hempflingowi na słowo – o tym przekonałam się na własnej skórze…

Koło czy kwadrat? Oto jest pytanie…

Pierwsze spotkanie z koniem – w przypadku Hempflinga zazwyczaj są to młode dzikie ogiery, sprowadzone prosto z Pirenejskich wzgórz – zawsze odbywa się na ogrodzonym maneżu o wymiarach 10,75 m x 10,75 m, zwanym picadero. Idealnie, jeśli jest to murowana hala o grubych kamiennych murach, latem z pewnością zapewniająca przyjemny chłód – idealny do pracy. Inna sprawa, że w takim niezbyt dużym, a jednocześnie kompletnie odizolowanym od świata zewnętrznego pomieszczeniu koń ani nie ma możliwości ucieczki, ani rozglądania się po bokach. Chodzi o to, że będąc sam na sam z człowiekiem, koń w picadero  skupia się wyłącznie na tym, kto stoi przed nim na środku kwadratowej hali – emanujący siłą, spokojem i pewnością siebie, otwarty i gotowy do rozmowy. Dlaczego akurat te wymiary? Dlaczego nie round-pen, jak w USA? Podobno gdy Hiszpanie przybyli do Ameryki, przywieźli ze sobą pomysł na budowanie tradycyjnych, kwadratowych picadero do pracy z młodymi końmi. Amerykanie jednak lubią wszystko upraszczać… I – widząc, że konie i tak poruszają się w tych kwadratowych maneżach głównie zataczając kółka, stwierdzili, że warto poobcinać narożniki, zostawiając do pracy z końmi okrągły plac. Poza tym, uciekając przed kontaktem z człowiekiem, konie odwracały się, ustawiając się w narożnikach, co znacznie utrudniało pracę. Jak stwierdza Hempfling, konie jednak zataczają nie do końca kółka… Są to zaokrąglone czworokąty, a to zmienia postać rzeczy! Dla Hempflinga… Bo dla Amerykanów – nie! Zresztą, Amerykanie też przyjęli nieco inny sposób pracy z młodymi końmi – a do perfekcji doprowadził go Monty Roberts z metodą, nazywaną Join-Up, o której zapewne słyszeliście, więc nie będę się rozpisywać. Wyraźnie jednak widzę dwa całkowicie odmiennie sposoby pracy, wynikające z całej filozofii podejścia do treningu koni. Okrągły lonżownik, czyli round-pen, zmusza konia, poganianego przez stojącego w samym jego centrum człowieka, do nieustającego ruchu naprzód, bez możliwości „ucieczki” do narożników. Wyczerpany długim bieganiem po kole koń zaczyna proponować człowiekowi „ugodę”, wysyłając pierwsze sygnały, świadczące o gotowości do podjęcia negocjacji. Doświadczony, uważny trener natychmiast te sygnały odczytuje i zmienia swoją taktykę… I tak dalej – rozmowa zazwyczaj trwa około kilkudziesięciu minut, po czym koń zaczyna podążać za człowiekiem, wkraczając na środek round-penu i ufnie stając tuż za plecami trenera. Kwadratowy maneż nieco utrudnia zwykłe „pędzenie” konia po kole. Wiem to z własnego doświadczenia, bo wielokrotnie musiałam „negocjować” ze Spartkiem w najróżniejszych okolicznościach – na dużych padokach, ujeżdżalniach, łąkach i pastwiskach. Rzadko – na lonżowniku. Bo jego bunty i wyrywania się zawsze miały miejsce poza lonżownikiem, co jest nawet logiczne – no bo po co wyrywać się na niewielkiej zamkniętej przestrzeni? Mało tego, po wyjściu z lonżownika, kiedy – pozornie – udało nam się ze Spartkiem osiągnąć pełne porozumienie – mój koń nie raz odfruwał w siną dal… Wiedział, że na round-penie wypadałoby się „poddać”, ale tak naprawdę czekał, aż wyjdziemy 🙂

Dlatego też osobiście doceniam pracę z koniem na wolności lub na większej przestrzeni w kształcie prostokąta. Wówczas rzeczywiście jest się w stanie ocenić, kiedy koń zaczyna zmieniać nastawienie, skłaniać się ku podjęciu negocjacji, zabiegać o bliższy kontakt. Widzę, jak z gniewnego galopowania po prostych zaczyna zataczać wokół mnie koła i zawsze mam szansę sprawdzić, czy jest to tylko pozorna uległość czy też rzeczywista chęć do współpracy. Gdy bowiem proponuję zmianę kierunku, koń albo – wkurzony – odgalopowuje na prostą wzdłuż ogrodzenia, i to oznacza, że jego ruch po kole wokół mnie był tylko próbą chwilowego złagodzenia sytuacji. Albo zmienia kierunek i wciąż trzyma się przy mnie na kole, a to świadczy o prawdziwym porozumieniu. I wówczas mamy szansę na dłuższą i bardziej przyjemną pogawędkę, bez unoszenia się i wulgaryzmów. A więc picadero – to naprawdę dobry pomysł. I – co istotne – taki niewielki kwadratowy plac można odgrodzić w dowolnym miejscu za pomocą kilku pachołków i taśmy budowlanej.

Słuchaj się mnie i ufaj

A teraz pytanie: dlaczego właściwie mamy się spodziewać, że koń będzie chciał z nami współpracować? Jak pisze Hempfling, życie w dużych, ściśle zhierarchizowanych stadach, zapewnia koniom bezpieczeństwo. Jednak, obserwując dziko żyjące konie pirenejskie, zauważył, że w ramach stada tworzą się również pary bardzo mocno związanych ze sobą osobników. Dlatego też, zdaniem trenera, lepiej, by tworzone przez człowieka stado składało się z parzystej liczby koni. „Zaprzyjaźniają się” zazwyczaj konie o podobnym wyglądzie i – co ważniejsze – usposobieniu. (No cóż, dlaczego wcale mnie nie dziwi, że Spartan wybrał sobie za najlepszego przyjaciela osła Czesława?) Są to związki, które by można nazwać związkami partnersko-rodzinnymi, i ten właśnie fakt daje człowiekowi możliwość – w trakcie treningu – stać się dla swojego wierzchowca partnerem, rzecz jasna – partnerem dominującym. Od pierwszego momentu, gdy znajdzie się po raz pierwsze sam na sam z człowiekiem w zamkniętej niewielkiej przestrzeni, koń jest stawiany przed wyborem: podporządkowanie, a co za tym idzie – bezpieczeństwo, komfort i nawiązanie relacji z człowiekiem; albo próby ucieczki, walki i buntu, które zawsze wiążą się z dużym wysiłkiem fizycznym, brakiem poczucia bezpieczeństwa i samotnością. Ograniczenie ruchów konia przez człowieka za pomocą 26_DSC03948_END-Portrait-bearb-1-1038x576wyraźnych zdecydowanych gestów, ruchów i postawy powoduje, że koń – po wielokrotnych czasem próbach zdobycia przewagi – poddaje się i zaczyna okazywać sygnały uległości: zatacza coraz mniejsze koła wokół człowieka, kieruje wewnętrzne ucho w jego stronę, opuszcza głowę. Wówczas postawa człowieka zmienia się z ekspresyjnej, „drapieżnej” i zdecydowanej na spokojną, pasywną i „zapraszającą”. W tym momencie koń zazwyczaj decyduje się na podejście i akceptuje dominującą pozycję człowieka. Pracujący głównie z młodymi dzikimi ogierami Hempfling zauważa, że  wyłapane na łąkach konie, komunikujące się w stadzie za pomocą bardziej lub mniej subtelnych sygnałów ciała, rozumiejące najdrobniejszy ruch swojego „przełożonego”, są również niezwykle wrażliwe na język ciała człowieka. Ich dusze i umysły są czyste i otwarte na drugiego osobnika, i w odróżnieniu od koni wychowanych wśród ludzi, przyzwyczajonych do setek nic nie znaczących ludzkich gestów, dzikie konie spostrzegają każdy najdrobniejszy nasz gest i oczekują, że ma on jakieś znaczenie. Dlatego też, jeśli taki koń od pierwszego momentu kontaktu z człowiekiem trafi na doświadczonego, dobrego trenera, istnieją ogromne szanse, że będzie to wspaniały, gotowy do współpracy wierzchowiec, postrzegający człowieka jako lidera i przewodnika. Co najważniejsze, jeśli koń nigdy nie dowie się, że w rzeczywistości jest od człowieka o wiele silniejszy fizycznie, jeśli nigdy nie będzie miał okazji wygrać z nim w walce o przywództwo, będzie postrzegał siebie jako osobnika podległego człowiekowi i dalszy trening takiego wierzchowca to już są tzw. „sprawy techniczne”. Jakąkolwiek ścieżkę wybierze dla niego człowiek, będzie starał się nią podążać, dając z siebie wszystko – w miarę swoich fizycznych i psychicznych predyspozycji.

A zatem – ufający czy posłuszny? Jak twierdzi sam Hempfling, obydwa czynniki są absolutnie kluczowe w jego pracy i obydwa są w najwyższym stopniu obecne. Dlatego też trener uważa, że właściwie nie musimy oswajać konia ze strachami. Musimy 10471157-klaus-ferdinand-hempfling-with-harmonoswajać go ze sobą! „Robię dokładnie to, co dominujący koń w stadzie – idę, a koń podąża za mną, bez względu na to, jakie „strachy” czają się za krzakami” (cytat z książki Dancing with Horses. Communication by body language. Klaus Ferdinand Hempfling. GB 2001, s. 26). Ponieważ w przyrodzie konie najczęściej uczą się przez naśladownictwo, powtarzając zachowania tego osobnika, który udowodni swoją mocną pozycję w stadzie, a jednocześnie jest pewny siebie, rozważny i w żadnym wypadku – agresywny, to, zdaniem trenera, „precyzyjna, jasna, czytelna dominacyjna postawa, ukazująca twoją osobowość, totalnie pozbawiona wściekłości i agresji – to cechy, które w oczach konia świadczą o twoim przywództwie” (cytat z książki Dancing with Horses, s. 29). Kontynuując swoją myśl, Hempfling pisze, że dla psychicznego komfortu konia jest absolutnie konieczne, by widział w nas przewodnika, lidera, osobę, której można zaufać i na której można całkowicie polegać! Tylko w takim przypadku koń może zająć się wtórnymi dla jego życia sprawami, jakimi są, na przykład, proponowane przez nas ćwiczenia. Tylko w spokojnym stanie umysłu, wiedząc, że to my czuwamy nad jego bezpieczeństwem, będzie mógł skupić się na rzeczach dla niego mniej istotnych z punktu widzenia przetrwania.

Sekret rycerzy 

Jeśli mieliście kiedyś okazję, by dość regularnie i przez dłuższy czas przyglądać się życiu stada, z pewnością zauważyliście, że najwięcej brutalnych starć i poważniejszych potyczek rozgrywa się pomiędzy końmi, będącymi na środkowej pozycji w hierarchii stada. To im zazwyczaj zależy, by skoczyć o stopień wyżej kosztem kolegi, będącego dokładnie w tej samej sytuacji i mającego te same dążenia. Najwięcej kwików i kopniaków rozdają ci, co wciąż próbują udowodnić swoją pozycję. Dlatego też omyłkowo często odbieramy te „najgłośniejsze” konie za konie-alfa. Zobaczcie jednak, czy stado podąży za takim koniem w sytuacji zagrożenia? Czy to on zadecyduje o kierunku i tempie ucieczki? Otóż, z pewnością nie. Najwyższy rangą koń zazwyczaj nie ucieka się do przemocy fizycznej. Po prostu idzie tam, gdzie chce, a inne konie schodzą mu z drogi. Instynkt i doświadczenie stanowią o sile tego prawdziwego konia-alfa. Podobno rycerzom znana była ta tajemnica końskiego świata i układając konia, który będzie im oddany na polu bitwy, najlepsi mistrzowie stronili od używania agresji i przemocy wobec tych zwierząt, bowiem uległy, lecz nieufający człowiekowi koń w chwili zagrożenia życia zawsze może wybrać ucieczkę, nie pozostanie przy swoim jeźdźcu…

Trzy Podstawowe Prawdy tańczącego trenera

Zacznę od tego, czego sam Hempfling nie ujął w tej „złotej trójce”, ale napisał o tym już na początku swojej książki… I myślę, że jest to rzecz najistotniejsza i zarazem taka, o której my – ludzie – najczęściej zapominamy. Otóż, wszyscy cierpimy na obsesję celu, i to w każdym obszarze naszego życia. Stawiamy sobie cele i dążymy do ich realizacji, ponosząc przy tym ogromne koszty psychiczne, fizyczne, a czasem nawet egzystencjalne! Zaślepieni tym, co przyświeca nam na końcu tej wyznaczonej ścieżki, kompletnie nie widzimy świata dookoła! Nie dostrzegamy drobnych, lecz tak naprawdę najistotniejszych w życiu rzeczy! To te ulotne momenty zostaną nam na zawsze w pamięci, o ile będziemy umieli je dostrzec! Nie – zakup nowego samochodu czy chwila, w której szef przekazał nam informację o zdobyciu premii kwartalnej. A więc – nasza obsesja celu… Przekładamy ją również na nasze relacje ze zwierzętami, na trening koni. Dla Hempflinga (podzielam jego opinię w stu procentach i mam nadzieję, że Hempfling się z tego cieszy) „w pracy z końmi ważne jest kompletne porzucenie wszelkich ambicji i przełączenie się na słuchanie, obserwowanie i wyczucie”. Celem w pracy z końmi jest sama droga! (Gdzieś już o tym pisałam…). Szczerze? Przekonuję się o tym każdego dnia! I tylko w ten sposób potrafię teraz, po paru latach, patrzeć na wszelkie relacje ze zwierzętami, które w byciu z nami i dla nas, kompletnie nieświadome naszych „celów”, dają nam z siebie tyle, ile potrafią dzień za dniem, godzina za godziną. Bez oceniania, rozpamiętywania naszych potknięć i szufladkowania… I warto się od nich uczyć…

A teraz – trzy Podstawowe Prawdy Hempflinga. Po-pierwsze, cokolwiek robimy z końmi – unnamedto zawsze ma być zabawa – dla nas i dla naszych koni! Przygoda, przyjemność, spełnienie i rozwój. Pracując w formie zabawy, w koniach rozwijamy motywację, w sobie – intuicję, a obydwu stronom taka forma treningów będzie sprawiała radość! Po-drugie, to zawsze ma być piękne! Tu dodam od siebie – chciałoby się… Lecz w moim odczuciu, nie zawsze takie jest. Warto się jednak starać, a przynajmniej starać się dostrzegać piękno nawet w najprostszych, czasem mniej udanych ćwiczeniach z koniem. Niech to będzie  najzwyklejsze cofanie na linie, i od pierwszych mniej udanych prób, dostrzegając najdrobniejsze postępy naszego partnera, dojdziemy do pięknego cofania na linie! No i trzecia zasada, którą Hempfling nazwał „A co, jeśli…?” Co, jeśli nasze „dziecko” nigdy nie zostanie świetnym tancerzem? Przecież zdarza się! A więc – musimy umożliwić mu rozwój na tyle, by zrealizował się w tym, w czym jest naprawdę dobry. Czerpać wspólną radość, żyć pełnią życia, tu i teraz – tak, jak robią to nasze konie!

A zatem – jakiego partnera zaprosisz dziś do tańca? O czym pomyślisz, gdy po raz setny pomyli kroki Waszego tanga? Może stwierdzisz, że również wypadałoby trochę poćwiczyć lekkość w swoich ruchach? Odłożyć na bok złość, zapomnieć o celach i uśmiechnąć się, patrząc na swojego rumaka, gotowego do wspólnej zabawy?

PS. Tak dużo chciałabym Wam opowiedzieć o wspaniałej książce Hempflinga, którą czytałam rok temu i wtedy też powstała duża część tego wpisu. A teraz zerknęłam do notatek, dopisałam to, co kiedyś – nie wiedzieć czemu – porzuciłam i na koniec dodam jedną, dość istotną, uwagę.

na lonżowniku z taśmy 2

Taśmy budowlane jednak nie sprawdzają się do ogrodzenia picadero! Po przeczytaniu książki poleciałam do supermarketu, zakupiłam taśmę i pojechałam do stajni grodzić naszą małą salkę taneczną. I wiecie, jak to się skończyło? Gdy zawiał wiatr, te szeleszczące potwory zaczęły się tak unosić na wszystkie strony, strasząc mi mojego tancerza, że ledwo żeśmy wyszli z tego cali… Tak że – never ever… Szukajcie innych, lepszych pomysłów! A więc w tej jednej sprawie Hempfling się pomylił…

„WYMIESZANE UCZUCIA”, CZYLI O HUCULSKICH MEDYTACJACH W TRUDNYCH SYTUACJACH…

Kto pędził do stajni, niczym wariat, by czym prędzej zobaczyć swojego konia po dziesięciodniowej rozłące? Kto po drodze wyobrażał sobie piękne, wzruszające sceny powitania, z końskim rżeniem w tle? Kto uśmiechał się na samą myśl, że koń, jak tylko cię zobaczy, natychmiast zacznie dreptać w twoją stronę, by nadstawić łeb do głaskania, wtulić się i opowiedzieć o wszystkim, co zdarzyło się w stajni podczas twojej nieobecności? Rzecz jasna, są to pytania retoryczne… Wiadomo, że mowa o mnie… A jaka była rzeczywistość?

Otóż, od kilku dni konie stały na nowym, obfitującym w trawę padoku. Wspaniale. Cieszyłam się, że podczas mojej nieobecności Spartek ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Kasia od Asiulka przesyłała mi regularnie zdjęcia i filmiki, na których podziwiałam mojego rumaka, gdy chrapał o świcie w boksie, gdy wcinał świeżą trawę czy bawił się z kumplami. Jednym słowem, byłam na bieżąco, za co Kasi ogromnie dziękuję. Zatem jak tylko wróciłam do Warszawy, następnego dnia cała w skowronkach pognałam do stajni. Wjeżdżając na drogę, ciągnącą się wzdłuż nowego padoku, od razu wypatrzyłam Spartka w towarzystwie Czesia i Zahiry. Doszły mnie bowiem plotki, że Zahira wpadła Spartkowi i Aśkowi w oko, więc pod moją nieobecność nasza banda nieco się powiększyła. Zatrzymałam się na wysokości naszych rumaków, uchyliłam okno w samochodzie i zawołałam Spartana. Uniósł łeb znad trawy, spojrzał na mnie i wrócił do swoich zajęć. Nic. Nie zrobił nawet pół kroku w moją stronę. Za to Czesław natychmiast przybiegł do ogrodzenia. Powitałam do serdecznie i powiedziałam, że zaraz do nich przyjdę, co też zrobiłam po paru minutach. No cóż… Ponieważ całe stado pasło się pod samą asfaltówką, czyli jakieś pięćset metrów od wejścia na padok, Spartek miał mnóstwo czasu, by jednak zauważyć, że idę w jego stronę. Ten typ ma jednak nerwy ze stali, a serce z kamienia, więc do ostatniej chwili udawał, że mnie nie widzi. Ani razu nawet nie spojrzał w moją stronę, obsesyjnie zrywając kolejne kępki trawy. 61119332_663886510722115_1053403019254693888_nCzesiu zaś, moje kudłate słoneczko, niemalże biegiem ruszył do mnie od razu, jak tylko ujrzał mnie  na horyzoncie. Przyleciał cały rozanielony i – jak nie on – wtulił we mnie swój łeb i nadstawił się do głaskania. Zazwyczaj nie lubi zbytniego spoufalania się i tych wszystkich dziewczyńskich przytulasków. Tym razem widać było, że naprawdę się cieszy z mojej obecności i pokazuje to na wszelkie znane mu sposoby. No cóż, musiałam zadowolić się Cześkowym powitaniem. Spartek, choć w ostatnim momencie, gdy byłam już jakieś dwadzieścia metrów od niego, łaskawie ruszył w moją stronę, jednak żadnych dobrze mi znanych powitalnych odgłosów nie było. Żadnego powitalnego chrumkania – zero emocji. Nie chcę twierdzić, że był na mnie obrażony, ale ewidentnie coś było nie tak. I co się dziwić? Dziesięć dni? Gdy przedtem widywaliśmy się prawie codziennie? No cóż, najwyraźniej przegięłam… I miałam za swoje.

Założyłam Spartkowi kantar, zapięłam długą linę i ruszyłam w kierunku wyjścia z padoku. Przed nami – kilkaset metrów do pokonania, by przekroczyć bramkę, zrobić nawrotkę i pójść kolejne kilkaset w przeciwnym kierunku na koniec ujeżdżalni. Jak dobrze wiecie, wiosna, trawa i stado na końcu łąki – to nie są sprzyjające dla nas okoliczności. O tym, jak sprowadzam Spartka w takie właśnie dni, jak ten wczorajszy, napisałam całą książkę, więc nie będę się powtarzać. Byłam przygotowana na każdy możliwy scenariusz. A więc i tym razem los nie był dla mnie szczególnie łaskawy. Spartek ruszył za mną i nawet zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia, lecz po chwili zatrzymał się, spojrzał na Zahirę, która pozostała z resztą stada za nami, i zamarł. Na szczęście, nie jestem już sama na polu bitwy. Mam mojego druha Czesława, który wtulał się we mnie i co chwilę unosił swoją piękną główkę, by spojrzeć mi w oczy, jakby próbując wytłumaczyć zachowanie Spartka w sposób najmniej dla mnie bolesny: „Wiesz, on naprawdę czekał. Widziałem… I na pewno też bardzo tęsknił… Nie chciał się ze mną bawić. A w nocy słyszałem, jak cichutko chlipie pod oknem w boksie… A raz nawet prosił Aśka o chusteczkę, by otrzeć łzy, spływające do żłobu z musli”. Rzecz jasna, Czesiu konfabulował. Ale było miło. W podziękowaniu drapałam go po plecach, czochrałam jego piękną oślą czuprynę i mówiłam, że tylko on mnie rozumie. Gdy się za bardzo z Czesiem rozczuliliśmy, Spartek zrobił jeszcze kilka kroków i stanął tuż przy mnie, że niby jego też chyba wypadałoby podrapać. Ewidentnie poczuł zazdrość. Pochwaliłam, że przyszedł i poprosiłam o ruszenie. Nic. I jeszcze raz. Nic. Machnęłam bacikiem raz, drugi, trzeci, czwarty. Zrobił pół kroku i stanął jak wryty. Przymknął oczy i wpadł w dziwny półsen, który zaobserwowałam u niego w sytuacjach, gdy znajduje się w kłopotliwej sytuacji. Gdy zdrowy rozsądek nakazuje postąpić w określony sposób, lecz huculska duma mu na to nie pozwala. Bo wyszłoby, że uległ. A on nie zamierza. Widziałam to już kilka razy i kiedyś myślałam, że mój koń po-prostu przysypia. Teraz jednak widzę, że to nie jest sen. Półprzymknięte powieki, obwisła dolna warga – owszem. Ale cała jego postawa absolutnie nie jest rozluźniona, a pod powiekami widać szybki ruch gałek ocznych. Ten stan może trwać nawet do dziesięciu minut i wtedy można dowolnie wymachiwać batem, wszystko na nic. Mam wrażenie, że w trakcie tego półsnu mój koń toczy wewnętrzny dialog. I mniej więcej po dziesięciu minutach zazwyczaj robi to, o co człowiek prosi. Rzecz jasna, pod warunkiem, że koniowi nie będzie się przeszkadzało w rozmyślaniu. Bo gdybym nie wytrzymała i zaczęła w takim momencie ciągnąć czy z całej siły poganiać konia, odwróciłby się na pięcie i zniknął szybciej, niż bym zdążyła zareagować. Tak więc nauczyłam się akceptować te nasze powolne zejścia z padoku z przystankami na chwilę zadumy i medytacji, które zapowiadają szczęśliwe dla mnie zakończenie całego przedsięwzięcia.

Dlatego wczoraj się nie spieszyłam. Gdy tylko zamknął oczy i zaczął rozważać w swojej huculskiej głowie wszystkie „za i przeciw” w danej konkretnej sytuacji, po prostu czekałam i obserwowałam… A najbardziej rozczulił mnie wczoraj Czesław. Mało że tradycyjnie ruszył przed nami, by bezpiecznie i w pełnym składzie odprowadzić nas do bramki, zatrzymując się, gdy Spartek się zatrzymywał i oglądając się co chwilę na niego, to w chwilach, gdy Spartek nagle hamował, Czesiu chwytał zębami linę i próbował ciągnąć Spartka do przodu. Kilkakrotnie pomagał mi, jak mógł, dokładając swojej mocy do prowadzenia naszego uparciucha. Uśmiałam się jak nigdy. Najpiękniejsze było to, że Czesiu dokładnie wiedział, co ma robić i pomagał mi w najlepszy możliwy sposób. W końcu postanowiliśmy z Cześkiem, że nie będziemy Spartkowi przeszkadzać w podjęciu decyzji – niech se pomyśli, a my postoimy, pogadamy. I tak Czesiu i ja czekaliśmy na naszego filozofa. Gdy Spartek się ocknął po dziesięciu minutach, Czesiu spojrzał na mnie, na niego i podreptał w kierunku wyjścia. Nie musiałam już długo prosić Spartana o ruch. Tym razem poszedł bez żadnych dyskusji i dotarliśmy wszędzie, gdzie sobie życzyłam. Rzecz jasna, Czesiu, gdy upewnił się, że skutecznie opuściliśmy padok, poczekał na zasłużony kawałek jabłka i poszedł z powrotem do stada.

DSCN1188To dziwne Spartkowe niby-przysypianie, czyli jego swoista medytacja w trudnej sytuacji, zwróciły moją uwagę jakiś miesiąc temu podczas treningu z Kasią Ściborowską. Pamiętacie, jak opowiadałam Wam, że Spartek uwielbia zabawę w pachołki, czyli wędrowanie od punktu do punktu i dotykanie rożnych przedmiotów noskiem. Otóż, pokazał nam wtedy, że owszem, bardzo to lubi, ale na swoich zasadach. Gdy Kasia wytłumaczyła nam, że z tej zabawy można zrobić ćwiczenie, wprowadzają określone reguły, Spartkowi mina zrzedła.  Zabawa – to co innego. Tak więc gdy Kasia wysłała go do punktu, owszem, ruszył, stanął nad pachołkiem i zamarł. Przed dobrych dziesięć minut ani prośbą, ani groźbą nie udawało się nakłonić go do dotknięcia pachołka. Uparte huculisko dokładnie wiedziało, o co nam chodzi, tyle że nie zamierzało tego zrobić. W sytuacji patowej, stojąc z nosem tuż nad pachołkiem, Spartan niejako „przysnął”.Nie, bo nie!

Zamknął oczy i medytował, choć – jak teraz wiem – musiał to po prostu „przetrawić”. Jako że jest stuprocentowym introwertykiem, cała wewnętrzna bitwa rozgrywała się gdzieś w środku. My spokojnie czekałyśmy, wiedząc, że dalsze prośby o dokończenie zadania są na nic. Hucuł musi pomyśleć. I rzeczywiście, po „drzemce”, Spartek zwyczajnie schylił się do punktu, dotknął go, jak go o to proszono jakiś czas temu i z ulgą westchnął.

Już wtedy wydawało mi się, że nie jest to zwyczajna drzemka w środku treningu. Teraz jestem tego pewna. Czy podczas sprowadzania go z padoku, czy podczas wykonania trudniejszego dla niego zadania, gdy koń wie, o co nam chodzi, lecz nie chce tego zrobić, Spartek potrzebuje chwili spokoju na podjęcie decyzji. I zawsze, odpukać w niemalowane, ostatecznie podejmuje decyzję słuszną. Cieszy mnie ogromnie ta zmiana w moim rumaku! Jeszcze rok temu mój koń się nie zastanawiał, tylko wyrywał się i uciekał! Gdy coś było nie po jego myśli, nie było nad czym się zastanawiać. I oto schemat zachowania uległ zmianie! Co jest tego powodem? Mądrzeje? Łagodnieje? Jest bardziej leniwy? Wolę to pierwsze…

A co do jego nader powściągliwego powitania po naszej rozłące… Wczoraj wieczorem nasza koleżanka ze stajni Ania – właścicielka Zahiry – opowiedziała mi, że któregoś dnia podczas mojej nieobecności w ponury deszczowy dzień poszła na padok do koni, pasących się daleeeeko, tuż przy asfaltówce. Ubrana była w kurtkę identyczną jak moja, szarą (czytaj – turkusową, bo podobno konie widzą kolor szary jako turkusowy), w czapce z daszkiem (jaką w porach pozazimowych zawsze mam na głowie, odkąd siebie pamiętam). Szła w kierunku koni i nagle zobaczyła Spartka, żwawo maszerującego w jej stronę. Ewidentnie pomylił ją ze mną… Czyli jednak czekał… A więc należało mi się…

DSCN1185

„GANG SŁODZIAKÓW” KONTRA RESZTA STADA, CZYLI O TYM, JAK ZNALEŹĆ SWOJE MIEJSCE POD SŁOŃCEM…

Będąc w stajni prawie codziennie, nie sposób nie zauważyć, jak skomplikowane gry strategiczne toczą się każdego dnia w naszym olszewickim stadzie, liczącym około dwudziestu koni. Stado mamy bardzo różnorodne, składające się z klaczy i wałachów, starszych i młodszych, więc – można powiedzieć śmiało – „dzieje się”!

Jeśli chodzi o wewnętrzne ugrupowania, z grubsza olszewnickie stado dzieli się na „starą gwardię”, czyli grupkę wałachów w wieku 20+, parę przyjaciółek Fonika i Zahira, „gang słodziaków”, czyli Iland, Pippi, Homili i ostatnio – Empir, trójcę Asiek + Spartek + osioł Czesiek oraz tzw. „konie niezrzeszone”, chodzące własnymi ścieżkami…

Nie tak słodko, jak myślisz…

Mówiąc o „gangu słodziaków”, rzecz jasna, próbuję trochę zaczarować rzeczywistość… Prawda jest bowiem taka, że od dawna rządzą w naszym stadzie dostępem do wody i innych dóbr podstawowych… Rządzą żelazną ręką, niesprawiedliwie i bezwzględnie. Nie są to mądre rządy, lecz rozdawane na prawo i lewo kopniaki i ugryzienia, wedle własnego widzimisię. Władzę wykonawczą sprawuje Iland, podjudzany co chwilę przez jego „baby”, czyli Pippi i Homili. Ale przede wszystkim Pippi, której wściekłą minę widać najczęściej na każdym zdjęciu.

No ma dziewczyna charakterek, nie da się ukryć… Zdaje się, że ma permanentnego focha, a gdy którykolwiek koń zbliża się do gangu, jako pierwsza kładzie uszy, zaczyna machać łbem, odgania „intruza”, ale – przede wszystkim – natychmiast „uruchamia” Ilanda, stojącego na czele gangu. Cóż Ilandowi pozostaje, gdy jest perfidnie podjudzany przez jedną ze swoich „dziewczyn”. Iland wówczas atakuje. Najwyraźniej cała banda stanowi zagrożenie dla stada wyłącznie gdy jest w komplecie. Wystarczy, że Ilanda zabiera się na trening, a Pippi i Homili, oprócz machania łbem i robienia groźnych min, niewiele zdziałają. Ich czatowanie przy bramce czy wodopoju jest przez większość koni „olewana”, wiedzą już bowiem, że brakuje „organu wykonawczego”. Z kolei gdy sam Iland jest w towarzystwie na przykład Aśka i Spartka, również zachowuje się poprawnie. Nigdy nie próbował zaatakować mojego konia, choć Spartek i tak woli mu ustąpić, nie raz bowiem wcześniej od niego oberwał. Tak że najwyraźniej o sile „gangu słodziaków” decyduje ich wspólnota… Od niedawna o członkostwo w gangu stara się Empir – rosły wałach w średnim wieku, który ewidentnie zaczyna rywalizować z Ilandem o względy jego „dziewczyn”. Robi to jednak po-swojemu, nie wchodząc w otwarty konflikt, tylko próbując udowodnić zbójom, że jego pomoc na pewno im się przyda. Że nie zawiedzie. Że potrafi dorównać im w złośliwości i okrucieństwie. I choć wcale mu z tym nie do twarzy, bo to wyjątkowo miły koń, to jednak, jak widać, zło go próbuje złapać w swoje sidła…DSCN1439

Niedobrze… No chyba że Empirowi jakimś cudem uda się „obalić” Ilasia i wprowadzić nowe zasady funkcjonowania grupy…  Jak się w tym wszystkim odnajduje Spartek? Bo to mnie, rzecz jasna, interesuje najbardziej. No to już opowiadam.

Gdy ma się kumpla Asia

Śmiało można powiedzieć, że i w tym przypadku, jak w wielu innych, Spartkowi się poszczęściło… Nie dość że zaprzyjaźnił się z najbardziej uroczym, bystrym i zabawowym olszewnickim stworzeniem, jakim jest Cześ, to jeszcze ma w stadzie prawdziwego przyjaciela – kumpla nie tylko od zabawy i przepychanek ze zdejmowaniem masek w tle, lecz także sprytnego i szalonego druha-górala Aśka. Bo Aś też jest góralem – kabardyńcem, o podobnym do Spartka charakterze, lecz przy okazji – szalonym. Dlaczego tak twierdzę? No bo Asiek jest jedynym koniem w całym stadzie, który robi z Ilandem dosłownie co chce. Bawi się nim jak maskotką, i to wszystko na oczach jego „dziewczyn”. Rzecz jasna, Asiek wie, co robi. Z jakiegoś powodu Iland pozwala mu na wszystko. Wszyscy próbujemy zrozumieć ten fenomen. Czy wynika to z przyjaźni chłopaków, jaka zawiązała się między nimi jeszcze w poprzedniej stajni, z której razem przywędrowali do Olszewnicy i tu po pewnym czasie ich drogi się rozeszły? I Ilaś daruje Aśkowi te młodzieńcze wybryki ze względu na dawne czasy? Czy dlatego, że nigdy nie doszło między chłopakami do starcia i Asiek nie zna mocy uderzenia kopyt Ilanda ani siły uścisku jego zębów, więc naiwnie igra sobie z Ilandem, a ten najzwyczajniej w świecie nie wie, jak odbierać te Aśkowe zaczepki? I dlatego mu na nie pozwala? Niekiedy się nad tym zastanawiamy i wciąż nie możemy znaleźć logicznego wyjaśnienia. Czemu zbój „mięknie” przed Asiulkiem?

Jak widzicie na zdjęciu po prawej, takie podgryzanie Ilanda lub – jak na zdjęciu po lewej – uruchomienie całego „gangu” tak, by zarówno wściekająca się Pippi, jak też Homili i Iland biegały wokół niego – nie stanowi dla Aśka żadnego problemu! Gdy ma ochotę zrobić małą zadymę, wkracza między zbóje i je po prostu przestawia po swojemu! No chyba że chce podokuczać Ilandowi tet a tet, to mu podokucza. Bez żadnych dla Aśka konsekwencji. No i powiedzcie sami, czy Spartek mógł wybrać lepiej?

spartek za askiem1

Rzecz jasna, Czesiek również nie boi się ani Ilanda, ani Pippi, ani żadnych innych rozbójników. Albo koniom się nie chce schylać do gryzienia Czesława, albo – co bardziej prawdopodobne – pamiętają uścisk jego oślej szczęki na swoich szyjach… Bo wgryzając się w końską szyję i wisząc w tej pozycji, póki się nie odpadnie, Czesiek zazwyczaj wita nowe konie w stadzie. Każdy przez to przechodzi, z większym lub mniejszym uszczerbkiem na zdrowiu. Tak że generalnie z Cześkiem się nie zadziera.

DSCN1444

Za to nie ma też lepszego kompana do zabaw! Kto rozkręci najlepszą imprezę w stadzie? Kto poruszy wszystkich do szalonych galopów? Kto potrafi latać po całym padoku niczym mała puchata kula armatnia? Czesiek! No więc Cześkowi też wolno wszystko. I Aśkowi – jak widać – też. Tak że Spartek nie mógł się lepiej ustawić. Tyle że Czesiek nie pomaga Spartkowi, gdy ten popadnie w tarapaty… „Duży chłopak jesteś, radź se sam…” – rzuca Czesiek z daleka… Z Aśkiem jest inaczej. Jak to góral, Asiek jest wielkim strategiem i wiernym przyjacielem. Owszem, można się pobawić, pobiegać, powygłupiać, ale gdy kumpel jest w tarapatach, nikt inny nie potrafi uratować Spartka w sposób tak doskonały  i niezawodny, jak Aś. Parę dni temu byłam świadkiem sytuacji, która mnie urzekła. I pokrótce ją Wam opiszę.

Gry strategiczne w najlepszym wydaniu

Jak widać na zdjęciu powyżej, przedstawiającym zamyślonego Spartka i zmierzającego przed siebie Cześka, do wyjścia z padoku, a jednocześnie do wanny z wodą, prowadzi dość wąski korytarz – niecałe 10 m szerokości. Po południu „gang słodziaków” zazwyczaj gromadzi się na końcu tegoż korytarza, pilnując wyjścia z padoku i wody jednocześnie. Są to miejsca „strategiczne”… I o ile pierwszeństwo do zejścia z padoku może być dla większości stada kwestią drugorzędną, to dostęp do wody – to już inna sprawa. Zwłaszcza, na przykład, po treningu, gdy wracający na padok koń najbardziej na świecie pragnąłby się napić…

Parę dni temu po zakończeniu pracy ze Spartkiem zauważyłam, że tego dnia wyjątkowo „słodziaki” pasą się z dala od wejścia na padok i wanny. Stały sobie grupką gdzieś znacznie dalej i – zdawałoby się – kompletnie nie były zainteresowane tym, co dzieje się przy wodopoju. Zadowolona, wprowadziłam Spartka na padok wejściem od strony stajni i wanny, wiedząc, że od razu pójdzie się napić. Tak też się stało. Ja tym czasem poszłam po swoje rzeczy, szybko się spakowałam i zaczęłam wyjeżdżać spod stajni. Kiedy już odjeżdżałam, moim oczom ukazał się następujący obrazek. Spartek stał już dość daleko od wanny, za nim – koniec padoku, zamknięta bramka. Przed nim wąski korytarz do przejścia na dalszą część padoku. I w tym korytarzu kilkanaście metrów przed moim koniem ustwiła się w równej od siebie odległości cała czwórka – Iland, Empir, Pippi i Homili. Stały patrząc prosto na Spartka i czekając na najmniejszy błąd z jego strony. Właściwie to błędem byłoby cokolwiek, co spróbowałby w tej sytuacji zrobić. Gdyby poszedł w ich stronę, trafiłby prosto w ich sidła. Gdyby zawrócił, na pewno zagoniłyby go do narożnika przy wannie czy zamkniętej bramie i tam dostałby łomot… Zobaczyłam, że Spartek bezradnie rozgląda się na wszystkie strony, szukając wsparcia. I już bym wyskoczyła z samochodu, by go ratować, kiedy zauważyłam, że przez zbójecką flankę szybkim stępem w kierunku Spartka przedziera się Asiulek. Uchyliłam szybę w samochodzie i zafascynowana tym obrazkiem czekałam, co chłopaki wymyślą. Teraz w „ślepym zaułku” stali obok siebie Asiek i Spartek, a przed nimi – banda. „Słodziaki” zaczęły powoli nacierać, idąc każdy swoją ścieżką prosto na chłopców. Na linii Spartka znajdował się akurat Iland, więc co zrobił Asiek? Niemalże przycisnął Spartka do ogrodzenia, osłaniając go od strony koni i zagradzając mu ruch do przodu. Spartek nie protestował. Stał jak wryty. Po lewej miał elektryczne ogrodzenie, po prawej Aśka, który ustawił się tak, by osłonić go z prawej strony. Iland, a za nim – reszta gangu, przeszły obok Aśka, nawet nie próbując ruszyć Spartana. Asiek – widziałam – położył uszy i machnął łbem w stronę mijających go koni. Gdy tylko przeszły i znalazły się za chłopakami, Asiek pogonił Spartka do przodu, jak najdalej od zagrożenia – pogonił tak, jak jeszcze w życiu nie widziałam. Niemalże naskoczył na niego, uderzył głową w tyłek i razem pogalopowały na bezpieczną, otwartą część padoku. Byłam zdumiona… Od razu zadzwoniłam do Kasi, właścicielki Asiulka, i musiałam jej o tym opowiedzieć. Byłam dumna z przyjaźni naszych chłopców, z pomysłowości i gotowości podjęcia walki o przyjaciela, jakimi wykazał się Asiek, trochę też z nas, że dałyśmy im możliwość, by się zaprzyjaźnili… Nie raz, nie dwa widziałam już, jak Asiek osłania Spartka podczas jego drogi do wodopoju. Że ocenia sytuację, czy jest bezpiecznie, czy da radę mu pomóc i jeśli tak – szybka wymiana spojrzeń i Spartek gna się napić, póki kumpel stoi na czatach. Ale wyciągnięcie kolegi z takich tarapatów – to już prawdziwy majstersztyk!

DSCN1442

Niestety, nie miałam okazji nagrać tej sytuacji. Jak zawsze, gdy dzieje się coś ciekawego, człowiek nie jest przygotowany. Ale – takie oto, pierwsze z brzegu – zdjęcie koni, jakie zrobiłam przypadkowo… Asiek – nasz Zorro – stoi w środku. Za nim – Spartek. Przed nim, na pierwszym planie dwa inne konie. I choć nie była to chyba sytuacja zagrożenia, to widzę, że Aś bardzo często „osłania” Spartka, umożliwiając mu bezpieczne dotarcie tam, gdzie chce. W zeszłym roku, gdy chłopców jeszcze nie połączyła ta wielka przyjaźń, Spartek nie raz dostał łomot od „słodziaków”. Oczywiście, jakieś drobne utarczki, kopniaki czy pogryzienia zdarzają się i teraz. Co by to było za życie, bez przepychanek. Teraz jednak jestem spokojniejsza, bo wiem, że nasz Agent Specjalny Aś czuwa.

DSCN1476

Jak dobrze wiedzieć, że twój koń ma w stadzie przyjaciół… Nie tylko towarzystwo, co jest mu niezbędne do życia, lecz coś znacznie głębszego – przyjaźń… Nie myślcie tylko, że Spartek zapomniał o Czesławie. Absolutnie nie! Gdy odprowadzam go na padok, od razu lokalizuje swojego małego szarego kumpla i zmierza w jego kierunku. Po drodze dołącza do nich Asiek i tak sobie idą we trójkę przed siebie, nasi trzej muszkieterowie…

 

GŁOS WOŁAJĄCEGO NA PUSTYNI, CZYLI SPRZECZNE EMOCJE I MAŁY HUCULSKI KALKULATOREK…

Nadeszła kolejna wiosna, co – jak wiecie – w naszym przypadku zawsze zwiastowało pojawienie się kłopotów… Przede wszystkim, kłopotów ze sprowadzeniem Spartka z padoku. Rokrocznie przegrywałam z pierwszą nieśmiałą trawką, z pasącym się w najdalszej części łąki stadem, ze Spartkowym narowem i jego wrodzonym i przez lata praktykowanym lenistwem… Ilość smakołyków, jakie zawsze miałam przy sobie w mojej „magicznej torebeczce”, nie miała większego znaczenia. Mogłam nagradzać konia co kilka kroków przy moim ramieniu, ale gdy uznawał, że odległość od reszty koni przekroczyła granice, przez niego akceptowalne, robił w tył zwrot i wracał do stada. Ale o tym już wiecie, Drodzy Przyjaciele Spartana. portret_spacerPięć wiosennych sezonów, jakie mamy za sobą, nauczyły mnie umiarkowanego optymizmu i wielkiej powściągliwości w planowaniu naszych treningów. W tym roku obchodzimy naszą szóstą wspólną wiosnę… I – odpukać w niemalowane – na razie wygląda na to, że w moich relacjach z hucułem zaszły ogromne zmiany! I nie spieszyłabym się z opowiadaniem Wam o tym, gdyby nie historia, jaka wczoraj nam się wydarzyła. Niby nic wielkiego, ale wczoraj podczas sprowadzania Spartana z najodleglejszej części pastwiska, spod samej asfaltówki, gdzie została reszta stada, miałam okazję obserwować wewnętrzną walkę, jaką stoczył mój hucuł. To było tak niezwykłe… Naprawdę żałuję, że nie miałam możliwości nagrania całej sytuacji. Z drugiej strony, „odpalanie” komórki, nagrywanie i te wszystkie moje dodatkowe ruchy mogłyby kompletnie zmienić przebieg zdarzenia, więc może to i dobrze. Dlatego też chcę to jak najdokładniej opisać, by nie umknął mi żaden szczegół… By kiedyś, gdy będziemy ze Spartkiem na emeryturze, a nasz blog wciąż będzie istniał, zajrzeć tu i powspominać, jakie to dziwne rzeczy mieliśmy okazję razem przeżyć.

A więc wczoraj przytargałam na ujeżdżalnię cały nasz ekwipunek, rozstawiłam pachołki, pokrzątałam się chwilę, obserwując pasące się daaaaaaleko konie, powzdychałam, ponarzekałam na swój los, stoczyłam wewnętrzny dialog („Iść czy nie iść po konia? Przecież jest bardzo daleko… I mają tam trochę trawy… I jak bardzo nie chciałabym się rozczarować, gdy znów wybierze nie mnie… Oj oj oj, co to będzie… Ufff… jednak trzeba dać nam szansę… Idę…”), wzięłam kantar i długa linę, odpaliłam Endomondo i poszłam po Spartka. Stwierdziłam, że tym razem zastosuję wszystkie zasady, jakich uczyła mnie kiedyś Kasia Ściborowska – dotyczące nawiązaniu dialogi z koniem, zanim podejdzie się do niego na pastwisku i założy mu kantar. A więc szłam sobie niespiesznie w kierunku stada, tak spokojna i odprężona, jak tylko się da. Lina z kantarem ciągnęły się za mną po ziemi, a ja obserwowałam mojego konia z bardzo daleka. Gdy tylko uniósł głowę, by sprawdzić, kogo diabli niosą, natychmiast się zatrzymałam i delikatnie ustawiłam się bokiem do konia, sygnalizując tym samym, że ja też widzę, że on widzi. Stałam półobrotem do Spartka, zerkając ukradkiem, czy wciąż na mnie patrzy, czy też wrócił do skubania trawy. Gdy znów schylił głowę, ponownie rozpoczęłam niespieszny marsz w jego stronę, zbliżając się trochę po łuku. Po chwili znów podniósł głowę i gdy się znów zatrzymałam lekko odwrócona, zobaczyłam, że ruszył w moją stronę.  Miał do pokonania jakieś trzysta metrów, ja zaś spokojnie czekałam na niego, nie robiąc już w stronę Spartka ani kroku. Co prawda, rzecz jasna, nie wytrzymałam i gdy był kilkadziesiąt metrów ode mnie, zaczęłam go chwalić – „Braaaaawo, kooń!”. Słysząc pochwały, Spartek przyspieszył i zachrumkał z zadowolenia, spodziewając się nagrody. Stałam niewzruszona, czekając aż podejdzie. Gdy dzieliło nas może z dziesięć metrów, Spartan się zatrzymał i obejrzał. Zdziwiony, że żaden koń ze stada, ani nawet jego ukochany kompan Czesław, nie ruszyły za nim, musiał się chwilę zastanowić. „I la boga, trochę się zagalopowałem, stado zostało pod asfaltówką, i to nie jest dobrze – myślał sobie Spartek. – Ale jest pańcia i gdzieś tam pod stajnią, zdaje się, że ćwiczy Asiek, więc może nie zginiemy”… Tak chwilę rozważał i znów ruszył w moim kierunku.  Za moment już był tuż obok, chwilę pochrumkał i nadstawił łeb do założenia kantara. Rzecz jasna, nagrodziłam konia, choć wciąż nie miałam pewności, czy uda nam się zajść tak daleko, jak bym chciała, czyli aż na ujeżdżalnię. Spartek ochoczo ruszył za mną. Szedł i – zdaje się – że rozpierała go radość. Wiedział, że czeka nas parę godzin wspólnie spędzonego czasu. Z tą myślą chętnie dreptał tuż przy moim ramieniu. Jednak po kolejnych kilkudziesięciu metrach nagle się zatrzymał, obejrzał i zarżał do koni. Stado nie spieszyło z odpowiedzią. Właściwie – to kompletnie jego wołanie zignorowało. „Jestem tuuuu! Gdyby ktoś mnie szukał! – krzyczał Spartek. Byłam tak ciekawa, jak zakończy się ta nasza wspólna wędrówka, że nawet przez moment nie pomyślałam, że mogę wrócić sama. Po prostu obserwowałam, uśmiechałam się do konia i mówiłam, że jest mądry i dzielny! Spartek ruszył dalej, rżąc już znacznie ciszej, tak jakby trochę do siebie. Przy okazji próbował dostrzec na końcu ujeżdżalni, tuż pod stajnią Asiulka – jego najlepszego końskiego przyjaciela w całym stadzie. Za chwilę więc usłyszałam ponownie głośne rżenie – tym razem ewidentnie skierowane do Aśka. „Idę!!! Jesteś tam???? – słyszałam w jego wołaniu. – Odezwij się, bo nie chcę iść w PRÓŻNIĘ! No powiedz, że tam jesteś!!!”. Niestety, Asiek również zignorował wołanie Spartana… Nie otrzymał wsparcia od żadnego z koni, nie towarzyszył nam tym razem Czesiek… Zdaje się, że to zostało idealnie rozegrane przez stado. „Zaufaj wreszcie Człowiekowi, Głupcze!” – tyle odczytałam w końskim milczeniu. Mam nadzieję, że Spartek też tak to odebrał…

Szliśmy dalej, wciąż razem, a ja słuchałam cichego Spartkowego marudzenia. Raz wydawał z siebie ciche wołania, a za moment rechotał do mnie, oczekując pochwały i nagrody za to, że tak dobrze sobie radzi. Tym razem to On toczył swój wewnętrzny dialog… Ja starałam się nie przeszkadzać, jednak wspierałam pochwałą i czasem smakołykiem kolejne żwawo pokonane odcinki w kierunku ujeżdżalni. Za to, że oglądał się na konie i czasem je wołał, ale coraz bardziej „pod nosem”, w żaden sposób go nie upominałam. Nie skracałam liny, nie szturchałam, nie mówiłam „Nie!”… Szczerze? Gdzieś w środku byłam spokojna, że tym razem mnie nie opuści. Że da sobie radę. I tak też się stało! Doszliśmy razem na ujeżdżalnię, zostawiając całe stado pod asfaltówką.polne drogi3

Zastanawiam się, czy obecność Aśka na drugim, odległym końcu ujeżdżalni była decydującym czynnikiem w naszym sukcesie? Czy tylko nagrodą i miłą niespodzianką dla Spartka? Ot, pytanie… Tak czy inaczej – wczoraj mogłam sekunda po sekundzie, metr po metrze obserwować, jak sprzeczne i silne emocje targają moim koniem, gdy musi pokonać swój instynkt stadny.

Kiedyś potrzeba bycia w stadzie i chęć powrotu do koni były silniejsze od nagród, kar, wędzideł, przeróżnych sposobów i patentów, jakie przez lata były na Spartku wypróbowane. Prawie SZEŚĆ LAT budowania w koniu pozytywnych emocji, związanych z człowiekiem, z pracą, ze wspólnymi spacerami, z bycia razem. Tyle nam to zajęło! I być może zajmie drugie tyle, by spokojnie razem wyruszyć w nasz pierwszy samotny teren! Jak już kiedyś wspominałam, negatywne zmiany, niestety, mogą nastąpić w psychice zwierzęcia błyskawicznie! Jedno niefortunne zdarzenie, jedna przykra sytuacja – i mamy problem utrwalony natychmiast i na wiele lat! Niestety, naprawienie tego, a więc zbudowanie w naszym zwierzęciu nowych, pozytywnych skojarzeń z daną sytuacją, a przede wszystkim – pozytywnych emocji z nią związanych, zajmie LATA! Przekonałam się o tym na przykładzie psów i przede wszystkim – Spartka! Nasza historia nauczyła i wciąż uczy mnie cierpliwości i zdrowego rozsądku! A, szczerze mówiąc, brakowało mi zawsze i jednego, i drugiego. Wiem na pewno, że w ciągu kilku treningów można poprawić takie rzeczy, jak odejście konia na koło, przejścia do kłusa czy do stój i wiele innych spraw „technicznych”… Nie można jednak w tak krótkim czasie „wyleczyć” końskiej duszy i sprawić, by polubił sytuacje, których niegdyś znienawidził całym swoim sercem. Na to potrzeba będzie LAT, i niestety, rzadko kiedy konie mają szansę, by się zmienić… Rzadko kiedy człowiek daje im czas…

1

Wczoraj wieczorem, już po treningu i długim popasie na łące, odprowadziłam Spartka z powrotem na padok. Wiedziałam, że chce mu się pić i zmierza w kierunku mieszczącej się w narożniku padoku wanny, obstawionej przez „gang łobuzów” – Ilanda, Pipi i Homili… Niestety, Iland w towarzystwie swoich „kobiet” zamienia się w tyrana i potrafi pogryźć i skopać słabsze konie, a już idealną do tego okazją jest koń przy wodopoju. Zmartwiłam się. Wiedziałam, że Spartek będzie próbował się napić, a gang będzie go atakował. Długo się nie zastanawiając, wzięłam bacik i poszłam osłonić swojego hucuła przed łobuzerią. Stanęłam pomiędzy Ilandem a ścieżką do wody, podczas gdy Spartek  stał w odległości kilku metrów ode mnie i czekał na sygnał, że może ruszyć. Upewniłam się, że Iland nie podejmie próby ataku i pokazałam Spartkowi, że może iść. Ruszył szybciutko, napił się w spokoju, wiedząc, że go osłaniam. Swoim zwyczajem na koniec nabrał pełne usta wody i podszedł do mnie. Zarechotał z wdzięczności i całą mnie przy okazji oblał. I razem poszliśmy jak najdalej od Ilanda i jego babińca… Poczułam, że rozumiemy się ze Spartkiem prawie bez słów… Albo inaczej – ja gadam dużo, ale nie przeszkadza to koniowi, by mnie rozumieć… Czułam wczoraj ogromną satysfakcję, że i ja mogłam tak po-końsku pomóc mojemu hucułowi… Jestem przekonana, że wpisał ten mój uczynek do swojego huculskiego kalkulatorka, gdzie wciąż prowadzi skrupulatne obliczenia zysków i strat, wynikających z obcowania z człowiekiem…

 

KONIE SĄ PŁOCHLIWE, LECZ NIGDY ZŁOŚLIWE!

Byłyśmy wczoraj świadkami bardzo nieprzyjemnego incydentu, do jakiego doszło na drodze tuż za odgordzeniem padoków przy naszej stajni. Mężczyzna z chłopcem, obydwoje na motorach wjechali na drogę na pełnej prędkości, a gdy właścicielka stajni zwróciła im uwagę, w ramach zemsty za przymusowe zatrzymanie mężczyzna kazał dzieciakowi, by ten kilkakrotnie przejechał na maksymelnej prędkości całą drogę, z nawrotką na końcu – tam i z powtorem… Trójka naszych koni – Asiek, Spartek i Iland podjadało trawę na otwartej ujeżdżalni, reszta stada pasła się za ogrodzeniem. Gdy motory z rykiem mknęły tuż za ogrodzeniem, większość koni – w tym nasze – zaczęła nerwowo galopować… Niepokój w stadzie udzielił się i naszym rumakom. Wiedząc, że najlepszym rozwiązaniem będzie zachowanie spokoju, udało nam się nie zerwać i nie pognać natychmiast do faceta, choć parę mocnych słów cisnęło nam się na usta. Dlaczego? Why? Почему? Warum? i wreszcie – Pourquoi?

konie i motocykle

W jakim języku należy wytłumaczyć takiemu osobnikowi, że miejsce na tej naszej ogromnej planecie, a nawet w najbliższej okolicy, a nawet w tej wiosce, gdzie znajduje się stajnia, znajdzie się dla każdego – zarówno dla motorów, jak i dla koni – pod warunkiem, że będziemy traktować się z szacunkiem i brać czasem pod uwagę dobro innych żyjących istot? Jak, no powiedzcie mi proszę JAK – w ramach zemsty za zwrócenie uwagi – można narazić konie na stres, a potencjalnie – na niebezpieczeństwo? Kim trzeba być, żeby wysłać swojego dzieciaka z taką misją?

Tak, konie są istotami płochliwymi! Ale złośliwość zdecydowanie jest domeną wyłącznie naszego gatunku! Jak ktoś to w sobie ma, niestety – obawiam się, że ma tu miejsca na dyskusje i argumenty. Jak takie coś zwalczać? Czy nie wchodzić im po prostu w drogę, obawiając się o zdrowie i bezpieczeństwo tychże koni? Bo jeśli ktoś ma takie podejście do świata i do innych – kimkolwiek są, ludźmi czy końmi – to przecież w ramach kolejnej odpowiedzi może sięgnąć po jeszcze groźniejszą broń… I przy stajni o to nie trudno. Więc – jak? Siedzieć cicho i modlić się, by jak najrzadziej spotykać takie osoby?

Nie mam pomysłu! Bo nie wierzę, żeby ta osoba nie zauważyła, co dzieje się na padoku podczas gdy oni „odprawiali” swoje rytualne przejazdy na pełnym gazie! A więc – robiła to celowo! Mimo że z takim osobnikiem naprawdę ciężko będzie dyskutować, to i tak spróbuję kiedyś, gdy zobaczę go na naszej drodze. Spróbuję powstrzymać emocje i po prostu człowiekowi wytłumaczyć, że lepiej będzie dla wszystkich, jeśli znajdzie sobie inną ścieżkę do szalonych przejazdów. Mimo wszystko, będę próbowała rozmawiać. Może mi się uda?

Zupełnie inną sprawą jest to, że większość osób, nie mających do czynienia z końmi, po prostu nie zna ich specyficznej natury i tego, jak należy się zachować w pobliżu tych zwierząt. Przy pastwisku, ujeżdżalni, na której odbywa się trening, w lesie, gdy spotykamy na swojej drodze kilka osób konno. I do tych ludzi nie mam żadnych pretensji, absolutnie! Chciałoby się jedynie, by – może przypadkiem – trafili na ten wpis, doczytali go do końca i następnym razem, gdy zobaczą konie, zachowali się tak, by nie spłoszyć tych pięknych zwierząt. Tak, konie są płochliwe! Takie duże, a takie głupie – często można usłyszeć. Nie, wcale nie są głupie! Mimo swojego potężnego wzrostu, zawsze były i wciąż są istotami roślinożernymi i uciekającymi – czyli potencjalnymi ofiarami drapieżników. Muszą być czujne zarówno na padokach, jak i w lesie, gdy idą w zastępie czy pojedynczo pod jeźdźcem. Zauważają każdy najdrobniejszy ruch i słyszą najsłabszy odgłos, jaki tylko pojawia się dookoła w promieniu do kilometra wokół nich! Każdy szelest krzaków, ruch gałęzi czy odgłos ptaków może zwiastować nagłe pojawienie się drapieżnika, a w związku z tym – są w ciągłej gotowości do ucieczki! No ale – gdyby za każdym razem nasze konie zrywały się do galopu, zabierając nasze wątłe ciała ze sobą – nie dalibyśmy rady ani spacerować po lesie z koniem prowadzonym w ręku, ani – tym bardziej – w siodle. Tymczasem to się jednak udaje! Rzecz w tym, że konie muszą zidentyfikować i ocenić źródło każdego odgłosu i każdy ruch w krzakach – pod kątem zagrożenia. Jeśli rozpoznają w nim coś, co znają i czego się nie boją, bo dotychczas „to coś” nie było dla nich groźne, przyjrzą się i spokojnie miną „straszne” miejsce. Warunkiem jednak jest, by „to coś” móc zobaczyć!

Sytuację, w której mój koń zaczyna się coraz bardziej niepokoić z powodów dla mnie nieokreślonych (lecz dla niego – całkiem oczywistych) roboczo nazywam „syndromem Czerwonego Kapturka”. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy Spartan wyczuwa w pobliżu nas w lesie czyjąś obecność, lecz nie jest w stanie zidentyfikować, kto by to mógł być. Kiedyś przeżyliśmy istny horror, gdy tuż przy stajni, ale w gęstych zaroślach skakała sobie z nóżki na nóżkę dziewczynka w czerwonej czapeczce… Spartek słyszał przedziwne odgłosy, coś migało mu między drzewami, i zbliżało się nieuchronnie, lecz nie mógł pojąć, co to jest! Jego niepokój za chwilę przerodził się w panikę i tyle widziałam konia. W jego rozumieniu właśnie stoczył walkę o życie! Ja zaś odtąd uważam na dziewczynki z koszykami… niezależnie od koloru kapturka… Bo mając w ręku koszyczek, jakby mimowolnie zaczynają podskakiwać i zachowywać się nieco „bajkowo”… Zapominając o całym bożym świecie… A że nadchodzi Wielkanoc…. Jednym słowem, Wy też uważajcie! Ale to była taka dygresja…

A teraz mój apel do „leśnych spacerowiczów”! Wiem, że kochacie lasy tak samo, jak my! Być może też kochacie konie, tylko nigdy nie mieliście z nimi do czynienia. I skąd byście mogli wiedzieć, że tak duże i piękne zwierzę ma taki „feler”? Dlatego do osób, z którymi dzielimy las za stajnią, a także do tych, którzy odwiedzają stajnię, by popatrzeć na konie podczas treningu czy na padokach, adresuję ten wpis. Choć nie wiem, czy na niego trafią 🙂 To już zależy od Was, Moi Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele Spartana!

Jeśli w piękne słoneczne popołudnie idziecie całą rodziną do lasu i tam, na drodze, już z daleka widzicie grupkę jeźdźców, którzy zmierzają w Waszym kierunku… Mało tego – już z daleka zaczynają krzyczeć – czyżby do Was? – „Dzieeeeń dooooobry!”, nie chowającie się w krzaki, „by nie przestraszyć koników”! Błagam! Tylko nie w krzaki! Zwłaszcza, jeśli ciągnięcie za sobą po lesie duży zielony plastikowy samochód…, który – zdawałoby się – będzie w sam raz na spacer, ale okazało się, że po głębokim piasku nijak nie da się nim jechać. I w końcu tata musi to coś dźwigać całą drogę. My to rozumiemy! Konie – nie… Dlatego – jeśli widzicie konie i jeźdźców, którzy na wszelkie sposoby próbują skłonić Was do tego, byście „przemówili” (tak, nasze konie od razu rozpoznają w Was Człowieka i się uspokoją) – odpowiedzcie nam  „Dzień dobry” i zostańcie na tej drodze! Idźcie tak, jak szliście przedtem! Nie chowajcie się, nie próbujcie uciekać ani wbrew wcześniejszym planom zmieniać trasy. Po prostu odpowiedzcie na nasze „wołanie”, mińmy się spokojnie, a możemy nawet chwilę się zatrzymać i pogadać, dając koniowi możliwość przyjrzenia się plastikowemu pojazdowi. To będzie miłe!

Może przy okazji poznacie trochę bardziej te piękne zwierzęta, a może – uratujecie życie jeźdźcowi, który dopiero zaczyna jeździć w tereny albo pracuje z młodym, niedoświadczonym koniem.

A co do wczorajszego incydentu, to tego człowieka nie chciałabym spotkać nigdzie – ani w lesie, ani na drodze, gdy będzie jechał swoim motorem czy samochodem i z zemsty, powiedzmy, za zbyt wolne, jego zdaniem, ruszenie spod świateł, natychmiast zajedzie Ci drogę i nagle wciśnie hamulec… To ten typ… Ale – mimo wszystko – warto rozmawiać…

Jak przerwać błędne koło, czyli o wielkich małych rzeczach…

Od Tłustoczwartkowego Spartkowego wpisu minęło już trochę, postanowiłam więc, że podzielę się z Wami, moi Drodzy Przyjaciele Spartana, co nam się przez ten czas przydarzyło… Niestety lub stety, spektakularnych wpadek i mrożących krew w żyłach opowieści tym razem nie będzie. Za to będą relacje z codziennej pracy i kilka wniosków, jakie wyciągnęłam po ostatnich naszych treningach.

Jak pamiętacie, pytałam Was ostatnio, na którym ze zdjęć moja huculszczyzna wygląda najokazalej – Tłusty Spartek na Tłusty Czwartek  Zdania były podzielone, z czego wywniosłowałam, że co roku po zimie wygląda „dobrze”, by nie powiedzieć „za dobrze”. Postanowiłam więc zabrać się za odchudzanie Spartana za pomocą pracy, bo – jak wiemy – „praca uszlachetnia”. A chciałabym, by mój koń rasy prymitywnej nabrał nieco szlachetności… Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Przynajmniej w pierwszych bodajże dwóch tygodniach po Tłustym Czwartku udawało mi się przyjeżdżać do stajni regularnie i zabierać go do pracy. Jak wiecie, od dawna „lawiruję” w naszych treningach tak, by moje wymagania wobec konia nie spowodowały w nim zmiany nastawienia wobec naszej współpracy, nad którym przez lata pracowałam. Gdybym nie miała z tyłu głowy tych obaw, z pewnością zwiększałabym stopniowo zarówno dawkę ruchu, jak i oczekiwania wobec precyzji wykonywania chociażby najprostszych ćwiczeń. Tak powinno się robić, chcąc stopniowo iść w treningu konia do przodu. Doświadczenie jednak nauczyło mnie, że w momencie, gdy zaczynam wymagać od konia więcej, a jemu ani się śni więcej pracować, i to w dodatku na moich zasadach, kończą sie nasze radosne witania na padoku. W zasadzie, to kończą się jakiekolwiek witania, o radosnych już nie wspominając. Tak było co roku. Dodatkowo – pojawienie się pierwszej nieśmiałej trawki nie ułatwiało mi zadania. Sześć sezonów, rozgrywających się wobec tego samego scenariusza, naprawdę nauczą ostrożności każdego. Nawet mnie. Dlatego właśnie w tym roku, kiedy postanowiłam popracować nad kondycją Spartana, miałam dylemat. Z jednej strony – mam konia niechętnego do ruchu i do pracy, lecz bardzo chętnie schodzącego ze mną z padoku. Jak dla nas to już naprawdę wiele! Na fb często dzieliłam się z Wami na bieżąco filmikami, jak to moje koniosły idą tuż pod bramkę od razu, gdy zobaczą, że szykuję się do sprowadzenia Spartka. Bardzo często ruch w moją stronę inicjował osioł Czesiu, Spartkowy przyjaciel i naszy „mały Amorek”… Wygląda to zawsze przeuroczo, lecz prawda jest taka, że nawet gdy Czesław nie planuje ułatwiać mi życia, prowadząc Spartka do bramki, mój koń i tak po chwili sam rusza do wyjścia, lawirując między końmi, szukając najkrótszej, lecz bezpiecznej drogi do mnie. A pewnego dnia, zaczepiany przez Cześka do zabawy w momencie, gdy ja akurat przyszłam po niego, Spartek stanowczo odsunął druha, by nie powiedzieć odgonił, i nadstawił mi łeb do założenia kantara. Pójście ze mną na ujeżdżąlnię od jakiegoś czasu sprawia mu radość. Że ja jestem tym stanem rzeczy zachwycona – nawet nie wpominam. Cieszę się wciąż jak dziecko.

Tymczasem respekt wobec mojej osoby przy pracy z ziemi zdecydowanie nam kuleje… Z siodła nie idzie najgorzej, i chyba nawet oboje bardziej lubimy pracę z siodła, niż z ziemi, gdy ja ostatnio coraz gorzej sobie radziłam. Trochę się to wszystko psuło od jakiegoś czasu, a Spartek – jak to on – gdy odkrył sposób na lżejszą pracę, przy każdym kolejnym treningu, zdaje się, postanowił wręcz doskonalić sposoby na to, by ostatecznie pogrążyć moją osobę. Najgorzej było z odesłaniem konia na koło w prawo. Istny horror… W lewo – jeszcze jako tako. W prawo – nie chcielibyście tego zobaczyć… Jedno wielkie upokorzenie istoty ludzkiej… Po wskazaniu ręką w prawo koń ruszał, ale bydajmniej nie na obwód koła, jak powinien, tylko na ukos, w moją stronę. Mój błąd – że pozwalałam mu na zrobienie tego pierwszego nieodpowiedniego kroku, próbując odsunąć końskie cielsko od siebie za chwilę. Głupia, cieszyłam się, że w ogóle ruszył… Za chwilę jednak było tylko gorzej. Na moje próby odsunięcia – korektami batem, liną, całą sobą, Spartan tylko bardziej napierał na mnie łopatką, robiąc przy tym przepaskudne, naprawdę obrzydliwe huculskie miny, kładąc uszy i spoglądając na mnie z ukosa małym, wściekle mnie świdrującym prawym okiem. Po śladach na jego grubym futrze (tylko nie pomyślcie, że były to krwawe rysy od uderzeń kto mnie zna, ten wie, że w życiu mojego konia nie uderzyłam… były to raczej ślady od końcówki bata na zakurzonym futerku) widać było, że trafiałam w niego końcówką bata nie raz, co kompletnie nie poprawiało sytuacji. Łopatka konia za chwilę była w odległości 20 cm ode mnie i miałam tuż koło siebie wściekłego, poruszającego się powoli, pełnego napięcia i najgorszych intencji, hucuła. Niekiedy udawało mi się odsunąć od siebie jego łopatkę, lecz wtedy w moją stronę wywijał swoim wściekłym łbem z położonymi uszami. Nie umiałam znaleźć wyjścia z tej sytuacji. Kombinowałam na różne sposoby, zaczynając od korekty w postaci fali liną już po pierwszym niedpowiednim kroku w prawo. Następne odesłania parę razy kończyły się wyrywaniem się Spartana… Zrezygnowałam z natychmiastowej korekty i pogrążałam się coraz bardziej, kłócąc się z koniem przy każdym odesłaniu w prawo. I za każdym razem przegrywałam. Raz wypróbowany przez Spartka sposób zadziałał, w związku z czym mój koń nie zamierzał ułatwiać mi życia, idąc na jakiekolwiek ustępstwa. Co ciekawe, gdy kończyliśmy naszą „bitwę” na kole w prawo, mój koń znów zamieniał się w kochającego, radosnego stwora… IMG_4205Minę znów miał rozanieloną, oczy łagodne, uszy uważne i poszukujące wskazówek z mojej strony. Po starciu „z ziemi” często na chwilę wsiadałam i zazwyczaj nie było źle, a często było wręcz nawet bardzo dobrze! Czy w prawo, czy w lewo – bez różnicy! Dlaczego więc popadliśmy ze Spartkiem w to „błędne koło”? Jak, kiedy, w jakich okolicznościach doszło do tej eskalacji moich błędów i Spartka natychmiastowych negatywnych reakcji na nie? Nie mogę wygrzebać w pamięci tego momentu… Tak czy inaczej ta jedna rzecz sprawiała, że bardzo niechętnie proponowałam koniowi pracę z ziemi…

Kilka dni temu moja Torka, ukochana starsza owczareczka, miała poważną operację. Podczas gdy była w lecznicy, ja, by nie miotać się po domu w nerwach i oczekiwaniu na telefon od lekarza z informacją o przebudzeniu się Torci,  pojechałam do stajni. Wraz z Aśkową Kasią, która miała pomóc mi odebrać Torkę po operacji i zawieźć ją do domu, zabrałyśmy nasze konie na ujeżdżąlnię. Kasia już z Aśkiem popracowała, a ja po wyczyszczeniu Spartka usiadłam sobie na stołku i myślałam, co by tu porobić, by jednak koń się ruszył, ale żeby się nie wdać znowu w bójkę z gagatkiem, bo tego dnia wiedziałam, że nie dam rady… Nie warto więc było zaczynać. Zobaczyłam Kasię, która odprowadziła właśnie Asiulka i zmierzała w moim kierunku. Zapytałam, czy chciałaby może popracować ze Spartkiem z ziemi. Zgodziła się. Przekazałam więc linę Kasi i odeszłam na bok. Kasia zaczęła od wycofania konia i odesłania go w lewo, w naszą lepszą stronę. Poszło znakomicie. Widać było, że Spartan czuł lekkie poddenerwowanie i uszy miał położone, a spojrzenie gniewne, jednak bez większych dyskusji wykonywał kolejne polecenia. Chody były żwawsze, a respekt wyraźnie większy, niż wobec mojej osoby. Przy odesłaniu w prawo również poszło o niebo lepiej, niż u nas. Jedna wyraźne korekta i koń ani myślał o pchaniu się na człowieka. Po dobrze wykonanych ćwiczeniach Kasia chwaliła Spartka i częstowała go smakołykiem, a on z dumą patrzył na mnie i – zdaje się – całym sobą pokazywał mi, że on potrafi wykonań zadania dobrze. Że problem tkwi we mnie! Co prawda, wraz ze zwiększonym respektem, Spartek też mniej entuzjastycznie reagował na pochwały – nie gaworzył z zadowolenia, nie śmiał się po każdym odangażowaniu. Ale w świetle poprawy jakości pracy, myślę, że nie było to jakąś wielką stratą. Zobaczyłam, że wszystkie chody mojego konia mogą być żwawe i energiczne. Było w tym więcej emocji, bowiem praca z nową osobą nie jest dla Spartka codziennym doświadczeniem. Ale był i respekt. Dało mi to do myślenia… Najwyraźniej musiałam zacząć wszystko od początku, przyznać się do błędów i spróbować naprawić nasze ze Spartkiem relacje, w których na 99% zaufania, którym obdarza mnie mój koń, przypada chyba 1% respektu. A musi być mniej więcej po połowie!

Zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata rzeczywiście udało mi się przekonać do siebie Spartana. Sprawić, by chciał ze mną być, że cieszył się na mój widok, że chętnie dla mnie coś robił, o ile sprawiało mu to przyjemność. W momencie zaś, gdy nie miał na coś ochoty, przez te lata opracował też pewne sprawdzone strategie, by skutecznie mi wybić z głowy pomysły na jakąś konkretną pracę. Dbając więc cały czas, by nasze treningi sprawiały mu radość, pozwoliłam koniowi decydować, co i jak robimy danego dnia. No na to wychodzi! Oczywiście, w dużym skrócie i uproszczeniu, ale tak wyglądała sytuacja… Tego samego dnia, kiedy Kasia pracowała ze Spartkiem, podpowiedziała mi również, że korygując nacierającego na mnie konia, mimowolnie trochę się wycofuję. Zauważyła to, gdy obserewowała nasze zmagania przy odesłaniach w prawo. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dla konia był to wyraźny dodatkowy sygnał, że może, a właściwie nawet musi napierać bardziej. Wycofywanie się człowieka jest zaproszeniem konia do pójścia w jego stronę. Ja zaś jednocześnie się wycofywałam i odganiałam konia od siebie. Kompletnie nieświadomie! Rzecz w tym, że nawet odsunięcie ramion do tyłu, czyli nasze lekkie odchylenie się jest dla konia wystarczającym sygnałem, by napierać dalej. Robiłam to na pewno, mając wściekła minę hucuła tuż przed oczami…

No więc wczoraj, kilka dni po opisanych wcześniej zdarzeniach, znów przyjechałam doIMG_4151 stajni. Te parę dni minęło mi na opiece nad Torką, kiedy starałam się nie zostawiać jej samej na dłużej, by przypadkiem nie dorwała się do rozlizywania rozległych szwów pooperacyjnych. Nie wiem, czy również to miało jakieś większe znaczenie, ale właśnie wczoraj po raz pierwszy od kilku miesięcy podczas porannego spaceru z psami pomyślałam sobie, że jest dobrze! Że – zdaje się – nie mam aktualnie żadnych większych powodów do zmartwień. Świeci słońce, wieje wiatr, idę z dwoma psami, a trzeci dość szybko wraca do zdrowia… Jest dobrze! To naprawdę wystarczy, by cieszyć się życiem! Czego więcej chcieć? Po raz pierwszy od dłuższego czasu odetchnęłam…

IMG_4173Zanim pojechałam wczoraj do stajni, w ciągu dnia czytałam książkę mojej przyjaciółki Kasi Ściborowskiej, która niedługo się ukaże w wersji elektronicznej i myślę, że powinna znaleźć się pod ręką każdego, kto – tak jak ja ostatnimi czasy – pogubił się w pracy ze swoim koniem… Książka jest dopiero w przygotowaniu, a ukaże się pod koniec kwietnia i bedzie miała tytuł „Wstęp do treningu naturalnego. Podstawy pracy na linie dla każdego”. Dlaczego o tym piszę? Otóż, jako że pomagam Kasi w redakcji książki, to i otrzymuję na skrzynkę mailową jej kolejne rozdziały, które uważnie czytam. I nie pisałabym o tym, gdyby nie fakt, że rozdziały książki, opisujące bardzo szczegółowo podstawowe ćwiczenia w pracy z ziemi, uświadomiły mi, jak wiele ogromnie istotnych szczegółów gdzieś mi po drodze wyleciało! Że w wykonaniu tak podstawowego ćwiczenia, jak odesłanie konia na koło, gdzieś mi uciekły te wszystkie niuansy, o których książka Kasi właśnie mi przypomniała! Podczas lektury uświadomiłam sobie, że musimy wrócić do podstaw, chowając przy okazji swoje urażone ego głęboko do kieszeni… Zwolnić (haha – ulubione słowo Spartka) w naszych zapędach do wykonywania rzeczy trudniejszych, przypomnieć sobie wszystkie elementy, składające się na poprawne sygnały, fazy, korekty, stosowane przez nas, gdy wymagamy od konia dobrego wykonania zadania. Efekt lektury podręcznika plus moje wczorajsze odkrycie, że „chyba ogólnie jest dobrze” oraz – nie powiem – obrazek Spartka, pracującego z inną osobą, niż ja – złożyły się na to, że spokojna, pewna siebie i uśmiechnięta stanęłam wczoraj w centrum koła z moim koniem naprzeciwko mnie… Koniem, zupełnie nie spodziewającym się, że tego dnia coś pójdzie inaczej, niż dotychczas… Że jego stały numer tym razem nie przejdzie!

Efekt tych trzech składników, o których przed chwilą wspomniałam, przeszedł mojeIMG_4149 najśmielsze oczekiwania. Spartan, który od miesięcy przyzwyczaił się, że wygrywa w naszych starciach przy pracy na kole, musiał się poddać. Cały czas podczas naszej pracy był skupiony, zdziwiony i zaskoczony moim spokojnym i konsekwentnym podejściem do każdego ćwiczenia. Już po odesłaniu konia w lewo i przejściu bodajże dwóch kółek podziękowałam Spartkowi przez odangażowanie i dałam mu chwilę odpoczynku. Koń ziewał przez dobrych kilka minut, co – powiem to dla niewtajemniczonych – wcale nie oznacza, że się nudził… Wręcz przeciwnie, jego mózg usilnie pracował i starał się „przetrawić” nową sytuację. Ziewanie jest jednym z sygnałów, świadczących nie tylko o tym, że koń przed chwilą przeżył coś nietypowego, nieco stresującego, nowego, wymagającego wysiłku umysłowego, lecz także o tym, że próbuje przyswoić sobie tę nowo zdobytą wiedzę i zrozumieć daną sytuację. A więc – Spartek ziewał jak szalony. Ocierał też głowę o nogę, co świadczy mniej więcej o tym samym, a więc – miałam wszystkie oznaki, świadczące o tym, że dla Spartana zadziało się między nami coś nowego. A dopiero byliśmy przy odesłaniach w lewo! I wiecie co? Łatwiej mi w tej chwili zrozumieć, co działo się wówczas z moim koniem niż to, co właściwie inaczej zrobiłam ja osobiście. Niby istota myśląca… No właśnie… Przy odesłaniu w prawo przypilnowałam, by nie wkroczył od razu na mnie, jak to miał w zwyczaju. Wycofałam natychmiast raz, drugi. Za trzecim razem nie zdążyłam wycofać i Spartek spróbował przejąć inicjatywę, wpychając się na mnie prawą łopatkę, robiąc groźne miny i pokazując, że nie podda się bez walki. Tym razem byłam bardzo stanowcza. A co najważniejsze – przypilnowałam siebie, by nie cofnąć się nawet o milimetr, nie odchylić ramion, nie dać mu poczucia, że ma nade mną przewagę. Gdy ruszyłam na konia, odsuwając go od siebie za pomocą bata, nawet spróbował bryknąć w moją stronę. Natychmiast zadziałałam liną i bunt zgasiłam w zarodku. Właściwie to był tradycyjny dla Spartka „atak pozorowany” – więcej w tym było straszenia, niż prawdziwej próby ataku. Na tyle to już go znam. I tym razem nie dałam się sprowokować do pyskówki… Tym razem ja napierałam na konia i zmusiłam go do powrotu na linię koła. Gdy tylko skierował tam swoje szanowne kopyta, natychmiast IMG_4175wyluzowałam i spokojnie wróciłam do tzw. pozycji neutralnej na środku koła. Spartek zawzięcie przelizywał, co w języku koni również oznacza, powiedzmy, odetchnięcie po trudnej sytuacji i pogodzenie się z nową. Oczywiście, w wielkim skrócie. Generalnie wszystkie sygnały, jakie obserowowałam u Spartka podczas naszej pracy – ziewanie, przelizywanie, drapanie nogi itd. – dały mi do zrozumienia, że mój koń ogromnie przeżywa ten nasz trening. Nic szczególnego się nie działo, lecz tylko pozornie. Dla nas to było niczym przecięcie węzła gordyjskiego! Rozwiązaliśmy ze Spartanem ogromny problem! Ha! Już widzę uśmiechy na Waszych twarzach Tak, tak, to był ogromny problem – z odesłaniem konia na koło w prawo… Zrozumie mnie ten, kto sam przeżywa podobne dylematy, gdy utknie gdzieś w ślepym zaułku, nie mogąc znaleźć żadnego rozwiązania…

Trening zakończyliśmy śpiewająco… Koń – choć musiał złożyć broń, chyba nie czuł się w żaden sposób „upokorzony”. Chyba też mógł odetchnąć z ulgą i znów cieszyć się z cudownie wykonanych ćwiczeń, kiedy rechoczemy do siebie nawzajem i cieszymy się z dobrze wykonanej roboty. Zupełnie nie dostrzegłam, by oddanie kontroli w tej jednej kwestii jakoś uszczupliło jego ego. Uff…. Bo tego bym nie przeżyła… Ciekawa też byłam, jak nam pójdzie dnia następnego…

A więc dziś późno pod wieczór zawitałyśmy z Kasią do stajni. Dzień chylił się ku końcowi i zdaje się, że Spartek już nie spodziewał się mojej wizyty. Tym bardziej mnie ucieszyło, gdy zobaczywszy mnie natychmiast pomaszerował do bramki. Chwilę na trawkę i w ramach eksperymentu wzięłam go na linę, by sprawdzić  – czy nasz wczorajszy sukces nie był aby kwestią przypadku… Bez najmniejszego problemu przyprowadziłam konia na nasze miejsce pracy. Szedł nawet chętniej niż zazwyczaj. Sprawdziłam wszystko po kolei – odesłania w prawo, w lewo, ruch po kole, poszerzanie koła, odangażowanie, zakłusowanie. Wszystko bez zarzutu. Po każdym odangażowaniu i moich pochwałach koń rechotał z zadowolenia i najwyraźniej był z nas dumny. Piszę „z nas”, bo zdaje mi się, że mimo wszystko dostrzega, że pracujemy razem. Każdy nad swoimi zadaniami. I wcale nie jest powiedziane, kto ma te zadania trudniejsze… Ja czy koń. Mam wrażenie, że Spartan to rozumie. Kasię poprosiłam o zrobienie nam paru zdjęć z naszej dziesiejszej pracy. I te oto zdjęcia będą dziś ilustracją mojego wpisu. Nic spektakularnego! Praca jak praca. Wręcz bym powiedziała – nudy. Zwykłe rzeczy, z ćwiczeń dla początkujących. I to jest rzecz, o której chciałam Wam opowiedzieć. Zdaje się, że wielkie rzeczy rozgrywają się w drobnych, mało spektakularnych codziennych ćwiczeniach. I niezależnie od poziomu, na którym jesteśmy w danej chwili, warto do podstaw wracać. Miałam taką nauczkę. A wszystko dzięki trzem okolicznościom, które zgrały się ze sobą w sposób doskonały! A więc – po raz pierwszy zostawiłam za sobą wszelkie troski, zobaczyłam, jak mój koń potrafi pracować z inną osobą i być dumnym ze swojej pracy, no i – miałam przyjemność czytać właśnie powstającą książkę Kasi Ściborowskiej o podstawach treningu naturalnego koni. Widocznie tak musiało być… Co prawda, śmiałyśmy się dziś z Kasią od Aśka, która udowodniła mi, że problem nie leży w moim koniu, tylko w relacji „ja + mój koń + praca na kołach”, że Spartek najwyraźniej pomyślał, że skoro ja już widziałam, że on właściwie wszystko umie, tylko tradycyjnie rżnie głupa, to teraz już pozamiatane. Mleko się rozlało. Nie wypada udawać głupszego, niż się jest… Nawet jeśli wydaje się to bardzo zabawne…

Feministki, korpo, Da Vinci i inne wariactwa, czyli znów nie o Spartku…

A więc kontynuując przerwaną historię, którą można poczytać tutaj CO MA PIERNIK DO WIATRAKA, CZYLI DLACZEGO MUSIAŁAM TRAFIĆ NA SPARTKA?

Jesienny Poznań powitał mnie pogodą iście petersburską, czyli – szary, przygnębiający deszcz z nisko zwisających nad miastem, ciężkich betonowych chmur.  Tak też wyglądały moje pierwsze dni w tym, jak się dopiero później okazało, całkiem przyjaznym mieście. Gdy pod wieczór wreszcie dotoczyłam się do swojego akademika, mieszczącego się prawie na obrzeżach Poznania i zmęczona usiadłam na tapczanie, zobaczyłam, jak spod łóżka pewnym krokiem wymaszerował dorodny karaluch. Byłam załamana. Gotowa byłam znieść wszystko – plagę myszy, szczurów, pająków czy nawet węży, ale karaluchy? Poddałam się bez walki. Jak się później okazało, udając się do wspólnej kuchni, która mieściła się na naszym piętrze, warto było zaopatrzyć się w miotłę, by tuż po włączeniu światła uderzyć nią w podłogę kilka razy, co umożliwiało bezkolizyjne dojście do kuchenek… Uderzenia w podłogę rozpędzały insekty i dawało możliwość, że tak powiem, suchą stopą zrobić te kilka kroków. Horror? Niby tak, ale jak się wkrótce przekonałam, do wszystkiego można się przyzwyczaić. A więc i do karaluchów też. Mało sympatyczny na pierwszy rzut oka dom studencki i hotel robotniczy w jednym, wkrótce stał się bliski mojemu sercu, i to z wielu powodów. Po pierwsze, w odległości mniej więcej dwóch kilometrów, w pobliżu jeziora Malta mieściło się piękne poznańskie Nowe Zoo – ogromne przestrzenie prawie wolno żyjących zwierząt. Od razu wykupiłam karnet miesięczny i nawet kilka razy w tygodniu wybierałam się tam na rolkach, pędząc pustymi alejkami pomiędzy stadami pasących się żubrów, zebr i antylop. Moimi ulubienicami były, rzecz jasna, wydry – Lutra Lutra. Mogłam je obserwować godzinami, jak bawiły się, pluskając się w wodzie, pływały na plecach, trzymając w łapach większą czy mniejszą rybę, wyskakiwały z wody, by zerknąć, kto tam zwisa nad ich wolierą i wyciąga do nich swoje niezdarne ręce. Wszystkie wolne popołudnia, już o weekendach nie wspominając spędzałam podziwiając atrakcje poznańskiego ZOO, podczas gdy moi koledzy i koleżanki ze studiów polonistycznych przesiadywali w czytelniach, zgłębiając polską literaturę średniowiecza… Oczywiście, też musiałam „przerabiać” ogromną ilość lektur, miałam jednak też swoją odskocznię, i to powodowało, że niewątpliwie byłam odmieńcem. O tym, że przy okazji obcokrajowcem, jedynym wówczas na studiach polonistycznych w Poznaniu, już nawet nie wspominam. Drugą rzeczą, jaka sprawiła, że akademik na Nieszawskiej wkrótce stał się dla mnie prawdziwym drugim domem, było to, że nasze odludzie przyciągało naprawdę niezwykłe osobowości. Jeśli ktoś nie czuł klimatu Nieszawskiej, czym prędzej składał podanie do Rektoratu o zmianę akademika – by być bliżej centrum, uczelni czy czegoś tam jeszcze. Jeśli zaś człowiek odnajdywał się w tym dziwnym miejscu, zostawał tu zazwyczaj przez cały czas studiów, czyli przez pięć, a nieraz i więcej lat. Zależy, jak komu szło. W ten sposób mieszkańcy Nieszawskiej stanowili grupę naprawdę niebanalnych osobowości. Takich jak ja polonistów nie było prawie wcale – zazwyczaj uciekali w popłochu po bliższym poznaniu warunków u nas panujących. Zostali za to – pamiętam ich do dziś – Biseptol – chłopak studiujący jakiś nieokreślony kierunek, wiecznie poszukujący, niespokojny duch, który raz na jakiś czas wyrzucał przez okno swojego pokoju kolejny telewizor. Wielokrotnie podejmowaliśmy z nim negocjacje, dotyczące tego zachowania – gest protestu, sprzeciw wobec rzeczywistości, przedstawianej przez media, powrót do natury – pal licho, co nim powodowało! Próbowaliśmy go przekonać, by niepotrzebny sprzęt oddawał nam w użytkowanie. Wszak salka telewizyjna – jedna na cały dziesięciopiętrowy akademik wieczorami pękała w szwach, a większość czasu, zamiast oglądać coś konkretnego, sprzeczaliśmy się o wybór kanału! Jedni chcieli Beverly Hills, inni – wiadomości, a jeszcze ktoś – mecz piłki nożnej. Przy jednym telewizorze i kilkudziesięciu chętnych do obejrzenia czegoś konkretnego rzadko udawało nam się dojść do porozumienia. W tym samym czasie Biseptol rozrzucał telewizory na prawo i na lewo… No cóż, za to – mimo iż nie był moim przyjacielem ani nawet bliskim znajomym – pamiętam go do dziś. Jak również Sajgona – olbrzyma o długich indiańskich włosach i tak samo egzotycznej urodzie. Dziwaka. Studiującego, rzecz jasna, bliżej nieokreślony kierunek. Poszukującego. Tak… To miejsce przyciągało osobowości w typie „wiecznego studenta”. Jakim cudem udawało mi się bez problemu zdawać kolejne egzaminy i z powodzeniem przechodzić na kolejny rok studiów? Ot, zagadka…

Z czasem zaczęłam też coś dorabiać – a to korepetycje z rosyjskiego, a to jakieś tłumaczenie. Następnie – pomoc w pisaniu rozmaitych prac , rzecz jasna, z przedmiotów humanistycznych. Po ukończeniu studiów, kiedy skończyły się moje beztroskie lata wraz z otrzymaniem ostatniego stypendium, musiałam poważnie się zastanowić. Co dalej? Rozpoczęłam studia doktoranckie, ale przydałoby się też jakoś zarabiać na życie. Opłacać wynajęty pod Poznaniem pokoik, coś jeść, za coś wyjeżdżać dwa razy do roku do Petersburga. Czy mogłam pracować jako polonistka? Uczyć polskie dzieci języka polskiego? Niestety, w tej roli kompletnie się nie widziałam… Zresztą, do tego zdecydowanie trzeba mieć w sobie pasję. Inaczej nie wyobrażam sobie pracy nauczyciela, którego najważniejszą rolą, według mnie, jest wciągnięcie dzieciaków w swój świat – czy to matematyki czy historii czy też biologii – jakikolwiek. Nie codzienna dłubanina i „przerabianie” materiału, tylko – przygoda, radość odkryć i nauka samodzielnego myślenia, zgłębiania, poszukiwania odpowiedzi. Jeśli zaś samemu średnio „leży” ten temat, to dzielenie się tym „obowiązkiem” z dziećmi chyba mija się z celem. A zatem – kariera polonistki nie była mi pisana. Zresztą, nawet na studiach zarówno Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią, jak i Rozmowy Miłosza z Fiutem – średnio mnie poruszały… (Ostatnia pozycja nie jest wyrazem mojej wyjątkowej pomysłowości, tylko tytuł, który studenci polonistyki z chęcią przytaczali przy byle okazji… Trudno się dziwić. Większość lektur polonistycznych nie daje wiele powodów do uśmiechu. Zaś Rozmowy z Czesławem Miłoszem Aleksandra Fiuta już samym swym tytułem zachęcały do cytowania. Zwłaszcza na egzaminach ustnych).

Lektury lekturami, pasja pasją, a ja się zdecydowanie minęłam z powołaniem. I trzeba było w odpowiednim czasie wykonać zdecydowany zwrot w kierunku przedmiotów biologicznych, weterynaryjnych czy najzwyczajniej w świecie podjąć jakąkolwiek pracę związaną ze zwierzętami. W przerwach pomiędzy wykładami, pamiętam, dzieliłam się swoimi wątpliwościami z kolegą Radkiem. On był prawdziwym polonistą z powołania i w jego oczach widziałam błysk po świeżo przeczytanej lekturze. Ja zaś mówiłam, że chcę iść pracować do ZOO. I pamiętam, jak mówił mi – idź, nie marnuj czasu, rób to, co lubisz. Był, co prawda, jeden powód, dla którego nie mogłam podjąć żadnej pracy w sposób legalny. Wiza. Miałam, owszem, ale bez prawa podjęcia zatrudnienia. A zatem bez pozwolenia na pracę nie mogłam marzyć o zatrudnieniu się gdziekolwiek oficjalnie.

Uczyłam więc rosyjskiego w weekendy i wieczorami. Tłumaczyłam. A wkrótce znalazłam, powiedzmy, półoficjalne zatrudnienie w kawiarence internetowej, gdzie moim obowiązkiem było, między innymi, pisanie artykułów do gazetki, wydawanej przez właściciela owej kawiarenki. To już było coś dla mnie. Internet dopiero wkraczał w nasze życie, więc wiedząc w przybliżeniu, co to jest www, spełniałam oczekiwania pracodawcy. A chcąc i potrafiąc pisać właściwie na dowolny zadany temat, stałam się wręcz nieocenionym pracownikiem. Z przyjemnością przychodziłam do pracy. Wkrótce jednak kawiarenkę zamknięto. Jako że otaczały mnie w Poznaniu naprawdę niezwykle przyjazne i życzliwe mi osoby, kolejne miejsca zatrudnienia pojawiały się jakoś znienacka – a to pomoc biurowa w kancelarii komorniczej, a to wyprowadzanie psów znajomych… Jakiś tekst do napisania, artykuł, jakieś tłumaczenie. Od czasu do czasu sprzątanie. I jakoś się żyło. Udawało mi się znaleźć czas na wszystko – i na przyjaciół, i na pracę zarobkową, i na naukową, bo rozprawę doktorską trzeba było jednak napisać. Miotałam się jednak przez dobrych kilka lat, poszukując właściwego tematu. Zaczęłam od literatury feministycznej w krajach postkomuny. Do dziś mam dość pokaźnych rozmiarów księgozbiór dzieł ukraińskich, rosyjskich i białoruskich feministek. Wkrótce się okazało, że temat przeze mnie wybrany jest tak ogromny, że życia mi nie starczy, by opisać wszystkie interesujące obszary tego zagadnienia. Stopniowo zawężałam pole swoich poszukiwań. Stanęło na rosyjskich feministkach, ale i tu po roku studiowania tematu byłam w tzw. „polu”. Okazało się bowiem, że ograniczając się nawet do trzech najważniejszych rosyjskich pisarek, wciąż będę popadała w uogólnienia. Gdy czas na napisanie pracy doktorskiej dobiegał końca, skupiłam się na jednej z nich – Tatianie Tołstoj, zresztą dość dalekiej od feminizmu. Za to genialnej pisarce. I z tym tematem pod pachą przewędrowałam do Warszawy, gdzie mój przyszły małżonek znalazł swoją wymarzoną pracę. Nie pozostało mi nic innego, jak spakować swoje książki i przeprowadzić się do stolicy.

I tu się dopiero zaczęło… Jako że po ślubie mogłam już pracować legalnie, a stołeczny rynek pracy, zdawałoby się, daje nieograniczone możliwości, rozpoczęłam swoje poszukiwania. Dość szybko zatrudniłam się w szkole języków obcych. Rzecz jasna, uczyłam rosyjskiego. Lubiłam swoją pracę, jednak rozkład godzin w ciągu dnia sprawiał, że większość czasu spędzałam w autobusach, krążąc pomiędzy centrum miasta a Tarchominem. Zajęcia bowiem miałam na rano, i to zazwyczaj godzinę-dwie, a potem dopiero wieczorem, po 17-ej. I godzinę w jedną stronę autobusem. Mniej więcej po roku stwierdziłam, że czas poszukać czegoś innego. Zresztą, z wypłacalnością szkoły językowej też nie było najlepiej. Wkrótce więc porzuciłam swoje miejsce pracy, zresztą, jak większość lektorów, pracujących razem ze mną w tym arcyciekawym miejscu.

Po paru miesiącach poszukiwań udało mi się znaleźć pracę w korporacji, zajmującej się szeroko pojętą obsługą IT. Szczerze powiem, wbrew temu, co zazwyczaj mówi się o tego typu firmach, było to wspaniałe miejsce i cudowny pracodawca. Naprawdę złego słowa nie powiem. Zatrudniono mnie na stanowisku asystentki-tłumacza w dziale współpracy z zagranicą, więc pomiędzy przygotowaniami wyjazdów szefa i tłumaczeniem rozmaitej dokumentacji miałam czas na przemiłe pogawędki z moimi koleżankami. Spotykałyśmy się w tzw. „palmiarni” – miejscu w firmie, gdzie można było napić się kawy, usiąść wśród zieleni i miło spędzić czas. Być może jestem naiwna, ale wydaje mi się, że wszyscy w tej firmie naprawdę się lubili. Z pewnością była jakaś konkurencja wewnętrzna, ale nas, asystentek szefów różnego szczebla, zupełnie to nie interesowało. Lubiłyśmy się pośmiać, dobrze zjeść i czasami wyjść gdzieś razem po pracy. Nie czułam, by komuś z naszych szefów przeszkadzało, że pracujemy w nader wesołej atmosferze, wręcz, zdaje się, lubili ten nasz brak nadęcia i czasem niemalże dziecinadę. Cudownie wspominam ten rok pracy w korpo. Tak, zdarzają się takie firmy. Jak jest tam teraz – nie wiem, minęło bowiem dwanaście lat…

Dlaczego więc odeszłam? No więc…. hm…. jakby to powiedzieć, zaczęło mnie nosić. No nuda! Miło, wesoło, sympatycznie i stabilnie, ale nie dla mnie. Brakowało mi chyba adrenaliny. Odpowiedzialności. Poczucia mocy sprawczej. Możliwości podejmowania własnych decyzji. I ponoszenia ich konsekwencji… Ale o tym wtedy nie myślałam…

I cóż mi zaczęło chodzić po głowie? Mojej niemądrej głowie? Otóż, własna knajpa. W Warszawie. Początkowo marzyłam o kawiarni artystycznej – coś w stylu krakowsko-lwowskim. Chciałam, by to było miejsce z klimatem, ściągające pięknoduchów i odmieńców, dusze poetyckie i zbłąkanych malarzy. Snułam piękne wizje naszej kawiarnianej przyszłości, planując wieczorki literackie, zabawy z podszyciem intelektualnym i długie nocne rozmowy z artystami… Czy gdzieś już wspominałam o tym, że moje marzenia najczęściej obracają się przeciwko mnie? To nie będę się powtarzać. A więc zamiast kawiarni literackiej po pół roku poszukiwań i remontu, otworzyliśmy z Mateuszem niewielki bar z kuchnią włoską o nazwie „Da Vinci”.

IMG_2673

Lokal był naprawdę maleńki – salka na 4 stoliki, nieduże zaplecze i otwarta kuchnia. Rzecz jasna, pomysł otwartej kuchni wynikał wyłącznie z niemożliwości innego rozmieszczenia wszystkich niezbędnych pomieszczeń. I miało to swoje plusy i minusy. Do plusów można by zaliczyć to, że podczas przyrządzania potraw mogłam miło gawędzić z naszymi gośćmi, do minusów – fakt, że gdy wszystko leciało mi z rąk i nie nadążałam z gotowaniem, też musiałam miło gawędzić z naszymi gośćmi. Ale zanim doszło do otwarcia naszego baru, musieliśmy przerobić obskurny sklep z używanymi ciuchami na miłe dla oka pomieszczenie w stylu włoskim i całym zapleczem gastronomicznym. Muszę przyznać, że ten czas wspominam różnie. Z jednej strony, miło było widzieć, jak koszmarne wnętrza powoli zaczynają jako tako wyglądać, z drugiej – byliśmy wykończeni. Mateusz większość rzeczy zrobił sam. Meble, barek, ściany działowe na zapleczu. Nie umiał wtedy jeszcze kłaść płytek, więc do tego, jak również do instalacji wentylacji, zatrudniliśmy fachowców. Odtąd staramy się wszystko robić sami, a Mateusz nauczył się kłaść płytki, instalować sanitariaty, wentylację i wszystko, czego dusza zapragnie. Najśmieszniejszy był proces odbioru naszego lokalu przez Sanepid. Ponieważ nie chcieliśmy mieć w przyszłości żadnych problemów z urzędnikami, wszystko odbyło się zgodnie z procedurą. Przed rozpoczęciem dostosowania lokalu do potrzeb gastronomii zleciliśmy architektowi opracowanie stosownego planu – zarówno pomieszczeń, jak i wszystkich ciągów wentylacyjnych. Ileż to arcyważnych czynników trzeba było wziąć pod uwagę – niekrzyżowanie się dróg naczyń czystych i brudnych, osobne pomieszczenie do krojenia warzyw, osobne – do mięs, pomieszczenie socjalne ze specjalną szafą na ubrania pracowników, zgodnie z zasadami BHP, dodatkowy zlew o odpowiednich wymiarach, umiejscowiony tuż przy podłodze – do mycia mopów! Istne szaleństwo. I wszystko to, o czym piszę, udało nam się zmieścić w naszym około 30-metrowym lokalu. Nadszedł czas odbioru przez Sanepid. Jeśli ktoś spodziewałby się, że tego dnia o umówionej godzinie do lokalu przyjeżdża pani z Sanepidu, to jest w błędzie! Tego dnia o umówionej godzinie trzeba stawić się pod placówką Sanepidu własnym samochodem i przywieźć panią do swojego lokalu, gdzie napoić ją herbatą i poczęstować ciastem, przedstawić całą dokumentację, pokazać każdy zakamarek, zmierzyć razem z nią odstępy pomiędzy kafelkami, ocenić kolor fug i szerokość przejścia między stolikami itd. Po czym – zawieźć panią z Sanepidu z powrotem do Sanepidu. Rzecz jasna, na dokumencie świadczącym o odbiorze lokalu przez wyżej wymienioną instytucję, widniał podpis pani z Sanepidu. Mogliśmy zaczynać naszą działalność gastronomiczną. Jak się domyślacie, zanim wydaliśmy gościom pierwszy posiłek, byliśmy już po uszy zadłużeni. Na uroczyste otwarcie placówki zaprosiliśmy wielu z naszych znajomych, mojego byłego szefa z korpo wraz z małżonką, moje koleżanki z byłego miejsca pracy, kolegów z pracy Mateusza. Było wesoło i optymistycznie.  W międzyczasie wpadali do nas pracownicy konkurencji – tuż obok mieściła się też pizza, chińczyk i kebab. Ale – o dziwo – wszyscy byli mili i życzyli nam powodzenia. Oj, tego właśnie było nam trzeba.

Dość szybko po otwarciu okazało się, że mamy dość spore grono stałych klientów, całkiem smaczną kuchnię i miłą atmosferę. Mieszkańcy okolicznych bloków przychodzili coś zjeść, pogadać, a czasem nawet nam pomóc. Pamiętam, gdy podczas wichury odpadł nam szyld, natychmiast przyleciało kilku panów – jeden pracował w pizzerii, drugi był naszym stałym klientem, i z wielkim poświęceniem, w tejże wichurze z powrotem mi ten szyld zamocowali. Gdy któregoś dnia opadałam z sił, byłam bowiem kucharzem, zaopatrzeniowcem i kelnerką w jednym, nasz sąsiad – prowadzący placówkę bankową w pawilonie obok, przyszedł i stanął przy garach, pomagając mi smażyć placki ziemniaczane. Pamiętam, że ogromnie mnie tym zaskoczył. Ja właśnie stałam za barem z zabandażowaną ręką, bo skaleczyłam się przy otwieraniu puszki. Właśnie pojawili się goście, wśród nich nasz bankowiec, a ja czułam, że nie dam rady. Krew udało się zatamować, ale wciąż nie byłam w stu procentach sprawna. Gdy kolega zobaczył moją minę, w mig pojął, że potrzebuję pomocy i wysłuchawszy zamówienie reszty gości, zapytał „Masz drugi fartuch?”. Na co ja – że mam. – „No to dawaj”. Założył i stanął po drugiej stronie baru, gotowy do pomocy. Mówiłam, co ma robić po kolei, a on szykował kolejne dania. Nie były zbyt skomplikowane, acz podobno smaczne. Kochałam to miejsce za takie właśnie chwile. Za to, że nigdy, ani razu nie musiałam nikogo o nic prosić. Ludzie z sąsiedztwa zawsze pojawiali się sami, w najbardziej odpowiednim momencie, i sami oferowali pomoc, jeśli widzieli taką potrzebę. Warszawska Wola… Nie wiem, czy to magia miejsca, czy jakiś kodeks wzajemnej pomocy drobnych sklepikarzy, ale to było piękne. Niestety, mimo że kuchnia była nie najgorsza, wkrótce się okazało, że przy naszych niewielkich cenach nie jesteśmy w stanie dłużej wytrzymać. Na wielką kuchnię nie było miejsca, na alkohol nie mieliśmy zgody, więc bar Da Vinci funkcjonował praktycznie wyłącznie w porze obiadowej, przez resztę czasu sala świeciła pustkami. Ot, sąsiad przyszedł na kawę i pogaduchy. I tyle. Ech, gdyby w tamtych czasach już kręcono „Kuchenne rewolucje”, wiedziałabym, że biznes gastronomiczny jest znacznie bardziej skomplikowany, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Że same dobre chęci nie wystarczą. Że… A co tam będę gadać – wszyscy oglądali „Kuchenne rewolucje”, to wiedzą… My musieliśmy nauczyć się na własnych błędach. Jednak nie żałuję. To było cenne doświadczenie, które nauczyło mnie wiary w zwykłych ludzi z sąsiedztwa, wiary we własne umiejętności kulinarne, o które nigdy wcześniej ani ja sama, ani nikt, łącznie z moim własnym mężem, mnie nie podejrzewał, a także umiejętności podejmowania trudnych, lecz czasem koniecznych decyzji. Da-Vinci bar musieliśmy wkrótce zamknąć… A ja znów zaczęłam rozglądać się za pracą. Tym razem – za czymś pomiędzy stabilnością korpo i szaleństwem własnej gastronomii.

Jako że i tym razem za bardzo się rozpisałam, a historia wciąż nie jest dopowiedziana, muszę znów zaprosić Was, moi Drodzy Czytelnicy, do kolejnego odcinka, który powstanie niebawem.

Tłusty Spartek na Tłusty Czwartek

Jako że dziś wszyscy obchodzimy Tłusty Czwartek, co oznacza, że jedzenie ponad miarę jest nie tylko usprawiedliwione, a poniekąd nawet mile widziane, postanowiłam, że mam wyjątkową okazję, by przyznać się przed samym sobą i całym światem, że trochę nam się w zimie przytyło… Zauważają to wszyscy bywalcy naszej stajni, i – co więcej – nie mogą się powstrzymać od komentarzy… Spartek pozostaje wobec tych insynuacji – że niby w którym to jest miesiącu i kiedy „się okoci” – niewzruszony, zaś ja tradycyjnie biorę sobie te słowa do serca. I chudnę 🙂 A on tyje… Że niby zasada działania naczyń połączonych – powiadacie? Możliwe… Tak czy inaczej zabieramy się do pracy.

tłusty spartek

A wiecie, co to oznacza? Że będę wkładać coraz więcej wysiłku w nasze treningi, wymagając od Spartka wykazania się chociaż odrobinę większego entuzjazmu wobec pracy. Ot, na przykład dzień wczorajszy. Pogoda piękna, podłoże bez zarzutu, czasu – wystarczająco, by popracować trochę z ziemi i po raz pierwszy od jesieni również z siodła. Przyniosłam na ujeżdżalnię cały ekwipunek (jakieś 200 kalorii poszło), i udałam się na padok po konia. Spartek z zainteresowaniem oglądał moje krążenie w te i we wte, stojąc obok Cześka w narożniku pod samym lasem. Zdaje się, że się naradzali. „Coś twoja pańcia za dużo tego targa, nie sądzisz?” – zastanawiał się Czesław. „A, daj spokój. Aż żal patrzeć, robi już trzecie okrążenie”. – „Chyba nie zamierzasz dziś schodzić z padoku? Bo widzę, że i siodło przytargała!” – denerwował się dalej Czesiek. – „No widzę… Oj, zgubiła po drodze wodze. Co za niezdara…”. Widziałam z daleka, jak spoglądają na siebie i na mnie, opracowując strategię działania wobec zaistniałych okoliczności. Gdy zawiesiłam siodło na przeszkodzie i otarłam pot z czoła, z trudem schyliłam się po linę i kantar, leżące na ziemi (bo po drodze coś mnie zaczęło pobolewać w plecach), spojrzałam w stronę Spartka. Jakież było moje zdziwienie, że ujrzawszy moje starania, a nade wszystko – chyba siodło, które tak dawno do niczego nam się nie przydawało – hucuł ruszył w kierunku bramki. „Idę, Czesiu, napracowała się kobita..” – „No to se idź… Głupi jesteś i tyle” – rzucił Czesiu na odchodne i podreptał zaczepiać Bastka. Spartan kroczył w moją stronę. „Wcale nie jestem głupi – myślał – To, że z nią zejdę na ujeżdżalnię, wcale nie oznacza, że zamierzam się napracować”.

tłusty spartek zima zeszłego roku

Jak postanowił, tak zrobił. Podczas czyszczenia i siodłania był wyjątkowo grzeczny. Żadnego kręcenia się, żadnych prób sięgnięcia po trawkę. Pięknie ustawienie się do siodłania. Ogrom cierpliwości, iście stoicki spokój. Z ziemi popracowaliśmy trochę w stępie, kłusie i galopie, ale szło nam jak krew z nosa. Wszystko „na odwal się”, z wielkim oburzeniem, przeplatanym próbami „wzięcia mnie na litość”. Spartek całym sobą pokazywał, że to jest ponad jego siły, że naprawdę już nie da rady więcej z siebie wykrzesać, że daje z siebie wszystko. Wiedziałam, że łże jak typowy hucuł. Jednak ani prośbą, ani groźbą, nie udało mi się wczoraj uzyskać lepszego ruchu. A nie chciałam ostatecznie się z nim pokłócić, bo wiadomo, jakie to ma skutki, na przykład, dnia następnego. Opłakane dla mnie, rzecz jasna. Po prostu nie dałabym rady sprowadzić konia na ujeżdżalnię. Dlatego zawsze staram się mocno zastanowić, zanim dojdzie między nami do awantury. I tradycyjnie – próbuję popracować tak, by – jak to się mówi, „miarka się nie przegła”.

tłusty spartek_zima dwa lata temu

Oczywiście, wsiadłam. Widać było, że Spartek się cieszył… Tak samo jak ja. Gdy weszłam na schodki, natychmiast podmaszerował i ustawił się idealnie obok. Gęba mu się śmiała, i zdaje się, że puszczał oko Cześkowi. I – szczerze powiem – wczoraj niewiele wymagałam od konia pod siodłem. Był stęp, zatrzymania, cofania i zmiana kierunków. Trochę po-mojemu, trochę po Spartkowemu. Po mojemu obieraliśmy trasę, po Spartkowemu – tempo poruszania się. Co oznacza, że włóczyliśmy się jak żółwie. Postanowiłam jednak, że skupię się na sobie. Odnajdę się w siodle, poukładam nogi, tyłek i ręce. Jednak czteromiesięczna przerwa robi swoje. I przede wszystkim chciałam, by koń wciąż się cieszył na widok siodła i sam zmierzał do bramki, gdy z takim poświęceniem znów przytargam na ujeżdżalnię cały sprzęt. I – choć Spartek nie musi o tym wiedzieć, a mam nadzieję, że nikt mu nie doniesie, prawda? – następnym razem będę wymagać odrobinę więcej. Takie tyci tyci więcej, by prawie nie zauważył i nie skalkulował w swoim huculskim łbie, że chyba przestaje mu się to opłacać…

A propos Tłustego Czwartku!

Życzmy wszystkim, by nie poszło Wam za bardzo w boczki 🙂

PS. No i pytanie do Was, moi Drodzy Czytelnicy i Przyjaciele Spartana! Na którym z trzech zdjęć Spartek wygląda najtłuściej? Starałam się wybrać ujęcia z podobnym ustawieniem konia. A zatem – pomóżcie mi ocenić, bo już sama nie wiem, czy nam się tej zimy przytyło bardziej niż zwykle, czy też normalnie 🙂

CO MA PIERNIK DO WIATRAKA, CZYLI DLACZEGO MUSIAŁAM TRAFIĆ NA SPARTKA?

Temat tego wpisu narodził się w mojej głowie dziś rano, kiedy przeczytałam na „jednym z portali społecznościowych” opinię Czytelnika – Pana Adama – o Spartkowych opowieściach… Opinię bardzo nam przychylną, co zawsze autora cieszy, i jednocześnie stawiającą pytanie: co nam daje los, gdy podsuwa nie takiego konia, jakiego chcemy, a takiego jakiego potrzebujemy. Myśl tę, usłyszaną niegdyś od naszej trenerki Kasi Ściborowskiej, przemyciłam gdzieś w moich Spartkowych opowieściach i, jak widać, utkwiła ona głęboko w sercu Czytelników, bowiem niejedna osoba wspominała mi już o niej w rozmowach czy dyskusjach o książce. Opowiem więc o tym, co mi dał los, stawiając na mojej drodze właśnie Spartana. Sądzę bowiem, że ktoś, kto rozdaje karty – nazwijmy to w ten sposób – długo przebierał w możliwościach podsunięcia mi tego czy innego rumaka. Jeśli brać pod uwagę ilość ofert sprzedaży koni, jakie przeglądałam na przestrzeni kilku lat, odkąd pomysł o zakupie konia zaczął chodzić mi po głowie, to były ich tysiące. I z pewnością większość z nich dałaby mi ogrom satysfakcji z wspólnej pracy, pomogłaby zgłębić tajniki sztuki jeździeckiej, być może – nauczyć się znacznie więcej pod względem technicznym, niż umiem w tej chwili. Nie dałaby mi jednak tego najważniejszego, co przyszykował dla mnie los w postaci mojego uroczego hucuła. Ale po kolei. By wyjaśnić, jak bardzo rozsądnie i zarazem sprytnie ktoś pokierował naszymi losami, muszę sięgnąć lat głębokiego dzieciństwa. Rzecz jasna, mojego, bo lat dzieciństwa Spartana niegdyś sięgnęłam i okazało się, że nie było ono „sielskie anielskie”. Moje pewnie też nie, za to było ciekawe.

Odkąd skończyłam lat bodajże dwanaście, może trzynaście, zaczęłam marzyć o możliwości podjęcia pracy zarobkowej. Jak już pisałam w książce, radziecka szkoła podstawowa stwarzała takie możliwości, wysyłając nas raz w tygodniu na praktyki zawodowe, podczas których mogliśmy zgłębić tajniki zawodu cukiernika, księgarza, krawcowej, maszynistki – czego dusza zapragnie. Przyuczenie do zawodu przewidziano jednak od ósmej klasy, musiałam więc jeszcze ze dwa lata poczekać. A czekanie nie było moją mocną stroną. I mimo że kodeks pracy zabraniał zatrudnienia dzieci poniżej czternastego roku życia, pamiętam, jak ubłagałyśmy dyrektorkę dużego sklepu spożywczego, noszącego dumną nazwę „generalski” i mieszczącego się na roku Newskiego i Małej Morskiej, by przyjęła nas wraz z koleżanką do pracy, na pół etatu. Czyli każdej po pół. Oczywiście, naszym głównym zadaniem była „konserwacja powierzchni płaskich”. Sklep był, jak na tamte czasy, duży – jakieś 400-500 metrów kwadratowych pięknych podłóg z szaro-białego marmuru. To było nasze pole działania. Codziennie wieczorem, tuż po zamknięciu sklepu dla kupujących, udawałyśmy się do Generalskiego i dwie-trzy godziny ślizgałyśmy się na mokrych szmatach po pięknych marmurowych posadzkach. Gdy, jak nam się wydawało, podłogi lśniły czystością, zmęczone i zadowolone wychodziłyśmy na puste szerokie ulice miasta i szłyśmy na spacer, snując plany na przyszłość. Najczęściej – najbliższą, czyli na „tuż po wypłacie”…

Nasza przygoda z marmurową posadzką skończyła się wraz z nadejściem wakacji i naszym wyjazdem na działki letniskowe. Następną moją aktywnością zawodową była produkcja kombinezonów dziecięcych w ramach szkolnych praktyk zawodowych. Po drodze opanowałam tajniki pracy maszynistki, ucząc się „ślepego” stukania w klawiaturę prehistorycznej maszyny do pisania. Tej umiejętności zawdzięczam moją krótką, acz błyskotliwą karierę w Przedsiębiorstwie zbrojeniowym, a mianowicie – w dziale technicznym, gdzie radzieccy inżynierowie opracowywali, między innymi, czarne skrzynki do samolotów. Moim zadaniem było przeniesienie na papier całego opisu technicznego powstających urządzeń i wykonanie tego bez pomyłek, błędów ortograficznych czy literówek. Ciężar odpowiedzialności sprawił, że nauczyłam się pisać szybko, a jeszcze szybciej potrafiłam za pomocą korektora naprawiać ewentualne błędy w maszynopisie. Radziecki przemysł zbrojeniowy na początku lat dziewięćdziesiątych chylił się jednak ku upadkowi i wkrótce dział techniczny, wraz z całym zakładem, został zamknięty, a ja rozpoczęłam karierę w branży księgarskiej. Były to czasy pierwszych, dopiero raczkujących drobnych przedsiębiorców, i w takiej właśnie początkującej jednoosobowej firmie-księgarni znalazłam swoje kolejne zatrudnienie. Mini-księgarenka obwoźna specjalizowała się w literaturze ekonomicznej, co – jak na tamte czasy – było przedsięwzięciem iście pionierskim. Moje zadanie w firmie polegało na tym, by rano udać się do siedziby, czyli do mieszkania przedsiębiorcy, odebrać składany stoliczek i krzesełko, książki do sprzedaży i udać się do punktu sprzedaży, czyli przed jeden z pierwszych w moim mieście banków prywatnych. Po kilku tygodniach stoiskowaniu przed wejściem do banku, w deszczu i na wietrze, dyrektorowie banku zaprosili mnie do środka – wszak literatura, jaką im codziennie dowoziłam, była jak najbardziej związana z ich profilem działalności. Ponieważ sprawy finansowe, Vatowskie i inne interesowały mnie w stopniu zerowym, właśnie wtedy, siedząc za ladą księgarską na rozkładanym krzesełku, uczyłam się języka polskiego. Do dyspozycji miałam podręczniki z historii sztuki, więc słownictwo z tego zakresu dość szybko miałam opanowane. Po kilku miesiącach pracy w banku (o, tak to nazwijmy!) miałam dość targania ciężkich siat z książkami codziennie rano, więc pomyślałam o zmianie branży. Wówczas raczkująca firma Aquafor, której filtry do wody kilkanaście lat później znalazły się także na polskich półkach sklepowych, poszukiwała osoby do reklamowania ich nowatorskich filtrów w petersburskich aptekach. Rzecz jasna, niedługo się zastanawiałam nad przyjęciem posady pierwszego w firmie specjalisty do spraw marketingu. W tak zwanym realu do moich głównych obowiązków należał bezpośredni kontakt z klientem – w tym przypadku z klientem apteki homeopatycznej, w której urządziłam sobie mini stanowisko reklamowe. Zachęcałam klientów apteki do skosztowania pyszniutkiej chłodziutkiej wody, świeżo przefiltrowanej za pomocą naszych cudownych filtrów. W ramach pokazów niezwykłych właściwości filtrów Aquafor do środka wlewałam jakąś przedziwną niebieską ciecz, która po przefiltrowaniu zamieniała się w ciecz przezroczystą, i takim oto trunkiem o nieznanych mi bliżej właściwościach częstowałam spragnionych klientów apteki homeopatycznej. Jako że nie byłam orłem z chemii, to na bardziej szczegółowe pytania osób zainteresowanych odpowiadałam wymijająco. Nie wiem, czy regularne spożywanie mojej wody przysporzyło większej ilości klientów apteki homeopatycznej, z pewnością jednak filtry Aquafor zaczęły się jako tako sprzedawać. W aptece niewiele miałam czasu na lekturę polskich podręczników, co nie przeszkodziło mi jednak zdać egzaminy wstępne na polską uczelnię wyższą i pod koniec września 1994 roku wyruszyć na zachód, na studia. O tym, jak wyglądała moja przeprowadzka do Polski i pierwsze dni nastolatków w obcym kraju, pisałam już wcześniej w https://spartanskie-wychowanie.pl/pierwszy-flash-mob-czyli-forrest-gump-a-la-russe/

Przez pierwszy rok w Lublinie nauka, ale także rozrywki kulturalne, podróże i imprezowanie pochłonęły mną całkowicie. Jednakże po powrocie na wakacje do Petersburga, znów nie mogłam usiedzieć w miejscu. Dosłownie w drugim tygodniu pobytu w domu znalazłam pracę. Tym razem – w sklepie monopolowym nieopodal naszego domu, w samym centrum miasta, na nocnej zmianie. Pracowałam wraz z moimi koleżankami z klasy, każda miała pod opieką swoje stoisko z artykułami spożywczymi. Moim było stoisko a alkoholami i słodyczami. Nie mogłam lepiej trafić. Zwłaszcza z tym pierwszym. Koleżanki z działu mięsnego, z nabiału czy piekarni nudziły się przez całą noc jak mopsy, i dopiero nad ranem jakieś zbłąkane duszyczki zaglądały do nich, by kupić bułkę czy kefir, by ukoić głód po całonocnym zwiedzaniu Petersburga. Ja zaś przez całą noc nie zmrużyłam oka. Lato – to czas, kiedy Petersburg jest opanowany przez turystów, a lokalizacja sklepu nieopodal Newskiego, Pałacu Zimowego i Newy sprawiała, że klienci walili do nas drzwiami i oknami. Dużo też było turystów z Polski. Jakież było ich zaskoczenie, gdy dziewczyna zza lady bez problemy porozumiewała się w ich języku ojczystym, a z kolejną osobą w kolejce dość poprawnie rozmawiała po angielsku. Lubiłam ich zaskakiwać, mówiąc, że w naszych sklepach spożywczych to norma. O tym, czy tak jest naprawdę, myślę, że mieli okazję się przekonać podczas kolejnych zakupów. Ale cóż to miało za znaczenie. Dobrze się bawiłam. A zatem od ósmej wieczór, kiedy zaczynałam swoją zmianę i aż do drugiej-trzeciej nad ranem prowadziłam miłe konwersacje za ladą, sprzedając przy okazji alkohol i bombonierki, a później, gdy fala turystów zabierała ze sobą ostatnich nocnych przybyszy, do sklepu ściągali inni kupujący. Chociaż właściwie ciężko ich nazwać kupującymi – przynosili bowiem różnego rodzaju rzeczy na wymianę. Najczęściej panowie przynosili kwiaty, rzecz jasna, kradzione spod pomnika Piotra Wielkiego, gdzie nowożeńcy przez cały dzień robili sobie zdjęcia ślubne i zostawiali piękne bukiety. Pod osłoną nocy panowie, którzy nie mieli pieniędzy na alkohol, za to potrafili poczekać, aż zwiedzający, a zarazem i policja, znikali, skradali się pod pomniki i zabierali co ładniejsze wiązanki kwiatów. Obładowani niczym sami nowożeńcy w urzędzie stanu cywilnego, choć ubrani nie tak schludnie i czysto, przychodzili do naszego sklepu i, rzecz jasna, prosto do mojego stoiska. Wręczając mi bukiet pięknych kwiatów, najczęściej zagajali przemiłą rozmowę. Z niektórymi godzinami rozmawialiśmy o poezji, a jeden z moich nocnych gości uwielbiał recytować wiersze – Jesienina (i to by nawet było bardzo na miejscu), ale też Achmatową, Cwietajewą, Pasternaka… Niekiedy wręcz zawstydzali mnie swoją znajomością rosyjskiej literatury Srebrnego Wieku. Słuchałam z zapartym tchem, bo cóż to były za interpretacje! Na koniec naszego spotkania wręczałam na ręce niedoszłych literatów to, po co zazwyczaj do nas przychodzili i szczęśliwi żegnali się do następnego poranka. Mam wrażenie, że lubili przyjść nawet  po to, by po prostu pogadać, choć, wiadomo, małpka w kieszeni znacznie poprawiała humor moim nowym znajomym. Wakacje minęły błyskawicznie i wkrótce, pod koniec września znów jechałam do Polski. Na studia. Zaczynałam swój pierwszy rok studiów polonistycznych w Poznaniu.

Pewnie się już pogubiliście – co mają moje wspomnienia z lat zamierzchłych do Spartka? Mam jednak nadzieję, że pod koniec tej przydługiej opowieści sprawa się nieco rozjaśni. A żeby Was, moi Drodzy, nie zanudzać, na na część dalszą historii zapraszam tutaj Feministki, korpo, Da Vinci i inne wariactwa, czyli znów nie o Spartku…

 

Nie owijajmy kota w bawełnę, lepiej być nie będzie…

 

Przez ostatnie dwa miesiące w stajni bywałam naprawdę rzadko…  Ta nieregularność naszych spotkań sprawiła, że relacje ze Spartkiem przybrały kształt iście dramaturgiczny  – od tęsknoty i oczekiwania z jego strony na początku, poprzez bunt i niechęć do jakichkolwiek kontaktów ze mną po paru tygodniach i aż po wybaczenie i ponowne łaskawe spojrzenie w moją stronę…

Tak, tak, zdaje się, że konie też potrafią „obrażać się”, jakkolwiek naiwnie by to nie brzmiało. Późną jesienią, gdy bywałam w stajni regularnie i pracowałam ze Spartkiem przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu, koń od wczesnego popołudnia wyczekiwał mnie przy bramce. Wiedząc o tym, jak mogłam nie pędzić do stajni, gdzie Spartek z Cześkiem ramię w ramię (albo raczej – łopatka w łopatkę?) stali tuż za bramką, wypatrując mnie, zmierzającej w ich kierunku z całym ekwipunkiem.

Niestety, później zaczęłam bywać w stajni znacznie rzadziej. Przez parę dni – jak mówiły mi koleżanki – moje koniosły jeszcze na mnie czekały, aż im się znudziło. No bo ileż można w końcu czekać? Łaski bez, jak to się mówi.

Tak więc gdy zawitałam do stajni po bodajże dwóch tygodniach nieobecności, w naprawdę podłym nastroju, i – naiwna – myślałam, że spędzenie godzinki-dwóch w towarzystwie mojego rumaka poprawi mi humor, gorzko się rozczarowałam. Zmierzając w kierunku padoku, już z daleka głośno powitałam Spartka, na co on – stojąc wśród koni z dala od bramki – ledwo spojrzał w moją stronę. To było zerknięcie dosłownie na ułamek sekundy. Po czym koń się odwrócił i wrócił do swoich zajęć, a tego dnia całe stado wyjadało resztki jesiennej trawy w lewym narożniku łąki, tuż pod lasem. „Ok, nie wita mnie jakoś entuzjastycznie, trudno – pomyślałam. – Zaraz wezmę go na ujeżdżalnię, wyczyszczę brudasa, poczęstuję jabłkiem i miło spędzimy ten czas, a ja opowiem Spartkowi o moich zmartwieniach”… Mój błąd w rozumowaniu polegał na tym, że naiwnie sądziłam, iż Spartek – mimo że miał prawo czuć się opuszczony – wykaże chociaż odrobinę współczucia, zrozumienia, czy wreszcie – zwykłego przywiązania – i ucieszy się z możliwości spędzenia ze mną paru chwil. Głupia, nierozumna ja… Jeśli myślałam, że znajdę w Spartanie wsparcie i zrozumienie, to srodze się pomyliłam.

Dawno nie widziałam w nim takiej determinacji w stawianiu oporu wobec moich prób sprowadzenia go z pastwiska. Tym razem widziałam po jego minie, że nie bawimy się w ciuciubabkę, tylko mam się odchrzanić raz i na zawsze. Po chyba dwóch nieudanych próbach na łąkę weszła po Fonikę Ola, nasza koleżanka ze stajni, i też spróbowała swoich sił ze Spartkiem. Skutek był ten sam… A że tego dnia absolutnie nie miałam sił – ani fizycznych, ani psychicznych – bo cokolwiek sobie, Spartkowi i wszystkim dookoła udowadniać, najzwyczajniej w świecie dałam mu spokój. Zachowałam się niepedagogicznie, ale – uwierzcie mi – w jego przypadku jedna wpadka więcej czy mniej, to naprawdę już nie robi żadnej różnicy.

Przy okazji tego zdarzenia zrozumiałam, że nie ma co liczyć na terapeutyczną rolę Spartka w moim życiu… Koń – to nie terapeuta, przed którym ułożysz się wygodnie na kozetce, zamkniesz oczy i opowiesz o swoich problemach, sięgając wspomnieniami lat wczesnego dzieciństwa. To nie bratnia dusza, która poczuje twój gorszy dzień i chętnie udzieli ci wsparcia. To tak nie działa… Owszem, samo przebywanie z końmi może w sposób absolutnie fantastyczny pozwolić nam oderwać się od rzeczywistości, od problemów, z którymi na co dzień się zmagamy, od wszystkiego, czym zaprzątamy nasze głowy od rana do nocy. Sama ich obecność sprawia, że przestawiamy się na inny sposób funkcjonowania – czas zwalnia, a już samo przebywanie w stadzie wymusza na nas przeżywania chwil „tu i teraz”. Dosłownie – mózg przełącza się na jakiś inny tryb działania… Powiedzmy, że jeśli coś nas bolało w drodze do stajni, to wraz z momentem ruszenia w kierunku pastwiska zapominamy o bólu. I aż do wciśnięcia pedału gazu, gdy wyruszamy spod stajni w drogę powrotną do domu, wszelkie fizyczne dolegliwości po prostu znikają. Nie raz już się o tym przekonałam, gdy mimo uporczywej migreny jechałam do konia, szukając u niego pomocy.

Nie oznacza to jednak, że mogę sobie tak po prostu, z głupia frant, przyjechać do Spartka, sprowadzić go – po tym, jak nie zjawiałam się przez kilka tygodni – i liczyć, że stanie się cud. Nie! Cudów nie będzie! I koń mi to wyraźnie pokazał… Po co było w ogóle próbować go sprowadzać, kiedy widziałam po jego minie, że nie zamierza ze mną gadać? To tak jakby na siłę ciągnąć kogoś na randkę. Wyobrażacie to sobie? Rzecz jasna, znów antropomorfizuję, ale od tego tu jestem. A tak na poważnie, to gdybym planowała tego dnia z koniem popracować, to nie odpuściłabym po pierwszej, drugiej ani trzeciej próbie wyrwania. Nie dałabym za wygraną. Ale – chciałam z nim pobyć… A do tego – jak się przekonałam – zdecydowanie trzeba dwojga.

Ale – z drugiej strony, wypadałoby wymagać od konia posłuszeństwa, niezależnie od tego, czy zabieramy go tylko do czyszczenia, czy też na trening. Przecież koń nie wie, jakie mamy zamiary… Ale my wiemy. I stąd – zdaje mi się – że jeśli nie masz w sobie danego dnia sił, wystarczającego samozaparcia albo najzwyczajniej w świecie – czasu, by przepracować jakiś jego wybryk do uzyskania poprawy, to nie zaczynaj! Oto, do jakich wniosków doszłam już po fakcie. I nie licz, że jeśli masz gorszy dzień, to koń Cię wesprze… Nic bardziej mylnego. Tylko jeszcze bardziej się upewni w swojej nad Tobą przewadze!

Wracałam tamtego dnia do domu i rozmyślałam… Wiedziałam, że nieprędko znów zawitam do stajni. „Cóż, albo następnym razem będzie lepiej, albo gorzej” – zastanawiałam się w myślach. Choć gorzej właściwie być już nie mogło…

Kolejne tygodnie i znów jechałam do Spartka. Żadnych planów treningowych, żadnych założeń, żadnych oczekiwań… Spróbowałam jednak tym razem odrzucić na bok wszystkie swoje zmartwienia, pozostawić za sobą rozterki i smutek, i wkroczyć na drogę do padoków w tak optymistycznym nastroju, jak to tylko było możliwe. Swoim zwyczajem z daleka powitałam Spartka – tym razem wyjątkowo wesołym głosem – i zobaczyłam, jak najpierw nadstawił ucha, po czym, jak już przekonał się, że to jednak ja, żwawo, niemalże kłusem pomaszerował pod bramkę. Wybaczył… Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, poczułam ulgę i ogromne szczęście. Mój koń przebierał nóżkami, kiedy zakładałam mu kantar i wyprowadzałam poza padok, i zdaje się – że naprawdę cieszył się z naszego spotkania. Już nie pamiętam, jak spędziliśmy wtedy czas – na pewno nie pracowaliśmy na poważnie, bo podłoże od dłuższego czasu nie sprzyja. Może parę kółek na linie, trochę przestawiania zadków i takie tam – dla zabawy. Nie to jest najważniejsze. Grunt, że był to wspaniale spędzony czas, znów w zgodzie i porozumieniu.

Przez kolejne tygodnie udawało nam się przyjeżdżać do stajni z Mateuszem raz w tygodniu, w weekend i zabierać Spartka i Cześka na spacery do lasu. Zawsze w towarzystwie Aśka i Kasi, co dodawało nam i naszym rumakom otuchy i sprawiało, że spacery za każdym razem były wyjątkowo udane – czy to w śnieg, czy w deszcz… Wieść stajenna niesie, że Spartek z Cześkiem często wypatrywali naszego przyjazdu. Wszystko się jakoś poukładało, problemów ze sprowadzeniem konia odtąd nie miewałam, więc właściwie – można powiedzieć – konflikt zażegnany.

Co więcej, ostatnio Spartek, odpowiadając na moje „Cześć, Spartuni!”, wita mnie z padoku głośnym rżeniem. To ogromnie miłe. Zwłaszcza kiedy idziemy na padok razem z Kasią, Aśkową właścicielką i naszą bratnią duszą, i rozmawiamy. Konie już nas słyszą i wyciągają szyje z daleka. Przerywając na chwilę naszą rozmowę, krzyczę do Spartka, a w odpowiedzi słyszę jego rżenie… Zaś kiedy Kasia wita z daleka swojego Asiulka, ten też jej odpowiada. Nie powiem, gęby nam się śmieją i idzie się jakoś żwawiej, choćby nie wiem w jakiej śnieżnej zawiei…

No ale rżenie rżeniem, a cała reszta Spartkowego podejścia do naszego „związku” pozostaje bez zmian. Ot, choćby sytuacja sprzed kilku dni. Przyjechałam do stajni jakieś pół godziny przed spędzeniem koni do boksów. Mocno zacinał mokry śnieg i Magda – właścicielka stajni – stwierdziła, że wystarczy już tego moknięcia kopytnych, niech wracają do boksów. Konie zeszły na kolację i siano, a my z Kasią postanowiłyśmy, że póki jedzą, my przyszykujemy na ujeżdżalni „punkty” i weźmiemy nasze konie na chwilkę pobawić się w targetowanie. Rozstawiłyśmy nasze zaimprowizowane znaczniki – kolorowe wiaderka, schodki, piłeczki, i po chwili poszłyśmy po konie do stajni. Miałam, rzecz jasna, wątpliwości, czy uda mi się wyprowadzić Spartana od koni, nawet w towarzystwie jego kolegi Aśka. Nie raz już ten temat z nim przerabiałam, i zazwyczaj – z marnym skutkiem. Cóż więc się dziwić, że i tym razem Spartek nie specjalnie mnie zaskoczył. Pierwsza ze stajni wyszła Kasia, prowadząca spokojnego i otwartego na wszelkie propozycje Aśka. Ja ze Spartkiem podążałam stajennym korytarzem za nimi. Było jeszcze widno, a przed nami – do miejsca naszej wymarzonej zabawy – około 300 metrów do pokonania wyjątkowo śliską drogą. Po wyjściu ze stajni i zrobieniu dosłownie kilku kroków mój koń nagle zawrócił i co sił w nogach popędził z powrotem do boksu. Rzecz jasna, nie byłam zaskoczona… Za to Spartek, po wylądowaniu w pierwszym lepszym otwartym boksie – akurat Aśkowym – wcisnął się do narożnika i stał przerażony. Gdy podeszłam, widziałam, że spodziewa się bury… Było mi przykro, że po tylu latach naszej znajomości wciąż ma zakodowane, że po tego typu wyczynie człowiek może go najzwyczajniej w świecie stłuc… Widziałam to w jego oczach. Spokojnie wyprowadziłam go z boksu i poszliśmy jeszcze raz tą samą drogą. Historia się powtórzyła, więc i ja na spokojnie wzięłam go ponownie z boksu i znów poszliśmy stajennym korytarzem. Powiedziałam Kasi, by już na nas nie czekali, bo raczej do końca ujeżdżalni nie uda nam się dojść w komplecie, ale będę ćwiczyła ze Spartkiem wychodzenie poza stajnię tyle, ile się da – tak, by koń pozostawał pod moją kontrolą, i spokojne wracanie do boksu. Tak też zrobiliśmy. Po bodajże trzech samowolnych nawrotkach koń zrozumiał, że to nic nie da, że nie odpuszczę, więc postanowił jednak trochę się poddać, za co ja ze swojej strony – postanowiłam, że nie musimy iść hen daleko i koniecznie pokonać tego dnia całej drogi, tylko będziemy pokonywać 5 metrów i powrót do stajni. Potem 3 metry i powrót do stajni. Potem – 7 metrów i znów do koni. Byle spokojnie, pod kontrolą. Spartan wyraźnie się uspokoił, i w ten sposób wędrowaliśmy w te i wewte kilkanaście razy, po czym zaprowadziłam go do bosku.

Jeśli czytujecie nasze historie w miarę regularnie, to na pewno zauważyliście, że ciągle się powtarzam… Te same wątki, te same problemy. Nie żebym była taką straszną nudziarą i lubiła po stokroć opowiadać tę samą historię, po prostu – tak żyjemy na co dzień. Raz lepiej, raz gorzej, ale żadnych wyraźnych zmian z pokonaniem naszego narowu już się nie spodziewam! Nareszcie do mnie dotarło to tak do końca, definitywnie! Tak to już w życiu jest – ktoś na przykład rozrzuca skarpetki, i trzeba nauczyć się z tym żyć, a ktoś – się wyrywa, i to ten fakt też trzeba przyjąć z godnością… Choć nie oznacza, żeby się poddać… Tylko po prostu – zaakceptować i iść dalej. Mając to na uwadze. Taki to wyszedł mi wpis – pierwszy w tym roku, a podsumowujący kolejny etap naszej ze Spartkiem znajomości.

Podcast 1: „Leningradzka Stajenka Muzyczna”

Drodzy Przyjaciele Spartana!

Święta to czas przyjemności bycia z najbliższymi, a że jesteście niewątpliwie częścią naszej Spartańskiej społeczności, postanowiliśmy z Mateuszem zawitać do Waszych domów właśnie dziś, kiedy wypoczywając po dwóch dniach intensywnego świętowania, być może zajrzycie na bloga, a tu – niespodzianka!

Tym razem zapraszamy do wysłuchania podcastu, jaki przygotowaliśmy z Mateuszem, a poświęcony jest – uwaga – Rosyjskiej twórczości muzycznej dla Koniarzy!

Kilka dobrych rosyjskich kawałków, trochę gadania między kolejnymi piosenkami, ot, i cały podcast 🙂 Mam nadzieję, że Wam się spodoba…

Tak przy Świętach, dla odmiany, bo ileż można pisać o Spartku i jego wychowaniu 🙂

W naszym podcaście usłyszycie następujące utwory rosyjskich wykonawców:

Nikołaj Rastorguev i zespół Lube – „Koń

Boris Grebenshikov i zespół Akvarium – „Bielaja loshad’

Boris Grebenshikov i zespół Akvarium – „Koni bespredela”

Garik Sukachev – „Jechali kazaki”

Garik Sukachev – „Ej, jamshchik!”

Chizh i Ko – „Koń moj voronoj”

Nautilus Pompilius – „Koń”

Najk Borzov – Loshadka

Podcastu możecie posłuchać pod tym linkiem – serdecznie zapraszamy!

Kliknij, by posłuchać lub pobrać podcast „Leningradzka stajenka muzyczna”

Jeśli chcesz tylko posłuchać, bez pobierania, kliknij w strzałkę poniżej:

 

okladka_podcast1

Podcast „Spartańskie Wychowanie, czyli Jak z nim pracować i nie zwariować”

zdjecie1

W tym podcaście, przygotowanym przez Katarzyna Ściborowska, rozmawiamy o tym, jak i dlaczego zaczęłam prowadzić Spartkowego bloga; co sprawiło, że skrajne emocje, towarzyszące mi od pierwszych dni poznania Spartka – od miłości do nienawiści i z powrotem, wreszcie przekształciły się w akceptację, zrozumienie i tryb spokojnej, konsekwentnej pracy z tym koniem… Pracy, nie przynoszącej spektakularnych sukcesów, lecz stopniowo budującej nasze pozytywne relacje. Taką obraliśmy drogę, bo żadna inna, jak dotąd, się nie sprawdziła.
Jesteśmy ogromnie ciekawe Waszej opinii – czy, Waszym zdaniem, da się „przepracować” każde niepożądane zachowanie zwierzęcia? Wyeliminować utrwalony przez lata narów?
Jeśli macie własne przemyślenia na ten temat, zapraszamy do dyskusji w komentarzach!

Podcastu można posłuchać pod linkiem poniżej:
Przyjemnego słuchania!

Kliknij, by posłuchać podcastu „Jak z nim pracować i nie zwariować”

 

 

zdjęcie2

Kulisy nagrywania podcastu „Spartańskie Wychowanie, czyli Jak z nim pracować i nie zwariować”.

46366265_301810427093082_2048756664990957568_n

Co się dzieje, kiedy trenerka zaprosi do nagrywania podcastu właścicielkę trudnego konia (rzecz jasna, mamy na myśli Spartka)?
Zapraszamy do podglądania! Kulisy nagrywania podcastu „Spartańskie Wychowanie, czyli Jak z nim pracować i nie zwariować”. Hmmm… no właśnie, nie zwariować… Czy Im się udało? Dowiecie się już w najbliższy poniedziałek 19 listopada!

Obejrzyj kulisy nagrywania podcastu „Spartańskie Wychowanie, czyli Jak z nim pracować i nie zwariować”

 

Czy rudy koń może mieć czarne nogi? A osiem nóg?

 Czyli o niepotrzebnych emocjach w pracy z końmi

Wczoraj straszliwie się pokłóciłam ze Spartkiem… O mało nie doszło do rękoczynów… Z czego nie jestem dumna. A było tak. W piątek i sobotę nie mogłam dotrzeć do stajni, więc koń miał wolne. Nie wiem, czy tęsknił czy też docenił parę dni wolnego. Fakt faktem, że w niedzielę, gdy zjawiłam się w stajni z Mateuszem i kamerą, by nagrać losowanie nagrody w konkursie na ulubiony cytat z książki Spartańskie Wychowanie, czyli Dlaczego Pat Parelli ma wąsy, koń się ucieszył. Ucieszył się jeszcze bardziej, gdy się okazało, że cała jego praca danego dnia polega na wybraniu jednego z pięciu jabłek ponumerowanych od 1 do 5, po czym zjedzeniu całej reszty… Nagrywaliśmy też jego radosne chrumkanie, cmokanie i mlaskanie w trakcie spożywania nagród, więc mówiąc szczerze – nie napracował się chłopak, zato się najadł. No i komuś najwyraźniej woda sodowa do głowy uderzyła. Gdy po niedzielnym leniuchowaniu i obżeraniu się, w poniedziałek zabrałam Spartka z padoku i po wyczyszczeniu zaprosiłam do pracy na linie, pierwsze, co zrobił mój koń, to wielkie oczy… „Słucham????” – wyczytałam w jego spojrzeniu. – „No chyba Ci się coś, pańcia, pomyliło”… I dał dyla. Czyli – tradycyjnie, wyrwał się i pociągnął mnie za sobą przez ponad pół ujeżdżalni. Jak wiecie, nauczyłam się w międzyczasie bardzo szybko przebierać nóżkami, więc tradycyjnie uczepiłam się końcówki liny jak rzep psiego ogona i gnałam za nim aż do skutku. Pech chciał, by w tym samym czasie na ujeżdżalni pracowali Lech i Ola… No cóż… Tym razem miałam świadków mojej „moralnej klęski”, co wcale nie dodało mi animuszu. Gdy zatrzymaliśmy się ze Spartkiem tuż przed stępującymi jeźdźcami, powiedziałam tylko „Sorry” i zaprowadziłam konia z powrotem na naszej miejsce pracy. Trochę udało nam się popracować w kłusie i w galopie w lewo, lecz gdy doszło do odesłania Spartka na koło w prawo, zaczęły się kłopoty. Notorycznie, z uporem maniaka wpychał się na mnie i zamiast iść na koło, lazł prosto do środka. Nie pomagały ani bat, ani zatrzymanie-wycofanie-odesłanie znów na koło – NIC! Parę razy naprawdę mocno użyłam bata, by odepchnąć go od siebie, na co tylko zamykał oczy, kulił uszy i całym sobą groził, że w końcu się doigram. Raz puściły mi nerwy i po korekcie liną po prostu go ochrzaniłam od stóp do głów. Na jedno odesłanie pomogło, ale następne było chyba jeszcze gorsze… Stanęliśmy w martwym punkcie. Spartan najwyraźniej czuł moją bezsilność i kompletny brak pomysłu na daną sytuację, więc uporczywie wpychał się przy każdym odesłaniu. Zmieniłam stronę. W lewo było lepiej. No ale chciałam poprawić prawą! I nic! Zobaczyłam, jak z zaciśniętymi zębami, zamkniętymi oczami i uszami przyciśniętymi do głowy uparcie robi to samo. Na pewno nie byłam skuteczna w korygowaniu. Im dalej, tym gorzej. Po raz pierwszy w życiu miałam rękę zmęczoną od machania liną. Musiałam zrobić krok wstecz i poćwiczyć samo przestawianie przodu w prawo i w lewo, co wychodziło śpiewająco. Więc gdy opadałam już z sił, stwierdziłam, że na tym skończymy. Gdy godzinę później podeszłam do niego, by zaprowadzić do koni, podczas gdy on skubał resztki trawy w zakątkach ujeżdżalni, po raz pierwszy od paru lat skulił uszy. Nie chciał, bym podchodziła… Czułam się paskudnie, bo wiem, że cokolwiek nam nie wychodzi w pracy, to wina leży po mojej stronie. Jego wyrwanie się na samym początku treningu sprawiło, że zaczęłam popełniać błędy, a dalej już było tylko gorzej… Cały wieczór czułam się fatalnie, wiedząc, że coś zepsułam. Dlaczego dałam się ponieść emocjom? Zwłaszcza tym negatywnym? Przecież nie od dziś wiem, że Spartan czasem się wyrywa. Skąd te nerwy? A przede wszystkim – po co?

IMG_4024

Dlatego też dziś, gdy jechałam do stajni, wiedziałam, że musimy się pogodzić. O ile koń w ogóle będzie chciał ze mną rozmawiać, czyli – w naszej wersji – o ile da się sprowadzić z padoku… Na spokojnie przyniosłam pod ujeżdżalnię cały sprzęt, zerkając, jak konie powolutku ściągają bliżej stajni. Zlokalizowałam Spartka i ze zdziwieniem odkryłam, że ukrywa się za Uranem. Dostrzegł moje przybycie do stajni i najwyraźniej stwierdził, że wypadałoby dać mi nauczkę. A niech pańcia myśli, że zniknął. Że ją zostawił, zabrał swoją skrzynkę ze szczotkami, kopystkę pod pachę – i trzasnął drzwiami. A niech się podenerwuje! Tak najprawdopodobniej to wykombinował… Ukradkiem spojrzałam na Urana i zobaczyłam, jak zza jego pleców na sekundę pojawia się bezczelny czarny ryjek z nastawionymi w moim kierunku uszami i natychmiast znika. Rozbawił mnie. Odwróciłam się ostentacyjnie tyłem do koni, ale po chwili ukradkiem znów zerknęłam w stronę Urana. Uran właśnie zrobił parę kroków. Ewidentnie musiało przybyć mu nóg. Oprócz czterech rudych widziałam, że jeszcze jakieś czarne przemieszczają się w tym samym kierunku i z tą samą prędkością. Gdy Uran się zatrzymał, znów zobaczyłam, jak zza jego pleców na chwilę wychylił się Spartek, szybko mnie zlokalizował i znów się schował. Z jednej strony chciało mi się śmiać, lecz z drugiej – nie byłam pewna, czy tu chodzi o żart czy też o prawdziwy bojkot. Na spokojnie weszłam na padok, witając po drodze wszystkie napotkane konie, i udałam się w kierunku Spartka. Obeszłam Urana i zobaczyłam rozczarowaną minę Spartka – jednak jego fortel się nie udał. Gdyby chociaż wybrał sobie czarnego konia… Myślę, że Uran też był wielce zdziwiony, bo wcale się ze Spartkiem nie przyjaźni. Wręcz powiedziałabym, że utrzymują zazwyczaj zdrowy dystans. Ale może i to było przez Spartka wzięte pod uwagę – pewnie pomyślał, że za kim jak za kim, ale za Uranem go szukać nie będę. No i wydało się. Jak nic – odkryłam Spartkową kryjówkę. Gdy już stanęłam naprzeciwko niego z uśmiechem na ustach, natychmiast żwawo ruszył w moją stronę. Cichutko zarechotał na powitanie, a ja go przeprosiłam za „wczoraj”. Po drodze na ujeżdżalnię opowiedziałam, jakie mamy plany na dziś – praca w ręku z bliska, trochę wspólnego biegania i praca z siodła – „Będzie Pan zadowolony!!!” 🙂 I był! Już po ciemku kucnęłam sobie w pobliżu konia, gdy on tradycyjnie wyjadał trawkę, a on przyszedł i wtulił pysk w mój policzek… I chwilę tak stał – przytulony. Jak nie on. Echhhh, mój romantyk.

Tak oto człowiek się nadenerwuje, nastresuje, namyśli, a chłop – jak to chłop – następnego dnia obróci wszystko w żart i zapomni o sprawie. A ja pół nocy nie spałam… No – samo życie…

„Sum-czums”, pół kilo bocianów i inne historie, czyli nie tylko hucuły zaliczają wpadki…

Tyle już pisałam o tym, że ciągle zdarzają się głupie wpadki z udziałem głównego bohatera moich opowieści. Będę jednak szczera, i powiem Wam, moi Drodzy Czytelnicy, że głupkowate historie zdarzały się w moim życiu na długo przedtem, zanim poznałam Spartana… A więc – przestańmy zwalać całą winę na mojego hucuła. I spójrzmy prawdzie w oczy – jego pańcia od dawna słynie ze spektakularnych wpadek… Hucuł tylko godnie podtrzymuje tradycję rodzinną.

By opowiedzieć Wam o moich przygodach, znów musimy się przenieść do przeszłości i sięgnąć pamięcią pierwszych lat mojego pobytu w Polsce. A więc – mój pierwszy rok w Lublinie, w szkole językowej dla obcokrajowców. O tym, jak się w Polsce znalazłam, wraz z garstką moich kolegów i koleżanek ze szkoły, pisałam już wcześniej Pierwszy Flash Mob, czyli Forrest Gamp a la russe…

A więc – szczęśliwie dotarliśmy do Lublina, gdzie zamieszkałam w akademiku o wymownej nazwie Babilon, w czteroosobowym pokoju wraz z moimi nowymi koleżankami – Swietą, Anią i Julią. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy i choć drobne kłótnie i nieporozumienia zdarzały się regularnie, jak to wśród dziewczyn, ogólnie – było dobrze. Ze znajomością języka polskiego – trzeba przyznać – było słabo. Niby każda z nas uczęszczała na kursy językowe przed przyjazdem do Polski, lecz jak się okazało, słownictwo, jakie poznawałyśmy na lekcjach, było, jak to się mówi, niewiele przydatne w życiu codziennym. Ja, pamiętam, uczyłam się nowych polskich słówek z podręcznika do historii sztuki – jedynej książki, jaką miałam do dyspozycji w Petersburgu do poczytania. Na zajęciach rozdawano nam jakieś kserówki z ćwiczeniami, ale miałam zwyczaj je gubić, więc nie pozostawało mi nic innego, jak brnąć przez słownictwo mocno specjalistyczne. Tak więc gdy do naszego pokoju w akademiku już pierwszego dnia zapukał sąsiad i zapytał, czy mamy pożyczyć garnek, żadna z nas nie zrozumiała ani słowa… To było zabawne. Po naszych zdezorientowanych minach kolega od razu pojął, że albo trafił na niemowy, albo – na obcokrajowców. To było nasze pierwsze spotkanie z mieszkającymi w tymże Babilonie Polakami. Wkrótce się okazało, że mamy wspaniałych sąsiadów, którzy bardzo chcieli nam pomóc w przyswojeniu nie tylko polskiego słownictwa, ale i kultury młodzieżowej. Pamiętam, jak przynosili nam do posłuchania kasety magnetofonowe z nagraniami T.Love czy Budki Suflera. Puszczali polskie kultowe piosenki w oczekiwaniu, że na pewno załapiemy drive’a, że spodobają nam się teksty i melodie. Chłopaki, widać, byli zakochani w swoich wykonawcach, a my próbowałyśmy robić dobre miny do złej gry i po przesłuchaniu kolejnej kasety, puszczałyśmy swoje, rosyjskie nagrania – DDT, Kino czy Alisę, co powodowało, że koledzy smutnieli i choć próbowali załapać, o co chodzi w naszych ulubionych piosenkach, też słabo im wychodziło z udawaniem entuzjazmu. Bardzo chciałyśmy zrozumieć teksty polskich piosenek. I wieczorami, słuchając kasety po raz setny, próbowałyśmy spisać tekst piosenki, by w końcu popisać się przed naszymi sąsiadami, że wiemy, o czym się śpiewa. Prawie nam się udało… Któregoś dnia Julka zaprezentowała naszym nowym znajomym cały tekst jednej z piosenek, twierdząc, że nauczyła się jej na pamięć i będzie mogła iść z chłopakami na koncert, nie rozumie tylko jednego słowa – „sum-czums”… Co by to mogło znaczyć? No bo „Stała pod ścianą” – rozumiemy. „Kakao” – też, ale co by mogło znaczyć to „sum-czums”. Pamiętam, że po rozwiązaniu tej zagadki, śmialiśmy się wszyscy do rozpuku i do dziś, gdy słyszę tę piosenkę, pamiętam nasze zgadywanie i rozmaite wersje, jakie padały, gdy próbowałyśmy zrozumieć znaczenie tego brzmiącego z chińska wyrazu…

W pierwszych miesiącach pobytu w Polsce nieznajomość języka starałyśmy się nadrabiać uśmiechem. Tym niemniej, każde wyjście na zakupy stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie. Tuż przy naszym akademiku znajdował się niewielki kiosk, w którym można było kupić podstawowe artykuły spożywcze – świeży chleb, mleko, jakieś serki, zupki w proszku, soki, przyprawy, słodycze. Nikt z nas nie lubił jednak wycieczek do kiosku, ponieważ sprzedawał tam ponury pan, z którym trzeba było rozmawiać przez okienko, a więc – należało wyraźnie formułować, o co nam chodzi. Pan z kiosku nie miał poczucia humoru ani cierpliwości do naszych rozterek przed okienkiem. Zatem – najpierw układałyśmy w głowie po kolei, co i jak należy powiedzieć. Któregoś dnia zapragnęłyśmy zrobić sałatkę. Zabrakło nam jednego z podstawowych składników. Wypadło na mnie, więc poleciałam do kiosku, kombinując po drodze, jak mam to panu powiedzieć, by znów go nie rozzłościć. A chodziło o majonez. Nie byłam pewna, jakby to mogło brzmieć po polsku, więc wzięłam to, jak to się mówi, na chłopski rozum. Jeśli po rosyjski jest „sintez”, a po polsku – „synteza”, to rosyjski „majenez” to z pewnością będzie „majoneza”. Uradowana, że tym razem obejdzie się bez wpadki, uśmiechnęłam się przed okienkiem i wyraźnie zapytałam pana: „Jest może majoneza?”. W odpowiedzi usłyszałam, jak krzyczy w swoim kiosku” „Majonez, do jasnej cholery! Nie majoneza!!! Majonez!!!”. Struchlałam i – już nic nie mówiąc – czekałam, czy w okienku pojawi się słoiczek tego, o co mi chodziło. Po chwili walnął słoikiem o metalową półkę i zgarnął piętnaście tysięcy, które już wcześniej na tejże półce położyłam. Rzucił mi resztę i zatrzasnął okienko. To był wietrzny dzień.

Sałatka, pamiętam, była wyjątkowo smaczna. Zresztą, wszystko nam smakowało. Okazało się bowiem, że stypendium, które nam przyznano w całkiem słusznej wysokości, mimo wszystko, starczało głównie na kosmetyki, ciuchy i rozrywki… Jednym słowem, szkoda było wydawać kasę na jedzenie. Próbowałyśmy z dziewczynami różnych strategii gospodarowania naszym budżetem, jednak tak czy owak wydatki na artykuły spożywcze wciąż stanowiły jego drobny ułamek. Pewnego dnia, parę tygodni po tym, jak sprowadziłyśmy się do Lublina z różnych części Rosji, do naszej koleżanki Julii zawitał znajomy z kamerą. Chciał nakręcić dla rodziców Julii film i wysłać kasetę z nagraniem do Workuty, gdzie mieszkała i czekała na wieści od córki jej rodzina. Pamiętam, jak lataliśmy z kamerą po Lublinie, potem – po akademiku, prezentując lokalizację naszego pokoju, wspólnej kuchni na korytarzu, łazienek… Każda z nas powiedziała coś od siebie, a na koniec Julia miała powiedzieć coś rodzicom. No i powiedziała… „Mamo, tato, wszystko nam się tu podoba, jest nam bardzo dobrze, wszyscy są dla nas bardzo mili, nauka idzie wspaniale… wszystko w porządku… tylko jeść się bardzo chce…”. I z tym przesłaniem kaseta poleciała do Workuty. Miesiąc czy dwa później dostałyśmy paczkę z suszoną jeleniną, kawiorem i mnóstwem smakołyków, którymi próbowałyśmy częstować naszych nowych przyjaciół z akademika, lecz ani jelenina, ani kawior jakoś nikomu nie smakowały…

Starałyśmy się z dziewczynami, by nasz pokój był w miarę naszych skromnych możliwości przytulny i by różnił się od pozostałych pokoi czteroosobowych… Chciałyśmy stworzyć namiastkę domu, zwłaszcza że w weekendy akademik pustoszał – wszyscy wyjeżdżali do swoich bliskich, a my miałyśmy nasz dom tu, w Babilonie, i miał być piękny. Czysty i przytulny. Dlatego też już pod koniec października, gdy ściany były odmalowane, meble poustawiane po-naszemu, a parę kwiatków zagościło na parapecie, stwierdziłyśmy, że mimo wszystko czegoś brakuje. Brakuje domowego ciepła. Akurat w tym czasie wszędzie, dosłownie na każdym kroku zaczęto sprzedawać na straganach przepiękne kolorowe świeczuszki w szklanych pojemnikach – a to z serduszkiem, a to w wymyślne wzorki… Białe, żółte, czerwone – cudo! Nie były drogie, postanowiłyśmy więc jeszcze trochę zainwestować w wystrój. Kupiłyśmy chyba z dziesięć różnych – mniejszych i większych świec i gdy wszyscy nasi koledzy i wszystkie koleżanki z Babilonu wyjechali na długi weekend do swoich miejscowości, urządziłyśmy kolację przy świecach. Było cudownie. Świece paliły się dłuuuugo – zapalałyśmy każdego wieczoru, gdy robiło się ciemno… To był weekend Święta Zmarłych, lecz o tym nie wiedziałyśmy… Tak czy siak – w pokoju było przytulnie. O tym, że też przy okazji nieco cmentarnie – dowiedziałyśmy się, gdy wszyscy wrócili z weekendu, i zaczęli zaglądać do nas z pytaniem, dlaczego palimy w oknie znicze…

candle-2871440_1920

Rok później pojechałam na studia polonistyczne do Poznania. Dlaczego wybrałam Poznań? A kto to wie? W trakcie pierwszego roku w Polsce zwiedziłam parę głównych polskich miast, ze stolicą i Krakowem włącznie. W Poznaniu nie byłam. Stwierdziłam zatem, że czas najwyższy tam jechać, więc mając możliwość wyboru uczelni wyższej, wybrałam Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza. I nie żałuję. Choć pierwsze lata na studiach nie były łatwe. Rzecz w tym, że byłam jedynym obcokrajowcem wśród ponad dwustu studentów pierwszego roku polonistyki. Byłam więc dziwolągiem. A na dodatek – już podczas pierwszych zajęć, gdy – rzecz jasna – zapytano mnie, jak mi się podoba w Poznaniu, za bardzo się popisałam szczerością. Powiedziałam bowiem, że to piękne miasteczko, bardzo miłe i przytulne, i szybko się w nim odnalazłam, bo tu wszystko takie małe i swojskie. Rzeczywiście, w ciągu kilku dni z mapą w ręku przeszłam cały Poznań wzdłuż i wszerz, więc powiedziałam prawdę. Pamiętam, że połowa studentów mnie znienawidziła… A może nawet nie połowa, tylko sto procent. Część bowiem przyjechała z naprawdę małych miejscowości, a część – mieszkających w Poznaniu – poczuła się dotkniętych osobiście. Tak więc na studiach na początku w ogóle nie miałam przyjaciół. Na dodatek nasz prorektor, a jednocześnie wykładowca, na każdych zajęciach z literatury starożytnej, omawiając którykolwiek z tematów zaczerpniętych z literatury łacińskiej, miał zwyczaj pytać: „A co pani na to jako Rosjanka?”… I co ja na to? Musiałam więc być zawsze przygotowana, bo wiedziałam, że jako Rosjanka będę musiała zabrać głos. I choć spędzałam długie godziny w czytelni filologii klasycznej, próbując znaleźć odpowiednie stanowisko w sprawie poezji Owidiusza – oczywiście, jako Rosjanka – uwielbiałam profesora Mikołajczaka.

Jak już wspomniałam, na dzień dobry zraziłam do siebie niemal wszystkich kolegów ze studiów, jednak w przerwach pomiędzy wykładami czasem zamienialiśmy ze sobą parę słów. Żeby dopełnić obrazu mojej alienacji, dodam jeszcze, że ulokowano mnie w najodleglejszym od centrum Poznania akademiku, mieszczącym się w okolicach Nowego Zoo, przy ul. Nieszawskiej. I, rzecz jasna, w pierwszym roku mojego pobytu w Poznaniu byłam jedyną studentką polonistyki – wśród ponad dwustu studentów – zamieszkującym tenże odległy akademik. Reszta przyjezdnych studentów uczyła się razem na korytarzach akademików w centrum miasta, wymieniała się książkami, razem jechała rano na uczelnię. Dlatego też któregoś dnia, w rozmowie pomiędzy wykładami, gdy koleżanki-polonistki zapytały mnie, jak mi się mieszka w tym dziwnym akademiku na wygwizdowie, zaczęłam opowiadać ze szczegółami, jak tam się wspaniale mieszka, jak szybko tramwaje mkną przez pustkowia, wioząc mnie na ósmą na pierwszy wykład, jak cudownie po zajęciach założyć rolki i udać się do Nowego Zoo, gdzie znam już każdą zebrę, każdą wydrę i każdego bawoła… Jak cudowne są pokoje w akademiku… Akurat trafił mi się trzyosobowy, gdzie oprócz mnie mieszkają dwie dziewczyny z tej samej miejscowości, bardzo ze sobą zżyte, papużki-nierozłączki. I studiują prawo… A ja – zupełnie z kosmosu, z polonistyki, i na dodatek jako trzecia. Ale i tak jest bardzo fajnie, bo każda z nas ma swój nocnik… Koleżanki-polonistki spojrzały na siebie ze zdziwieniem… Naprawdę? Tak, cudownie, to bardzo ułatwia naukę po nocach… Okey… – pomyślały koleżanki-polonistki. I więcej już o nic nie pytały. Z pewnością wyobraziły sobie, że po nocach, przysypiając nad kolejną lekturą, rzeczywiście znacznie wygodniej jest korzystać z nocnika, zamiast latać do toalety, tracąc cenne minuty… Logiczne. Tyle że miałam na myśli lampkę nocną, która po rosyjsku nazywa się „nocznik”… False-friends…

Wracając z uczelni do akademika, często wysiadałam z tramwaju na Placu Wielkopolskim, gdzie mieścił się targ warzywno-kwiatowo-owocowy. Lubiłam robić tam zakupy. Któregoś dnia, mając ochotę na coś wyjątkowego, postanowiłam przyrządzić sobie na kolację coś, o czym po raz pierwszy usłyszałam od znajomych z akademika. To coś podobno można było kupić właśnie na targu, po czym obtoczyć w jajku i bułce, sól pieprz do smaku – i na patelnię. Wszyscy twierdzili, że smakuje nieziemsko. Stwierdziłam więc, że czas najwyższy przestać oszczędzać na jedzeniu, tylko kupić wreszcie coś dobrego do jedzenia. Podeszłam więc do stoiska, na którym wypatrzyłam mój upragniony składnik i powiedziałam: „Pół kilo bocianów poproszę”. – „Słucham?” – „Pół kilo bocianów!”. – „Ale – proszę Panią – bocianów się nie je!” – „Jak to się nie je? Smażone są bardzo dobre!”… Konsternacja… Pan nie miał więcej argumentów, spojrzał więc na kobietę handlującą tuż obok pomidorami, szukając w niej wsparcia… Ja byłam absolutnie pewna, że się je! „To ja nie mam bocianów” – powiedział sprzedawca, mocno zdenerwowany. „A to – to co to jest?” – i wskazałam ręką koszyk z boczniakami…

Tak że tego – nie tylko hucuł lubi się wygłupić… Jego pańcia wcale nie jest lepsza… Że już nie wspomnę o historii z „szybkim numerkiem”, ale to na kolejną opowieść 🙂 Co za dużo to niezdrowo, i tak wyszedł mi tym razem wyjątkowo długi i w ogóle niekoński wpis… Kto doczytał do końca, ten zuch i mołodiec!!!

 

 

Przepis na jesienną chandrę

Generalnie rzecz biorąc, jesień jest piękna… Są jednak takie dni – na przykład dzisiaj – że ponad pięknem i wspaniałymi kolorami tej pory roku nagle zaczyna wychylać się ponurość, smutek i ogólny spadek energii życiowej. Mówiąc w skrócie – zwykła jesienna chandra… Przypadłość dość rozpowszechniona o tej porze roku.

Nie pisałabym jednak o tym, no bo po co komu czytać o czyichś nastrojach czy smutkach, gdybym nie miała przepisu na poprawienie nastroju.

A więc – Przepis na Jesienną Chandrę:

Weź kilka jabłek, 2-3 dorodne marchewki, tyleż buraków, odrobinę słonecznika, garsteczkę owoców dzikiej róży, łyżkę miodu, pół szklanki zagotowanej ciepłej wody. Jabłka, buraki i marchewki pokrój w kostkę i wrzuć do pojemnika. Dodaj słonecznik i dziką różę. Miód zalej wodą w słoiku. Możesz dodać łyżkę octu jabłkowego. Zapakuj to wszystko do samochodu i jedź do konia…

owoce i miód

Nic tak nie poprawia samopoczucia, jak wizyta w stajni – niezależnie od pogody, nastroju czy okoliczności. Gdy po raz setny próbujesz stoczyć nierówną walkę z bałaganem, jaki panuje w Twoim domu, i ponosisz kolejną klęskę, gdy wszystko, dosłownie wszystko, leci ci z rąk i zaczynasz się podejrzewać o zaburzenia koordynacji ruchowej, weź głęboki oddech, i zostawiając za sobą wiele spraw nierozstrzygniętych, jedź do stajni…

Nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, ale – w moim przypadku – zasada ta sprawdza się za każdym razem. Gdy budzę się nieraz z bólem głowy i wiem, czy tym razem nie pomogą żadne proszki, amole ani inne wynalazki, jedyną szansą, by zapomnieć na parę godzin o fizycznych dolegliwościach, jest spotkanie ze Spartkiem. Nie uwierzycie, ale jeszcze po drodze do stajni czuję, jak ból ściska mi skronie… Jadę i zastanawiam się, co ja w tym stanie będę mogła zrobić z koniem… I po co właściwie jadę? Wysiadam z samochodu, wyjmuję swoje przyszykowane w domu pakunki i kieruję się do siodlarni, by się przebrać, zerkając po drodze na pasące się w oddali konie. Wypatruję mojego rumaka, lokalizując go zazwyczaj po Cześku. Gdy widzę niewielkie szare ciałko naszego oślego przyjaciela, szybko rozpoznaję znajdującego się zawsze w pobliżu Spartana. Za każdym razem tak samo mnie to wzrusza i już uśmiechnięta idę do stajni. Póki się przebieram, szykuję sprzęt i ekwipunek, planując dzisiejszy dzień ze Spartkiem, zapominam nie tylko o bólu głowy, który dokuczał mi od rana, ale też o reszcie spraw, które za sobą zostawiłam. Od momentu, gdy ruszam po konia na padok, reszta świata przestaje istnieć. Dalszy przebieg zdarzeń stajennych zależy, jak wiecie, od wielu okoliczności. Nie ma to jednak żadnego znaczenia – przez kilka godzin myślami jestem „tu i teraz”, a to – zdaje się – jest jedyną możliwością, by poczuć, uchwycić i docenić bieżącą chwilę, życie w jego najgłębszej istocie.

Istnieje wiele wspaniałych myśli, dotyczących tego, że życie jest świadomym odczuwaniem teraźniejszości, bieżącej chwili, łapaniem wspaniałych momentów, umiejętnością skupiania się na rzeczach drobnych, dziejących się „tu i teraz”. Nie wiem, jak dla Was, ale w moim przypadku wcale nie jest to proste. Mam paskudny zwyczaj wybiegania myślami w przyszłość, nawet w perspektywie kilku kolejnych godzin czy dni, lub rozpamiętywania przeszłości – analizowania, co się zdarzyło, dlaczego i co z tego wynika. Ok, taka już jest przypadłość człowieka – istoty, obdarzonej świadomością… To dlatego przebywanie z końmi daje mi szansę na wyrwanie się z tego kołowrotka myślenia o tym, co było, o  tym, co będzie. Będąc wśród koni, reagujemy na rzeczy dziejące się w danej chwili, planujemy w ramach zastanej sytuacji i nie wybiegamy za daleko w przyszłość.

Konie reagują w ułamek sekundy, ale nie rozpamiętują przeszłości. I już na pewno nie planują sobie kolejnego dnia. Owszem, zapamiętują przykre dla nich zdarzenia, a niektóre wypadki mogę przerodzić się w powstawanie fobii. Jeśli zaś chodzi o Spartka, to mam wrażenie, że on naprawdę potrafi wymazać z pamięci przykre zdarzenia. Ot, na przykład, nasza niefortunna przygoda z zaimrowizowanym przeze mnie mini-lonżownikiem. Gdy zechciało mi się w sierpniu tego roku popracować ze Spartkiem na wolności na mniejszym, ogrodzonym terenie, kupiłam w markecie kilkaset metrów taśmy budowlanej i uzbrojona w pachołki do grodzenia padoków, udałam się na ujeżdżalnię, by „zbudować” nam niewielki, ogrodzony raczej „formalnie” lonżowniczek. na lonżowniku z taśmyPowtykałam pachołki, pociągnęłam biało-czerwone taśmy naokoło, zostawiając miejsce na furtkę i zadowolona z siebie poszłam po konia. Spartek uważnie przyglądał się pracom konstrukcyjnym i zdaje się – nawet był zaintrygowany. Bez problemu wprowadziliśmy się na nasz mini-lonżownik, zdjęłam mu kantar i zaczęliśmy pracować. Poszło nadzwyczaj dobrze. Koń chętnie, z energią szedł do przodu, prezentując nieraz naprawdę piękne rozciągnięcie w kłusie. Byłam ogromnie zadowolona. Kasia, obserwująca naszą pracę i podpowiadająca, co ewentualnie można byłoby zmienić, porobiła nam kilka ładnych zdjęć… W momencie, gdy postanowiłam zakończyć pracę i podziękować Spartkowi, a wręcz właśnie odrzuciłam bacik na bok i zrobiłam krok w stronę zadowolonego konia, zerwał się gwałtowny wiatr. Już wcześniej zanosiło się na burzę, ale nic nie zapowiadało, że nagły podmuch powietrza dosłownie zmiecie nas z ujeżdżalni! Co się stało z taśmami budowlanymi, które otaczały nas ze Spartkiem ze wszystkich stron? Nie, nie zerwały się – było znacznie gorzej! Szeleszcząc, niczym atakujące jadowite węże, rzuciły się na Spartka ze wszystkich stron, targane wiatrem. Byliśmy w pułapce. Szalejące na wietrze taśmy sięgały ponad połowy lonżownika, pachołki się wyginały, a ja w pośpiechu próbowałam otworzyć którąkolwiek ze stron, by uwolnić przerażonego Spartka. Już mi było wszystko jedno, czy je pozrywam, czy otworzę „furtkę”, byleby koń mógł wyjść z tej pułapki. Spartan miotał się pośrodku, a ja zębami darłam taśmy. W końcu się udało i koń wyfrunął z lonżownika… Byłam załamana. Tak piękna praca, jego zaufanie wobec mojej konstrukcji, całkowity spokój, jaki zachował przez cały czas trwania treningu – i taki koszmar na koniec… Czy miał prawo nabrać przekonania, że moja konstrukcja z taśm budowlanych nie jest bezpiecznym miejscem? Że lepiej tam więcej nie wchodzić? Za żadne skarby? Owszem, miał prawo… I z tymi myślami jechałam do stajni następnego dnia – zastanawiając się, czy w ogóle ma sens budować dziś od nowa nasz lonżownik i próbować w nim pracy z koniem na wolności. Tym razem dzień był zupełnie bezwietrzny, ale z tyłu głowy miałam obawę, że koń może zwyczajnie nie chcieć wejść tam, skąd poprzedniego dnia musiał uciekać w popłochu. Tym niemniej ustawiłam pachołki, naciągnęłam taśmę i przygotowana na najgorsze – zaczęłam wprowadzać Spartka przez tasiemkową furtkę naszego lonżownika. Myślałam, że zaraz zrobi w tył zwrot… „Puknij się w głowę, pańcia… na lonżowniku z taśmy 2Po moim trupie…” – tych słów, oczywiście wyczytanych w Spartkowym spojrzeniu, właściwie się spodziewałam. I tu mnie zaskoczył. Jakby nigdy nic wszedł do środka i się rozejrzał. Chyba ocenił sytuację, biorąc pod uwagę siłę i kierunek wiatru danego dnia, i stanął na środku przygotowany do pracy. I co ja mam o tym myśleć? Albo on naprawdę nie zaprząta sobie głowy drobnymi niepowodzeniami dnia poprzedniego, albo jest urodzonym optymistą, i wierzy, że piorun nie trafia dwa razy w to samo drzewo…

Czyż nie powinnam się od niego uczyć? Powinnam… Mógłby nawet prowadzić warsztaty dla pesymistów i osób ze skłonnością do depresji.

I właśnie dlatego – mimo że dopadła mnie jesienna chandra – zaraz szykuję naszą Jesienną Potrawkę i jadę do stajni. Skubnąć przy Spartku odrobiny optymizmu i witalności 🙂

Gdzie są prawdziwki, tam są i muchomory…, czyli o koniach, grzybach i kulturze osobistej…

W tym roku mieliśmy wyjątkowo piękną i słoneczną złotą jesień…  Do lasów, otaczających naszą stajnię w Olszewnicy, tradycyjnie, jak co roku, ściągały tłumy spacerowiczów, grzybiarzy, rowerzystów i biegaczy, pragnących weekendowego wypoczynku na łonie przyrody. Odrębną kategorię odwiedzających stanowią rodziny z dziećmi, przyjeżdżające regularnie, by pokazać swoim pociechom oswojonego dzika i nakarmić tzw. „biżuterię”, czyli stado kóz, owiec i świń, mieszkających w stajni wraz z końmi, krowami, bykiem i osłem Czesławem. Powiem szczerze, gdy widzi się to całe towarzystwo po raz pierwszy, to robi to wrażenie…

Rowerzyści, biegacze, spacerowicze – szybko znikają na leśnych ścieżkach, a więc nie będą bohaterami tej opowieści. Jak się domyślacie, będę się pastwić na zbieraczami grzybów. Od razu dodam, że sama uwielbiam grzyby zbierać i jeśli tylko nadarzy się okazja, gnam do najbliższego lasu z koszykiem w ręku. Znam ten rozbiegany wzrok, wbity w leśną ściółkę, te przyspieszone ruchy sięgnięcia po dorodnego podgrzybka – tak jakby miał szansę przed nami uciec, jeśli nie rzucimy się na niego z nożem w ręku natychmiast… Sama się z siebie śmieję, gdy krążąc po lesie, nagle dostrzegam ciemnobrązowy okrąglutki kapelusik i ze słowami „Mam Cię!” rzucam się przed nim na kolana. I – co ciekawe – nie wiem, czy też tak macie: jednego się ścina i wkłada do koszyka, a oczy już plądrują najbliższe otoczenie w poszukiwaniu kolejnych, wiadomo bowiem, że grzyby lubią trzymać się razem. Jest jeden, to zaraz będzie kolejny, i żeby broń Boże go nie przegapić. Wiem doskonale, czym jest ponure, bezsensowne krążenie po lesie, gdy grzybów nie ma… To uczucie tak dołujące, że lepiej nie mówić. A przecież nie o to chodzi, że nie będzie co wrzucić wieczorem na patelnię! Bo – szczerze mówiąc – za jedzeniem grzybów nie przepadam. Chodzi tu o sam proces, nie o efekt końcowy.

Dlatego rozumiem bardzo dobrze grzybiarzy i  ich tłumną obecność w otaczających stajnię lasach. Las jest dla wszystkich. Mam jednak do nich jedno „ale”. Nie do wszystkich, rzecz jasna, ale trudno mi będzie wymienić co niektórych z imienia i nazwiska, bo nie dane było nam się poznać. A szkoda… A teraz – do sedna. Bowiem jeśli też należysz do kategorii grzybiarzy, przeczytaj to i postaraj się nas, jeźdźców, zrozumieć. Bo teraz spojrzę na grzybobranie z perspektywy koniarza… z Anią terenCzłowieka, który na końskim grzbiecie wybrał się na spacer do lasu. Dla tych, którzy kompletnie nie interesują się światem koni, fakt, że konie są zwierzętami płochliwymi może wydawać się czymś zaskakującymi. Tak, tak, te wielkie zwierzęta potrafią się przestraszyć byle czego – odgłosu łamiącej się gałęzi w lesie, nagle wylatującego spod końskich kopyt na ścieżce ptaka, szeleszczących krzaków… Konie zazwyczaj boją się czegoś, czego nie są w stanie natychmiast zidentyfikować. Jeśli bowiem zobaczą sarnę lub dzika, które wychodzą z lasu, przyjrzą mu się, może przez chwilę się zastanowią i pójdą dalej. Jeśli zaś końskich uszu dochodzą dźwięki, których nie jest w stajnie zidentyfikować, a – jak okiem sięgnąć – żywej duszy dookoła, konie mogą popaść w panikę. Na własnej skórze nie raz się przekonałam, że takie nieokreślone odgłosy natychmiast prowokują Spartka do ucieczki. Mój koń, gdy nie jest w stanie zidentyfikować źródła odgłosów, natychmiast daje nogę. IMG_8711

Rzecz jasna, próbujemy nad tym pracować, ale idzie nam opornie. To dlatego, gdy spacerujemy ze Spartkiem po lesie – w siodle czy z ziemi – i widzimy w oddali ludzkie postacie, drzemy się na cały regulator „Dzień dobry!”, licząc po cichu na odpowiedź. Naprawdę nie dlatego, że bierzemy Cię za koleżankę z klasy czy mylimy z sąsiadem. Chcemy jedynie, byś się odezwał ludzkim głosem, krzycząc w odpowiedzi „Dzień dobry” czy nawet „Pocałuj Ty mnie w dupę” – nieważne, bylebyś coś powiedział! I koń natychmiast się uspokoi. Będzie wiedział, że to coś, co przyczaiło się w krzakach za zakrętem i sapiąc i szeleszcząc torebką, czeka, aż podejdziemy wystarczająco blisko, by na nas wyskoczyć, to tylko człowiek. Bardziej lub mniej kulturalny, ale to już nie ma dla konia większego znaczenia. I dla jeźdźca w danej konkretnej sytuacji też. Lepiej jest bowiem usłyszeć kwiecistą wiązankę pod swoim adresem, niż próbować utrzymać się na spłoszonym, pędzącym na oślep przez gęsty las koniu.

IMG_8976To dlatego zarówno ja, jak i moje koleżanki ze stajni, jadąc w teren, z daleka zaczepiają napotkane osoby, licząc na odzew. Jakikolwiek… Ja, na przykład, często głośną krzyczę „Są jakieś grzyby?”, i wtedy zawsze słyszę „Nie ma”. (No wiadomo, kto ci powie, że są…). I to już wystarczy. Aha, no i już ostatnia sprawa. Gdy mija Was zastęp koni, które spokojnie, bez żadnych obaw, kroczą leśną drogą, i nawet wymieniliście sobie parę słów z jeźdźcami, jako znak sympatii nie koniecznie należy klepnąć zamykającego zastęp rumaka w tyłek… Bo może oddać, tym razem nie myląc Was z sarną, dzikiem ani innym leśnym zwierzem, tylko już zupełnie świadomie…

Więcej Spartkowych opowieści – w wersji książkowej – znajdziesz tutaj „Spartańskie Wychowanie, czyli Dlaczego Pat Parelli ma wąsy”

 

Zanim zapadnie cisza wyborcza, czyli o tym, jak Spartek dziś zagłosował…

Dawno mnie tu nie było… A to dlatego, że zamieszanie, związane z procesem wydawniczym naszych ze Spartkiem opowieści, wielotygodniowe prace redakcyjne i korektorskie na długo wybiły mi pióro z ręki… Zaniechałam pisania, zajęłam się promowaniem książki i w całości poświęciłam się mojemu głównemu bohaterowi…

A więc – już od paru miesięcy bywam w stajni każdego dnia. Wyjątki od tej reguły można by zliczyć na palcach jednej ręki. Przyjeżdżam zawsze po godzinie 16, a wtedy całe stado gromadzi się w pobliży ujeżdżalni, co znacznie ułatwia mi sprowadzenie Spartka do naszych codziennych, choć niezbyt wyczerpujących, treningów. Właściwie to Spartek na mnie czeka tuż przy bramce. Jeśli zdarzyło się czasem, że stado akurat przebywało gdzieś daleko, w najodleglejszej części pastwiska, wystarczyło, że poczekałam kilkanaście minut, i zgodnie z rozkładem dziennych migracji, za chwilę już widziałam uradowany pyszczek Spartana w pobliżu bramki. Cud-miód- malina…

Dziś jednak było inaczej. A na dodatek zupełnie nie miałam czasu na to, by czekać, aż całe stado przemieści się w pobliże placu do jazdy. Cóż, to był sprawdzian naszych ze Spartkiem relacji. Co prawda, parę końskich staruszków kręciło się przy kupkach siania, rozrzuconych tuż przy ujeżdżalni, ale ten fakt dla Spartka się nie liczy.

Większość stada pasła się hen daaaaleko, prawie pod samą asfaltówką. A tam gdzie większość, tam Spartek odnajduje się najlepiej. Spartan bowiem jest demokratą!

Po przeczytaniu książki Karstena Brensinga „Misterium życia zwierząt”, w której autor opisuje badania nad procesem podejmowania decyzji w stadzie pawianów i dochodzi do wniosku, że odbywa się to na zasadach demokratycznych, zaczęłam się zastanawiać, czy w społeczności koni również nie rządzą podobne reguły. Opowiem nieco bardziej szczegółowo. Powiedzmy, coś się dzieje… Niech będzie, że na drodze tuż przy pastwisku pojawia się ogromny, wydający przedziwne dźwięki, samochód odbierający śmieci segregowane – mówiąc prościej, jedzie śmieciara… W środku ogromnego kontenera słychać dźwięk tłuczonego szkła, co więcej, za chwilę to coś zatrzymuje się pomiędzy stajnią a pastwiskiem i zaczyna „piszczeć”, a kolorowe worki lecą do środka maszyny, co powoduje jeszcze większy hałas. Konie reagują różnie – niektóre podbiegają jak najbliżej, nadstawiają uszu i na zmianę wyciągają i opuszczają szyje, by przyjrzeć się potworowi, by za chwilę rzucić się do ucieczki. Inne trzymają się z daleka – zamierają w bezruchu i obserwują sytuację. Jest też garstka niezdecydowanych, co naprzemiennie rzuca się do ucieczki, lecz za parę metrów się zatrzymuje, odwraca się i czeka, co dalej… Mam nieodparte wrażenie, że o dalszym zachowaniu stada zadecyduje tzw. większość. Jeśli większa liczba osobników stwierdzi, że sytuacja jest naprawdę groźna i rzuci się do ucieczki, całe stado do nich dołączy. I nawet jeśli stojąca na czele stada starsza, doświadczona klacz będzie się trzymała z daleka, zachowując względny spokój, to jeśli liczna banda młodziaków popędzi jak najdalej od „stracha”, po chwili dołączy do nich reszta stada. Jak przedstawia w swojej książce Brensing, dokładnie w ten sposób podejmują decyzję pawiany. I, jak się okazało po moich kilku obserwacjach naszego Olszewnickiego stada, również konie! A już na pewno wiem, że w ten właśnie sposób decyzje podejmuje Spartan.

IMG_8789Nie raz miałam wątpliwą przyjemność obserwować zmianę jego nastawienia do naszej współpracy, gdy będąc z nim na ujeżdżalni widziałam, jak konie na pastwisku stopniowo przemieszczają się w jego dalsze zakątki. My ze Spartkiem w tym czasie ćwiczyliśmy, powiedzmy, z ziemi na linie. Najpierw oddalały się pierwsze osobniki, co nie robiło na moim koniu żadnego wrażenia. Po paru minutach w stronę odległej asfaltówki podreptała kolejna grupka koni. Uważnie śledziłam, w którym momencie mojemu koniowi puszczą nerwy. Im więcej koni się oddalało, tym stawał się bardziej niespokojny, a gdy większość sobie poszła, Spartan się wyrywał i z dzikim rżeniem zaczynał ganiać wzdłuż płotu ujeżdżalni, rozwalając po drodze przeszkody i próbując przedostać się przez pastucha lub nawet staranować metalową bramkę, również podłączoną pod prąd. Wszelkie próby przerwania tej szalonej galopady w zasadzie są daremne, mam bowiem wrażenie, że Spartan w takich chwilach rzeczywiście uważa, że przedostanie się do stada jest dla niego kwestią „być albo nie być”.

IMG_8811

W jego mniemaniu naprawdę walczy w takiej chliwi o życie! A decydującym momentem, odpalającym w jego mózgu „tryb alarmowy”, jest tzw. punkt przełamania, gdy liczba koni, które są daleko, zaczyna przekraczać liczbę tych, będących w pobliżu. I nieważne, że nieco dalej na ujeżdżalni pracują w pełnym skupienia Kasia i Asiek. Czymże jest obecność jednego kolegi wobec oddalania się większości?

W takich chwilach przestaje być ważne, że w zasadzie Spartan nie przynależy do żadnej stadnej koalicji, a jeszcze do niedawna nie miał w stadzie żadnych końskich kolegów.

IMG_2139

Stronił od wszelkiego rodzaju układów i roszad partyjnych. Właściwie od razu po wejściu do końskiej społeczności wybrał sobie za kumpla „(p)osła niezrzeszonego” Czesława i mimo jego dość autorytatywnych i częstokroć niesprawiedliwych rządów i zagrań, lojalnie towarzyszy mu niezależnie od okoliczności. Gdy Czesław przegina i za swoje rozróby grozi mu kopniak od znacznie większych i czasem doprowadzonych do granic wytrzymałości psychicznej kolegów ze stada, Spartan gna mu na pomoc co sił w nogach. Gdziekolwiek jest, rzuca wszystko i pędzi w sam środek zamieszania. Wynikiem Spartkowego poświęcenia czasem są kontuzje, o śladach pogryzień i kopniaków już nie wspominam. To się nazywa lojalność.

A opowiadam o tym dlatego, że dziś demokrata-Spartan po raz pierwszy w życiu dokonał słusznego wyboru! Po-pierwsze, bez większego sprzeciwu dał się sprowadzić z dalszej części pastwiska, gdzie pasła się większość koni. Ale to jeszcze nic! Powiedzmy, że w pobliżu ujeżdżalni przebywało paru staruszków i to zadecydowało o naszym pierwszym sukcesie. Rzeczą zupełnie dla nas niezwykłą stała się sytuacja następująca. Póki czyściłam Spartana tuż przy płocie ujeżdżalni, kątem oka zobaczyłam, że reszta koni, pasących się niedaleko nas, zaczyna dreptać w kierunku stada. Oczywiście, Spartan też to zauważył. I mimo że do czyszczenia kopyt ustawiłam go tyłem do pastwiska, rzeczą oczywistą jest, że koń doskonale widział, co się dzieje za nami. A zostaliśmy ze Spartkiem sam na sam. I wtedy usłyszałam jego niegłośne żałosne rżenie… Nie pełny gniewu i oburzenia, zapowiadający rychłe wyrwanie okrzyk dzikiego ogra, jaki nie raz już słyszałam, tylko przysłowiowy krzyk wołającego na pustyni. W tym odgłosie usłyszałam wyraźne: „Zginiemy, pańcia, jak nic zginiemy…” Zignorowałam Spartkowe żale i dalej czyściłam kopyta, choć byłam czujna. Za chwilę go osiodłałam i wsiadłam, by zacząć stępować od pachołka do pachołka, starając się zająć umysł Spartana konkretnym zadaniem do wykonania. Nic a nic nie zakłóciło dziś pięknej harmonijnej współpracy między nami. A konie, będące na początku naszego treningu, heeen daleko, po chwili zaczęły nadciągać z powrotem w pobliże ujeżdżalni, co – nie powiem – trochę mnie ucieszyło. A jednak Spartan zdołał opanować swoje emocje bez pomocy koni! Czyli – dokonał wyboru i wybrał pozostanie przy mnie i skupienie się na tym, co mu mam dziś do przekazania.

IMG_2358

A zatem – życzę, byście również dokonali słusznego wyboru – już pojutrze. Ja nie głosuję, bo nie mogę, ale – powiedzmy, że Spartek dziś zagłosował za nas oboje 🙂

A jeśli jeszcze nie masz naszej książki, a chcesz poznać więcej Spartkowych historii, zapraszam tutaj Spartańskie Wychowanie, czyli Dlaczego Pat Parelli ma wąsy

„Zdejm z mego serca jaskółczy niepokój!”, czyli – sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać…

Miesiące letnie zazwyczaj bywały dla nas ze Spartkiem wyjątkowo trudne… Wróć! Bywały dla mnie wyjątkowo trudne. Spartek, przebywający od świtu do zmierzchu na pastwisku, nie przewidywał w okresie letnim żadnych treningów ani innych atrakcji, przeze mnie mu proponowanych. Jednakże w tym roku stwierdził, że zasłużyłam sobie na chwilę uwagi z jego strony, rzecz jasna, na jego zasadach. Otóż, w jego tegorocznym terminarzu godzina dziewiętnasta jest przeznaczona na moje wizyty w stajni. Oczywiście, o żadnej elastyczności z jego strony w kwestii przekładania naszych spotkań na wcześniejszą czy późniejszą porę nie ma mowy. Uwzględnia, co prawda, tzw. „kwadrans akademicki”, więc staram się być punktualnie. O tej właśnie porze Spartan wraz z częścią stada ściąga zazwyczaj pod bramkę i o umówionej godzinie jest gotowy do zejścia z padoku. I co mi pozostaje?

czesiek i spartek na spacerze

Kilka razy w tygodniu wychodzę z domu odpowiednio wcześnie, by zdążyć na nasze wieczorne spotkanie. Zdarza się jednak, że coś mnie zatrzyma w domu na parę minut. Jadąc do stajni, słucham radia. Kiedy zaczynają się wiadomości, co świadczy o tym, że się niemiłosiernie spóźniam, daję gaz do dechy. Bo tu nie ma przebacz! Zdarza się jednak, że mimo wszelkich moich starań, spóźniam się dość znacząco. Jest w pół do ósmej… Gdy parkuję pod stajnią i już po chwili biegnę w kierunku padoków z całym ekwipunkiem, zazwyczaj widzę oddalający się w przeciwną stronę kołyszący na prawo i lewo tyłek mojego rumaka. Podbiegam pod samą bramkę i wołam Spartana. „Nie słyyyyszę Cię” – czytam w jego spojrzeniu, gdy na chwilę się odwraca w moją stronę, wciąż się oddalając. Wołam go jeszcze raz. „Nie widzisz, że Cię nie słyszy?” – rzuca mi na odczepkę Czesław, drepczący wraz ze Spartkiem w kierunku asfaltówki, coraz dalej od ujeżdżalni. I gdy jeden z drugim rzucą w moją stronę po kilka pełnych wyrzutu spojrzeń, przestają się moją osobą interesować.

 

Tak to bywa, gdy spóźniam się na umówioną godzinę. A więc – uczę się punktualności.

 

Chodzi też o to, że te moje wieczorne wizyty w stajni mocno komplikują mi tzw. życie rodzinne. Nie wypada codziennie znikać z domu akurat pod wieczór, gdy mąż wraca z pracy i wypadałoby razem zjeść obiad, porozmawiać, albo i pomilczeć. Byleby jednak być. A tu – masz ci los – trzeba uciekać, bo mój koń tak sobie wymyślił. Sprawny psychoanalityk zapewne upatrywałby w tym Spartkowym postępowaniu rywalizacji z moim małżonkiem… Stawianie mnie przed wyborem – bycia w domu, jak Pan Bóg przykazał, czy wieczorne spotkanie z rumakiem, to dość okrutna i wymyślna gra z jego strony. Uczę się więc nie tylko punktualności, ale i sztuki dyplomacji, negocjacji i łagodzenia konfliktów. Umiejętności niezwykle przydatne i – że tak powiem – przyszłościowe… Biorąc pod uwagę Spartka niezwykłą pomysłowość. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

„Nie będzie meczu, będzie chór!”

Moment, w którym wypadałoby wreszcie napisać ostatni rozdział naszej ze Spartkiem opowieści zbliża się nieuchronnie… Jak już wcześniej wspomniałam, zamarzyło mi się wydanie Spartkowych opowieści w formie książkowej, a to oznacza, że muszę napisać nasz ostatni rozdział… Wyobrażałam sobie, że w finałowym odcinku naszych ze Spartkiem przygód napiszę o tym, jak udajemy się z moim bohaterskim hucułem w nasz pierwszy samotny teren, jak razem wędrujemy po leśnych szlakach i cieszymy się z pięknych widoków o zachodzie słońca… Cóż by to była za symfonia zmysłów! Cóż za piękny finał, prawdziwy happy-end!

Tymczasem, gdy podzieliłam się swoim planem na zakończenie książki z Mateuszem, mój mąż z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru rzekł: „No super pomysł, żeby to tylko nie był rzeczywiście „twój ostatni rozdział” w tej historii”… Fakt faktem, byłoby to bardzo ciekawe zakończenie książki, tylko kto by się zajął całym procesem wydawniczym? Spartek? Wątpię…

IMG_8702

Tak więc, zanim udać się na Spartkowym grzbiecie w nasz pierwszy samotny teren, postanowiłam na początek zabrać go na zwykły spacer do lasu – samego, bez towarzystwa kopytnych kolegów. Po namyśle stwierdziłam, że na początek wypadałoby sprawdzić, co na to koń… Bo nie ukrywam, że mimo wszystko chciałabym zobaczyć swoją książkę wydrukowaną i czekającą na opinie Czytelników. Zatem pomysł na finałową codę – wspólne wędrowanie po okolicznych terenach musiałam nieco zmodyfikować, lub też zaczekać na dokończenie naszej historii kolejnych lat…

Bowiem w Spartkowym podejściu do naszych z nim wspólnych samotnych wycieczek poza stajnię wciąż niewiele się zmieniło… Nie tak sobie wyobrażałam ostatni odcinek naszej historii. No cóż, najwyraźniej czeka nas praca nad drugim tomem opowieści…

 

Parę dni temu, doczekawszy się powrotu Mateusza z pracy, szybciutko zaserwowałam mężowi najprostszą z możliwych kolacji i namówiłam go, by – korzystając z pięknej pogody i długich ciepłych wieczorów – pojechać razem do stajni. Miałam nadzieję, że uda nam się zabrać Spartka – samego – bez Cześka, Aśka, Zahiry czy innego kopytnego przyjaciela, na krótki spacer po lesie. Już od dawna porzuciłam optymizm na rzecz trzeźwej oceny sytuacji, więc poprosiłam Mateusza, by zabrał ze sobą aparat fotograficzny i był gotowy na robienie zdjęć wyrywającego się konia. Nie ukrywam, że tak sobie to wszystko zaplanowałam, że tak czy inaczej wyjdę na tym dobrze. Jeśli Spartek podrepcze z nami do lasu i będzie nam towarzyszył do końca spaceru, będę absolutnie, nieziemsko szczęśliwa i wreszcie uwierzę, że cuda się zdarzają. Jeśli zaś zacznie nam się wyrywać, Mateusz porobi zdjęcia, których tak bardzo potrzebuje do książki… Opuszczając teren stajni, żegnałam koleżanki – Kasię i Asię – słowami: „Jakby Spartucha wrócił, to miejcie na niego oko”. Dziewczęta, rzecz jasna, odparły, że wszystko będzie dobrze, czemu zawsze zakładam najgorszy ze scenariuszy, i że na pewno nam się nie wyrwie… Aha… Akurat.

Ruszyłam przed siebie spokojna, wiedząc, że albo będę miała „dowód na naszą ze Spartkiem wzmocnioną więź” albo upragnione zdjęcia. Tak czy siak będę zadowolona… Choć gdzieś w głębi serca tliła się jeszcze nadzieja, że koń pozostanie przy nas… Że wreszcie staniemy się dla niego odrobinę ważniejsi od stada. Że uzna w końcu, iż podążanie za prowadzącym go człowiekiem nie jest niczym nadzwyczajnym, uwłaczającym jego godności, niebezpiecznym czy bezcelowym – już nie wiem, jak on to w swojej huculskiej głowie poukładał… Myślałam sobie po cichu, że nawet taki finał byłby dla mnie wystarczającym dowodem naszej ze Spartkiem więzi, jaką udało mi się zbudować przez te wszystkie lata. Bez strachu, przemocy, nadużyć z mojej strony. Dzięki mojemu uporowi, miłości i, w pewnym sensie, poświęceniu. Czy muszę – po raz setny – powtarzać że jak zwykle się pomyliłam?

Wkroczyliśmy na ścieżkę do lasu spokojnie, ze Spartkiem po mojej lewej stronie. Mateusz szedł za nami, w odległości kilku metrów, z aparatem w pogotowiu. Myślę, że Spartek był absolutnie przekonany, że nie jesteśmy na tyle głupi, by nie zabrać ze sobą chociażby Cześka. Gdy po raz pierwszy odwrócił się w stronę Mateusza i z niedowierzaniem odkrył, że ani z prawej, ani z lewej strony od niego nie widać drepczącego osiołka, pewnie pomyślał, że Cześka – być może – niesiemy w plecaku, i zaraz puścimy go na trawkę obok Spartka. Zdziwiwszy się po raz pierwszy, Spartek szedł jednak dalej do lasu. Tymczasem zbliżyliśmy się do drogi, odbiegającej od naszej trasy w prawo. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

Koń z nadmiernym instynktem stadnym – da się coś zrobić?

Zacznę od truizmu – konie są zwierzętami stadnymi… Każdy, kto choć w niewielkim stopniu otarł się o koński świat, zdążył zauważyć ten niezwykle istotny, acz dla nas często kłopotliwy element końskiej natury. Nic dziwnego, że wolą się trzymać grupy – to właśnie przebywanie w stadzie zapewnia koniom bezpieczeństwo w naturalnym środowisku. Mimo że udomowione (choć być może – tylko oswojone, jak na przykład, koty), konie nie zatraciły tych pierwotnych cech gatunku, jak dążenie do przynależności do grupy – nieraz za wszelką cenę, wbrew naszym pragnieniom i potrzebom.

Czy może to być uciążliwe w codziennym kontakcie z naszymi kopytnymi? Zdecydowanie tak. Z pewnością żaden koń nie lubi być oddzielonym od swojego stada. Pozostawiony sam w stajennym boksie, każdy koń będzie pragnął jak najszybszego powrotu na padok, do swoich towarzyszy. Niektóre konie rżą przeraźliwie, nawołując swoich pobratymców. Inne kopią w ściany boksu lub nawet próbują z niego wyskoczyć. Miotają się w zamknięciu, szukając drogi ucieczki. Niekiedy przyzwyczajają się do chwilowego oddzielenia od reszty stada i cierpliwie czekają, aż człowiek pozwoli im dołączyć do koni. Ale wystarczy, że mamy wietrzną pogodę lub nadchodzącą burzę, i nawet oswojony z chwilową samotnością koń będzie próbował swoich sił, by czym prędzej powrócić pod bezpieczne skrzydła swoich kolegów.

13336023_565059563673465_4620988654504428209_n

Dziś na pastwiskach i padokach naszym koniom nie grożą praktycznie żadne niebezpieczeństwa. Jednak instynkt stadny jest wpisany głęboko w DNA tych zwierząt, i żadne udomowienie nie zmieni tej cechy końskiej natury. Mając do wyboru człowieka i drugiego konia, nasz ukochany rumak zawsze wybierze konia. Ciężko się z tym pogodzić, ale tak jest!

Jednak stopień przywiązania do stada u każdego z koni jest inny. I tu właśnie zmierzam do sedna mojej wypowiedzi. Jak już pewnie zauważyliście, moim największym problemem w relacjach ze Spartkiem, jest właśnie jego nadmierny instynkt stadny, z którym już na początku Spartkowego życia ktoś nie potrafił sobie poradzić. Nie potrafił do tego stopnia, że mój koń nauczył się wyrywania. Podobno trzy skutecznie powtórzone próby realizacji zachowania niepożądanego utrwalają się w nawyk, u koni nazywany narowem. Tak więc większość koni nadmiernie przywiązanych do stada zachowuje się bez swoich towarzyszy niespokojnie, czasem rży, ogląda się za końmi, przyspiesza w trakcie pracy na ujeżdżalni na odcinku, prowadzącym na padok, w kierunku stada itd. Są to dość łagodne i – że tak powiem – znośne dla człowieka zachowania. Jednak gdy instynkt stadny łączy się z dość uciążliwym narowem, mamy problem 🙂 No i my ze Spartkiem mamy, ale o tym już wiecie.

Co można było zrobić na wcześniejszym etapie Spartkowego wychowania? Kiedy nie doszło jeszcze do utrwalenia narowu? Gdy – jak większość koni – zwyczajnie nie lubił oddalać się od reszty koni? Otóż, jeden z ciekawych sposobów pracy z tego typu końmi odkryłam właśnie w trakcie lektury znakomitej, absolutnie zachwycającej i godnej polecenia książki Roberta M.Millera i Ricka Lamba The Revolution in Horsemanship. And What It Means to Mankind. Książka ukazała się po angielsku, więc brnę przez kolejne strony, sięgając raz po raz do słownika, polecam jednak jej przeczytanie każdemu, kto chciałby zajrzeć do końskiego świata i odkryć jego nowe, pełne szacunku i zrozumienia dla tych istot, oblicze.

A zatem – jak pracować z końmi, które nie lubią odłączenia od stada?  Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

Jak zniechęcić konia do zabawy, czyli Spartkowe Pańci wychowanie!

Przez ostatni tydzień opiekowałam się kolegą ze Spartkowego stada – Aśkiem. Pod nieobecność jego właścicielki musiałam podawać Aśkowi leki rano, jeszcze przed wypuszczeniem koni na padok, i po południu, a więc – miałam okazję być w stajni dwa razy dziennie.

Moje poranne wizyty wzbudzały w Spartku wielki entuzjazm! Oczywiście, główną przyczyną jego radości na mój widok była obietnica podwójnego śniadania, jakie serwowałam Spartkowi przy okazji karmienia Aśka. Gdy kolega dostawał swoje kolejne porcje musli z ziołami, zawsze wrzucałam do Spartkowego żłobu parę buraków czy marchewek z jabłkami. Rzecz jasna, wyczekiwał mojego przybycia do stajni z ogromną niecierpliwością.

Pierwszego dnia, gdy po południu szłam na padok po Aśka, Spartan – zdziwiony – odprowadzał nas przez całe pastwisko aż pod samą stajnię.

Zdziwiony faktem, że cała moja uwaga skupia się na koledze ze stada, a nie na nim – jak zazwyczaj – Spartan przeżywał istne katusze. Opuszczając resztę koni heeeen daleko, zawędrował pod samo wyjście z padoku, a gdy zniknęłam z Aśkiem w stajni, zaczął rozpaczliwie nawoływać zarówno nas, jak i resztę stada. Został przed zamkniętą bramką zupełnie sam, zdziwiony takim a nie innym obrotem sprawy i kompletnie zdezorientowany. Rzecz jasna, wychodziłam do niego kilkakrotnie, by poczęstować marchewką i zapewnić, że jak tylko skończę swoją robotę, to się nim zajmę. Ale gdzie tam! Spartek chciał być z nami tu i teraz! A gdy po niemalże półgodzinnym oczekiwaniu pod bramką wciąż po niego nie przychodziłam, powoli podreptał z powrotem do stada. Wiedziałam, że przeżywa i to strasznie. Jednak na tyle już znam swojego konia, że wiem też, że dość szybko pogodzi się z nową dla nas sytuacją i następnym razem sprowadzenie Spartana metodą „na zazdrośnika” nie zadziała. Gdy będę chciała z nim popracować i, korzystając z okazji, zaplanuję sobie sprowadzenie konia razem z Aśkiem, tak jak pierwszego dnia nam się przydarzyło, nic z tego nie będzie! Pokrętny huculski umysł szybko odgadnie moje niecne zamiary i nigdzie nie pójdzie! Co innego, jak sam sobie tak zadecyduje. Ot, cały Spartek.

Nie myliłam się 🙂  Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

Mimo wszystko – nie bójmy się marzyć!

Niedawno zajrzałam do swoich ręcznie pisanych notatek z pierwszych miesięcy naszej ze Spartkiem znajomości. O mało się nie popłakałam, tak mnie było siebie żal. To były zapiski zupełnie zrozpaczonej, prawie czterdziestoletniej „dziewczynki”, której największe, a na dodatek spełnione, marzenie stało się największym przekleństwem. Miałam wtedy do siebie żal, że tak nieodpowiedzialnie podeszłam do sprawy zakupu pierwszego, i zresztą jedynego w swoim życiu konia… Wiedziałam, że nigdy, ależ to nigdy w życiu nie odważę się już na taki krok. Trafiłam na zwierzę, zupełnie nieodpowiednie dla siebie, nie mające w sobie najmniejsze chęci współpracy z człowiekiem, krnąbrne i w swych wybrykach często niebezpieczne. Co gorsza, nic nie zapowiadało, że to się kiedyś zmieni. Miałam za sobą wiele przepłakanych dni i nieprzespanych nocy, a jadąc codziennie do stajni, cała się trzęsłam ze zdenerwowania. Wiedziałam, jak smakuje największa porażka. To gorzko-słony od łez, dziwnie cierpki smak spełnionego marzenia, które obróciło się w koszmar.

Pamiętam, jak po kilku miesiącach codziennie ponoszonych porażek powiedziałam naszej trenerce Kasi o tym, że teraz moim największym marzeniem jest to, by Spartan przeszedł bez wyrywania się pół okrążenia wokół mnie. Wówczas udawało nam się pokonać zaledwie kilka kroków na linie, po czym koń odbiegał heeeeen daleko, i znów musiałam przejść cały rytuał „zaganiania” konia na ogromnym pastwisku. I wszystko zaczynałam od początku. Znów kilka kroków, znów wyrwanie. I tylko jeden cel – pół okrążenia! Po kilku tygodniach, pamiętam, że nam się to udało. To był pierwszy sukces! Postawiłam przed nami kolejny cel. „A co tam – myślałam sobie – Jak szaleć to szaleć! Teraz naszym celem będzie całe okrążenie!”. I po kilku tygodniach mordęgi to też nam się udało! To nic, że przyjeżdżałam do stajni codziennie na kilka godzin i spędzałam je wśród koni na pastwisku. Tylko tam mogłam cokolwiek ze Spartkiem zrobić. Mijały kolejne tygodnie i miesiące, aż wreszcie zrobiliśmy całe okrążenie na linie, potem kolejne i kolejne, więc zamarzyło mi się sprowadzenie konia z pastwiska na lonżownik! Zaczęłyśmy z Kasią opracowywać strategię działania. I wpadłyśmy na pomysł sprowadzenia Spartka za pomocą pachołków. Wspominałam o tym we wcześniejszym wpisie – Metoda pachołkowa . I znowuż – za którymś razem się udało!

Zamiast marzyć o rzeczach wówczas zupełnie nierealnych, typu wyprawy w teren czy samodzielna praca pod siodłem na ujeżdżalni, po-cichutku wymyślałam sobie nasze mikro-marzenia, i wkładałam ogromną pracę w ich realizację. Rzecz jasna, nasze postępy nigdy nie były spektakularne, za to wpadki niezmiennie przyciągały uwagę wszystkich dookoła. Rzadko kto gratulował nam zrobienia kolejnego okrążenia bez wyrwania, ale jak mój koń po raz kolejny dał popalić naszemu stajennemu panu Przemkowi, wyrywając się i kopiąc go w nogę czy uciekł z padoku, to dowiadywałam się o tym jako pierwsza.  Na szczęście, właśnie stajenni zawsze byli wobec Spartka wyrozumiali. Z Ich strony nigdy nie usłyszałam złego słowa. Za co ogromnie dziękuję, bo to nie ja, tylko właśnie stajenni na co dzień musieli radzić sobie z końskimi wybrykami.

A więc zaczęłam marzyć o rzeczach małych, dla reszty jeźdźców i właścicieli koni – zupełnie  normalnych. Ja zaś musiałam na spełnienie każdego z nich solidnie się napracować. Ale każde po kolei się spełniało! To znaczy – bardzo powoli to ja, z pomocą Spartana, spełniałam każde z nich.

I o tym właściwie chciałam dzisiaj napisać. Nie odpuszczajmy naszych marzeń! Tylko podejdźmy do ich realizacji w sposób racjonalny! Mając to wielkie, zupełnie zdawałoby się nierealne marzenie i uważając je za coś nieosiągalnego, podzielmy je na marzenia mniejsze. A każde z tych mniejszych stanie się pewnym etapem do drogi do tego największego. Być może zajmie to więcej czasu, niż byśmy chcieli, a osiąganie kolejnych celów nie będzie czymś spektakularnym, ale my przecież wiemy, że jesteśmy jeszcze o jeden krok bliżej do tego największego! Sami nie zauważymy, jak zbliżymy się do celu!

ja wsiadamGdy marzyłam o koniu, zawsze wyobrażałam sobie nasze z nim wędrówki po lesie… Dlatego też pierwszą stajenkę, a i wszystkie następne, wybierałam właśnie pod kątem bliskości pięknych terenów do wędrowania na końskim grzbiecie. I bardzo długo nie byłam w stanie z tego pięknego położenia kolejnych stajni skorzystać. Po pierwszym, ogromnie nieudanym, wręcz niebezpiecznym terenie jednej z naszych trenerek – Asi, która na własnej skórze doświadczyła i jako pierwsza też odkryła Spartka oblicza buntu, usłyszałam, że ten koń nigdy nie będzie chodził w tereny. Co więcej – nigdy sobie z nim nie poradzę. I jedyną rozsądną opcją dla mnie będzie sprzedanie Spartana. Wiedziałam jednak, że już nigdy nie kupię drugiego konia. Jeśli nie dam rady z tym, którego mam, nie będę kupować kolejnego i próbować do skutku. Tak się zwierzętom nie robi – przynajmniej ja tak do tego podchodzę. Dlatego dałam nam tyle czasu, ile będzie potrzeba, i odpuściłam sobie marzenia o leśnych wędrówkach na końskim grzbiecie, a zaczęłam marzyć o pierwszym kółku stępa na ujeżdżalni. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

„Metoda małych kroczków” a la Spartan…


IMG_6638Jak myślicie, czy koń potrafi poruszać się, przemieszczając się o „pół kopytka’ do przodu co krok? Pokonując w ten sposób kilkaset metrów? Zatrzymując się „co pół kopytka” i patrząc w siną dal, biorąc głęboki oddech i dając sobie kolejną dłuższą chwilę na zastanowienie nad zrobieniem kolejnego kroku? Śmiało mogę powiedzieć, że tak, potrafi…

Dobry trener zawsze powtarza, że w pracy z końmi, ale również z psami i innymi zwierzętami, najlepszą metodą jest „metoda małych kroków”. Każde ćwiczenie składa się z poszczególnych drobnych elementów, nad którymi należy pracować osobno, a następnie, kiedy już wszystko gra, stopniowo składać je w całość… Spartan nie raz słyszał, jak podczas treningów nasza trenerka Katarzyna Ściborowska, czyli nasza Kasia, powtarzała, że do wszystkiego dojdziemy stopniowo, a najlepsza jest „metoda małych kroków”. I oto Spartan wziął sobie słowa Kasi do serca…

Gdyby ktoś z zewnątrz zechciał poobserwować, jak schodzimy teraz z padoku, musiałby zarezerwować sobie naprawdę sporo czasu. Tej wiosny, gdy konie rozkoszują się pierwszym słońcem i pierwszą, ledwo odrastającą zieloną trawką, Spartek postanowił wypróbować na mnie kolejnego sposobu na zniechęcenie mnie do zabierania go z padoku. Powiedzieć, że nie ma chęci do pracy, to byłby eufemizm… Zatem – idąc po konia, jestem przygotowana na to, że wrócę sama.

A tu niespodzianka! Zakładam kantar, zapinam linę, ruszam w kierunku bramki – do pokonania mamy różne dystanse: czasem kilkaset metrów, czasem nieco mniej. I zaczyna się cyrk na kółkach… Najpierw Spartan gwałtownie odwraca głowę w kierunku koni, robiąc praktycznie pierwszy krok do wyrwania się, lecz na tym właściwie poprzestaje. Jest to wyraźny sygnał dla mnie, że nie ma ochoty opuszczać padoku. Zachęcam go do pójścia ze mną i niby nawet ruszamy do przodu, ale pokonujemy zaledwie 15 cm i się zatrzymujemy. Oglądamy się na kumpli na pastwisku, ciężko wzdychamy, przymykamy oczy (nie wiem, czy w tym czasie naprawdę przysypia, czy obmyśla dalszą strategię). Staram się obudzić go z drzemki, świergocząc coś o perspektywie leciutkiej pracy – tylko stępik, same przyjemności – pachołki, drążki, dużo kręcenia się. Nie będę prosić o kłus w taki upał, żeby się nie martwił.

Gdy Spartek słyszy, że kłusa nie będzie, otwiera oczy i robi kolejny krok – kolejne 15 cm… Opowiadam mu, jakie to rozkosze czekają na niego po półgodzinnym treningu – świeża, niezjedzona trawka pod lasem, cała do jego dyspozycji, porcja musli z jabłkami….

Gdy słyszy musli, znów otwiera oczy i robi od niechcenia kolejny kroczek… Jeszcze 15 cm… W ten sposób przez pięć minut pokonujemy prawie pół metra! Brawo! Opowiadam mu, jaki to on zdolny, mądry i jak pięknie schodzi ze mną z padoku. Kątem oka widzę, że ryjek mu się śmieje i nawet mam wrażenie, że ukradkiem puszcza Cześkowi oko… „Hm, ciekawe, kiedy jej nerwy puszczą i spróbuje użyć bacika, by mnie popędzić… Wtedy wiadomo, co zrobię, haha”. Zauważyłam tę minę, przez ułamek sekundy widziałam dobrze mi znanego diablika w Spartkowym oku, więc po cichu pomyślałam: „Ha, widzę to. A żebyś wiedział, że nie użyję bacika i wcale nie będę Cię popędzać. Będę z Tobą gadać i czekać na dalsze kroki. Nie dam Ci powodu do wyrwania!”.

Znów stoimy na środku łąki, każdy układa w głowie swój plan… Pół metra za nami, pozostało jeszcze zaledwie dwieście metrów! Bingo! Nawet jakbyśmy zeszli z padoku o zmierzchu, nie uznam tego czasu za stracony.

Tym razem stado nie spieszyło mi z pomocą… Spartan ewidentnie ustalił ze wszystkimi, by dali już sobie spokój z odprowadzaniem nas pod bramkę – nie mają nic lepszego do roboty? Zatem jesteśmy sami na polu bitwy. Ja i Spartek – uparci i tego dnia wyjątkowo dla siebie złośliwi…

portrecik4

 

Kolejny przystanek – na rozejrzenie się wokół i spostrzeżenie, że na oddalonej od pastwiska drodze pojawia się mały chłopczyk na rowerku… Spartan uważnie obserwuje, jak chłopczyk powoli jedzie rowerkiem w kierunku stajni, kilka razy wywraca się na wertepach, wstaje, otrzepuje się, wsiada i jedzie dalej. Widać, że chłopczyk z rowerkiem to dobry pretekst, by tym razem zrobić sobie dłuższy postój – wszak trzeba do końca obejrzeć tę scenkę…

Gdy upewniamy się ze Spartkiem, że chłopczyk bezpiecznie dotarł do stajni i ulokował się przy zagrodzie z tzw. „biżuterią”, czyli stadkiem kóz, świń i dzika, możemy śmiało ruszać przed siebie… O kolejnych 15 cm… Jest git! Wciąż jesteśmy razem 🙂 Naprawdę zaczyna mi brakować pomysłów, co by tu jeszcze Spartkowi obiecać. Że w ogóle nie będzie treningu? Że tylko sobie pojemy trawkę i w nagrodę za ładny popas dostanie musli? Ale ja nie umiem kłamać… aż tak… Poruszanie się w takim tempie w kompletniej ciszy też byłoby dla mnie nie do zniesienia… Więc plotłam coś trzy po trzy, a Spartek słuchał i poruszał się dalej w z góry ustalonym tempie, z obowiązkowym przystankiem po każdym kroczku. I wiecie, że w końcu dotarliśmy do wyjścia??? Sama w to nie wierzyłam, ale gdy do bramki zostawało jakieś 20 metrów, Spartek przyspieszył! Chyba jednak wygrałam…

No i kto tu jest bardziej uparty, hm??? Brawo ja 🙂

portrecik6

Pierwszy Flash Mob, czyli Forrest Gump à la russe…

pociąg

Jakiś czas temu zaczęłam opowiadać o swoich przygodach, związanych z podróżowaniem pociągiem… Zaczęło się dawno dawno temu, gdy jako nastolatka z wycieczką naukowo-przyrodniczą wyjechałam na Krym. O przygodach na Krymie

Jednak większość moich podróży kilka lat później było związanych z kursowaniem z rodzinnego Petersburga do Polski – najpierw do Lublina, potem do Poznania i ostatecznie – do Warszawy. Myślę, że na przestrzeni 25 lat, czyli odkąd wyjechałam na studia do Polski, tych kursów odbyłam prawie ze sto. Proste wyliczenie: dwa, a nieraz i trzy razy do roku jeździłam do domu rodzinnego, w jedną i drugą stronę pociągiem, mnożymy przez 20. W ostatnich latach, niestety, pociągi na tej trasie już nie kursują… Najwyraźniej ktoś doszedł do wniosku, że doba w pociągu to za dużo, i większość podróżujących chętnie przesiądzie się na samolot. No cóż, ja na pewno do tej większości nie należę, i gdybym miała wybór, zawsze wybrałabym bardziej tradycyjny sposób lokomocji.

Pierwszy spontaniczny Flash Mob na dworcu kolejowym

Wróćmy jednak do września roku 1994-go. Wówczas to, wraz z kilkoma osobami z mojego liceum, siedzieliśmy w pociągu relacji Petersburg – Berlin. Z tego, co pamiętam, wówczas pociąg zatrzymywał się również w Białymstoku, i to właśnie tam mieliśmy się przesiąść na autobus, który zawiózłby nas do Lublina. W Lublinie czekały na nas studia na Uniwersytecie im. Marii Skłodowskiej-Curie, na tzw. „zerówce”, czyli kursie, przygotowującym obcokrajowców do dalszej nauki na polskiej wyższej uczelni.

A więc grupka nastolatków (mieliśmy po siedemnaście – osiemnaście lat) już zapakowała się do swoich przedziałów. Rodziny, przyjaciele i bliscy zostali już poproszeni o opuszczenie wagonu… Stoją na peronie grupkami. Z przedziału obok, gdzie jadą koleżanki i koledzy, słyszę płacz, okrzyki i rozpaczliwe próby opuszczenia wagonu. Ktoś kogoś uspokaja, chłopcy próbują dowcipkować przez łzy, a ja staram się otworzyć lufcik w oknie, by zamienić jeszcze parę słów ze zgromadzoną na peronie liczną grupą moich bliskich. Niestety, lufcik się nie poddaje – jak za chwilę wyjaśnia nam „prowodnica”, czyli osoba, odpowiedzialna za nasz wagon, zostały już zamknięte na zimę i lepiej, byśmy nie próbowali wyłamywać okien. Pozostaje więc nam porozumiewanie się w języku migowym.

Rzecz jasna, na dworcu zgromadziła się cała moja nieliczna rodzina – rodzice i brat z bratową, a także mnóstwo przyjaciół… Przyjechało też kilku znajomych moich rodziców, by zobaczyć, jak dziecko wyjeżdża na studia zagranicę. Kiedy do ruszenia pociągu zostawały minuty, zauważyłam, że rodzice próbują mi przekazać coś za pomocą przedziwnych gestów, a czego ja za cholerę nie mogę zrozumieć. Najpierw mama zaczęła machać rękami, niczym ptak przed odlotem do ciepłych krajów, następnie dołączył do niej ojciec, potem brat z bratową, a za chwilę i wszyscy znajomi. Machali rękami, a ja kręciłam za szybą głową, że nie rozumiem, o co im chodzi… Ludzie na peronie zaczęli spoglądać na moją ekipę z lekkim przerażeniem. Ja wciąż nic z tego nie rozumiałam, ale najwyraźniej było to coś bardzo ważnego. Próbowałam przedostać się do drzwi wagonu, ale były już zamknięte. Biegiem wróciłam do okna, gdzie moja gromadka, oprócz machania „skrzydłami”, zaczęła też kreślić coś w powietrzu przed twarzą i jednocześnie kręcić głowami. Zgłupiałam… Zauważyłam też, że rodziny moich kolegów i koleżanek, zamiast żegnać swoje pociechy,  poszły w ślady moich bliskich, i przemieszczając się spod okien swoich dzieci pod moje okno, też usilnie wymachiwały rękami i kręciły głową. Myślałam, że śnię! Za chwilę mam na cały rok pożegnać ich wszystkich, a oni najwyraźniej postradali zmysły i na dodatek, choroba rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie.

drozd

Szlochania w przedziale obok zaczęły się uciszać, bowiem – jak widać – większość rodzin rozpaczających dzieci już zdążyła przemieścić się do mojego okna i zacząć odstawiać cyrk. Wtedy usłyszeliśmy gwizdek i pociąg powoli ruszył… Znów rozległ się płacz, wszyscy na peronie ruszyli za nami, oddalającymi się powoli od swoich bliskich, zaczęli machać nam na pożegnanie, niektórzy próbowali biec za wagonem prawie do końca peronu. Dziewczyny płakały, a i mi zrobiło się smutno. Choć cała moja gromadka, śmiała się i płakała jednocześnie, ja miałam nieodparte wrażenie, że płaczą ze śmiechu po tym, co odstawili na peronie. Stałam przed oknem wagonu zdezorientowana, i najbardziej na świecie wówczas chciałam wiedzieć, co to było? Tak czy inaczej, w ten sposób moja rodzina bezwiednie zapoczątkowała dość popularne dziś zjawisko flash mobów, częstokroć organizowanych właśnie na dworcach kolejowych…

I co dalej?

Tymczasem pierwsze godziny podróży minęły nam na uspokajaniu naszych rozpaczających koleżanek i próbach upchnięcia bagaży pod kuszetki. Oj, było tego trochę. Trzeba pamiętać, że jechaliśmy praktycznie w nieznane. Wiadomo było, że czekają na nas miejsca w akademikach i będziemy co miesiąc otrzymywać stypendia. Nie wiedzieliśmy jednak, ani jak wyglądają akademiki w Polsce, ani jaka będzie wysokość naszych stypendiów. Stąd też rodziny postanowiły wyposażyć nas we wszystko, co może nam się przydać w nowym życiu. Od prowiantu i garnków poczynając, po miski do prania, żelazka, grzałki, czajniki i kuchenki elektryczne…

W torbach i walizkach, dosłownie pękających w szwach, oprócz ubrań, sztućców, leków, bandaży, zeszytów, słowników itd., rzecz jasna, wieźliśmy również zapasy żywnościowe – kilogramy ryżu i kaszy gryczanej, dziesiątki puszek z konserwą rybną i mielonką, jakieś przyprawy, obowiązkowo sól, cukier, herbatę, kawę…  Aha, bo bym zapomniała – proszki do prania, mydło, szampony, papier toaletowy… Nie wiedzieć czemu, ja miałam w walizce także woreczek z grzybami suszonymi. Odkryłam je dopiero po rozpakowaniu walizki już na miejscu, w akademiku, gdy poczułam, że wszystkie moje ubrania przesiąknęły zapachem grzybów i zapach ten towarzyszył mi przez dobrych parę lat, bo kompletnie nie wiedziałam, co zrobić z grzybami, a żal było wyrzucić… Odtąd nie przypadam za zapachem suszonych grzybów… I nigdy ich nie suszę, choć zbierać, jak wiecie, lubię.

To, że z pomocą licznych krewnych i przyjaciół, udało nam się ten cały dobytek wnieść do wagonu i tam rozlokować, jest rzeczą oczywistą. Szkoda jednak, że nikt nie pomyślał, że z tym wszystkim będziemy musieli wysiąść na dworcu kolejowym w Białymstoku, przesiąść się do PKS-u, dotrzeć do Lublina, a tam – jakoś znaleźć się w akademiku. O skorzystaniu w taksówek nie było co marzyć. Każdy z nas miał ze sobą po kilkadziesiąt dolarów, i były to pieniądze na tzw. „czarną godzinę”. Szastanie dolarami już pierwszego dnia po przyjeździe nie wchodziło w grę. Zatem – pamiętam to jak dziś – gdy jakimś cudem udało nam się wydostać wraz z całym naszym dobytkiem na peron w Białymstoku, przez dobrych parę chwil staliśmy kompletnie zdezorientowani. Co dalej?

Dalej – gęsiego, taszcząc po kolei nasze walizki, miski, pakunki i torby, przemieszczaliśmy się o zmroku w kierunku dworca autobusowego, by dowiedzieć się, że PKS do Lublina odjeżdża za jakieś kilkanaście godzin. No cóż, w grupie nie było nam jakoś specjalnie smutno, choć byliśmy zmęczeni i trochę się obawialiśmy, co nam przyniesie kolejny dzień…

Późnym wieczorem następnego dnia dotarliśmy wreszcie do Lublina i stawiliśmy się pod wskazanym na kartce adresem, pod którym, jak się spodziewaliśmy, znajdziemy nasz akademik. Ha! Jak już wiem z doświadczenia, uczelnie zazwyczaj wskazują w tego typu rozpiskach adres Rektoratu. Bo niby skąd władze uczelni w Lublinie mogą wiedzieć, wysyłając nam zaproszenia, w którym to konkretnie akademiku będą mieszkać studenci. Rzecz jasna, jest to wiedza dla władz uczelni niedostępna. Tak więc, gdy wieczorem przytargaliśmy nasz dobytek pod drzwi Rektoratu, dosłownie opadliśmy z sił… Pamiętam, że podczas podróży z Dworca PKS w Lublinie pod drzwi Rektoratu chłopaki kilkakrotnie rozważali pomysł, by zostawić te miski, przewiązane taśmą, w którejś z mijanych bram. Dziewczyny jednak, tradycyjnie kierujące się zdrowym rozsądkiem, zwłaszcza że nie im przypadło w udziale ciągnąć za sobą miski, uparły się, że bez misek nie da się zrobić prania, i w ogóle, co z nich za mężczyźni… Tak czy inaczej pod Rektoratem zjawiliśmy się z miskami, i wszystkimi tobołami, nie ponosząc po drodze żadnych większych strat. O stratach moralnych nie wspomnę, bowiem szliśmy od dworca do Rektoratu na piechotę, przez rozpadającą się wówczas Starówkę, Krakowskie Przedmieście i Aleje Racławickie. Oczywiście, co chwilę pytając łamaną polszczyzną o drogę, gubiąc się i już marząc o powrocie do domu…

Na szczęście, w Rektoracie znaleźliśmy portiera, który chyba po raz pierwszy w życiu spotkał pod drzwiami uczelni  gromadkę zagubionych dzieciaków z tyloma tobołami… Całkowicie przejął inicjatywę w sprawie poszukiwania dla nas noclegów i po paru godzinach dowiedzieliśmy się, gdzie będziemy mieszkać. Niestety, okazało się, że nasza grupa została oddelegowana do różnych akademików, każdy do innego… Ten pomysł na nasze rozlokowanie budzi we mnie pewne skojarzenia, ale nieważne… Grunt, że ostatecznie, jak się okazało, nie był to zły pomysł. Zamiast trzymać się siebie nawzajem i tworzyć zwartą paczkę, zamykając się na nowe znajomości, od razu zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę. Każdy osobno miał wejść w nowe życie z podniesioną głową, rocznym zapasem ryżu i miską pod pachą… Co też uczyniliśmy.

Żeton „C” i rozwiązanie zagadki 

Pewnie jesteście ciekawi, co sprawiło, że moja rodzina żegnała mnie na peronie w dość nietypowy sposób, organizując przy okazji coś w rodzaju happeningu? Gdybyśmy mieli wówczas telefony komórkowe, nie byłoby całej tej historii. Na szczęście, nie mieliśmy… Mieliśmy za to w pobliżu domu studenckiego budkę telefoniczną i żetony – „A”, „B” lub „C”. Żeton „C”, kosztujący piętnaście tysięcy złotych, wrzucony do automatu, dawał możliwość około dwóch-trzech minut rozmowy telefonicznej z Petersburgiem. Zatem, wkrótce po przyjeździe, udałam się do kiosku, by kupić dwa żetony, i poleciałam dzwonić do domu. Rzecz jasna, po krótkim i wylewnym powitaniu, umierając z ciekawości, zapytałam mamy: „Co żeście odprawiali na dworcu? O co wam chodziło? Bo nic a nic nie zrozumiałam”. I wiecie co mama mi odpowiedziała?  – „Przecież Drozdowscy nie przyjechali!”.

Ot, i cała zagadka… Niby nic, lecz w ten właśnie sposób spontanicznie zorganizowano pierwszy flash mob na Petersburskim Dworcu Kolejowym 🙂

 

Koń, jaki jest, każdy widzi?

Benedykt Chmielowski – osiemnastowieczny ksiądz katolicki w pierwszej polskiej encyklopedii postanowił zmierzyć się z opisaniem rzeczy w świecie mniej lub bardziej znanych –  „mądrym dla memoryału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki erygowana”… Skrupulatny encyklopedysta w rozdziale „O zwierzętach” pod hasłem „Koń” nie popisał się jednak zbytnią erudycją, podając swoim czytelnikom takie oto sformułowanie: „Koń, jaki jest, każdy widzi”… Zwrot jednak przeszedł do języka jako cytat i w ten oto sposób nic nie znacząca wzmianka Chmielowskiego stała się inspiracją do dzisiejszego wpisu.

Od dawna zastanawia mnie bowiem jedna rzecz… Czy cechy, jakie przypisuję mojemu koniowi, który – jaki jest, każdy przecież widzi – są wyłącznie projekcją moich osobistych uczuć do niego, czy też naprawdę je posiada? Ciągle przecież wydaje mi się, że Spartan jest zwierzęciem wyjątkowym, ze swoją skomplikowaną osobowością, trudnym charakterem i repertuarem niezwykłych zachowań. Wiem też, że swoje pierwsze osiem lat życia Spartan spędził wśród ludzi, przez których nie był lubiany, co więcej – pozbyto się go bez cienia żalu czy wątpliwości… Dlaczego jedni widzieli w nim wyłącznie jego cechy negatywne, nie dając mu najmniejszej szansy, by pokazać swoją lepszą stronę, dla mnie zaś stał się przyjacielem, z którym potrafimy pokłócić się i pogodzić, a przy tym godzinami być ze sobą i jest nam dobrze!

IMG_3607

 

Czy da się w ogóle obiektywnie opisać zwierzę? Na przykład, konia? Według mnie, nie. Często bowiem słyszymy, że ten oto koń jest, powiedzmy, spokojny. Wsiadamy, i rzeczywiście, nie sprawia w trakcie jazdy większych problemów. Nie kręci się przy wsiadaniu – stoi ze spuszczoną głową i czeka na sygnał do ruszenia. Poprawnie reaguje na pomoce, nie bryka, nie płoszy się, nie rży do reszty stada. Koń-ideał. Tyle tylko, że nie widzimy w tym koniu żadnych, ale to żadnych emocji – ani radości, ani niezadowolenia. Jest wobec nas i wobec świata całkowicie obojętny, jakby ktoś go wyłączył na godzinę. A więc pomiędzy określeniem „spokojny” a „zrezygnowany” widziałabym cienką granicę. Większość koni, zwłaszcza tych dużo pracujących pod różnymi jeźdźcami, uczy się „wyłączać” na czas pracy. Wykonuje polecenia jeźdźca, lecz nie okazuje żadnych emocji. Na koniec tak samo obojętnie przyjmują poklepanie po szyi czy nawet marchewkę. I wraca na padok czy do stajni.

Takie konie zazwyczaj do końca swoich dni pracują w rekreacji. Tak też mogło być w przypadku Spartka – wszak idealnie pasował do pracy pod dzieciakami ze względu na swoją umiarkowaną wysokość w kłębie i – wydawałoby się – huculskie, czyli dość spokojne, usposobienie. I tu, jak to się mówi – „świat się pomylił”…

Mogę tylko przypuszczać, jak wyglądały początki Spartkowego życia. Urodził się najprawdopodobniej w Ksawerowie w niedużej stajni przyparafialnej. Niestety, źrebaczków podobno rodzi się w tym miejscu sporo, a ich wychowaniem zajmują się przeważnie dzieci, pomagające w stajni w zamian za jazdę. O tym, jak się pracowało z końmi w tej stajni, dowiedziałam się z wątku na re-volcie, szukając informacji o przeszłości Spartana. Tamże trafiłam na filmik z tego ośrodka, przedstawiający przyuczenie konia do bryczki… ( W 18-tej sek. filmu Eryka, prowadzona korytarzem, mija boks z tabliczką „Spartan” – i nawet widać w nim plecy mojego Spartka!!! A zatem w 2010 roku Spartek był jeszcze w Ksawerowie. Wreszcie udało mi się odtworzyć jego biografię).

Czy w ten sam sposób mój Spartan mógł być zajeżdżany?

Na samą myśl o tym przechodzą mnie dreszcze… Tak czy inaczej, gdy Spartek miał trzy czy cztery latka i pewnie już chodził pod siodłem, sprzedano go do innego ośrodka rekreacyjnego, również do pracy głównie pod dzieciakami…

Gdzie się nauczył wyrywać? Buntować? Uciekać? I nienawidzić ludzi? Odkąd poczytałam o jego miejscu urodzenia, a potem na własne oczy zobaczyłam, ile godzin pracował pod siodłem w miejscu, skąd go kupiłam, doszłam do wniosku, że tylko koń mechaniczny by się nie zbuntował!

Na szczęście, drugi ośrodek wystawił Spartka na sprzedaż. Robił się coraz bardziej niebezpieczny pod siodłem, zrzucał, brykał, ponosił, a przy tym coraz bardziej zamykał się na świat. Wyobraźcie sobie, że przez pierwsze pół roku, gdy podchodziłam do Spartkowego boksu – zazwyczaj z marchewką czy jabłkiem, koń odwracał się i chował łeb w najdalszym kącie, tak, by nie widzieć i nie słyszeć zbliżającego się człowieka! Okazuje się, że wcześniej był strasznie nielubiany przez właścicieli ośrodka, instruktorów, stajennych, jeźdźców. Nie poddawał się, wciąż próbował walczyć, więc – na szczęście – został wystawiony na sprzedaż. Przynajmniej za to jestem tym ludziom wdzięczna… Bo ileż takich koni kończy swoje życie w rzeźni… Nie da się ukryć, że ktoś jednak czuwał nad losem Spartka.

A teraz wracając do głównego tematu mojej opowieści. Nie zgadzam się ze stwierdzeniem księdza Benedykta! (Nota bene, właśnie zdałam sobie sprawę, że wciąż pojawia nam się w tej opowieści wątek kościelny… Spartku, wybacz, już nie będę do tego wracać). Jest dokładnie odwrotnie – Koń jest taki, jakim Jego ktoś widzi! Taki, na ile ktoś chce zobaczyć, poznać, odkryć jego osobowość! Na ile ktoś w ogóle chce widzieć w nim istotę czującą, myślącą, podejmującą swoje decyzję. Nie ma po prostu koni… Są konie nieodkryte, takie, z którymi nikt nie próbował nawiązać żadnych relacji, nie próbował rozmawiać i rozumieć.

I całe szczęście, że w miejscach, gdzie przebywał wcześniej Spartek, on się nie poddał! Że dawał popalić, nawet za cenę swojej zszarganej opinii – „głupi, złośliwy, wredny, niebezpieczny”. Sam go takim zrobiłeś, człowieku! A jaki on tak naprawdę jest, to widzę dopiero teraz, po kilku latach naszej wspólnej drogi. Dla mnie jest wyjątkowy. Amen.

Gdy hucuł się nudzi, czyli głupich wpadek ciąg dalszy…

Początek naszej historii o „wpadkach”, które zazwyczaj się nie zdarzają znajdziesz tutaj: Nie będziemy czekać na Pendolino, czyli O rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają…

Jak już pisałam wcześniej, staram się z wręcz paranoiczną dokładnością sprawdzać wszystko, co znajduje się  końskim otoczeniu. Ale na nic to, bo Spartek i tak zawsze znajdzie sposób, by na własne życzenie wpakować się w tarapaty.

IMG_3593

Kolejna historia przydarzyła nam się jakieś półtora roku temu w Szinuku. Przyszykowałam konia na trening i spokojnie czekałam z osiodłanym Spartkiem na trenerkę. Udało nam się tamtego dnia nadzwyczaj szybko się sprowadzić, wyczyścić i przygotować się do jazdy. Staliśmy na środku pustej ujeżdżalni, wokół – żywego ducha. Cisza, spokój, piękne słoneczne popołudnie. Miałam właśnie dzwonić do Gosi – naszej trenerki, że jesteśmy gotowi. Tak się umówiłyśmy, że jak się przyszykujemy, to puszczę sygnał. Próbowałam właśnie wygrzebać telefon ze swojej torebki, przewieszonej przez ramię. Koń stał parę metrów przede mną, a ja lekko trzymałam wodze w jednej ręce. I nagle widzę – Spartek, najwyraźniej z nudów, sięgnął zębami do lewego strzemienia. Lubił nieraz tak zrobić – nie znosi bezczynności. Jego huculski umysł ma bodajże tylko dwa tryby działania – skierowane albo na jedzenie, albo na tzw. „głupie pomysły”. O niektórych z nich pisałam już wcześniej – Spartan i sudoku…

No więc ta chwila bezczynności sprawiła, że poszukał sobie zajęcia, zresztą najgłupszego z możliwych. Bawił się więc lewym strzemieniem, aż chwycił je dość mocno zębami i pech chciał, że strzemię zablokowało mu się w paszczy – zahaczyło i tylne zęby i koń został zablokowany w pozycji mocno wygiętej, z szyją wykręconą w lewą stronę, bez możliwości jakiegokolwiek manewru. Gdy spojrzałam na konia, tkwił w tej dziwnej pozycji, złożony wpół i właśnie zaczął tracić równowagę. Próbował się szarpać, ale skutek był taki, że coraz bardziej przechylał się na drugą stronę i za chwilę runąłby z siodłem na ziemię… Natychmiast chwyciłam mocniej wodze i z całych sił próbowałam utrzymać go w pozycji stojącej. Spanikowałam… Trzymałam go i darłam się wniebogłosy, próbując ściągnąć pomoc. Wiedziałam, że jak się przewróci, wpadnie w jeszcze większą panikę i może zrobić sobie krzywdę. Właściwie, to już zrobił… Niestety, moje rozpaczliwe krzyki nie zostały usłyszane… Pomagałam mu, jak mogłam, wisząc na wodzach całym swoim ciężarem, by tylko nie upadł, lecz w takiej pozycji, przy mocno szarpiącym się koniu, nie miałam żadnych szans, by wydobyć strzemię z końskiej paszczy. Utknęło mocno w szczelinie między zębami… Im bardziej się szarpał, tym mniej było szans, by Spartkowi pomóc. W pewnym momencie zabrakło mi sił. Trzymałam go, ale w oczach miałam już łzy – nie czułam rąk, nóg, tylko pulsującą krew, która nagle napłynęła mi do głowy… W tym momencie, gdy już widziałam wszelkie możliwe skutki spartkowego upadku – ze złamanym karkiem włącznie, koń się uspokoił. Przestał próbować uwolnić się od żelaza z zębach, przestał się szarpać i niebezpiecznie przechylać się na drugą stronę. Wtedy mogłam mu pomóc! Błyskawicznie wydłużyłam puślisko i trzęsącymi się rękami wydobyłam tkwiące za tylnymi zębami strzemię. Ufff….. Spartan opuścił głowę. „Coś ty najlepszego wymyślił, głuptasie?” – wtulił łeb we mnie i ciężko oddychał. Po chwili się otrząsnął, a ja zaczęłam masować mu szyję. Na pewno musiała go boleć. Po chwili nadeszła Gośka, a ja – wciąż przejęta – opowiedziałam jej o całym zdarzeniu. Nie pamiętam, czy miałam tego dnia trening. Chyba tak, ale reszty tamtego dnia nie potrafię sobie przypomnieć. Teraz, jak koń jest osiodłany, nie spuszczam z niego oka. Wątpię, by uczył się na błędach, bo kilkakrotnie widziałam, że znów sięga po strzemię. Próbuję wybić mu to z głowy, ale chyba domyślacie się, z jakim skutkiem…

Dosłownie parę miesięcy później przydarzyła nam się kolejna przykra historia… Również byłam sama na terenie stajni, więc po raz enty musiałam sobie poradzić, ratując Spartka z tarapatów. A więc była niedziela i tego dnia wszystkie konie stały w stajni. Przyjechałam pod wieczór i postanowiłam wyprowadzić Spartka na lonżownik i chwilę popracować. Jak się okazało, zadanie to nie było łatwe. Gdy reszta stada jest w stajni, to Spartan – choćby nie wiem, jak bardzo chciał pochodzić po trawce, nie zgadzał się na opuszczenie boksu. To znaczy – wychodził ze mną parę metrów poza stajnie i – w tył zwrot, strzała z powrotem. Parkowanie w boksie i mogłam zaczynać od początku. Po kilku nieudanych próbach wyprowadzenia go na zwykłym, a następnie – sznurkowym kantarze, stwierdziłam, że tym razem się nie poddam! Nie ma mowy! Cóż to jest strasznego pójść jakieś 15-20 metrów od wejścia do stajni i popracować pół godziny „w samotności”. Piszę „w samotności”, bo – jak widać – mojego towarzystwa Spartek niejako nie brał pod uwagę. „O, nie, gagatku, zatem dojdziemy tam na ogłowiu z wędzidłem”.

wedzidło

Założyłam Spartkowi ogłowie z wędzidłem „z wąsami” – takim, jak na obrazku powyżej. Wąsy jakoby mają zapobiegać przemieszczaniu się wędzidła w końskim pysku. Jakoby… Po założeniu wędzidła i wyprowadzeniu Spartka przed stajnię udało nam się przejść ponad połowę drogi do lonżownika, po czym koń się wyrwał i zaciągnął mnie prawie do samej stajni… Prawie, bo tym razem zdążyłam zahaczyć liną i słup, więc udało mi się zatrzymać Spartka tuż przed wejściem na korytarz stajenny. Obrócił się na mnie, spojrzał ze zdziwieniem. Jednak wędzidło plus moje sprytne zawinięcie liny o słup sprawiły, że poczuł pewną „niewygodę”. Zawróciłam go po raz kolejny w kierunku lonżownika i, zdawałoby się, tym razem pójdzie gładko, gdy tuż przed wejściem na lonżownik Spartan zaczął się wyrywać, ja trzymałam go mocno, a on, machając głową i kręcąc nią na wszystkie strony, na dodatek z otwartym pyskiem, nagle zamarł. Natychmiast zobaczyłam, że wędzidło jednak przesunęło mu się od tego ciągłego szarpania, i długi wąs utknął w pysku – dokładnie w poprzek, wciskając się końcówkami w górne i dolne podniebienie. Pysk miał otwarty bardziej, niż podczas robienia zębów, a na dodatek – z pewnością było to bolesne. Nie miałam co wołać o pomoc, bo byłam sama. Przeklęłam w myślach, że założyłam koniowi ogłowie, i tym razem, starając się zachować spokój, zaczęłam wydobywać wędzidło z pyska… Spartek stał spokojnie, chyba zdając sobie sprawę, że tym razem przegiął… Gdyby spróbował zamknąć pysk, wąsy mogły uszkodzić mu żuchwę. Cała operacja wydobycia Spartka z tej katastrofalnej sytuacji zajęła mi około minuty czy dwóch. Przy absolutnej jego współpracy. Gdy już było po wszystkim, chybcikiem zaprowadziłam go na lonżownik, obejrzałam, czy nic mu nie jest i zaczęliśmy pracować. Rżał do reszty koni, miotał się i znów lekceważył moja obecność, ale zrobiłam to, co miałam do zrobienia tamtego dnia. Po jakimś czasie względnie się uspokoił, zaczął poruszać się z opuszczoną głową, pracując na kołach na wolności i – co najważniejsze – spokojnie, na zwykłym kantarku wróciliśmy do stajni. Natychmiast zrezygnowałam z używania wędzidła z wąsami… Zresztą, staram się nie używać żadnego, a jeśli już, to zabezpieczam wędzidło przed przesuwaniem się w końskim pysku za pomocą dodatkowego paska, który podpinam od dołu, tak by nie miało najmniejszej możliwości przemieszczania się w prawo czy lewo w końskim pysku.

Widzę wyraźnie, że nadmiar sprzętu prowokuje Spartka do głupich zachowań. I o ile nie mogę zrezygnować ze strzemion, to z wędzidła – na pewno. I mam nadzieję, że wkrótce zupełnie nie będzie nam potrzebne. Na razie trzymam ogłowie wędzidłowe wyłącznie z myślą o pierwszych wypadach w teren, które, mam nadzieję, wkrótce nadejdą i przekonam się, że nawet w terenie koń lepiej sobie radzi bez żelaza w pysku…

Nie będziemy czekać na Pendolino, czyli O rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają…

Nie wiem, czemu zawdzięczam dość sporą ilość spektakularnych wpadek, jakie przeżyliśmy ze Spartanem… Teraz, gdy planuję jakąkolwiek najprostszą czynność z udziałem mojego konia, zaglądam do wszystkich kątów, upewniając się, że nie stoją widły czy grabie, gotowe w każdej chwili do rzucenia się na Spartka, sprawdzam trwałość ogrodzenia, równość ustawienia schodków, odległość stanowiska do czyszczenia od najbliższych pojazdów mechanicznych – zresztą, zaparkowanych, ze zgaszonym silnikiem, więc w żadnym stopniu nie stanowiących dla nas zagrożenia, ale nigdy nie wiadomo… Zachowuję się nieraz jak paranoiczką – nie spuszczam oka z mojego konia, gdy już jest osiodłany… Staram się nie oddalać od niego, gdy na kantarze jest uwiązany do czyszczenia… Nadopiekuńczość? Nie! Instynkt samozachowawczy! Bo Spartek, gdy już wpakuje się w poważne tarapaty, całym sobą krzyczy do mnie „Mamciś!!! Ratuuuunkuuuu!”, no i co mi pozostaje???

Dlatego staram się myśleć z wyprzedzeniem… A teraz od początku.

spartek_las_zima_ja

 

Gdy wybieram się ze Spartkiem na spacer do lasu, zawsze mam z tyłu głowy kilka scen z naszych, powiedzmy, mniej udanych wycieczek… Pierwsza, którą pamiętam do dziś, to był nasz ze Spartkiem wypad do lasu na spacerek w ręku w towarzystwie Barbórki, Spartkowej ówczesnej dziewczyny. Staliśmy w stajni Szinuk, sąsiadującej z piękną rozległą puszczą. Warunki do przyzwyczajenia konia do leśnych wędrówek – wręcz wymarzone. Spartan czuł się w lesie niepewnie… Nie lubił oddalać się od stajni, nawet w towarzystwie drugiego konia. Był niezwykle czujny, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Był kwiecień, dwa lata temu. Ewa – właścicielka Barbórki – dziewczyna niezwykle nam życzliwa, a na dodatek będąca ostoją spokoju i łagodności, zaproponowała, żebyśmy udali się na wycieczkę z naszymi końmi. Ja się zgodziłam, a Spartka nikt nie pytał… I wszystko byłoby nawet nieźle – zawędrowaliśmy dość daleko od stajni, idąc główną leśną drogą, kiedy nagle z naprzeciwka pojawił się obładowany drewnem TIR z równie obładowaną przyczepą. Pojazd zbliżał się prosto na nas wąską drogą, konie w ręku, coraz bardziej niespokojne… Po obu stronach drogi – dość głębokie rowy melioracyjne, więc ciężko je przeskoczyć, zwłaszcza że tuż za nimi naprawdę gęsty las i z końmi nie mamy szans, by się zmieścić. Musiałyśmy zawrócić i szybkim krokiem, oddalając się od nadciągającego TIR-a, rozpaczliwie szukać możliwości ucieczki w jakąś boczną ścieżkę. Na szczęście, po chwili skręciłyśmy w lewo, konie – choć przerażone – nadal były przy nas w liczbie dwóch, a TIR z przyczepą właśnie mijał nas, przeczekujących w leśnej gęstwinie. Gdy „maszyna” przejechała, Spartkowi puściły nerwy. W mgnieniu oka obrócił się wokół mnie – zdążyłam tylko uprzedzić Ewę, by się odsunęła, i wyrwał mi linę z ręki, ruszając w pościg za TIR-em. Galopem pognał przed siebie, skręcił za TIR-em i pognał tuż za nim, by za chwilę wyprzedzić przyczepę i galopować tuż przy kabinie kierowcy, po jego lewej stronie. Wiedziałam, że gonienie konia nie jest dobrym rozwiązaniem: po-pierwsze, i tak nie miałam szans, po-drugie, wówczas to dopiero by się utwierdził  w przekonaniu, że całe stado za nim pędzi, co dodatkowo dodałoby mu pewności siebie. Wyszłyśmy z Ewą i Barbórką na drogę, wołałam Spartka, idąc daleko za TIR-em, modląc się w duchu, by długa, ciągnąca się po ziemi lina nie wkręciła się w ogromne koło pojazdu, bo byłoby po koniu… Nie wiem, co myślał sobie kierowca… Może chciał uciec przed koniem, może się z nim ścigał, bo nie wierzę, że nie zauważył Spartka, zaglądającego mu niemalże do lewego lusterka… Jak zawsze w podobnie beznadziejnych sytuacjach, liczyłam na cud… TIR oddalał się wraz z moim koniem, my szłyśmy żwawym krokiem za nimi, wołając Spartana, który pędził w przeciwnym od nas kierunku… Aż tu nagle TIR dojechał  do rozwidlenia i zaczął powoli skręcać w prawo. Ten manewr zupełnie zasłonił mi Spartana, więc kompletnie nie widziałam, co się z nim dzieje. Kiedy przyczepa również pokonała zakręt, zobaczyłam Spartka, który dumny, z wyciągniętą szyją stał na zakręcie i patrzył raz na nas, raz na oddalającego się potwora. Wypowiadałam imię Spartka tak spokojnie, jak tylko potrafiłam, idąc ni to szybko ni to wolno… Właściwie to było przedziwne poruszanie się – starałam się, udając spokojne spacerowe kroki, zbliżyć się do konia tak szybko, jak się da. Szkoda, że nie mam nagrań… Charlie Chaplin byłby pod wrażeniem…

Ale właściwie nie musiałam się spieszyć. Spartan na nas czekał. Nawet był dość spokojny. W jego spojrzeniu dało się wyczytać dumę i zadowolenie z dobrze wykonanej roboty: „Widziałyście, dziewczyny, jak przede mną zwiewał? Aż się kurzyło!”. Rzeczywiście, kiedy opadł kurz, spokojnie wzięłam spartkową linę i – …. poszliśmy w kierunku stajni? Nie! Za radą Ewy zawróciłyśmy z końmi z powrotem do miejsca, gdzie spotkałyśmy na swojej drodze TIR-a, przeszłyśmy się tam i z powrotem tak, by konie upewniły się, że nic strasznego już się nie wydarzy, i dopiero po tym poszłyśmy w kierunku stajni. Nie powiem, trzęsły mi się ręce, nogi się uginały, a głosik miałam mocno zdenerwowany. Całe szczęście, tego dnia nic więcej już się nie wydarzyło. Jednak przez kolejny rok, mając w pamięci zajście z TIR-em, nie miałam odwagi zabrać Spartka na spacer do lasu.

Minęły dwa lata, w tym czasie, dzięki pomocy trenerki Gosi z Szinuka, Spartan zaczął chodzić w tereny pod siodłem. Tych w ręku wciąż starałam się unikać. Po przeprowadzce do nowej stajni, jesienią ubiegłego roku, znów zaczęłam zabierać Spartka na spacery w ręku. Pewnego dnia dołączyłam ze Spartkiem do wybierających się na wycieczkę do lasu Anię z Uranem. Uran dumnie kroczył z synkiem Ani na grzbiecie – takie wędrówki nie były dla nich niczym nadzwyczajnym. Dla nas – to była bodajże druga wycieczka po przeprowadzce do Olszewnicy. Uran to koń spokojny, doświadczony, więc lepszego towarzystwa nie można było znaleźć. Kroczyliśmy ze Spartkiem za Anią z Uranem, oddalając się od stajni na parę kilometrów, a Spartan wyjątkowo spokojnie szedł przed siebie, zajadając po drodze suchą dębinkę.

spartek_las

Ja również byłam nadzwyczaj spokojna i wyluzowana. Co prawda, kompletnie nie znałam okolicy i nie miałam zielonego pojęcia, jaką trasę wycieczki zaplanowała dla nas Anka. Droga prowadziła prosto przez las, jak się później okazało, aż do przejazdu kolejowego. Skąd mogłam wiedzieć, że przejazd kolejowy, z obowiązkowym zatrzymaniem się i zaczekaniem na przejeżdżający Pendolino, były właściwym celem naszej wycieczki? Synek Anki uwielbiał patrzeć na mknące z ogromną prędkością pociągi… Gdy doszliśmy do przejazdu i Anka zatrzymała Urana, zdezorientowana, zapytałam, gdzie skręcamy? Okazało się, że nigdzie – że poczekamy sobie na Pendolino… Zbladłam… Napomknę tylko, że Spartan do dziś ma problem z zatrzymaniem się i spokojnym staniem w środku lasu – o ile oczywiście nie ma do objedzenia jakiejś smacznej gałązki. Dlatego też wiedziałam, że za chwilę Spartan wybuchnie i spróbuje się wyrwać. Szybko powiedziałam Ance, że to nie jest dobry pomysł, że nie utrzymam konia przy nadjeżdżającym pociągu. „No co ty?” – zapytała zdziwiona, bo, rzecz jasna, taki rozwój wydarzeń zupełnie nie mieścił jej się w głowie. „Zaraz już jedzie, poczekajcie chwilkę”. W tym samym momencie Spartan wyrwał mi linę i ruszył na przejazd kolejowy. Wiedziałam, jak to się może skończyć… Wyścig z Pendolino mógłby się stać dla Spartka ostatnim przejawem heroizmu. Uczepiłam się końcówki liny, jak małpa, i poleciałam za koniem, szybciutko przebierając nóżkami. Za nic w świecie nie zamierzałam puścić liny. Do przejazdu zostawało parę metrów, kiedy resztką sił spróbowałam szarpnąć liną. Nie wiem, co podziałało, ale Spartek się zatrzymał. Szybko go zawróciłam i poszłam w kierunku Ani z Uranem, który stał spokojnie i obserwował rozgrywającą się na jego oczach scenę. Byłam zdesperowana, by czym prędzej opuścić łączkę przed przejazdem kolejowym, więc po prostu ruszyłam z powrotem do lasu, błagając Ankę, by szła za nami. Ufff, za chwilę za nami pojawił się Uran. Poczułam się właśnie uratowana, gdy nagle rozległy się iście piekielne odgłosy – płacz dzieci, krzyk zarzynanych zwierząt, piski i przerażające wycie… Te koszmarne dźwięki wypełniły cały las! Struchlałam. Spartan wybałuszył oczy, jak nigdy dotąd, i przyspieszył, jakby ktoś z tyłu gonił go batem. „Co TO jest?” – rzuciłam, starając się nadążać za koniem. „Puszczają tu takie przy przejeździe kolejowym, by odstraszyć zwierzęta” – wyjaśniła mi Anka. „To im się, kurna, udało!!!” – wydusiłam, i ponownie spróbowałam uspokoić Spartka. Gdy po paru minutach piekielne odgłosy ucichły, a my byliśmy już na tyle daleko od przejazdu, bym mogła zacząć oddychać, Spartan się uspokoił. Co prawda, drogę powrotną pokonaliśmy chyba ze trzy razy szybciej, niż bym się spodziewała. I wiem jedno – nigdy nie będziemy ze Spartkiem oglądać Pendolino! Poznanie z bliska kierowcy TIR-a w zupełności powinno koniowi wystarczyć…

O kolejnych Spartkowych „wpadkach” i rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają –  Gdy hucuł się nudzi, czyli głupich wpadek ciąg dalszy…

Nie słowa, czyny! Czyli o „babskim gadaniu” w krótkich żołnierskich słowach…

Zawsze, wracając od Spartka, rozmyślam nad tym, czego mnie dziś nauczył… Nie każda wizyta jest tak pouczająca, jak ta dzisiejsza, albo też nie jestem zbyt bystra, by z każdej wyciągnąć odpowiednie wnioski. Niekiedy jednak mój koń wyraża się wystarczająco dobitnie, bym zrozumiała jego przekaz…

Otóż dziś po wizycie w stajni wracam z następującą refleksją: w relacjach zarówno z mężczyznami, jak i z końmi, nie warto nadużywać pustych słów. No cóż… Dotarło to do mnie dopiero teraz, ale lepiej późno, niż wcale.

Skąd mi się to wzięło? Otóż, dziś podczas pracy z ziemi ze Spartkiem zależało mi, żeby poruszał się po kole w miarę przyzwoitym stępem. Nie nóżka za nóżką, jak on ma w zwyczaju, lecz trochę, że tak powiem, z życiem. Z wigorem. Z zaangażowaniem w pracę. Podłoże mamy twarde, więc kłus mu odpuściłam, ale przynajmniej stęp chciałam uzyskać na jako takim poziomie. No więc, jak pan bóg przykazał, odsyłam konia na koło. Odchodzi. Daję mu chwilę na rozruszanie się i postanawiam stęp przyspieszyć. Wskazuję ręką kierunek, nabieram powietrza – nic… Zaczynam poruszać batem za zadem konia – nic… Wtedy wypowiadam gnuśnym głosem „Doooodaj!” – nic… I uderzam batem za zadem konia. Mocno. Koń natychmiast przyspiesza. Ale po paru metrach zwalnia do swojego normalnego (czytaj – leniwego) tempa. Powtarzam całą sekwencję czynności. Reakcja konia jest taka sama – przyspiesza, by po chwili zwolnić. Trzeci raz – nie muszę Wam chyba mówić. No i zauważam, że w momencie, gdy wypowiadam swoje gnuśne „Doooodaj!”, Spartek się wścieka. Widzę gniewne machanie łbem, uderzenia ogonem. Za czwartym razem na moje „Dooooodaj!” odbryknął mi się z zadu – leciuteńko, że tak powiem, ostrzegawczo. Natychmiast skorygowałam go liną, wycofałam i odesłałam z powrotem na koło. „Oż ty, w mordę jeża” – pomyślałam, ale się wściekł. Powtórzyłam paskudne słowo jeszcze raz i uzyskałam podobną reakcję, co prawda koń jest na tyle sprytny, że tuż po podbryknięciu sam się wycofał zapobiegawczo i zrobił minę niewiniątka. Ok… Zmieniłam strategię, bo przypomniałam sobie, jak kiedyś reagował na moje „Uwaaaga!” z siodła przed zakłusowaniem. Pamiętam, że też go tak to moje „Uwaaaaga!” denerwowało, że zaczynała się walka na śmierć i życie z wyrywaniem wodzy, cofaniem, próbą rozwalić moją nogę o metalowe ogrodzenie. Wtedy, gdy nam się to przytrafiło, odpuściłam sobie uprzedzające „Uwaaaaga!” i po prostu, jak normalny człowiek, używałam pomocy, z lekkim zebraniem wodzy na czele. I to już samo w sobie wystarczyło koniowi, by przygotować się do zmiany chodu. Dlaczego więc wymyśliłam teraz to głupie „Dooooodaj!”? Zadziałało na Spartka jak płachta na byka!

Następnym razem, odsyłając konia na koło i chcąc uzyskać żywsze tempo, odpuściłam sobie gadanie. Po prostu podniosłam swoją energię, wskazałam ręką kierunek, uniosłam bat, i po chwili przy braku prawidłowej reakcji konia, uderzyłam batem w ziemię tuż za koniem. Dwa razy nie trzeba było powtarzać. Za każdym kolejnym razem, gdy tylko zwalniał, wystarczało samo moje spojrzenie i wskazanie kierunku z lekkim uniesieniem bata, albo nawet i bez. Spartan natychmiast przyspieszał. Bez buntów i zbędnych dyskusji. Komunikat był jasny. Ewidentnie koń potrafi znacznie szybciej ode mnie wyciągać wnioski… No cóż…

10450328_10204570275439559_5280999934877045296_o

A teraz zastanówmy się, dlaczego moje „Uwaaaaga!” czy „Doooodaj!” stały się powodem do końskiej irytacji. Otóż, zdaje się, że zamieniły się w znacznik, poprzedzający coś niemiłego. Po tych moich słowach-znacznikach następowało albo dodanie łydki z siodła albo uderzenie batem w ziemię, tak jak dziś. Tyle że sama łydka czy bat o ziemię są dla konia konkretne i zrozumiałe. Normalne sygnały, na które koń reaguje. Z kolei poprzedzające je słowa – nie mające większego sensu, poza zapowiedzią czegoś niemiłego, powodowały irytację! Bo łatwiej jest koniowi się wkurzyć na „Doooodaj!”, niż na sygnał bata! Zamiast przekazywać jakąś konkretną dla konia informację, słowa te stały się znacznikiem ze znakiem minus (w odróżnienia np. od klikiera, który jest znacznikiem ze znakiem plus). I tak samo, jak po usłyszeniu dźwięku klikiera zwierzę już się cieszy, nawet nie czekając na samą nagrodę w postaci przysmaku, tak samo moje słowa-znaczniki konia wkurzały natychmiast. Następne moje czynności były już bez znaczenia, bo Spartkowa irytacja od razu prowadziła do kłótni pomiędzy nami.

Jak już wcześniej powiedziałam, lepiej później niż wcale… Natychmiast się przymknęłam, przestałam wypowiadać swoje gnuśnie „Doooodaj!”, i problem się skończył. Resztę treningu Spartek pracował bez zarzutu.

Tak to za drugim razem do mnie dotarło. Mniej słów, więcej czynów. Konkretnych, dla konia zrozumiałych, i sprawiedliwych. I nie to żebym odpuściła sobie moje świergotanie do Spartka przy czyszczeniu czy naszych wspólnych wędrówkach tu czy tam. Opowiadam mu o wszystkim, co mi w duszy gra, zwierzam się ze swoich sekretów i pomysłów. Udaje, że słucha… Ale na pewno mu to nie przeszkadza. Pewnie przyzwyczaił się, jak ludzie mieszkające przy torach kolejowych przyzwyczajają się do odgłosów przejeżdżających pociągów. Podobno w ciszy nie potrafią zasnąć. Tak też jest u nas. Na co dzień dużo z nim gadam, albo raczej – do niego. Zaś przy pracy, a zwłaszcza jeśli chodzi o wydawanie poleceń, mam się przymknąć.

Nieprawdaż, że typowo męskie podejście? Można latami mówić mężczyźnie, że odkurzacz słabo działa, że się wyłącza po pięciu minutach, że tak się nie da całego domu odkurzyć… I nic… A wystarczy raz, tak od niechcenia, udając że sytuacja jest absolutnie podbramkowa – zaraz przyjdą niezapowiedziani goście i nie dasz rady sama posprzątać – poprosić mężczyznę, by odkurzył, i co? Następnego dnia jedziecie po nowy odkurzacz. Najlepszy! Supermocny! Taki, co by stajnię odkurzył i się nie przegrzał!

Ot, i cała prawda o „babskim gadaniu” w końsko-męskim świecie. Ale jak tu nie gadać, jak się lubi?

Sól, tarantula i szaleni naukowcy…

W czasie, gdy Spartek „normalnieje”, a więc pozbawia mnie weny do rozpisywania się na temat jego zaskakujących odsłon osobowości, a chęci do pisania nie brakuje – zwracam się do tematów odległych od końskiego świata.

 

karalarskaya_step

 

Dziś – nie wiedzieć czemu – przypomniałam sobie moje „POCIĄGające” przygody, związane z podróżowaniem z Petersburga do Poznania i z powrotem, jakich co najmniej dwa, a to i trzy razy do roku, doświadczałam na przestrzeni dwudziestu lat. Moje przygody kolejowe zaczęły się jednak znacznie wcześniej, pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy jako trzynastolatka uczestniczyłam w wyprawie naukowej dla młodych przyrodników, zorganizowanej przez nasze petersburskie kółko zoologiczne. O tym, co mam na myśli pod określeniem „kółko zoologiczne” można poczytać tu O kółku zoologicznym 🙂

Ależ to była przygoda! Jechaliśmy grupą około dwudziestu dzieciaków, w asyście trzech dorosłych biologów na Krym, gdzie przez miesiąc poznawaliśmy florę i faunę regionu, zbieraliśmy i suszyliśmy rośliny, prowadziliśmy całodobowe obserwacje gniazd rzadkich ptaków drapieżnych, łapaliśmy myszoskoczki, susły, chomiki, węże, pająki i inne drobne zwierzęta dla Zakładu Zoologii Petersburskiego Uniwersytetu. To ostatnie dziś bym sobie z pewnością odpuściła, ale wówczas, jako dziecko, nie widziałam problemu w zabraniu zwierząt z ich środowiska naturalnego i przewiezieniu pociągiem do Petersburga…

Ta wyprawa była dla mnie spełnieniem wszystkich moich marzeń i zapowiedzią przyszłej wspaniałej drogi przyrodnika, zresztą, jak się okazało w przyszłości, zapowiedzią niespełnioną. Ale mniejsza o to. Pamiętam jak dziś, że leżałam sobie któregoś wieczoru w wannie, oczywiście, z książką Jane Goodall w ręku, kiedy zadzwonił telefon. Zakręciłam wodę i zaczęłam nasłuchiwać, czy mama odbierze. Akurat robiła coś w kuchni, ale zdążyła dobiec do przedpokoju i w ostatniej chwili podniosła słuchawkę. To dzwonił Igor Jozifowicz – dyrektor naszego kółka i organizator krymskiej wyprawy. Czekałam na ten telefon z nadzieją i jednocześnie obawą, że mama nie da się przekonać. Wiedziałam, że cuda raczej się nie zdarzają, przynajmniej nie u mnie, więc spodziewałam się jedynie, że mama, podzielając, rzecz jasna, moją pasję, ale czysto teoretycznie, w praktyce oświadczy, że jestem za młoda na takie wyprawy, że za daleko, za długo i za drogo. Faktycznie, koszty wyprawy należało pokryć we własnym zakresie, a z pieniędzmi wówczas było krucho. Co prawda, wyprawę można było zaliczyć do niskobudżetowych, ale i tak trzeba było opłacić bilet na pociąg do Krymu i z powrotem, jakieś niewielkie koszty noclegu i zabrać ze sobą wyżywienie – na miesiąc! Bowiem w okolicach naszego miejsca pobytu na Krymie sklepów nie było. Za to były stepy, gdzieniegdzie rozległe słone bajora i tyle… Z rzadka – samotne drzewo czy niski iglasty krzak. I stara, opuszczona szkoła, gdzie na sali gimnastycznej mieliśmy się ulokować. O dziwo, wodociąg w szkole wciąż działał, więc mieliśmy przynajmniej dostęp do wody. Nie wiem, czy Igor Jozifowicz przedstawił mojej mamie wszystkie aspekty naszego planowanego pobytu na Krymie. Szczerze mówiąc, wątpię, bo znając szczegóły naszej wyprawy, mama chyba nie odważyłaby się na wyrażenie zgody. A że nasz dyrektor był uroczym, sympatycznym i jednocześnie szalonym naukowcem, o przemiłym aksamitnym głosie, który zawsze działał na kobiety rozbrajająco, mama się zgodziła. Przebieg tej znamiennej rozmowy telefonicznej śledziłam z zapartym tchem, bojąc się nawet poruszyć w wannie. Na koniec usłyszałam tylko, że mama zamierzała mnie zapytać, czy chciałabym jechać, więc z wrażenia upuściłam moją bezcenną lekturę do wody… Sprawa została przesądzona, bo wiadomo, że chciałam! Najbardziej na świecie!

Miesiąc później cała nasza ekipa przyrodników spotkała się na dworcu. Byliśmy obładowani plecakami z jedzeniem, śpiworami, jakimś dziwnym wyposażeniem do pływania (niektórzy rodzice chyba sądzili, że jedziemy nad morze – już nie wiem, co im Igor Jozifowicz naopowiadał)… Chwila pożegnania i – w drogę. Tyle że podróży w tamtą stronę za bardzo nie pamiętam. To znaczy, na pewno dobrze się bawiliśmy, śpiewaliśmy, nie dając spać pozostałym pasażerom i snuliśmy plany na przyszły miesiąc. Ale żadnych większych przygód nie było – ot, tak, wesoło i entuzjastycznie przemierzaliśmy kolejne setki kilometrów na południe.

Na miejscu okazało się, że budynek szkoły raczej nadaje się do rozbiórki, niż do przyjmowania naukowców. Ale czy to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie? W ogóle! Szybko rozładowaliśmy plecaki z żywnością, składując w jednym z pomieszczeń nasze konserwy, puszki, makarony i to wszystko, w co rodzice nas zaopatrzyli. Mieliśmy też kuchenki elektryczne i dwa duże garnki. Jedzenia miało nam starczyć na co najmniej dwa tygodnie, po czym nasi dorośli uczestnicy wyprawy mieli udać się do najbliższego, aczkolwiek oddalonego o jakieś kilkanaście kilometrów, sklepu w jednej z okolicznych wiosek. Zatem racje żywnościowe były mocno reglamentowane, a klucz od naszej tymczasowej spiżarni kierownik wyprawy nosił zawsze przy sobie.

Każdy dzień był starannie przez naszych przewodników zaplanowany. Podzieliliśmy się na kilka grup i codziennie mieliśmy do wykonania całą listę zadań. Opisywaliśmy roślinność i faunę otaczających nas stepów, robiliśmy jakieś pomiary, szukaliśmy nor gryzoni, gniazd i obszarów występowania ptaków, łapaliśmy węże i pająki, by je zmierzyć, sfotografować i opisać w naszych dziennikach. Pełniliśmy też dyżury przy gniazdach jakichś sokołów… W grupach dwóch-trzech osób musieliśmy spędzać czterogodzinne dyżury z notatnikiem w ręku, do którego starannie wpisywaliśmy, kiedy i jaki ptak opuszczał swoje gniazdo w poszukiwaniu pożywienia dla piskląt, kiedy wracał, co przynosił itd. Nie wiem, czy z naukowego punktu widzenia nasze notatki miały jakiekolwiek znaczenie, jednak dla nas było to szalenie ciekawe doświadczenie, pokazujące nam, młodym pasjonatom przyrody, jak wygląda praca naukowca. Dłuuugie godziny, podczas których nie dzieje się kompletnie nic – ot, ptak wrócił do gniazda. Notatka. I znów leżymy pod krzakiem, gapiąc się w konary drzew. Wyleciał. Notatka. Kolejne pół godziny przyglądania się wielkiemu nic… Po czterech godzinach – zmiana. Idzie następna ekipa obserwatorów, a my – wolni – lecimy do kolejnych wyzwań.

1505763242_uzunlarskoe

Pamiętam naszą wyprawę na wyspy, położone na środku słonego jeziora. Były to bardzo płytkie zbiorniki, gdzieniegdzie porośnięte czymś na kształt szuwarów, lecz często rozległe i – co najgorsze – kilkanaście centymetrów od dna tworzyła się warstwa wyschniętej soli. Do wyprawy ruszyliśmy pełni entuzjazmu, bowiem na wyspach podobno gnieździły się jakieś rzadkie gatunki czapli, które koniecznie musieliśmy zobaczyć. Rzecz jasna, nikt nas nie uprzedził, że oprócz czapli, na wyspie roi się od żmij. Ale po tym, co przeżyliśmy w drodze na wyspy, żmije to już był mały pikuś.  Otóż, okazało się, że przez rozległe słone bajoro idzie się na piechotę – płynąć się zupełnie nie dało, za płytko. Woda sięgała niżej pasa, i wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie ta warstwa soli tuż nad dnem. Gdy stopa sięgała dna – a tak naprawdę tej solnej kry, pod ciężarem naszych ciał solna warstwa łamała się i noga zapadała się głębiej. Zaś gdy się nogę wyjmowało, by zrobić kolejny krok, krawędzie solnej kry cięły nasze stopy, zostawiając nieraz całkiem głębokie krwawiące rany. Same cięcia dałoby się nawet przeżyć, ale ta sól!!! Szczypało jak skurczybyk, próbowaliśmy dowcipkować przez łzy, niektórzy próbowali jakoś płynąć, inni – zaciskając zęby, udawali, że wcale ich nie boli, lecz po paru chwilach też zaczynali jęczeć z bólu… Igor Jozifowicz i dwóch pozostałych dorosłych uczestników naszej wyprawy próbowali jakoś podtrzymywać nas na duchu, lecz widziałam, że im też nie jest za wesoło. Byli ciężsi od nas, więc jeśli nam czasem udawało się nie zapaść nogą pod krę, to oni na pewno cięli sobie stopy przy każdym kroku. Myśl o tym, że za jakieś parę minut wyjdziemy na brzeg, dodawała nam otuchy. Marzyliśmy o zobaczeniu pięknych czapli, zrobieniu wspaniałych zdjęć i zliczeniu wszystkich gatunków zwierząt, występujących na niedostępnych dla człowieka wyspach. Naiwni… Gdybyśmy mogli przypuszczać, że prawdziwe piekło nastanie wraz z wkroczeniem na brzeg! Otóż, gdy pierwsi z nas wydostali się na brzeg wyspy i szczęśliwi zaczęli potrząsać nogami, próbując uśmierzyć ból, a my wciąż brnęliśmy przez słone rozlewisko, ostatni, opadający z sił zaczęli przyspieszać. Każdy chciał mieć już to za sobą. Pamiętam, że szłam jako jedna z ostatnich – co jakiś czas próbowałam popłynąć, ale na nic były moje starania, więc tylko coraz bardziej zostawałam w tyle. Widziałam, jak jeden po drugim dzieciaki wyskakują na brzeg i zaczynają coraz bardziej podrygiwać, potrząsać nogami, skakać, a nawet popiskiwać. Co to ma znaczyć? Ze szczęścia ich tak nosi? Niestety, nie… Palące słońce (czterdziestostopniowy upał), wysuszając błyskawicznie nasze pokaleczone kończyny, sprawiło, że ból i szczypanie stały się nie do zniesienia! Uwierzcie mi, już mniej bolesne było zanurzanie kończyn w słonej wodzie, niż wystawianie ich na słońce. Mało tego na wyspie roiło się od żmij. Rozpełzały się na wszystkie strony, gdy stopa pierwszego z nas dosięgła brzegu. Było ich tyle, że nie sposób było ich zliczyć (zatem – z liczeniem przedstawicieli tego gatunku od razu daliśmy sobie spokój).  „Idziemy oglądać czaple?” – pytanie padło z ust Igora Jozifowicza, a któryś z nas, małolatów, wtedy po raz pierwszy soczyście zaklął przy dorosłych. Poszliśmy jednak rzucić okiem na te cholerne czaple. Porobiliśmy zdjęcia. Jednak to wszystko odbywało się w rytm jakiegoś dziwacznego tańca ludów pierwotnych… Nie sposób było nawet przez chwilę ustać w miejscu – wszyscy, łącznie z dorosłymi, podskakiwaliśmy i co chwilę pocieraliśmy nogą o nogę. Słońce robiło swoje i cięte rany szybko zaczynały wysychać. Nie da się ukryć, że krajobraz wysp pamiętam jak przez mgłę. Żmije tylko dodatkowo nas rozzłościły, a mając przed sobą perspektywę drogi powrotnej przez słone bajoro, morale ekipy sięgnęły dna…

Jakoś jednak wróciliśmy z tej wyspy… Wyglądaliśmy niczym rozbitki z tonącego statku… Marzyło nam się tylko zmycie tej cholernej soli z nóg i odpoczynek z dala od słońca. Rzecz jasna, następnego dnia śmichów chichów o tym, jak kto skakał po wyjściu z wody, było co niemiara. Opowieści o naszej przygodzie z czaplami starczyło na kolejny rok, więc – mimo wszystko – nikt nie żałował, że dotarł z nami na wyspy.

Sporo jeszcze mieliśmy przygód… Pamiętam, że któregoś dnia zawędrował pod bramę naszej rozpadającej się szkoły jakiś wędrowny motocyklista. Co on tam robił, bóg raczy wiedzieć. Tak czy siak, nasze rozbrykane towarzystwo młodych szalonych naukowców najwyraźniej przypadło mu do gustu, bo postanowił zostać z nami do następnego dnia, a w zamian za gościnę obiecał, że przejedziemy się z nim po nocnych stepach – w opcji „gaz do dechy”. Wiadomo, że była to propozycja nie do odrzucenia. Żeby było weselej i bliżej głównego przedmiotu naszych zainteresowań, postanowiliśmy, że zadaniem motocyklisty w nocy będzie śledzenie tras nocnych wędrówek myszoskoczków. W dzień te gryzonie spały, a w nocy były dla nas prawie niedostrzegalne – tak szybko się przemieszczały. Zatem pasażer motocyklu  świecił latarką i w ten sposób szalony motocyklista, z przyrodnikiem z tyłu, krążył po okolicznych stepach w poszukiwaniu myszoskoczków. Dzięki jego pomocy, udało nam się je wreszcie wytropić…

Echh…. Działo się przez ten miesiąc tyle, że nie sposób wszystkiego opisać. Ale najbardziej zapadła mi w pamięci przygoda, jaka wydarzyła nam się w drodze powrotnej. Pamiętam, że z trudem załadowaliśmy się do naszego plackartnego (czyli z kuszetkami, ale bez drzwi w przedziałach) wagonu, poupychaliśmy pod naszymi kuszetkami klatki z gryzoniami, słoje z wężami i pająkami, grube zielniki z zasuszonymi kwiatami, i poszliśmy spać. Upał, zmęczenie i głód wreszcie dały się we znaki. Spaliśmy cały dzień, a wieczorem – jak to u dzieciaków bywa – dopadła nas głupawka. Ktoś wyciągnął karty, kości do gry i zaczęła się impreza. Kto przegrał – musiał wykonać jakieś równie głupkowate, co cała nasza wyprawa, zadanie. Na przykład, pójść do pasażerów obok, stanąć na środku ich przedziału i zaśpiewać piosenkę – nie jeden refren, a od początku do końca, choćby go stamtąd siłą wyrzucano. Albo – zrobić herbatę wszystkim pasażerom wagonu i ją poroznosić, po czym pozbierać szklanki, umyć i pójść zapytać o kolejną herbatę. Albo – iść do współpasażerów i zdobyć coś do jedzenia (zazwyczaj pasażerowie pociągów dalekobieżnych są naprawdę dobrze w żywność zaopatrzeni). Generalnie, zabawa trwała w najlepsze. Następnego dnia rano, gdzieś w połowie drogi pomiędzy Krymem a Petersburgiem, któryś z naszych dorosłych opiekunów zajrzał do słoika z tarantulą… Zobaczyć, jak jej noc minęła… No i okazało się, że tarantuli ani śladu – póki żeśmy się dobrze bawili i wymyślali coraz głupsze głupoty, tarantula zwiała. A była to podobno odmiana jadowita… Co tu zrobić? Igor Jozifowicz, pamiętam, zbladł. Co prawda, współpasażerowie wiedzieli, że wieziemy cały zwierzyniec, ale tarantulą jakoś się nie chwaliliśmy. Tym bardziej nie zamierzaliśmy się chwalić jej tajemniczym zniknięciem.

Red-kneed tarantula Brachypelma smithii

Co robić? Igor Jozifowicz szybko zwołał sztab kryzysowy. Po-pierwsze, należało ustalić, kto ostatni widział tarantulę. Okazało się, że wszyscy – ale na dworcu, zanim wsiedliśmy do pociągu. Po-drugie, czy to nie jest głupi żart któregoś z nas? No więc, jak szybko wyjaśniliśmy, owszem, jesteśmy może głupkowaci, ale nie na tyle! Odrobinę zdrowego rozsądku, o dziwo, każdy zdołał zachować. No i wreszcie po trzecie, co robić? Stwierdziliśmy, że najmniej podejrzane będzie, jeśli znów wymyślimy jakąś dziwną grę, w ramach której mielibyśmy zbadać centymetr po centymetrze cały wagon wraz z wyposażeniem i rzeczami osobistymi podróżników. Część z nas udawała, że gra w karty, a ci, co niby przegrali, pełzali po wagonie z latarką w ręku…

Jakoś tak zleciał nam cały dzień. Przed nami była kolejna noc w podróży, ale nie było nam do śmiechu. Tarantulę należało znaleźć! Pal licho, że cenny okaz – szkoda było, by kogoś dziabnęła! Rano mieliśmy dotrzeć do Petersburga i któryś z pasażerów nieświadomie mógł przynieść do domu wraz z pamiątkami z wycieczki naszego pająka. Należało się spieszyć. Kolejnym pomysłem było przymierzenie butów pasażerów wagonu. Że niby taka gra – kto przegra, ma przymierzyć wszystkie buty. Na ten pomysł wpadliśmy już nad ranem, kilkaset kilometrów od Petersburga, gdy zaczynały nam puszczać nerwy. Pasażerów naszego wagonu zupełnie już przestało dziwić zachowanie nastolatków – być może uważali nas za wychowanków wariatkowa, wracających z wycieczki… Tak też zapewne wyglądaliśmy, pełzając nad ranem pod kuszetkami i zaglądając do kapci i pantofli.

Gdy jeden z chłopaków rozdarł się na cały wagon „JEEEEEST!!!”, wszyscy rzucili się do przedziału starszej pani, jadącej z wnuczką na wakacje do północnej stolicy. W jej kapciu słodko spała nasza tarantulka. Kapeć został na chwili od babci pożyczony, zaniesiony do Igora Jozifowicza, a ten drżącymi rękami wyjął oburzoną wczesną pobudką tarantulę i umieścił ją z powrotem w słoiku… Już za chwilę zobaczyliśmy przedmieścia Petersburga.

Wkrótce o podróżach koleją – ciąg dalszy…

 

 

Najpierw masa, potem rzeźba…

Pół kostki w biedrach…

IMG_5838

Jak widać na powyższym zdjęciu, Spartkowi się powodzi… Nie dość że jest, jak to mawiają moje koleżanki „dopalony, dokuczliwy” – z akcentem na „o”, to i życie towarzyskie kwitnie w najlepsze. Spartkowy brzuch bodajże mógłby zmieścić Czesława w całości, i nie jest to  żadne świąteczne przejedzenie… Takowe przydarzyło się akurat w moim przypadku, co wyczytałam niegdyś w Spartkowym spojrzeniu. „Pańci to chyba z pół kostki siana w biedrach przybyło… Musimy nad tym popracować” – pomyślał sobie, odprowadzając mnie szyderczym spojrzeniem… Zauważyłam to i obiecałam poprawę… Oczywiście, po powrocie do domu natychmiast weszłam na wagę – i jak nic, prawie pół kostki! Ma się tę miarkę w oku! Wściekła na siebie, święta, urlopy i cały świat, postanowiłam zabrać się do pracy (no bo o żadnej diecie, w moim przypadku, nie ma mowy! Jak tylko pomyślę o diecie, natychmiast następne kilo w biedrach… –  tak to działa). A zatem – nie pozostało mi nic innego, jak wziąć się w garść i codziennie, przez śnieg, lód i niepogodę, jechać do stajni.

Pierwszego dnia, zdziwiony moją obecnością dwa dni pod rząd, Spartek ochoczo zszedł z pastwiska i podreptał na ujeżdżalnię. Czesiek, oczywiście, próbował zakłócić naszą idyllę, a to zagradzając drogę, a to kuląc uszy i popychając mnie głową, ale nic z tego! Powiedziałam „Czesław, musisz odejść!” i odszedł…

Na ujeżdżalni akurat leżała warstwa białego puszystego śniegu, było więc miękko i przyjemnie – nareszcie mogliśmy popracować, nie obawiając się twardego, nierównego czy śliskiego podłoża. Pamiętacie nasze ze Spartkiem noworoczne postanowienia? Noworoczne Postanowienia by Irina & Spartan

Otóż, wzięłam je sobie do serca… a biorąc pod uwagę owe „pół kostki siana w biedrach”, tym bardziej nie zamierzałam ich sobie odpuszczać. A więc trening pierwszego dnia zaplanowałam co do joty. Wiedziałam, że musimy popracować fizycznie – i nie miałam na myśli tylko Spartana. Daliśmy więc z siebie 100%, pracując na linie w kłusie i galopie. Tego dnia zapomnieliśmy o buntach, kłótniach i obopólnych pretensjach. Ja prosiłam konia o ruch, a ten za każdym razem odpowiadał mi pełnym zaangażowaniem i wręcz niespotykaną chęcią do pracy. Po raz pierwszy w życiu widziałam, że sprawia mu to przyjemność! Galopował miękko, lekko i żwawo, a ja czasem przyłączałam się do niego, wykonując swoje niezdarne, imitujące galop podskoki, co Spartek kwitował szyderczą miną i „zdziwionym uchem”, skierowanym w moją stronę. Było nam przyjemnie i wesoło tak razem skakać po zaśnieżonej ujeżdżalni! Na koniec tradycyjnie wykonaliśmy kilka ruchów bocznych i udaliśmy się w kierunku stajni na zasłużony podwieczorek. Smaczne pachnące musli z jabłkami już czekało na Spartka, uszykowane wcześniej w wiaderku. Ufff, co to był za dzień! Pełna wrażeń, uskrzydlona naszym nieoczekiwanym sukcesem, wracałam do domu, a Spartek odprowadzał mnie wzdłuż ogrodzenia padoku, kiedy już szłam do samochodu.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni

No cóż, pomyślałam sobie następnego dnia, „Jedna jaskółka wiosny nie czyni!” Zazwyczaj na drugi dzień nie było już między nami tej iskry… Innymi słowy, kiedy przyjeżdżałam do stajni drugi dzień pod rząd, Spartek po prostu odmawiał zejścia z pastwiska. Ot, takie „Nie przeginaj, pańcia. Za dobrze znam was, człowieków, daj wam rękę, to urwiecie aż po łokieć!”. Dlatego na drugi dzień jechałam do stajni z wątpliwym entuzjazmem, a jednocześnie – z nadzieją i ciekawością, jak to dziś z nami będzie. I wiecie co? Było dokładnie tak samo, jak dnia poprzedniego, czyli i-de-al-nie! Spartan znów chętnie poszedł za mną od koni, pięknie pracował, cieszył się z każdej chwili, którą spędzamy razem.

IMG_5855

A trzeba powiedzieć, że w międzyczasie do stada dołączyła kolejna krowa – Jóźka! Rudo-miedziana piękność, gwiazda filmowa, podobno pracująca też w zaprzęgu i nawet pod siodłem! (Już mi się marzą wspólne z Jóźką tereny!). No i doszły mnie słuchy, że Jóźka, która miała iście zjawiskowe wejście do stada – z gonitwą za końmi, odpędzaniem ich od siana i nieustającą chęcią do zabawy z kopytnymi braćmi – ostatecznie upodobała sobie za kompana właśnie Spartka! Parę osób mówiło mi, że bawili się ze sobą na padoku (chyba Jóźka pchała Spartka przed siebie, wbijając mu delikatnie rogi w tłusty zadek, co najwyraźniej nie robiło na nim większego wrażenia). Osobiście nie widziałam, ale o zażyłości między nimi przekonałam się, kiedy następnego dnia znów wzięłam Spartka do pracy na ujeżdżalni, a Jóźka czekała na powrót kumpla bitą godzinę, stojąc i mucząc pod wyjściem z padoku. Dopiero po zmierzchu, kiedy odprowadziłam Spartka z powrotem do koni (a także do krów, byka i Cześka), Jóźka w asyście swojego przyjaciela opuściła wartę przy bramce.

Tak że miłość międzygatunkowa w stadzie kwitnie! Już nie wiem, z jakiego to powodu zarówno osioł, jak i krowa upodobały sobie towarzystwo mojego rumaka… Może macie jakieś pomysły? Bo ja naprawdę nie wiem… No jeszcze rozumiem – Czesiek. Ale kolejna taka przyjaźń? Miło mi ogromnie, ale sama nie wiem, co o tym sądzić.

Człowiek z reklamówką na głowie

Jadąc do stajni już piąty dzień pod rząd, zadawałam sobie w myślach pytanie: Kiedy się skończy nasze Eldorado? Podskórnie czułam, że „nic nie może przecież wiecznie trwać…”, a to, że dobra passa ze Spartkiem nigdy nie trwa za długo, wiedziałam najlepiej. Zauważyłam też, że poprzedniego dnia Spartek wykazywał trochę mniej chęci do pracy na linie – nie to żeby się strasznie buntował, ale podłoże nam się trochę pogorszyło, a i zaczynało to być dla niego po-prostu nudne. Huculski umysł nie znosi monotonii we wszystkim, oprócz jedzenia – tu robi wyjątek. Ma być dużo i każdego dnia! Zaś co dotyczy pracy, to wypadałoby już nieco zadania urozmaicić. Dlatego też wczoraj jechałam do stajni z zamiarem, że popracujemy pod siodłem.

Daaaawno nie wsiadałam, bodajże od października. W październiku zaś, na naszej przedostatniej jeździe, przytrafiła nam się niezbyt miła przygoda. Ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, ale pewien niepokój pozostał. Kłusowaliśmy sobie po ujeżdżalni, wszystko pięknie-ładnie, aż tu nagle…. Ale po kolei.  Ujeżdżalnia jedną stroną graniczy bezpośrednio z lasem, co zazwyczaj trochę konie niepokoi. Spartan nie jest wyjątkiem. Zmierzaliśmy więc sobie kłusem po łuku, w kierunku strasznego lasu, aż nagle mój koń wykonał w miejscu obrót o 180 stopni i pogalopował w przeciwną stronę. Mniej więcej w połowie drogi w poprzek ujeżdżalni znów wykonał obrót o tyle samo stopni, tak by ponownie obrócić się w kierunku lasu i zatrzymał się w miejscu, fukając i łypiąc spode łba w krzaki. Czy się utrzymałam na koniu, biorąc pod uwagę fakt, że średnio radzę sobie w galopie, już o obrotach w powietrzu nie wspominając? Otóż tak, ale w dziwnej pozie: wisiałam pod szyją Spartka, trzymając się jakimś cudem jedną nogą zwisającego strzemienia, drugą chyba próbując chwycić się powietrza i obejmując szyję konia. Dyndałam tak chwilkę, Spartan patrzył w krzaki, a ja błyskawicznie rozważyłam dwa możliwe scenariusze – mogę teraz po prostu delikatnie „glebnąć” tuż przed koniem albo próbować się wczołgać z powrotem w siodło. Właściwie, pierwsza opcja wcale nie była zła – do ziemi było naprawdę niedaleko, pode mną – miękki piasek, praktycznie można by to było podciągnąć pod zeskoczenie z konia. Żadna tam ujma na honorze, zwłaszcza że zero świadków. Ale druga opcja wydała mi się bardziej kusząca, tym bardziej że koń stał i trzymał szyję mocno, bym nie spadła. Zaczęłam wciągać się na koński grzbiet, dosłownie po centymetrze przesuwając nogę coraz wyżej w siodło. Spartek czekał, a wręcz – zdaje się – starał się podnieść szyję wyżej, by mi pomóc. Na pewno zaś stał jak wryty w miejscu, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Po chwili cudem znalazłam się z powrotem na koniu, Spartan odetchnął i ruszyliśmy w kierunku „strachu”, by sprawdzić, co by to mogło być, bo ja naprawdę nic tam wcześniej nie zauważyłam. No i masz ci los – po chwili z krzaków wyłania się grzybiarz z białą reklamówką na głowie, zamiast czapki tudzież parasola. Bo trochę w tym dniu padało. Czy koń miał prawo się przestraszyć? Ależ oczywiście, też bym się przestraszyła, bo twarzy człowieka wcale nie było widać spod reklamówki, a ruchy miał niemalże kocie – jak to wytrawny grzybiarz! Tak że mieliśmy ze Spartkiem przygodę na jesieni, po której jeszcze raz czy dwa wsiadałam, a potem jakoś się nie składało… No i miałam w pamięci te „piruety w galopie”, które z ledwością wysiedziałam (no, powiedzmy, z małą korektą). Jak to się mówi, jesień się skończyła, grzybiarze sobie poszli, a strach pozostał…

Eldorado c.d.

No więc wczoraj pojechałam do stajni z postanowieniem, że wsiadam, bo koń mi się znudzi bieganiem w kółko i – że tak powiem – skończy się Eldorado… Idąc po konia na padok, w myślach obliczałam, który to dzień z rzędu Spartek jest grzeczny… I co to, do diaska, ma znaczyć??? Czy i tym razem grzecznie pójdzie ze mną popracować? No i udało się po raz szósty z rzędu! Nasz absolutny rekord! Mało tego, kiedy Czesiek spróbował mnie odgonić od Spartka (haha, śmieszne to było i urocze) i w końcu stanął na naszej drodze do wyjścia, bym tylko nie zabierała kumpla, Spartan mnie zaskoczył. Położył na Czesława uszy, zrobił wredną huculską minę, wyraźnie dając koledze do zrozumienia, że teraz nie ma czasu na głupie igraszki – że On ma teraz Trening! Byłam dumna z mojego hucuła, że wybrał pracę ze mną. Podczas czyszczenia i siodłania wszystkie znaki na niebie, ziemi i koniu 😉 świadczyły o tym, że jest zachwycony perspektywą pracy pod siodłem. Ryjek mu się śmiał, aż popręg ciężko było dopiąć 🙂 Wkroczyliśmy dostojnie na plac do jazdy i – o niebiosa – co to była za praca! Nigdy, absolutnie nigdy w życiu, Spartan nie wykazał tyle energii i chęci do ruchu naprzód, zresztą, do cofania też – jak trzeba było! Kłus niemalże na samą moją myśl o kłusie! Dodawanie na delikatny dotyk łydką! Utrzymanie tempa niemalże przez cały czas, energia, ruch z opuszczoną głową, niekiedy w pięknym niskim ustawieniu – coś pomiędzy szorowaniem nosem po ziemi a tzw. żyrafą! Starałam się jedynie nie przeszkadzać Spartkowi – myślą ani czynem. Po raz pierwszy nie musiałam go „pchać” do przodu, popędzać, prosić i egzekwować. Z pewnością chętnie by też pogalopował, ale to zostawiłam sobie na następne treningi – wszak sama nie byłam do tego gotowa. Mijając ścianę lasu, Spartek chyba przypominał sobie fakt, że niektórzy ludzie zakładają worki foliowe na głowę i chowają się w krzakach… Wówczas nieco bardziej uważnie spoglądał w stronę lasu, ale szedł dalej, nie zmieniając tempa. Dlatego też właśnie w tym miejscu, gdzie na jesieni zdarzyła nam się nasza „mała wpadka”, zatrzymywałam Spartka co któreś okrążenie, dawałam kawałek jabłka, chwaliłam za piękne i spokojne zatrzymanie i ruszaliśmy dalej – kłusem z miejsca! Echhh, co to były za chwile!

Na koniec, w ramach nagrody za piękny trening, zaproponowałam Spartkowi połażenie po płachcie, przechodzenie i cofanie między drągami i parę ruchów bocznych. On doskonale wie, że te ćwiczenia zostawiamy sobie na deser, więc zazwyczaj po ich wykonaniu nie było już mowy o ponownym zakłusowaniu – gdy prosiłam, był bunt. Wczoraj pokusiłam się i to, by przejść jeszcze raz do kłusa (bo wiadomo – dasz rękę, to ci urwą po łokieć!). No i przeszedł do kłusa bez większych oporów, więc i ten mój fortel wczoraj uszedł mi na sucho!

No sama nie wiem, co o tym sądzić… Szok. Niedowierzanie. I pytanie – o czym to ja będę pisać, jak mi się koń „naprawi” ostatecznie? Co będę tak przeżywać? Czym się dzielić? Na kogo zwalać winę za swoje jeździeckie niedołęstwo? Przecież nie mogę pisać, jak jest wspaniale, bo i o czym tu pisać? Ot, zagwozdka…

IMG_5822

 

 

 

Nic, co ludzkie, nie jest nam obce…

Nowa stajnia – stare problemy…

Końcówka zeszłego roku była dla nas naprawdę ciężka… Kłopoty rodzinne na pewno przekładały się na moje relacje ze Spartkiem. A może po prostu nie miałam już sił walczyć z jego humorami. Bowiem od momentu, kiedy Spartan został integralną częścią nowego stada, doszło między nami, mówiąc delikatnie, do zerwania stosunków dyplomatycznych. Znów nie zawsze byłam mile widziana na padoku. Witana – od święta. Zejście od koni – że tak powiem, w kratkę.

Pierwsze dni w nowej stajni tradycyjnie były dla nas niczym miesiąc miodowy – wypatrywanie mojego samochodu z padoku, przybieganie pod samą bramę, by czym prędzej wyjść ze mną na zewnątrz, rżenie na powitanie – jednym słowem, fircyk w zalotach. Z czasem, gdy Spartan odnalazł swoje miejsce w stadzie i miał już za sobą pierwsze miłości i rozczarowania, przychylność względem mojej skromnej osoby odeszła w zapomnienie… Raz jego sercu miła była Randia, raz – Zahira… Potem – Fonika, aż wreszcie, po kilku nieudanych związkach, Spartek na dobre skumplował się z osłem Czesławem, co właściwie załatwiło sprawę miłosną raz i na zawsze. Czesiek jest tyleż niebezpieczny, co zaborczy. I gdyby Spartkowi znów przyszło do głowy zalecać się do którejś z panien na pastwisku, Czesiek pokazałby mu na pewno, gdzie raki zimują… Jego niezawodną metodą na poskromienie rozbuchanego temperamentu Spartka jest wbicie się zębami w gardło przyjaciela i zawiśnięcie w tej pozycji – do odwołania. Niejeden koń ma na swojej szyi pamiątkę po zębach Czesława. Ma takową i Spartek, nawet niejedną. Tyle że i tak trzymają się razem – z kim, jak nie z Cześkiem, można powygłupiać się do woli, kwicząc i latając w te i wewte, kopiąc się niemiłosiernie i gryząc po szyjach i grzywach? Tak więc po kilku miłosnych rozczarowaniach Spartan na dobre przerzucił się na osły płci męskiej….

IMG_5727

No i powiedzcie sami – czy ja mogę konkurować z Cześkiem? Gdzie mi do niego! Jedyne, co łączy mnie z tym osobnikiem, to lichy wzrost i, powiedzmy, wrodzona inteligencja 😉 Poza tym – dzieli nas przepaść…

Czy to z powodu Cześka, czy ogólnego życiowego zadowolenia, Spartek postanowił odpuścić sobie nasze treningi. Gdy wkraczałam na rozległy padok, rzadko kiedy już przychodził, by mnie powitać. Niekiedy wręcz odwracał się i, w asyście Czesława, maszerował w przeciwną stronę, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że dziś nie jest mój dzień. Nie to żeby od razu uciekać – po co? Konie, a w szczególności Spartan, nie lubią marnować energii. Oddalał się powoli, dostojnie, raz po raz zerkając, czy za nim drepczę. Gdy wreszcie się zatrzymał, zakładałam kantar i robiliśmy kilka kroków w kierunku wyjścia. Właściwie już po tym, jak mnie witał, wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Czasem wyrywał mi się kilkakrotnie, udając się za każdym razem w samo serce stada, stając wśród koni tak, bym miała jak najtrudniej znów do niego dotrzeć.  Niekiedy zaś, po pierwszym wyrwaniu, stwierdzałam: „Ok, w takim razie popracujemy na padoku, wśród koni. Żebyś wiedział, gagatku, że praca i tak cię nie ominie”. Otóż, w jeden z takich dni zaobserwowałam ciekawą sytuację.

Dlaczego śmiech denerwuje konie? 

To był dzień, kiedy przyjechałam do stajni w wyjątkowo dobrym nastroju, z nastawieniem – będzie, co będzie, gwiżdżę na jego humory. Nawet zaczyna mnie to bawić! Gdy Spartek wyrwał mi się na padoku przy próbie sprowadzenia, naprawdę szczerze się roześmiałam. Nie wiem, co mnie tak rozbawiło 🙂 Pewnie to, jak bardzo dobrze to wszystko sobie przewidziałam, jadąc do stajni. Z najdrobniejszymi szczegółami. Wiedziałam dokładnie, jak spojrzy na mnie, gdy zauważy, że idę w jego kierunku. Jak zatrzyma się po kilku krokach, kierując łeb na zewnątrz. Jak zrobi kolejne dwa kroki – dla zmyły, po czym nagle pogalopuje w przeciwną stronę. Znam to na pamięć. I to mnie właśnie tak rozbawiło. Odbiegł naprawdę niedaleko, i obejrzał się, co mnie tak śmieszy. Uśmiechając się szczerze i podśpiewując jakąś optymistyczną piosenkę, podeszłam do konia i czule powiedziałam mu, że jest niezwykłym, wspaniałym rumakiem, który jak nikt inny potrafi mnie rozbawić. Że rozumiem jego niechęć do pracy jak mało kto, że nawet się cieszę, że popracujemy dziś na padoku, bo też mi się nie chce iść na ujeżdżalnię. Że super, że tak wyszło – to lecimy na kółko, kochany, ty sobie pobiegaj, a ja pośpiewam. Trzeba było widzieć minę Spartka. Mój entuzjazm, śmiech, humor i totalna akceptacja danej sytuacji totalnie go przerosły. Na to kompletnie nie był przygotowany! Na moje nerwy, smutek i łzy – tak, ale na to, że mnie to rozbawi i wprawi w dobry nastrój – absolutnie! To był cios poniżej pasa. Wciąż rozbawiona, z diablikiem w oku, wycofałam Spartka i odesłałam na koło. Przez kolejne pół godziny toczyliśmy walkę na śmierć i życie. Nie! Już nie zamierzał się wyrwać – gdzie tam! Fakt, że tym razem jego manewr się nie udał i zamiast mojego rozgoryczenia, wywołał szczerą radość i chęć do pracy tu i teraz, doprowadził mojego konia do szału! Tym razem spróbował wszystkiego – brykania w moją stronę, napierania na mnie, prób ugryzienia, a nawet – stawania dęba. Choć to ostatnie, przy jego tuszy, wyglądało raczej komicznie. Nie było mi jednak już do śmiechu. Odkąd go znam, a znam od ponad czterech lat, nigdy nie próbował atakować. Zawsze wybierał ucieczkę. Tego dnia, w obliczu nowych okoliczności, szybko opracował nową strategię. Na to z kolei ja nie byłam przygotowana – ani psychicznie, ani fizycznie. Jednak wytrwałam. Wiedziałam, że nie możemy zakończyć pracy, dopóki koń nie zrobi tego, czego od niego wymagam. Chociażby to była najprostsza rzecz pod słońcem. Musi wykonać chociaż jedno moje polecenie w stopniu zadowalającym, bez nieustającego podważania każdego mojego ruchu. Rzecz jasna, natychmiast obniżyłam swoje wymagania. I o to mu chyba chodziło! Czyż nie jest genialny? Nie wiem, czy była to przemyślana strategia, czy wyszło przy okazji, ale zrobił tak, że nie za bardzo się napracował, za co osiągnął cel, jaki postawił przed sobą tego dnia – wyprowadzić mnie jednak z równowagi. W miarę, jak koń po raz kolejny próbował mnie uderzyć łopatką lub wymachiwał w moją stronę kopytem, uśmiech znikał mi z twarzy, a piosenka już dawno ugrzęzła mi w gardle… Właściwie – broniłam się przed koniem, próbując przy okazji, by zrobił cokolwiek, o co go proszę. W kwestii uporu Spartek najwyraźniej może konkurować z Cześkiem. W miarę przyzwoite wycofanie konia i jego pozostanie w tej pozycji chociażby przez 10 sekund zajęło nam chyba z 10 minut – biorąc pod uwagę, że Spartan doskonale wiedział, o co mi chodzi. Wycofywałam go przy pomocy bacika i kiedy w końcu się zatrzymywał, przestając uciekać w prawo czy w lewo, natychmiast odpuszczałam presję. W tejże sekundzie robił krok do przodu. I wszystko zaczynałam od początku. Polecenie do cofnięcia – koń w prawo, blokuję, koń w lewo, blokuję, znów fala do cofnięcia – koń próbuje odwrócić się zadem, blokuję – w lewo, blokuję – i już wychodzimy na prostą, wreszcie robi dwa kroki do tyłu. Odpuszczam presję – natychmiast dwa kroki do przodu… Za każdym razem łypie na mnie jednym okiem tak, bym zobaczyła jego zadowoloną minę. I tak w nieskończoność. Przedostatnie wykonanie znów wywołało uśmiech na mojej twarzy. Przydała mi się ta chwila rozluźnienia. Była to już któraś z kolei próba wycofania, aż w końcu Spartek poszedł do tyłu po prostej, jak pan bóg przykazał, lecz tuż po zatrzymaniu i moim odpuszczeniu presji przeniósł cały swój ciężar do przodu 🙂 Kroku nie zrobił, ale widać było, że nie odpuścił. Wiedziałam, że muszę pokazać mu, że to widzę i poprawiliśmy cofnięcie już do wersji ostatecznej, właściwej.

Tego dnia walczyliśmy ze sobą naprawdę długo. Po raz pierwszy od lat zobaczyłam, że w sytuacji, kiedy wyrywanie się nie pomaga, przechodzi do ofensywy. Udało mi się to przetrwać, ale na kilka kolejnych treningów znacząco obniżyłam wymagania. Znów walczyliśmy o najprostsze rzeczy – te, które już dobrze zna od prawie czterech lat. O odesłanie na koło, zakłusowanie… Porażka! Dzwoniłam do Kasi i ze łzami w oczach opowiadałam, że zaczynamy wszystko od początku i chyba brakuje mi już sił! Jak zawsze, każde nasze spotkanie ze Spartkiem – i co oczywiste – jego przebieg, zależało od jego nastroju danego dnia. Dobrych dni było coraz mniej, za to tych złych…. Echh, szkoda gadać.

10 dni bez koni… 

Tuż przed Sylwestrem Spartkowi zaczęły gnić strzałki kopytowe i przyjechałam do stajni późnym wieczorem, by zrobić mu opatrunek. Stan strzałki był naprawdę kiepski, więc z pewnością zabiegi były dla Spartka dość bolesne, co objawiało się tym, że próbował mnie niemalże wykopać z boksu. Musiałam go uwiązać, by wyczyścić strzałkę, a i tak co i rusz widziałam jego zęby skierowane w moją stronę. Tuż po tym wieczornym spotkaniu wyjechałam na parę dni poza Warszawę, mieliśmy więc ze Spartkiem naprawdę dużo czasu, by od siebie odpocząć. I wrzucić na przysłowiowy luz.

IMG_5694

Ja pojechałam z rodziną w góry, gdzie przez 6 dni nie zobaczyłam ani jednego konia. Ktoś, kto – mimo wszystko – czuwa nade mną, chyba celowo pousuwał z górskiego krajobrazu wszystkie kopytne, bym naprawdę zapomniała o końskich sprawach. Dopiero ostatniego dnia wyjazdu zauważyłam, że nie widziałam tu ani jednego konia! Gdzie one są? Pomyślałam złośliwie – jakże szczęśliwi ludzie muszą tu mieszkać. Istotnie, wyglądali na zadowolonych 🙂

Zazdrość czyni cuda

Rzecz jasna, wczoraj, tuż po powrocie, natychmiast pognałam do stajni. Wieczorem tylko zrobiłam mu opatrunek na kopycie – zresztą, wyglądało już znacznie lepiej, więc udało nam się nie pokłócić „na dzień dobry”. Natomiast następnego dnia zawitałam do stajni nie tylko do Spartka, lecz także z misją, by najpierw sprowadzić do stajni Aśka – kolegę Spartka z padoku i podać mu leki. A więc weszłam na padok i, mijając zszokowanego Spartka, skierowałam się prosto do Aśka. Trzeba było widzieć minę Spartana! Jak to się mówi – bezcenne… Poszłam z grzecznym Aśkiem prosto do wyjścia, a wciąż zdziwiony i kompletnie zdezorientowany Spartan podreptał za nami. Postanowiłam, że nie będę się nad nim rozczulać – wszak on nie raz, nie dwa wykazał się w stosunku do mnie znacznie większą arogancją. Bez zbędnego komentarza skupiłam się wyłącznie na Aśku, zostawiając na padoku swojego konia, który chyba po raz pierwszy w życiu poznał, czym jest zazdrość. Tak, tak. Myślę, że właśnie tego typu emocje wkradły się w Spartkowe serducho. Nie było mi go żal…

IMG_5732

Chyba nie muszę dodawać, że gdy wróciłam na padok po swojego konia czekał przy bramce i o mało sam sobie  kantara nie założył . Co więcej, pięknie pracował i chyba wymazał z pamięci nasze ostatnie gorsze dni. Starał się bardzo – i mimo grudy na ujeżdżalni i niesprzyjających warunków do pracy, zakłusowywał, pięknie odchodził na koło, cofał, zawracał – generalnie, robił wszystko, o co prosiłam. W nagrodę na koniec treningu dostał swoje ulubione musli i poszliśmy na popas pod las. Puściłam Spartka i cieszyłam się z jego towarzystwa, jak chyba nigdy dotąd. W międzyczasie Spartek sam zawędrował do lasu poskubać trochę choinek, bo akurat furtka była otwarta. Poszłam po niego i razem zatargaliśmy na ujeżdżalnię sporą gałąź, żeby mógł sobie najeść się igieł do woli, lecz na bardziej bezpiecznym, ogrodzonym terenie. To był naprawdę dobry dzień.

Dziś sytuacja się powtórzyła – znów zabierałam z padoku najpierw Aśka, a dopiero później wróciłam po swojego rumaka. Zniecierpliwiony, aż rżał przy bramce. Praca z nim ponownie była czystą przyjemnością!

Chyba odrobina „puszczalstwa” z mojej strony dobrze nam robi. Zdaje się, że w końsko-ludzkich relacjach panują mniej więcej te same zasady, co w dobrym małżeństwie… Od czasu do czasu – rozstanie, zalotne spojrzenie w kierunku obcej osoby płci przeciwnej – i, o cudzie! Ktoś znów zaczyna o ciebie zabiegać! Cieszę się, że nowy rok zaczął się dla nas ze Spartkiem dobrze. I oby tak dalej! A od czasu do czasu chętnie zabiorę z pastwiska innego konia – żeby podtrzymać w moim krnąbrnym rumaku lekką nutkę niepewności…

Saga o Końskich Zmorach Część III: Wezwanie do działania!

Początek Sagi o Końskich Zmorach – to opowieść o przerażającym zajściu z udziałem Spartana w stajence pana Zbyszka – Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Dalsze części – Saga o Końskich Zmorach Część I: Dziadek z Marij El i jak poznałam końskie zmory oraz Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

Długo się wzbraniałam przed napisaniem trzeciej części Sagi o Końskich Zmorach… A to tylko dlatego, że już wiedziałam, w jakim kierunku będzie zmierzała moja dalsza opowieść i mój wewnętrzny sceptyk raz po raz wytrącał mi pióro z ręki… „Nie rób tego – szeptał drzemiący we mnie racjonalista – I tak już napisałaś o kilka słów za dużo. Wiadomo, kto będzie czytał te twoje wynurzenia? Chcesz już ostatecznie uchodzić za wariatkę???”.

Sceptyk chyba ma rację, ale zaryzykuję. Parę osób dopominało się o ciąg dalszy Sagi i stwierdziłam, że ukrywanie przed Wami dalszych losów radzieckiego naukowca Burcewa byłoby wysoce niemoralne. Zasiałam bowiem ziarno ciekawości i zamilkłam… Zatem – uciszam swojego wewnętrznego sceptyka i już piszę, czego udało mi się dowiedzieć.

Tyle pracy – i psu na budę…

burcev_bigfoot

A więc skończyliśmy na tym, że Burcew siedzi na metalowym łóżku, rozmyślając nad wynikami swoich wielomiesięcznych poszukiwań i przerzucając sznurki, zawiązane na metalowej poręczy. Po chwili zauważył, że takie – bez ładu i składu – przerzucanie związanych od dołu sznurków skutkuje powstaniem czegoś na kształt warkocza! A niech to diabli! Może właśnie w ten sposób – zupełnie przypadkowy i bez udziału ciemnych mocy powstają końskie warkoczyki! Kilka pasemek z końskiej grzywy skleja się – śliną, kawałkiem błota czy brudnej słomy – a następnie, kiedy koń rzuca łbem i potrząsa grzywą, sklejone pasma obracają się i tworzą coś na kształt warkocza! Oczyma wyobraźni widzę, jak Burcew rzuca w kąt przemoknięty śpiwór, naprędce pakuje plecak i zostawiając pod drzwiami baraku kalosze pożyczone od gospodarzy, pędzi do najbliższej stacji kolejowej, oddalonej o kilkaset kilometrów.  Wskakuje do pociągu i wraca do Moskwy. (Właściwie, to nie jestem pewna, czy akurat do stolicy, ale że wszyscy radzieccy naukowcy tam wracają, to załóżmy, że i tym razem tak było). Następnie przez kolejne dwadzieścia lat Burcew nie wraca do sprawy dziwnych warkoczyków. Rozumiem jego postanowienie – tyle miesięcy pracy i wyrzeczeń na kaukaskich przestworzach, i wszystko psu na budę… Pewnie w międzyczasie dokonuje wielu ciekawych odkryć, a że nie dotyczą one tematu mojej opowieści, pominę je milczeniem.

Grigorij Panczenko wkracza na scenę

W sierpniu 1991 roku w Rosji doszło do przewrotu politycznego, nazywanego też moskiewskim puczem lub puczem Janajewa. O swoich wspomnieniach z tamtych lat pisałam wcześniej w poście Jak się otarłam o Nevzorova. W kraju wrzało, a czołgi wkraczały na moskiewskie i petersburskie przedmieścia. W tym samym czasie młody biolog z Charkowa Grigorij Panczenko zbierał materiały do swoich badań na temat zamieszkującego góry Kaukazu Yeti, czyli ałmasty. Zawędrował w swoich poszukiwaniach do Kabardo-Bałkarii, gdzie jeden z miejscowych mieszkańców zapewniał Panczenkę, iż ałmasty co noc plecie grzywy koniom z pobliskiego sowchozu. Panczenko natychmiast udał się do wioski Kuruko, znalazł dozorcę stajni i uzyskał od niego pozwolenie na spędzenie nocy w jednym ze stajennych boksów. Zmęczony po długiej podróży, zrzucił plecak, przykrył się ciepłym kocem i nasłuchując odgłosów stajni, zaczął zapadać w sen. Pamiętał, że brama do stajni jest szczelnie zamknięta, jednak jedno z okien w boksie nie ma szyby, więc starał się nasłuchiwać przez sen, czy ktoś przypadkiem nie skrada się przez okno. Jednak zmęczenie szybko wygrało z pasją odkrywcy i Panczenko wpadł w objęcia Morfeusza. Obudził się nagle w środku nocy i od razu zauważył, że przy jednej z klaczy stoi przedziwna postać – ktoś niewysoki, zgarbiony, nagi i cały owłosiony! Ten ktoś wydawał przedziwne, świergoczące dźwięki, cmokając przy tym i co chwilę przełykając ślinę. Jednak po chwili dziwny nieznajomy wyczuł obecność człowieka i – spłoszony – dał susa i błyskawicznie znalazł się w oknie. Zeskoczył na zewnątrz i już więcej się nie pojawiał. Panczenko natychmiast sprawdził grzywę kobyły i okazało się, że pojawiły się w niej nowe, świeżo uplecione warkocze. Dla młodego naukowca z Charkowa sprawa była oczywista – tym nocnym gościem był nie kto inny, jak ałmasty, kaukaski Yeti. (Relacje Panczenki zostały przedstawione przez D.J. Bajanowa w książce wydanej po angielsku pt „Śladami Yeti w Rosji”).

A jednak Burcew się nie poddał

Tymczasem, jak się okazuje, Burcew nie całkiem odpuścił sobie wyjaśnienie tajemnicy końskich warkoczyków. Z chwilą, gdy Rosja mogła bez przeszkód kontaktować się z mieszkańcami innych części planety, do Burcewa zaczęły napływać setki listów – z historiami, przedstawiającymi równie tajemnicze zdarzenia, jak te z Kabardo-Bałkarii. W 2005 roku Amerykanka ze stanu Missouri przysłała do niego list, w którym opowiedziała, że na ranczu jej koleżanki Mary, znajdującym się – nomen omen – w miejscowości Zapletał (po rosyjsku wyraz ten oznacza właśnie zaplatanie warkoczy), ktoś plecie koniom warkoczyki. Amerykańskie koleżanki postanowiły dowiedzieć się, kto bawi się ich kosztem na nocnych bezkresnych preriach, gdzie wypasa się ich stado. Przytoczę fragment jej listu – w wolnym tłumaczeniu: „Pewnej nocy zauważyłam uciekającą od koni postać istoty dwunożnej – to był Sasquatch, czyli Bigfoot. Słyszałam jego ciężkie oddalające się kroki, a później zobaczyłam ślady – to były odciski ogromnych, przypominających ludzkie, gołych stóp. Zauważyłam, że niektóre gałęzie wokół miejsca zdarzenia są połamane na wysokości znacznie przewyższającej mój wzrost!”. No cóż, albo amerykańska farmerka jest mojego wzrostu – a wówczas nietrudno o tego typu porównanie, albo w Ameryce wszystko jest większe, to i Yeti musi być znacznie wyższy, niż ten nocny przybysz ze stepów Kabardo-Bałkarii…

almasty

Tak czy inaczej pozostałe elementy układanki z różnych zakątków globu absolutnie do siebie pasowały. Amerykańskie konie również miały po wizycie Bigfoota warkocze w grzywach, a zjawiska te spędzały sen z powiek okolicznych farmerów. Tego typu doniesienia napływały do Burcewa przez kolejnych kilka lat. Kolekcja warkoczy rosła, lecz wszelkie próby uwiecznienia wyczynów nocnych cyrulików kończyły się fiaskiem. Te zadziwiające istoty ewidentnie unikają miejsc, wyposażonych w kamery z noktowizorem. O wizycie na pastwisku Bigfoota zazwyczaj świadczą jedynie wielkie odciski gołych stóp i warkocze w końskich grzywach.

A może jednak łasica? 

Do poszukiwań informacji o końskich zmorach natchnęła mnie uwaga mojej znajomej o tym, że to kuny plotą koniom warkoczyki. Niegdyś autor encyklopedii zwierząt Igor Akimuszkin również twierdził, że to właśnie te małe drapieżniki wdrapują się na końskie grzbiety w poszukiwaniu soli i zaplatają grzywy, szukając mocniej spoconych miejsc na końskich plecach. Z tym że na pewno nie robią tego kuny – zwierzęta znacznie większe od łasic, tylko przedstawiciel gatunku Mustela nivalis, czyli Łasica pospolita. Większość koniarzy w Rosji czy w Polsce uważa, że tak właśnie jest, bowiem niemalże w każdej stajni pełno jest tych małych drapieżników, polujących na zamieszkujące stajnie gryzonie. Jednakże Burcew konsultował tę sprawę z kilkoma współczesnymi biologami i wszyscy jednoznacznie zaprzeczyli takiej możliwości. Ich zdaniem, końskie warkocze nie są sprawką łasic. Zbyt podobne do siebie są te końskie fryzury – niemożliwe, by polujące na sól zwierzęta obchodziły się z końskim włosiem w ten sam sposób.

Mit o łasicach obala w swoim nagraniu rosyjska hodowczyni koni – podaję link do filmiku na YT (o samych końskich warkoczach i przyczynach ich powstawania autorka filmu opowiada w jego drugiej części, mniej więcej od szóstej minuty) 🙂 – jeśli język Puszkina nie jest Wam zupełnie obcy, zachęcam do obejrzenia! Filmik – Końskie warkoczyki i inne zabobony

Tymczasem w Olszewnicy Nowej…

Niestety, ani Burcew, ani Panczenko, ani żaden inny radziecki czy postradziecki naukowiec nie odkrył tajemnicy powstawania końskich warkoczy. Hipotezy o istnieniu Yeti nawet mogłyby do mnie przemówić – pod warunkiem, że kiedyś osobiście zobaczę jednego z ich przedstawicieli… Ale w tym roku już chyba się nie uda – Wigilię stajenną mamy już za sobą, a okazji do innych zakrapianych imprez póki co nikt nie przewiduje. Tymczasem w Olszewnicy Nowej, gdzie stoimy teraz ze Spartkiem, zaczęły nam się pojawiać warkoczyki! Pierwszy raz zauważyłam je w grzywie Spartana na jesieni. Tego dnia zabrałam go do czyszczenia na łączkę przed stajnię i zobaczyłam, że w grzywie pojawiły się w charakterystyczny sposób poprzeplatane dredy, tworzące coś na kształt warkoczy! Zawołałam koleżanki, natychmiast pożyczyły mi koński specyfik do rozczesywania grzywy, bym sobie z dredami poradziła, ale – zamiast czesać i rozplątywać – ciach! Bez chwili zastanowienia wycięłam warkocz. Dziewczyny spojrzały na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. „To można było rozplątać! Nam się też czasem robią i dajemy radę!” Nie chodziło mi jednak o to, że się nie da. Tylko że chciałam to mieć w swojej kolekcji! Nasz pierwszy warkocz! „A co tam – jak dziwaczyć, to dziwaczyć!” – pomyślałam i czym prędzej schowałam warkocz do kieszeni. Następnie przełożyłam do kopertki i wożę go teraz ze sobą w schowku w samochodzie 🙂

Czy mamy w stajni Bigfoota? Yeti? Ałmasty? A może Sasquatcha? Łasice czy inne Końskie Zmory? (Dziewczyny od pana Zbyszka! Skąd wiedziałyście, że znów zmieniłam stajnię?). Czy jednak warkocze powstają w końskich grzywach samoistnie, tak, jak przedstawiła to pani Diana Gałunowa w filmiku?

Ciężko mi idzie w kwestiach związanych z wiarą… Potrzebuję dowodów! I jednak – logicznego wyjaśnienia. Jak dotąd – jedynym możliwym dla mnie jest samoistne powstawanie warkoczy przez sklejenie się końcówek końskich włosów…

Jeśli macie swoje historie, pomysły, kolekcje warkoczy, a może – hipotezy czy podejrzenia, podzielcie się, proszę! A może macie kamery w stajniach i łatwiej byłoby Wam podejrzeć, kto odwiedza Wasze rumaki po nocy? Bo nie uwierzę, dopóki nie zobaczę!

 

 

 

 

 

 

Na naszą Czwartą Rocznicę – Trwała zmiana czy „ocieplenie wizerunku”?

nIMG_4124

Dwunaste Urodziny Spartka 

W połowie czerwca obchodziliśmy Dwunaste Urodziny Spartka. Z tej okazji zawitaliśmy w stajni z moją Mamą, z Mateuszem i z ciastem jabłkowo-orzechowym Ady 🙂 Ten przepis, genialny w swojej prostocie i niezwykle smaczny, wciąż robi furorę! A ja – nie grzesząc talentem cukierniczym – zyskuję dzięki niemu w oczach moich znajomych 🙂 Aduś, dziękuję!

Wracając do naszych Urodzin – było absolutnie rewelacyjnie! Moja Mama, która zawsze trochę obawiała się Spartka, wreszcie odnalazła się w jego towarzystwie. Rozpieszczała „wnuka” na wszelkie możliwe sposoby, a on z kolei, by jeszcze bardziej przypodobać się „Babci” wciąż miał nowe pomysły, jak nas rozśmieszyć i rozczulić. Częstowany jabłkami i marchewką, po każdym kęsie delikatnie wylizywał rękę, ale ani razu nie był nachalny! Co więcej, kiedy zechciałam zaprezentować Mamie nasze postępy w pracy z koniem na wolności, a Spartek właśnie na dobre rozgościł się z łbem u Mamy na kolanach, wystarczyło, że odeszłam kilkanaście metrów, zawołałam konia i przyszedł do mnie, gotowy do pracy. Zrobiliśmy więc mini-pokaz z okrążeniem na wolności w stępie, kłusie i galopie, zmianami kierunku w stępie i kłusie, z cofaniem i podejściem, obrotami na przodzie i zadzie… Kiedy podziękowałam Spartkowi i powiedziałam, że może wracać „na widownię”, cichutko „zachichotał” z zadowolenia (jak to on ma w zwyczaju, gdy się bardzo cieszy) i wrócił dalej zabawiać moją Mamę.

Tamtego dnia nie mogliśmy się z nim rozstać… Tak nam było dobrze! Spartan uwielbia, gdy przyjeżdża się do niego tak po prostu, zwłaszcza z prezentami, i nienawidzi się żegnać. Kiedy wreszcie odchodziliśmy, po odprowadzeniu konia na padok, wciąż próbował otworzyć bramkę ogrodzenia, by lecieć za nami… Wypatrywał, czy jednak do niego nie wrócimy. Odjeżdżaliśmy, a koń wyciągał łeb tak wysoko, jak tylko potrafił, by wciąż nas widzieć… Mama pokochała Spartka miłością bezgraniczną. Umie, skubaniec, zdobywać serca kobiet.

Chyba wkroczyliśmy w dorosłość

Wiem, że hucuły dojrzewają nieco później, niż inne konie. Gdy poznałam Spartka, miał osiem lat. Jaki był – pisałam o tym aż za dużo 🙂 Każdy, kto poznał go cztery lata temu, radził mi jedno – „Sprzedaj tego konia!”. Teraz, po czterech latach, kiedy właśnie Ada od tego niezwykłego ciasta zawitała do Spartka w odwiedziny, była szczerze zdumiona. Podkreślała, że zmieniło się nie tylko całe jego zachowanie, ale nawet oczy, spojrzenie ma zupełnie inne! A co za tym idzie – zmienił się cały wygląd konia. Z tym naszym Spartkiem to jest taki myk, że jak ma kiepskie nastawienie i niezadowolenie „na twarzy”, to wyłazi z niego hucuł – niestety, w najgorszym wydaniu. I nie powiem, by wyglądał w tym wydaniu atrakcyjnie. Wygląda wręcz paskudnie! Kiedy zaś ma tzw. „miękkie oko” i łagodny pysk, to wygląda bajecznie ładnie. No dobra, może trochę przesadzam, ale – słyszałam, jak kilka osób, nowych w stajni, pytało, czyj to taki ładny konik stoi w przedostatnim boksie po prawej. A to tylko dlatego, że teraz Spartan ma zawsze miły „ryjek”. Cztery lata temu raczej większość omijałaby go z daleka…

A więc może, poza całą pracą, włożoną w „spartańskie wychowanie”, po prostu chłopak wydoroślał? Dojrzał? Zażegnał młodzieńcze bunty, przestał wierzyć w rewolucję? Ustatkował się i przyjął wreszcie do wiadomości, że los połączył nas na zawsze i nic tego już nie zmieni?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Myślę, że zmiana jest efektem wszystkiego po trochu – i pracy, i wieku. Wkroczeniu w dorosłość mogę oczywiście przypisać ogólne złagodzenie charakteru, odpuszczenie sobie zaczepek innych koni, omijanie przez Spartka konfliktów, większa chęć do ustępowania wobec chamstwa lub agresji innych kopytnych… Te zmiany charakterologiczne procentują też w naszych ze Spartkiem relacjach – również chętnie z nich korzystam! Śmiem jednak twierdzić, że i moja skromna osoba coś tam w nim zmieniła. Na przykład, taka Spartkowa „gadatliwość”. Książkowy introwertyk, zamknięty w sobie, z zaciśniętym pyskiem, wąskimi oczkami, często położonymi uszami – oddalający się na widok człowieka. Takim był cztery lata temu. Zapięcie uwiązu, przejście z koniem na linie dwóch metrów bez wyrwania – to były nasze marzenia! A teraz? Koń „gada” na powitanie, „gada”, jak widzi, że niosę siodło i cały sprzęt, „gada”, jak podchodzimy do schodków do wsiadania, „gada”, jak kończymy trening, „gada”, kiedy stoi w boksie i widzi, że właśnie wchodzę do stajni. Chrumka, rechocze, trajkocze – wciąż nie wiem, jak nazwać ten jego cichutki odgłos radości. Czasem zwyczajnie rży – jak idę do niego lub gdy chce, bym się trochę pośpieszyła. W tej chwili w tym koniu widzę i umiem odczytać tyle emocji, że zawsze wiem, jak minął mu dzień, kiedy nie było mnie w stajni. Czy wszystko było w porządku. Czy jest głodny. Czy pokłócił się z kolegą z padoku. Po tym, jak zakładamy kantar i jak bardzo spieszy mu się do wyjścia ze mną wiem, jak bardzo na mnie czekał.

Odkąd wiem, że za każdym razem mogę go bez najmniejszego sprzeciwu wprowadzić na ujeżdżalnię, założyć siodło i wsiąść, przestało mi zależeć na tym, by za każdym razem wsiadać. Ćwiczymy, kiedy nam się chce, ale każde inne spotkanie również przynosi nam wiele nowych doświadczeń.

Ot, na przykład, takie wyjście poza teren stajni, pod las, gdzie rośnie soczysta trawka. Byliśmy tam ze Spartkiem już kilka razy sami, bez towarzystwa żadnego z koni, gdy cała reszta rumaków pasła się na dalekich padokach lub nawet stała w boksach. Obecność innych koni jakby przestała mieć dla Spartka aż takie znaczenie, jak niegdyś. Rżenie towarzyszy na padokach lub nawet wieczorne karmienie w stajni, podczas gdy my jesteśmy kilkadziesiąt metrów dalej, pod lasem, nie jest powodem, by się wyrwać i pójść tam, gdzie koledzy lub okoliczności wzywają. Nie powiem, że pewna obawa nie towarzyszy mnie zawsze, gdy oddalamy się z koniem od stajni. Nie wiem jeszcze, w którym dokładnie miejscu Spartan wyznaczył granicę naszych wspólnych wypadów. Jak daleko możemy bezpiecznie zajść razem, by również bezpiecznie razem wrócić.

Na przykład wczoraj, gdy podczas naszego popasu pod lasem zaczęło straszliwie padać, marzyło mi się wejście do lasu, gdzieś pod drzewko, by choć trochę osłonić się przed deszczem. Oczywiście, nie śmiałam prosić o to Spartana – po cichu liczyłam, że może sam mi zaproponuje. Co prawda, pod drzewami była trochę gorsza trawka, a i „strachów” znacznie więcej, zwłaszcza jak deszcz zacinał po drzewach, a wszystko wokół ruszało się i szeleściło… A jednak. Nie zdążyłam pomyśleć o schronieniu się pod drzewami, jak koń spojrzał na mnie pytająco, i skierował swoje kopyta przez drogę pod ogromną brzozę, wyłaniającą się z lasu jako najbardziej okazałe, rozłożyste drzewo. Udało mi się więc wygodnie usiąść na suchym korzeniu pod brzozą, a Spartkowi dać całą długość liny, by mógł krążyć wokół, wyjadając trawkę. A było co jeść, oj, było!

Dlatego też, siedząc sobie wygodnie pod brzozą i obserwując całkowicie wyluzowanego, szczęśliwego konia, rozmyślałam nad tym, czy uda nam się w ogóle powrócić stąd na teren stajni, gdzie z trawą jest naprawdę kiepsko… Moja daleko posunięta ostrożność w prognozowaniu rozwoju wydarzeń kazała mi, oczywiście, zostawić otwartą furtkę, żeby w razie czego koń zawsze mógł wrócić sam, z kolei na wypadek, gdyby koń nie chciał właśnie wracać do stajni – nie za bardzo byłam przygotowana. I wiecie co? Teraz wstyd mi tych moich myśli, obaw i wciąż jednak braku zaufania do Spartka. Kiedy – jednak, mimo osłony brzozy – przemoknięta postanowiła, że czas wracać, koń po prostu za mną poszedł. Oglądał się, co prawda, na wystające kępki trawy i trochę zwlekał z wejściem przez furtkę, ale nawet przez moment nie myślał o wyrwaniu! Kiedy zamknęłam za nami furtkę i na chwilę przystanęłam, by pogadać z Jolą, właścicielką Zarino, Spartek parę razy podchodził do furtki i bramy i trącał je noskiem, próbując otworzyć i sugerując, że chętnie by wrócił pod las… Niestety, musiałam wracać do domu, więc z bólem serca zaprowadzałam Spartka na padok… Nie chciał, oczywiście, żebyśmy się żegnali, ale szedł… Smutny, zygzaczkiem, z opuszczonym łbem…  Ale – by nie zostawiać zrozpaczonego konia, zamykając za nim bramkę padoku, opracowaliśmy ze Spartkiem pewien rytuał: grzeczne, spokojne wejście na padok zawsze jest nagradzane! Spartek już wie i rży z radości, kiedy zamykam bramkę, bo wie, że znów czeka go coś miłego. Wyciągam wtedy z torebki resztkę smakołyków i mamy naszą krótką pożegnalną ucztę.

A co z tym strachem? 

Inną zmianą w zachowaniu Spartka, o której nie mogę nie wspomnieć, jest jego reakcja na strach. Otóż, jeszcze parę miesięcy temu, spłoszony, oddalał się ode mnie z prędkością światła… Teraz – nawet gdy coś go spłoszy i uskoczy na metr lub dwa – ale zawsze pozostaje na linie, natychmiast wraca do mnie i szuka wsparcia. Z kolei gdy tylko trochę go coś zaniepokoi, a ma mnie w zasięgu wzroku, bo pasie się na wolności, to zawsze patrzy w moją stronę z pytaniem – „Czy mam się bać?” Zazwyczaj odpowiadam, że wszystko jest w porządku i to wystarcza, by koń powrócił do podjadania trawki. Jeśli zaś wciąż coś wzbudza jego niepokój, przychodzi do mnie. Gdy go pogłaszczę i powiem, że jest jednak głuptasem i nie ma czego się bać, odprężony znów odchodzi na popas.

Nie wiem, czy wynika to tylko ze zmiany, jaka zaszła w całych naszych relacjach, czy też jest efektem pewnych ćwiczeń, jakie ze Spartkiem kilkakrotnie powtarzałam. Zainspirowana metodami pracy Karen Rohlf, ćwiczyłam ze Spartkiem z ziemi w stępie i kłusie, będąc cały czas bardzo blisko łopatki konia. Podążałam za jego ruchem, dotykając ręką jego szyi, pilnując prawidłowego wygięcia, poszukując napięcia w mięśniach konia. Za każdym razem, gdy ćwiczyliśmy w ten sposób, akurat była wyjątkowo wietrzna pogoda. Koń się niepokoił i w niektórych momentach unosił głowę, rozglądając się za „strachami”. Czasem Spartkowi ciężko było skupić się na ćwiczeniach w niskim ustawieniu, i wtedy wyciągałam rękę w kierunku jego szyi, sugerując zejście z głową w dół i odprężenie. Za każdym razem udawało mi się w ten sposób osiągnąć zamierzony efekt. Po kilkunastu minutach takich ćwiczeń koń się bardzo uspokajał i przestawał skupiać się na tym, co dzieje się dookoła. Cieszę się, że wypróbowałam tę metodę i że ona działa! Sprawdziła się bowiem również pod siodłem. Gdy tylko coś Spartka zaniepokoiło, a byłam na jego grzbiecie, wystarczyło, że sięgnęłam dłonią do jego szyi, a natychmiast się uspokoił, odetchnął i spokojnie poszedł dalej. Być może i to również sprawiło, że na wszelkie strachy reaguje teraz już nie ucieczką, a wręcz odwrotnie – podejściem i prośbą o wsparcie!

No i pytanie zasadnicze …

Otóż, najbardziej interesuje mnie jedna rzecz: czy mój koń „znormalniał” na zawsze czy tylko tymczasowo? Dlaczego je zadaję… No, po pierwsze, dlatego, że jest to dla mnie pytanie zasadnicze 🙂 A po drugie, dlatego że akurat w tej chwili Spartan jest w dość nietypowej dla niego sytuacji. Nie ma stada, z którym byłby zżyty…

IMG_0379
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Po odejściu Barbórki został na padoku z Czaborem – koniem, z którym, mówiąc delikatnie, średnio się lubią. Jest to koń o mocnym charakterze, raczej dominujący w obecnym mini-stadzie Spartka. Na dodatek – nie skory do zabaw ani bliższych kontaktów towarzyskich. A że Spartek ostatnio woli unikać konfliktów, wychodzi na to, że stara się nie wchodzić mu w drogę. A przy tym – mam wrażenie, że te dwa konie kompletnie nie czują się ze sobą związane. Spartek opuszcza padok z ogromną chęcią, zostawiając na nim Czabora, a wraca zawsze ze smutną miną.

Zatem – wychodzi na to, że to ja zamiast Barbórki czy innego konia-towarzysza zostałam częścią stada Spartana. No to w sumie mam, czego chciałam, ale szczerze – nie chciałam takim kosztem…

Druga istotna sprawa – to dostęp do trawy. Ponieważ padok jest już kompletnie wyjedzony, to wyłącznie ze mną Spartek ma możliwość skubania trawki. Co więcej, coraz częściej zabieram go w miejsca, obfitujące w trawę! To kolejny powód, dla którego koniowi coraz bardziej na mnie zależy! Dwie najważniejsze sprawy – kontakty społeczne i pożywienie – zależą w tej chwili ode mnie. Czy tu jest „pies pogrzebany”? Chciałabym wierzyć, że nie, i – mimo że to ja w tej chwili zarządzam dostępem do podstawowych zasobów – więź, jaka się między nami wytworzyła, będzie trwalsza, niż obecna sytuacja stadno-pastwiskowa.

Myślę, że niedługo czeka nas poważny sprawdzian naszych relacji! A więc pytanie – czy to są trwałe zmiany czy tylko tymczasowe, wymuszone sytuacją „ocieplenie wizerunku” – na razie pozostaje otwarte, ale postaram się znaleźć na nie odpowiedź w najbliższym czasie i, oczywiście, zdam relacje! 🙂

20621870_10214182640742684_2135434911899449541_n

„I skończy się weselisko na wsi!”…

No więc po wczorajszym wieczorze, spędzonym ze Spartkiem doszłam do kilku wniosków – może mało odkrywczych, acz dla mnie istotnych.

Koń waniliowy 

Po pierwsze, aromat waniliowy – zwykły, spożywczy z supermarketu – rzeczywiście odstrasza gzy! Odkrycie dla nas ze Spartkiem nie bez znaczenia, bowiem końskie życie w letnich miesiącach naprawdę zamienia się w horror! Ze wszystkich owadów, jakie dokuczają koniom na padokach, zdecydowanie najgorsze są gzy.  Opędzają się przed nimi, jak mogą, machając ogonem w te i wewte, ale są, niestety, miejsca, których nie sposób dosięgnąć… Tak więc plecy, brzuch, pachwiny – wszystko jest obsadzone przez te cholerne owady. Wgryzają się w końskie cielsko, żrą niemiłosiernie, zostawiając po sobie widoczne na sierści krople krwi… Za każdym razem, zabierając Spartka z padoku w miejsca, gdzie można poskubać trawy, jestem uzbrojona po zęby. Mam rękawice do zabijania, mam bat do odganiania gzów, którym okładam Spartkowe ciałko z prawej i z lewej, pilnując, by żaden owad nie zdążył wbić się w jego skórę. Kiedy któryś z krwiopijców usadowi się na łbie po stronie, dla mnie niewidocznej, Spartek odrywa się od trawy i odwraca się do mnie, pokazując, że zaatakowany jest, powiedzmy,  lewy policzek. Natychmiast trzaskam go moją rękawicą do zabijania w nadstawiony policzek :), przepraszając przy tym konia, a ten patrzy na mnie przez chwilę ze zrozumieniem i wraca do skubania. I tak do następnego gza…

Czasem nadlatuje coś ogromnego, wyglądem przypominającego szerszenia, tylko że jest całe brązowe i wydaje bardzo głośne buczenie. A może to trzmiel? Ale trzmiele są w paski, a to – jak na moje oko – jest jakieś jednolicie brązowe. W każdym bądź razie to jest dopiero potwór! Próbuje się usadowić na Spartkowym brzuchu, nogach, z rozpędu ląduje w grzywie i zaczyna skradać się do szyi. Jak tylko słyszę ten charakterystyczny dźwięk, uprzedzam konia i zaczynam wykonywać niemalże rytualny taniec wokół niego, z rytmicznym wymachiwaniem batem, kolistymi ruchami rąk, podskokami i odstraszającym pokrzykiwaniem. Spartek, na szczęście, jest już do tego typu anomalii przyzwyczajony. Nawet powieka mu nie drgnie… Ja zaś staram się nie dopuścić, żeby to coś wżarło się w ciało konia – mam wrażenie, że mogłoby zrobić niezłą ranę! No więc czekałam tylko, kiedy się doigram… Wczoraj ten wstrętny owad, przeganiany przeze mnie skutecznie od konia, postanowił zaatakować mnie. Po wielokrotnych udaremnionych atakach wykonał jedno okrążenie (już odetchnęłam z ulgą), i z rozpędu rzucił się mi na szyję. Powiem tak – jeśli ktoś z daleka to obserwował, to miał wszelkie szanse, by uznać mnie za osobę kompletnie niepoczytalną. Z krzykiem i w podskokach opędzałam się przed drapieżną mściwą bestią, wymachując jednocześnie batem wokół głowy. Jakkolwiek by to nie wyglądało, grunt, że pomogło. Nie zostałam użądlona, i po chwili bestia poddała się i odleciała w stronę lasu… Spartek nawet nie przerwał jedzenia trawy… No cóż, nie takie incydenty nam się już zdarzały.

Taki FastFood lubię 🌸🌸🌸

Gepostet von Irina Kuzmina am Sonntag, 18. Juni 2017

Tak więc, po przeczytaniu na „jednym z portali społecznościowych” informacji, że podobno zwykły spożywczy aromat waniliowy odstrasza owady, a przede wszystkim – gzy, przed wyjazdem do stajni zaopatrzyłam się aż w 4 fiolki aromatu waniliowego czterech różnych producentów. Po pięciu minutach bezskutecznego opędzania się od owadów wyciągnęłam fiolkę i zaczęłam wsmarowywać w końską sierść słodko pachnącą, lepką ciecz. Po kilku minutach nad Spartkiem unosił się piękny aromat babki waniliowej, a ja – o mocno owłosionych, lepkich dłoniach – z zaciekawieniem czekałam na efekt działania wanilii. I – o cudzie! Gzy, które wciąż nadlatywały do konia, przysiadały tylko na chwilę i uciekały! Wszędzie tam, gdzie na końskiej sierści widniały lepkie posklejane plamy, mieliśmy spokój… Nie pomyślałam jednak o tzw. „miejscach intymnych” Spartka… No cóż… W pewnym momencie koń przestał jeść trawę, wygiął grzbiet i spojrzał na mnie wybałuszonymi oczami. Na chwilę się przeraziłam. Nie wiedziałam, co się dzieje. Do sikania? Czy zaraz mi uskoczy? Czy się przewróci? Zachowanie Spartka było tak dziwne, że przez moment nie wiedziałam, co począć. Widząc moją zdezorientowaną minę, Spartek skierował przerażony wzrok w stronę brzucha. Spojrzałam tam – i już wiedziałam, co jest grane. Aż trzy wściekłe gzy wbiły się właśnie w miejsce, które służy koniom do oddawania moczu. To musiało boleć. Natychmiast zainterweniowałam, i – cóż zrobić – wysmarowałam również tę część końskiego cielska wanilią. Uradowany Spartek wrócił do skubania trawy, a ja, z poczuciem spełnionego obowiązku, znów obserwowałam zmieszane, zdezorientowane i głodne owady.

A zatem – pierwszy wniosek z wczorajszego dnia: WANILIA naprawdę działa! aromat_waniliowy Warto mieć ją w końskiej apteczce i wsmarowywać aromat w końską sierść. Jakie są minusy jej używania? Sierść jest posklejana, to po pierwsze. Naprawdę ciężko ją później rozczyścić do siodłania. Po drugie, odstraszając gzy, jednocześnie, chyba wabimy muchy. No ale ich dokuczliwość to naprawdę nic w porównaniu z gzami! Zatem, ogólnie – na plus.

Zadanie łatwe do „rozwiązania”

Drugi wniosek z wczorajszego dnia jest taki, że konie są naprawdę mądrzejsze, niż nam się wydaje! Jak dokonałam tego niezwykłego odkrycia?

Po godzinnym popasie zabrałam Spartka na ujeżdżalnię. Miałam pewne obawy, czy tam dojdziemy RAZEM. Nie zabezpieczyłam bowiem przed wyprowadzeniem Spartka z padoku potencjalnej drogi jego ucieczki – hen, daleko, w kierunku wzgórza, do innych koni i świeżej trawy. Stąd wzięły się moje całkiem uzasadnione obawy o to, czy Spartan aby na pewno dotrzyma mi towarzystwa w drodze na ujeżdżalnię. O dziwo, bez problemu dotarliśmy tam razem. Zabezpieczyłam konia dodatkowo przed owadami, szybko wyczyściłam, osiodłałam i wsiadłam. Nie muszę wspominać, że koń z iście anielską cierpliwością czekał na mnie osiodłany, aż skończę przygotowania do wsiadania. Póki zakładałam czapsy, kask, przekładałam smakusie z torebki do kieszonki, odbierałam telefon, Spartek stał koło mnie, bez żadnej liny, z wodzami, przerzuconymi „dla formalności” przez ogrodzenie. Czekał, aż pańcia wreszcie przestanie się grzebać i pójdziemy popracować. Rzecz jasna, podprowadzony pod schodki, zrobił swój stały numer – wciąż mając nadzieję, że mnie to rozbawi. Włożył przednią nogę między stopnie schodków, uniósł je i popatrzył w moją stronę zadowolony. Schodki wisiały na nodze, a koń wyraźnie mówił mi, że znów mu się coś do kopyta przykleiło, i z czymś takim nie da rady ruszyć. Tradycyjnie powiedziałam mu, że wcale nie było to śmieszne, zręcznie obracając schodkami w te i wewte, wyciągnęłam końską nogę, i wsiadłam. Ale Spartek się w ogóle nie zraża, i następnym razem znów zaserwuje mi swój doskonały, w jego mniemaniu, dowcip.

Jeździło nam się wczoraj znakomicie. Wolty i serpentynki w kłusie, przejścia, zakłusowania z cofania, ze stój, kłus przez drążki… wszystko było wykonywane bez słowa sprzeciwu! Albo inaczej – wszystko, oprócz cofania, które czasem Spartek wykonuje natychmiast, a czasem – udaje, że nie wie, o co chodzi. A kiedy wciąż proszę o cofanie, którego on nie robi, to się zaczyna złościć. No i tu zbliżamy się do drugiego mojego odkrycia. Na ujeżdżalni bowiem znalazła się wczoraj konstrukcja, zbudowana z dwóch stojaków i liny zawieszonej między nimi, służąca do ćwiczenia otwierania bramki, przechodzenia przez nią i zamykania jej za sobą. Spartka od początku ta konstrukcja zainteresowała, więc  postanowiłam, że zostawimy ją sobie „na deser”. Kiedy już przećwiczyliśmy ze Spartkiem wszystko, co miałam w planach, łącznie z ustępowaniem od łydki i poszerzaniem koła od łydki, zbliżyliśmy się do „bramki”. Pozwoliłam Spartkowi dokładnie ją obejrzeć, sprawdzić wytrzymałość liny i sposób jej mocowania, po czym zdjęłam pętelkę, zamykającą bramkę ze stojaka. Najpierw pokazałam ją koniowi, dotknęłam nią pyska, szyi, nóg, by nie przestraszył się, gdyby miała mi wypaść z ręki podczas manewru. Następnie, trzymając linkę w prawej ręce, a wodze w lewej, poprosiłam Spartka o ruszenie przez bramę, co koń z chęcią wykonał. Zatrzymaliśmy się trochę za daleko od stojaka – więc, musieliśmy się trochę cofnąć i obrócić na przodzie, by założyć pętelkę z powrotem na stojaku. W ogóle nie używając wodzy (byłam zbyt skupiona na trzymaniu liny 🙂 ), poprosiłam konia o cofnięcie, i natychmiast je wykonał! Mało tego – obrócił się też tak, bym mogła spokojnie zawiesić linę z powrotem na stojaku! Jak myśmy to zrobili??? Nie jestem mistrzem w dawaniu sygnałów łydką! Powiem więcej – Spartek zazwyczaj respektuje je według swojego widzimisię. Przy bramce zaś jedynie do niego mówiłam, co ma robić, delikatnie korygując łydkami i koń bezbłędnie ustawiał się tak, jak chciałam! Koń dokładnie wiedział, kiedy ma się cofnąć i po co!

Ciąg dalszy rozpracowywania wyjścia z padoku- rozplątywania liny z przerwami na popas🤓

Gepostet von Irina Kuzmina am Donnerstag, 13. April 2017

(Filmik z wiosny, kiedy Spartek podejmował niezliczoną ilość prób opuszczenia padoku)

Przy drugim naszym podejściu do otwierania i zamykania bramki trochę się pokręciliśmy przy jednym i drugim stojaku – ja z liną w ręku, próbując zawiesić pętelkę, gdzie trzeba, a Spartek – z ogromną chęcią pomocy mi w tym przedsięwzięciu. Wszak „rozwiązywanie” (w sensie dosłownym!) tego typu zadań od lat jest jego specjalnością 🙂 Sugerował mi więc, że chętnie pętelkę potrzyma, a najlepiej sam ją gdzieś zawiesi, a jeszcze lepiej – rozwiąże wszystkie węzełki, jakie ma. No cóż, stwierdziłam, pierwsze koty za płoty. Więcej próbować nie będziemy, bo koń stanowczy zbytnio się przejął zadaniem.

Dobrze mieć buty o rozmiar za duże!  

Po pięknych chwilach na ujeżdżalni, w świetle zachodzącego słońca, po długim upalnym dniu, kiedy wreszcie można było oddychać, rzecz jasna, nagrodziłam Spartka kolacją i pozwoliłam koniowi powyjadać resztki trawy z narożników placu. Zbliżała się godzina dwudziesta pierwsza, konie wciąż były na padokach, a ja, jak zawsze niechętnie, musiałam opuścić stajnię. Wzięłam Spartka na linę i ruszyliśmy w stronę jego padoku. Rzecz jasna, po tak pięknym dniu, który śmiało można by nazwać „beczką miodu”, nie mogło zabraknąć i przysłowiowej „łyżki dziegciu”… Ruszyliśmy ze Spartkiem w stronę koni i padoków, on tuż przy moim ramieniu, grzeczny i rozanielony – pewnie spodziewał się, że jeszcze się troszkę razem popasiemy… Niestety, naprawdę musiałam wracać do domu… No cóż… Spartek pociągnął nagle w kierunku trawy, a kiedy stanowczo się temu sprzeciwiłam, wykonał swój słynny „manewr okrążający” wokół osoby prowadzącej, oczywiście, w celu wyrwania. Udało mi się zatrzymać okrążenie w połowie, ale – w ramach zemsty, koń postawił mi swoje kopyto na nodze. Ha! Wcale mnie nie zabolało, bo mam buty o rozmiar, a może i dwa za duże! Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, bo są bardzo wygodne, zarówno do krzątania się po stajni, jak i do jazdy. Odnotowałam wylądowanie kopyta na mojej nodze stanowczym uderzeniem Spartka w łopatkę i duuużą falą!!! Musiałam to zrobić, bo w tamtej chwili toczyła się właśnie nasza walka o „być albo nie być”! Rzecz w tym, że gdyby Spartan się wyrwał i poszedł na wzgórze daleeeeekooo w kierunku koni, z pewnością spędziłbym kolejnych parę godzin na próbach jego sprowadzania. Na terenie stajni nie było absolutnie nikogo, kto mógłby mi w tym pomóc. Wiedziałam więc, że albo wygram teraz z koniem, albo – szlag trafi cały nasz piękny dzień!

Ciekawe, że w chwilach mocno dla mnie stresujących mam w zwyczaju wykrzykiwać jakieś głupie i zupełnie niewytłumaczalne sentencje lub powiedzenia 🙂 Na co dzień w życiu bym nie użyła takich sformułowań! O dziwo, są to zazwyczaj wyrażenia całkiem cenzuralne, i – że tak powiem, zupełnie „od czapy”. Otóż, zepchnęłam z nogi końskie kopyto, ostro i zdecydowanie wycofałam Spartka, a na jego gniewne spojrzenie i charakterystyczne wygięcie szyi, użyłam kolejnej korekty liną, i ochrzaniłam: „Zrób mi to jeszcze raz, a skończy się weselisko na wsi!!!!”. Wrzasnęłam na niego tak, że potulnie jak baranek podreptał za mną na padok. Objęłam po drodze jego szyję, pogłaskałam po łbie, mówiąc, że cieszę się, że znów jest grzecznym koniem… Już na padoku, kiedy szczęśliwie zamknęłam za nami  bramkę, nagrodziłam Spartka jabłuszkiem.

Widziałam w zmroku, zapadającym nad stajnią, że wciąż mnie wypatruje, kiedy wsiadałam do samochodu… I mam nadzieję, że nasze „weselisko na wsi” nigdy się jednak nie skończy 🙂

19866191_10213830336255292_1445486792_n

 

Dłuższy popręg kup mi, luby

Jeśli nie chcesz mojej zguby, oczywiście… A tak się składa, że dziś obchodzę swoje urodziny, więc – podpowiedź dla mojej „drugiej połowy” umieszczam, że tak powiem, publicznie, żeby nie było, że nie mówiłam, co chcę 🙂

Laleczka Czaki 

Jakoś od zawsze wszystkie moje pragnienia i plany zakupowe związane były ze zwierzyńcem, który przewinął się przez lata w moim domu… Raz jeden jedyny, mając lat cztery czy pięć, zamarzyłam o wózku dla lalek. Był to w czasach mojego dzieciństwa towar absolutnie luksusowy, wręcz niemożliwy do zdobycia w naszych radzieckich sklepach z zabawkami. Ogromne nadzieje pokładałam w bracie mojego dziadka, wujku Andrzeju z Rygi, który odwiedzał nas w Leningradzie przynajmniej raz w roku. Wszelkie dobra nieosiągalne w leningradzkich (dziś, oczywiście – petersburskich, i już znakomicie zaopatrzonych), sklepach można było przywieźć z krótkiej wycieczki do Pribałtyki, czyli do krajów bałtyckich. Pamiętam, że rodzice wyjeżdżali nieraz w sobotę autokarem zakładowym, a wracali w niedzielę wieczorem, wyciągając z torby prawdziwe skarby – kolorowe (!) koszulki czy buciki, rajstopy, skarpety, kosmetyki. Nie to żeby w naszych sklepach nie było odzieży –  owszem, była, ale w mocno stonowanych odcieniach brązu, szarości czy ciemnego granatu. Wszystko, nawet szlafroki-podomki, przypominały ubrania robocze, owszem, o wygodnym niekrępującym robotnicze ruchy kroju i niewyszukanej stylistyce. Tęskno nam było za kolorem… O dziwo, nawet czerwieni nie można było spotkać na petersburskich ulicach – był to bowiem kolor zarezerwowany dla atrybutów ustroju.

Zatem – czekałam na przyjazd wujka Andrzeja z Rygi. Liczyłam dni do jego przyjazdu, a udając się tego właśnie dnia do przedszkola, już marzyłam o powrocie do domu, zastanawiając się, jakiego to koloru może być mój wymarzony wózek, a także próbując zgadnąć zamysł dowcipnego wuja – czy schowa przede mną wózek na balkonie czy też wręczy od razu po moim wejściu do domu? Wolałam od razu. Wuj był jednak na tyle dowcipny, że w ogóle nie przywiózł mi wózka…  Przywiózł kolejną lalkę – tym razem taką, która wywracała oczami, wydawała z siebie jakieś nieludzkie dźwięki i generalnie – jak teraz sobie to uświadamiam – niewiele odbiegała od laleczki Czaki. Wylądowała więc tam, gdzie wszystkie dotychczas przynoszone do naszego domu lalki – w sypialni na szafie. Teraz myślę sobie, jak jednak paskudną byłam dziewczynką. Paskudną, ale dobrze wychowaną!  Każdy odwiedzający dom moich dziadków, gdzie mieszkałam do jedenastego roku życia, uważał za miły gest kupić wnuczce na prezent lalkę. Dziękowałam za prezent najserdeczniej, jak potrafiłam, chwaliłam ładne ubranko i różowe policzki – co za obłudne dziecko… Dziadkowie prowadzili dom raczej otwarty – cioć i wujków z całego ZSRR przyjeżdżało do nas tyle, że nie byłam w stanie wszystkich zapamiętać. No i każdy z lalką. A że lalkarski przemysł radziecki nie stawiał na różnorodność, można się domyślić, że po kilku latach mogliśmy z dziadkami śmiało otwierać hurtownię lalek. Niestety, inicjatywa prywatna w tamtych czasach była niemożliwa. Zatem lądowały na szafie. Szafa była ogromna – wysoka, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Stos lalek z czasem zamienił się w spiżarnię mojego chomika Romki, który wspinał się na samą górę, poruszając się pionowo, w szczelinie pomiędzy szafą a ścianą – plecy opierał o ścianę, a ostre pazurki wbijał w chropowatą dyktę. Tym sposobem w niecałe dwie minuty potrafił obrócić się góra – dół, nabrać za policzki kolejne zapasy żywności,  by przetransportować je na szafę i schować w stosie moich niechcianych zabawek.

Właściwie po moim wielkim rozczarowaniu z wózkiem od wuja Andrzeja postawiłam krzyżyk na dziewczęcych zabawkach. Trudno, widocznie los w postaci wuja z Rygi tak chciał. Odtąd już definitywnie stawiałam na pluszaki. Pamiętam je do dziś – niebieski pies Bobik (dlaczego przemysł radziecki postanowił zaszaleć akurat w przypadku psa?), normalnej maści lis Foks, małpka Czita, liczne misie… To byli moi przyjaciele, im powierzałam swoje tajemnice. Leczyłam, kiedy czuli się niewyraźnie. Robiłam zastrzyki, przeprowadzałam nieskomplikowane zabiegi chirurgiczne, układałam do snu jeden przy drugim na swojej poduszce.

Początki Alzheimera i talent krawiecki

Moja babcia była osobą niezwykle utalentowaną… Pięknie grała na fortepianie, była wspaniałą krawcową, bardzo dobrze gotowała, a na dodatek miała niespotykane zdolności organizatorskie. Pochodziła z miasteczka położonego na północy Rosji pod Archangielskiem – Wielki Ustiug.  Tam skończyła szkołę, a później, kiedy poznała mojego dziadka, wędrowała za nim – wojskowym, po całym Związku Radzieckim. Przez całe swoje życie utrzymywała jednak kontakty z osobami, które wraz z nią kończyli szkołę w Ustiugu. Stworzyła w tamtych latach coś w rodzaju Naszej Klasy! Korespondencja z kolegami i koleżankami ze szkoły trwała przez sześćdziesiąt lat! Mało tego, co dziesięć lat babcia, mieszkająca już od dawna w Leningradzie, organizowała spotkania absolwentów szkoły. Z pewnością były to niezwykłe spotkania. Pamiętam, że każde z nich musiało być przygotowywane przez ponad rok. Listy wędrowały po republikach ZSRR miesiącami, a w nich uzgadniano szczegóły, ustalano program muzyczno-artystyczny spotkania, rezerwowano noclegi… Babcia czuła się spełniona, kiedy wracała z kolejnego wyjazdu do Ustiuga. Ja pamiętam jeden jej przyjazd. Była ogromnie zmęczona i bardzo szczęśliwa. Mimo że chyba przybyło jej zmarszczek, w oczach widziałam młodzieńczy błysk!

Niestety, kiedy miałam sześć, może siedem lat, babcia zaczęła się czasem dziwnie zachowywać. Teraz wiadomo, że były to początki choroby Alzheimera, a wtedy nie pamiętam, by ktokolwiek wymieniał tą chorobę. Jednym słowem, niekiedy zachowanie babci mocno nas zaskakiwało. Otóż, zapędy krawieckie w połączeniu z Alzheimerem sprawiły, że pewnego dnia po powrocie z przedszkola odkryłam, że zniknęły moje pluszaki. Przeszukałam całe mieszkanie, zaglądając pod łóżka, do schowków i pawlaczy, a nawet do szafek kuchennych i piekarnika. Nic, ani śladu. Wtedy moją uwagę zwróciło pudełeczko z guzikami – babci skarb, który zazwyczaj trzymała z dala ode mnie. Ja lubiłam przeglądać guziki, babcia z kolei nie przypadała za tym, by ktoś grzebał w jej akcesoriach krawieckich. Dlatego mnie to mocno zaskoczyło – czyżby babcia straciła czujność? Natychmiast sięgnęłam do pudełka i o mało nie zemdlałam… W pudełku na samej górze, wśród dziesiątków innych guzików znajdowały się oczy moich zwierzaków! Natychmiast rozpoznałam wielkie, wiecznie zdziwione oczęta Bobika, zmrużone chytrusowate oczka Foksa, czarne okrągłe oczka-guziczki Czity… No właśnie… Guziczki… Pod moją nieobecność babcia, wiedziona  wrodzonym instynktem krawcowej, wpadła na czekające na mnie na moim łóżku pluszaki… Pamiętam, że zawsze oburzona pytała – „No kto to widział, żeby pies był niebieski?”. Ten wybryk natury i przemysłu radzieckiego musiał przykuć jej uwagę, a dalej – nawet nie chcę sobie wyobrażać, co było dalej…

Pamiętam, że z pudełkiem w rękach, cała we łzach rzuciłam się do dziadka. Żal mi go było, bo zupełnie nie wiedział, jak mi pomóc i gdzie szukać moich okaleczonych przyjaciół… W akcie desperacji już o zmierzchu wyszliśmy na przeszukiwanie śmietnika. Zaopatrzeni w długi kij (kubły na śmieci były ogromne, nie sposób było zajrzeć) z ostrą końcówką spędziliśmy parę godzin na wyciąganiu najróżniejszych śmieci. W końcu trafiliśmy na Bobika! To był on – mój biedny niebieski pies, z nićmi zwisającymi w miejscu oczek. Wiedzieliśmy z dziadkiem, że musimy znaleźć wszystkie moje zguby! Po kilku godzinach morderczej pracy przy śmietniku, kiedy posegregowaliśmy już wszystko, co przez cały dzień wrzucano do kubłów z całego osiedla, trafiliśmy na Czitę – to jej, najmniejszej z całego towarzystwa, wciąż nie udawało nam się trafić. Mogliśmy wracać do domu. Następnego dnia nie poszłam do przedszkola, odsypialiśmy z dziadkiem, potem robiliśmy pluszakom kąpiel, a następnie – wspólnie przeprowadziliśmy kilka zabiegów okulistycznych, przywracających wzrok moim zwierzętom. Ufff…

A co na to wszystko babcia? No cóż, chyba muszę wspomnieć, że była obdarzona jeszcze jednym talentem – potrafiła w sposób doskonały zapanować nad emocjami. Nie wiem, czy w ogóle się sytuacją nie przejęła, czy dusiła w sobie emocje, czy też po cichu pogodziła się z faktem, że tym razem nie udało jej się wzbogacić swojej kolekcji guzików. W każdym bądź razie udawała, że nie było tematu. Ja zaś poprosiłam dziadka, by pod moją nieobecność miał na babcię „oko”…

Wkraczam w „dorosłość”…

W życie samodzielne pod względem przemieszczania się po mieście wkroczyłam w wieku bodajże siedmiu lat. Odkąd sama chodziłam do szkoły, stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym i w różne inne miejsca mogła chodzić sama. Lub jeździć. Tramwajem, autobusem, trolejbusem, rzadziej – metrem. I pierwsze swoje kroki skierowałam do kółka zoologicznego, które po rosyjsku nazywało się „junnatskij krużok”. ja i szurikByło to tzw. „ognisko” w domu pionierów, prowadzone przez małżeństwo biologów – Elenę Walentinownę i Igora Josifowicza. Dziś można by to nazwać czymś w rodzaju mini-zoo, i do samej istoty tego miejsca z pewnością można mieć wątpliwości. Zwierzęta w klatkach… No cóż, jako dziecko nie miałam tej świadomości, co teraz. I gnałam do mojego „krużka” trzy-cztery razy w tygodniu, by opiekować się naszymi zwierzętami, a trochę ich było. Pomijając wiele gatunków ptaków, były też małpy, jenoty, koati, lisy, tchórzofretki, pytony tygrysie, szopy-pracze, kruki, wrony, szczury, chomiki, myszoskoczki, nutrie…  Oprócz wiedzy, jaką z pasją przekazywali nam nasi prowadzący, wspaniałych wycieczek przyrodoznawczych na Krym czy nad Bajkał (niestety, wycieczka nad Bajkał odbyła się beze mnie), uczyli nas także poczucia odpowiedzialności. Podczas kilku godzin, jakie spędzałam w moim kółku przyrodniczym musiałam, wraz z innymi dzieciakami, wykonać naprawdę dużo pracy. Najpierw – wycieczki po okolicznych sklepach spożywczych po pokarm dla naszych podopiecznych. W warzywniaku odbieraliśmy liście po kapuście i wszystko, co zostawało niesprzedane i podlegało utylizacji. Po co utylizować – zaraz przyjdą pionierzy! Następnie – do tartaku – po wióry, na wymianę ściółki w klatkach. Następnie – w sezonie wiosenno-letnim – na okoliczne parki  po świeżą trawę. Dalej – po piasek, do pracowników osiedla, zawsze mieli zapas, na wymianę ściółki dla ptaków. Kiedy już zaopatrzenie było zrobione, można było przystąpić do nastawiania kaszy z mięsem lub rybą na kolację dla naszych drapieżników, do czyszczenia klatek, mycia misek, potem – karmienia zwierząt, a jeśli zostawało nam trochę czasu – na spacer z niektórymi z nich. Wracałam zawsze już po zmierzchu –  umordowana, brudna, posiniaczona i szczęśliwa…

Dochód z „kombizenonów” 

Bardzo jednak pragnęłam mieć w domu papużki faliste… Na ich zakup potrzebne były środki finansowe. Na szczęście, w szkole przyuczano nas do różnych zawodów – „przerobiłam” więc praktyki w księgarni, zresztą – najlepszej w Petersburgu, w „Domu Książki” na Newskim Prospekcie, w zakładzie maszynistek, a następnie – w fabryce krawieckiej. Uczono nas szyć poszewki, a jak ktoś wykazywał minimalny talent do zawodu, mógł zostać po godzinach i uczyć się szycia np. kombinezonów dziecięcych. Jeśli się okazało, że kombinezony nadają się do późniejszej sprzedaży, to w wakacje mogliśmy dorobić sobie w ramach płatnych praktyk krawieckich. Oczywiście, dałam z siebie wszystko, by zarobić upragnione 10 rubli, bo tyle właśnie potrzebowałam na zakup klatki, niezbędnych akcesoriów i samej parki papużek falistych. Hodowlę już miałam upatrzoną, klatkę i akcesoria też – pozostało jedynie uszyć ze 100 kombinezonów – i voila. Codziennie wyruszałam do fabryki, obmyślając po drodze, jakiego koloru wybrać parkę papużek… Przestudiowałam wszelkie zawiłości genetyczne przekazywania kolorów w następnych pokoleniach… Rozważałam różne możliwości – wszak sprawa kolorów miała znaczenie zasadnicze! Szyłam kombinezony po 4 godziny dziennie – na więcej godzin pracy dziecięcej nie pozwalało prawo, obowiązujące w Związku Radzieckim.

289Wreszcie dostałam wypłatę – moje, własnoręcznie zarobione 10 rubli! Nosiłam je w kieszeni, ściskając w ręku czerwoną dziesięciorublówkę. I znów los zakpił z młodego przyrodnika 🙂 Za długo się zastanawiałam nad kolorem moich wymarzonych papużek… Nie wiem, kiedy i jak, bo w przeciwnym wypadku nie doszłoby do tego tragicznego zdarzenia, ale banknot wypadł z mojej kieszeni… Jednym słowem, zgubiłam całą swoją wypłatę… Nie pamiętam, żebym płakała z tego powodu… Byłam zła na siebie! Udałam się więc do hodowczyni papużek – starszej pani, którą nie raz już wcześniej odwiedzałam, by porozmawiać o tych ptakach, i powiedziałam, że zakup z wypatrzonego przeze mnie miotu, niestety, jest odwołany… Opowiedziałam, co się stało. Współczuła mi, ale jednocześnie nie chciała pozbawić się zarobku. To była sprytna staruszka. Zaproponowała mi, żebym wzięła za darmo pisklę, które rozwija się nieprawidłowo – w ogóle nie rosną mu pióra, i zdaje się, że już nie urosną. Nikomu go raczej nie sprzeda, no bo i po co komu taki ptak? Gołe, chude, nielatające… Oczywiście, zgodziłam się bez chwili zastanowienia. Nazwałam go Rocky. Poprosiłam rodziców, by zainwestowali w klatkę dla „sieroty”, i nie zadawali za dużo pytań. Rocky zamieszkał z nami. Nauczył się radzić sobie wśród nas – był dosyć skoczny, więc zeskakiwał z zawsze otwartej klatki na stół, potem na krzesło, następnie na podłogę – i przemieszczał się po całym mieszkaniu, jak każdy z domowników. Pozbawiony towarzystwa latających przyjaciół, uznał, że jest jednym z nas, nielotów. I było nam dobrze razem. Rocky nauczył się wymawiać kilka słówek – oczywiście, swoje imię, poza tym – „Rocky choroshyi”, „privet”, no i potrafił wołać mnie, kiedy dzwonił telefon. Krzyczał wtedy wniebogłosy „Irrrrriiina”, a ja leciałam do słuchawki. On zazwyczaj też leciał korytarzem do telefonu, by pogaworzyć wraz ze mną o dziewczęcych głupotach. To był wyjątkowy papug, lepszy niż wszystkie kolorowe papugi świata razem wzięte!

Był wyjątkowy, ponieważ był naprawdę kochany! Jak każdy kochany zwierzak! Jak moi Laduszka, Zefir, Duńcia, których już nie ma, jak Bryśka, Molka, Torka, które właśnie wpatrują się we mnie i czekają, aż skończę pisać i zajmę się wreszcie kolacją, jak Spartek, który był wyjątkowo wredny, kiedy go poznałam, a stał się wyjątkowo miłym, przyjaznym i oddanym koniem teraz, gdy pokochałam go z całego serca takim, jaki jest!

Długo bym mogła opowiadać o moich wyjątkowych – dla mnie, oczywiście, wyjątkowych  – zwierzakach! W dniu urodzin, tak samo, jak rok temu, naszło mnie na wspomnienia… Postanowiłam dziś usiąść i napisać, dla Ciebie, Marku, i dla wszystkich, którzy czasem zaglądają na bloga o Spartku. Znalazłam czas, naszła mnie wena – dziękuję za życzenia, które się spełniły, i za te, które dopiero się spełnią. Dziękuję Wam, Kochani!

urodzinowe_portrety1

 

Przesłanie hedonisty – proste zasady, których nauczył mnie Spartan

IMG_4069

Cierpliwość i konsekwencja gwarancją sukcesu

Wielokrotnie słyszymy od trenerów, że wyłącznie konsekwentne postępowanie ze zwierzęciem przynosi efekty. Jest to prosta, wręcz banalna zasada, z której wywodzi się cała filozofia pracy ze zwierzętami. Drugim elementem tej pracy jest fakt, że zwierzę uczy się poprzez skojarzenie określonego zachowania z konsekwencjami, jakie ze sobą niesie. Jeśli po pewnym zachowaniu następuje dla zwierzęcia coś miłego – istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości dane zachowanie będzie się powtarzało. Jeśli z kolei bezpośrednio po jakimś zachowaniu zwierzę dozna przykrych doświadczeń, mamy podstawy przypuszczać, że dane niepożądane przez nas zachowanie będzie zanikać. Trzecim ważnym elementem w treningu zwierząt jest tzw. „timing”, czyli odpowiednio szybkie reagowanie na zachowanie zwierzęcia. A więc konsekwentnie, sprawiedliwie i natychmiast reagujemy na określone zachowania zwierząt, a mamy szanse wpłynąć na ich występowanie w przyszłości.

Dlaczego o tym piszę? Jak zobaczycie, konie stosują wobec nas dokładnie takie same zasady. Najwyraźniej nadstawiają ucha na placu treningowym i biorą sobie do serca rady fachowców.

Pracując z psami czy końmi trenerzy muszą być niezwykle uważni – każde przeoczenie niepożądanego zachowania skutkuje utrwaleniem „złego” nawyku. Ta zasada ma ogromne znaczenie zwłaszcza w pracy z końmi, które każdego dnia „sprawdzają” swojego jeźdźca czy trenera. Szczególnie dotyczy to koni o charakterze dominującym, którym nie w smak jest rola uległego osobnika. Wydawałoby się – mamy już wszystko ustalone, lecz w świecie koni jest zupełnie inaczej. Każdego dnia muszą sprawdzić, czy ich Przywódca-Lider nadal nadaje się do sprawowania tej ważnej funkcji – wszak od podejmowanych przez niego decyzji zależy życie całego stada. Jeśli któregoś dnia zabraknie ci sił lub czujności i nie będziesz dla konia wystarczająco przekonywujący, szybko przejmie na siebie twoje obowiązki i będziesz musiał od początku zawalczyć o pozycję Szefa. Tak się kształtują relacje Koń – Człowiek, kiedy mamy do czynienia z wierzchowcem, który nie ma w zwyczaju polegania na człowieku, a wszystko sam wie najlepiej. Oczywiście, mam tu na myśli Spartka. Więc jak się między nami poukładało?

Przywództwo czy Partnerstwo? 

Czy jestem, czy w ogóle mogę być dla Spartana szefem? Staram się ze wszystkich sił, ale obawiam się, że Spartan postrzega nasze relacje zupełnie inaczej. Z mojego, ludzkiego punktu widzenia, mogłabym je określić jako relacje partnerskie, oparte na systemie wzajemnych korzyści i wymianie dóbr.  Nie oznacza to oczywiście, że koń może mnie podgryzać, ocierać o mnie łeb, przepychać się przeze mnie czy deptać mnie po stopach… Te podstawowe zasady savoir vivre’u już dawno sobie wyjaśniliśmy.  To jest ABC końskiego wychowania. Przecież kompletnie niewychowany koń może być przy tym absolutnie uległy, a najgorszy koński tyran – mieć nienaganne maniery. Chodzi mi raczej o te głębsze relacje między nami.

Przez lata naiwnie próbowałam wywrócić świat Spartka do góry nogami, ustawiając w jego centrum Człowieka, któremu koń miał się podporządkować… Nie udało się, szliśmy, jak się okazało, zupełnie inną drogą, wskazywaną mi dyskretnie acz stanowczo przez głównego bohatera tej opowieści. Nigdy bym nie przypuszczała, że będąc koniem, można w tak doskonały sposób poprowadzić treningi… No cóż, cierpliwość i konsekwencja… W końskim świecie te zasady obowiązują w znacznie większym stopniu niż w ludzkim. Bez mała cztery lata koń udzielał mi wyraźnych wskazówek, jak należy postępować, żeby nam obu było miło. Gdy popełniałam błędy, natychmiast ponosiłam konsekwencje. Od wyrywania się i ucieczki po zwykłe ignorowanie mojej osoby. Kiedy zaś robiłam postępy, zawsze spotykała mnie nagroda – czasem pochwała w postaci cichego rżenia (jak ostatnio wyczytałam w Psychologii treningu koni Krzysztofa Skorupskiego, tak cichym delikatnym rżeniem klacze porozumiewają się ze swoim potomstwem, w tenże sposób źrebaki odpowiadają matkom). Cieszy mnie zawsze, kiedy moje postępowanie wywołuje w Spartku tyle entuzjazmu, a w jego delikatnym odgłosie słyszę ogrom czułości i zadowolenia. Czasem nagrodą było entuzjastyczne powitanie na pastwisku, pokorne opuszczenie głowy, jego radość na widok siodła, lin, kantarka… Wypatrywanie mnie z padoku po tym, jak koń już usłyszał mój głos gdzieś daleko przy stajni, kiedy rozmawiam z kimś tuż po przyjeździe. Wykonywanie moich poleceń, mimo upału, wiatru, świeżej trawy tuż za płotem, mimo tego, że nie zawsze udaje mi się odpowiednio dobrze przekazać koniowi, o co mi dokładnie chodzi. Wybaczanie błędów, których popełniam mnóstwo… Dbanie o to, bym nie zleciała z jego grzbietu na łeb na szyję, kiedy na przykład, w trakcie wsiadania przewrócił się pode mną spory drewniany stołek i uderzył Spartka w nogę. Miał prawo uskoczyć, spłoszyć się, zareagować na gwałtowne niespodziewane uderzenie, a że ja właśnie wciąż gramoliłam się na jego grzbiet, stał jak wryty. Nie drgnął, a kiedy zmieszana już siedziałam na koniu i głaskałam go po szyi w podziękowaniu, tylko spojrzał na mnie z politowaniem i westchnął…. „Co ja z tobą mam, pańcia…” Czasem jestem ogromnie zaskoczona, na przykład kiedy podczas wichury w zeszłym roku wsiadłam na konia i ćwiczyłam z nim na ujeżdżalni. Gałęzie leciały z drzew, uderzając w dach stajni, ciężka brama co chwilę uderzała o płot, konie na padokach galopowały, spłoszone przez unoszące się w powietrzu wiry liści, trawy i piasku… A ja postanowiłam jednak wsiąść i zobaczyć, jak nam pójdzie. Nie chciałam wyczyniać nic szczególnego, tylko utrzymać w Spartku spokój i w miarę równo krążyć stępem po ujeżdżalni przez jakieś 10-15 minut. Zaskoczył mnie – szedł przed siebie, pod wiatr, mocno wbijając kopyta w piach i przymykając oczy, a ja czułam się jak w niebie. Ani razu nie uskoczył, nie zdenerwował się, nie zareagował gwałtownie. Na pewno myślał, że oszalałam, ale nie dał po sobie poznać…

Czy zachował się tak dlatego, że bezsprzecznie uznaje moje przywództwo? Ależ skąd… Mam wrażenie, że naprawdę zależy mu, bym jeszcze trochę pożyła, i najlepiej – w jako takiej sprawności psychofizycznej. Dlaczego tak myślę? A chociażby sprawa oganiania się od owadów na pastwisku… Na początku naszej ze Spartkiem znajomości, kiedy stałam blisko niego, a musiał akurat odgonić jakąś dokuczliwą muchę czy gza, nie raz uderzył mnie głową, bo machał łbem na oślep, prawo – lewo, byle dosięgnąć źródło swędzenia. Nieraz cudem uniknęłam uderzenia kopytem, bo akurat odganiał się od much, a ja znów niefortunnie stałam przy nim. Czy koń może nieco zmodyfikować swoje zachowanie podczas tak naturalnej dla niego czynności? I uderzając w swoje cielsko łbem lub wymachując kopytem może uwzględnić na przykład to, że stoję tuż obok i może mnie zahaczyć? Okazuje się, że tak!

IMG_4061

Teraz, gdy stoję koło Spartka, a jemu dokucza owad, wykonuje te same ruchy, co kiedyś, lecz w bardzo zwolnionym tempie i w dodatku zerkając na mnie! A właściwie – zerka, następnie bardzo powoli kieruje łeb w kierunku brzucha czy piersi i uderza delikatnie, po czym znów zerka na mnie. Zaś machnięcia kopytami, by odgonić owada, ograniczają się do – powiedzmy – półmachnięcia, tylko podniesienie i postawienie kończyny, z obowiązkowym zerknięciem w moją stronę… Czy mogę mieć jakiekolwiek wątpliwości, że trochę jednak myśli o moim bezpieczeństwie? I znów – na pewno nie dlatego, że jestem osobnikiem Alfa w naszym stadzie. Po prostu tak wyszło – mamy układ, że dbamy o siebie nawzajem, i już. Ja w podziękowaniu dosięgnę z drapaniem tych miejsc na końskim cielsku, których on nie ma szans dosięgnąć. Odgonię dokuczliwego owada. A podczas jazdy wierzchem smeram bacikiem a to po zadku, a to po brzuszysku, i jakoś dajemy sobie radę.

I całe szczęście, że nie jestem i nie będę dla Spartana klaczą-Alfa 🙂 Pamiętam jego relacje z Barbarą – klaczą z jego stada, która niewątpliwie zajmowała najwyższą pozycję i na dodatek była miłością Spartka… Zazwyczaj jej ustępował w najróżniejszych sytuacjach, ale jak wyglądały ich powitalne igraszki? W filmiku poniżej uchwyciłam końcówkę powitania po kilkugodzinnym rozstaniu Spartka z Barbarą.

To ja już wolę nasze rytualne cichutkie rżenie i delikatny dotyk noskiem…

Wolę nasz wypracowany przez lata układ partnerski… Nasze zasady wzajemnego szacunku i świadczenia drobnych przysług…

Coś za coś

Umówmy się, w świecie zarówno ludzkim, jak i końskim, wszystko opiera się na zasadzie wzajemności. Postępując wobec kogoś w określony sposób, możemy spodziewać się odwzajemnienia. Nie zawsze, rzecz jasna, tak jest, ale z pewnością jest to układ najzdrowszy pod słońcem. U nas ze Spartkiem ta złota zasada działa… Tyle że nie od razu odkryłam proporcje naszego układu. Poprzez konsekwentne korygowanie moich nieodpowiednich zachowań Spartkowi wreszcie udało mi się przekazać swoją myśl, która następująco nakreśla przebieg naszych spotkań: przyjemności – praca – przyjemności.

Świat hedonisty

Jak podaje Wikipedia, hedonizm (gr. ἡδονή, hedone, „przyjemność”, „rozkosz”) –  to pogląd, doktryna, uznająca przyjemność, rozkosz za najwyższe dobro i cel życia, główny motyw ludzkiego postępowania. Zgodnie z tym światopoglądem, unikanie cierpienia i bólu jest głównym warunkiem osiągnięcia szczęścia.

Do tej krótkiej i wyczerpującej definicji dodam tylko drobną korektę: hedonizm jest także głównym motywem postępowania w świecie zwierząt! A koni, zwłaszcza bardzo inteligentnych koni – przede wszystkim.

Przedstawiając mi swój pogląd na świat, Spartan przez lata dobitnie próbował mi wytłumaczyć, że w życiu należy stawiać na przyjemności! A jeśli dla niego przyjemnością jest jedzenie świeżej trawy, a dla mnie – praca na ujeżdżalni (a te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają), to mamy dwie możliwości:

  1. Rozłożyć proporcje preferowanych przez każdego z nas zajęć tak, by druga strona nie czuła się pokrzywdzona;
  2. Polubić to, co druga strona uznaje za przyjemność;

Ostatecznie skorzystaliśmy ze Spartkiem z obydwu możliwych wariantów! Ja przyjęłam do wiadomości, że przed zaprowadzeniem konia na ujeżdżalnię spędzamy 1,5 godzinki na trawie – na luzie, bez nerwów, bez pośpiechu, skubiemy trawkę, gadamy, czyścimy się, dzielimy się ostatnimi wiadomościami… Dopiero potem udajemy się na ujeżdżalnię, którą po tak cudownym początku dnia Spartan polubił niemalże tak samo, jak wspólne skubanie trawy!

IMG_3991

Nie uwierzycie, ale wczoraj po wspólnym popasie Spartek sam skierował się do bramy ujeżdżalni i zaczął trącać ją nosem. Z kolei w zeszłym tygodniu, kiedy osiodłałam konia i podeszliśmy pod schodki do wsiadania, zarżał z radości! W życiu bym się tego po moim leniwcu nie spodziewała…

Co się zmieniło? Kiedyś również brałam go przed pracą na trawkę, ale – wyraźnie mi się spieszyło… Czyściłam go w tym czasie, kiedy jadł, robiłam kopytka, czasem siodłałam, więc – powiedzmy sobie szczerze – starałam się nie marnować czasu. Koń je, ja go w tym czasie przygotowuje do jazdy. A tu nie o to chodziło! To nie było fair! Kiedy zmieniłam ten swój nawyk, Spartan zaczął bez problemu, chętnie iść do pracy! I pracować z entuzjazmem!

Nauczyliśmy się nawzajem czerpać radość z radości drugiej strony naszego układu partnerskiego! Bez oszukiwania, udawania, bez przymrużenia oka. Ja naprawdę nie mam poczucia zmarnowanego czasu, kiedy siedzę z nim na trawce przed jazdą, a Spartek w zamian polubił nasze niezbyt skomplikowane ćwiczenia w siodle.

Polubić to, co sprawia radość twojemu Przyjacielowi – to jest wniosek, jaki wyciągnęłam po kilku latach trudnych relacji ze Spartanem. Wydaje mi się, że jest to zasada, jakiej warto się trzymać zarówno w ludzkim, jak i ludzko-zwierzęcym świecie.

Czyż nie lepiej, zamiast walczyć, kłócić, czy nawet zgrzytając zębami akceptować takie czy inne czyjeś nawyki, po prostu spróbować je polubić, a druga strona – odpowie ci tym samym? I świat tych dwojga stanie się przyjemniejszy, prawda?

Terapeuta z charakterem, czyli o tym, jak w trzy godziny doprowadzić mnie do łez i „wyleczyć” w pięć minut…

vlcsnap-2016-06-12-23h15m56s497

No cóż, chciałabym, by wszystkie nasze ze Spartkiem spotkania wyglądały tak, jak to wczorajsze… Ale ja zbyt wiele rzeczy chcę, a realia są jakie są…

Mieliśmy ze Spartkiem ostatnio trudny tydzień… Hm… no może inaczej – to ja miałam trudny tydzień, pełen smutków i zwątpienia. Spartan tradycyjnie miał wszystko w głębokim poważaniu i – jak to koń – żył chwilą. Było – minęło. Tak to w jego świecie wygląda… I co z tego, że w zeszłą sobotę jego pańcia o mało nie straciła przytomności z upału, o mało nie oszalała z bezsilności i padła ze zmęczenia. Co z tego, że od soboty lewa ręka tejże pańci odmawia posłuszeństwa, bo ewidentnie coś się niej przekręciło… No bo jak miało się nie przekręcić, skoro półtonowy świniak kilkanaście razy wyrywał jej rękę ze stawów, za każdym razem oddalając się w kierunku przeciwnym od pożądanego…

A było tak… Zeszłej soboty w naszej stajni odbywał się kurs „Podstawy BHP w pracy z koniem”, więc grupa uczestników, wraz z prowadzącymi, by nie smażyć się w palącym słońcu na ujeżdżalni, po południu przeniosła się do namiotu. Przyjechałam do Spartka z myślą, że w taki upał nie będę go dręczyć ćwiczeniami na ujeżdżalni, tylko – korzystając z okazji, że koleżanka ze swoim koniem „pasła się” przy lesie poza terenem stajni – również zabiorę Spartucha na świeżą soczystą trawkę. Ostatnio był na „wypasie” poza bramą stajni ponad rok temu, jakoś nie było towarzystwa do wyprowadzenia koni razem, a sami – jak już wiecie – za bardzo się od stajni nie oddalamy. No i fajnie, koleżanka ze swoim konikiem – tuż za bramą, czekają na nas. My ze Spartkiem rączo zmierzaliśmy w kierunku bramy. Cieszyłam się na tą chwilę ogromnie – tak bardzo chciałam, byśmy przekroczyli naszą fizyczno-mentalną granicę bramy terenu stajni. Pech chciał, by w tej samej chwili, kiedy znaleźliśmy się na wysokości stajni – a jakieś 10 m przed bramą, otwierającą nam piękne cieniste leśne ścieżki, zza węgła wyszło kilku panów, niosących do namiotu atrapę konia… Jest to pokaźnych rozmiarów konstrukcja, niejako przypominająca konia, a służąca kursantom do nauki bezpiecznych upadków z wierzchowców. Czy muszę wam opowiadać, co się stało, gdy Spartek zobaczył atrapę?

Rzecz jasna, obrócił się na pięcie i tyle go widziałam… Pobiegł w kierunku, z którego właśnie przyszliśmy, długim korytarzem, biegnącym między padokami, aż na same wzgórze (widoczne na zdjęciu powyżej). Odcinek stamtąd do stajni – prawie kilometr… Ok – pomyślałam – idę po niego. Co prawda, mój plan się nie udał i drugi raz już tu ze mną nie przyjdzie, to przynajmniej odprowadzę go na plac zabaw, wyczyszczę, a on poje trochę trawy. Plan awaryjny wydawał mi się sensowny i łatwy w realizacji. Jak zawsze się pomyliłam.

Panowie z atrapą konia uśmiechnęli się na widok oddalającego się Spartka, koleżanka za płotem westchnęła ze zrozumieniem, wiedząc już, że prędko do nich nie dołączymy… A ja poszłam w kierunku galopującego ode mnie rumaka. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu. Wzięłam linę i powolutku zaczęliśmy kroczyć w kierunku placu zabaw – niestety, był to ten sam kierunek, co stajnia, gdzie ludzie z atrapami czyhają na konie… Po pokonaniu połowy drogi Spartek zawrócił, wyrywając mi linę z rąk tak, jak tylko on potrafi. Znów poszłam na wzgórze po konia. I ponownie zaczęliśmy schodzić tam, gdzie ja miałam plan zaprowadzić konia. Sytuacja się powtórzyła po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty… Dalej nie liczyłam. Za każdym razem koń odbiegał coraz dalej, próbując przy okazji przedostać się na pastwiska z końmi, a gdyby mu się to udało, całe stado rozbiegło by się po okolicznych polach uprawnych i mielibyśmy nie lada kłopot. Mój przyjaciel-Pech chciał, by tego dnia w pastuchu elektrycznym nie było prądu, co oczywiście mój koń odkrył błyskawicznie – najpierw nasłuchując przy pastuchu, czy nie pstryka, potem dotykając linek a to uszkiem, a to noskiem, aż zadowolony postanowił włączyć do zabawy kolegów i koleżanki ze wzgórza… Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Na terenie stajni żywej duszy – wszyscy w namiocie, ćwiczą spadanie z konia… Ja – na wzgórzu – ćwiczę utrzymanie równowagi psychicznej w sytuacji ekstremalnej. Po godzinie – dwóch zaczęły mi puszczać nerwy. Stado koni za tasiemkowym, pechowo nie podłączonym do prądu ogrodzeniem, galopowało, chcąc dołączyć do Spartka, a Spartek – jak to on – gorąco je do tego zachęcał. Kiedy za którymś razem koń galopem pognał przed siebie w kierunku pól sąsiada, wydarłam się na niego wniebogłosy… Wykrzyczałam mu wszystko, co o nim myślę i jak się czuję… Dwie godziny w pełnym palącym słońcu, którego – nota bene – szczerze nie znoszę, zrobiły swoje. Chciało mi się pić, schować gdzieś w cieniu, zejść w końcu z tego cholernego wzgórza, no i – jakoś doprowadzić konia z powrotem na padok… Oczywiście, desperacko dzwoniłam do Gosi – właścicielki stajni, ale była jedną z osób prowadzących kurs, więc – rzecz jasna – telefon miała w domu.

Po dwóch godzinach, znajdując się z szalejącym Spartkiem na wysokości młodego lasu, po prawej stronie wzgórza, wpadłam na rozpaczliwy pomysł. Spróbowałam wyciągnąć ze sterty suchych gałęzi którąś z najdłuższych i najmocniejszych i, zagradzając korytarz tuż za koniem, pędzić go w kierunku stajni że tak powiem „na chama”. Stwierdziłam, że wszystkie środki są dozwolone i dłużej nie będziemy się bawić. Ha! Słysząc odgłos łamiących się gałęzi, Spartek wpadł w prawdziwy szał – spłoszył się i podwoił prędkość swoich ucieczek. Odpuściłam… Na szczęście dzień chylił się ku końcowi, kurs właśnie się skończył i Gosia oddzwoniła. Ufff… Po kilkunastu minutach dotarła do mnie z odsieczą – ja prowadziłam Spartka ze wzgórza, a Gosia asystowała tuż za nami z batem w każdej ręce, zasłaniając mu ewentualną drogę ucieczki. Udało się. Byłam wykończona, Spartek – tradycyjnie -udawał, że nie wie, o co chodzi. Doprowadziłyśmy go na plac zabaw i by nie odpuszczać gagatkowi takiego zachowania, popracowałam z nim na wolności – stęp, kłus, galop, wszystko bez zarzutu… Zdziwiony moją nadzwyczajną stanowczością i brakiem zrozumienia dla jego tradycyjnego lenistwa, dawał z siebie 200 % normy. Starałam się pokonać w sobie wściekłość, stłumić rozpacz i żal, i spokojnie, sprawiedliwie wydawać polecenia, a co więcej – doceniać bezbłędne ich wykonanie. I mimo że udało mi się na koniec tego dnia dojść ze Spartkiem do porozumienia, wyjeżdżam ze stajni z ciężkim sercem. Po raz kolejny przekonałam się, że nie będziemy iść z nim razem przed siebie, nie pohasamy po porośniętych świeżą trawą łączkach, nie zwiedzimy lasu. Będziemy się poruszać od bramy do bramy, od padoku do ujeżdżalni, na bezpiecznym ogrodzonym terenie – bezpiecznym pod warunkiem, że wszystkie pastuchy są pod napięciem…

Przygnębiona wróciłam do domu i postanowiłam przez parę dni dać sobie spokój z odwiedzinami u Spartka. Głupio to zabrzmi, ale było mi przykro. Raz na jakiś czas koń przypomina mi, jak niewiele mam w pewnych sytuacjach do powiedzenia, jak mogę być bezsilna. Że każda moja próba przekroczenia pewnych wytyczonych przez niego granic kończy się bolesną porażką. Przez dwa dni żaliłam się najbliższym – tym, którzy potrafią mnie zrozumieć. No bo – powiedzmy sobie szczerze – cóż to jest za problem w obliczu tysięcy tragedii, jakie dzieją się codziennie wokół nas. Ale każdy ma swoje piekiełko. W moim od prawie czterech lat zagościł Spartan…

Przez kolejnych pięć dni starałam się nie myśleć o sobotniej porażce, zresztą miałam też sporo innych zmartwień. Do tego wszystkiego wskutek sobotnich zmagań, a może też i po ostatnich pracach w ogródku, strasznie mnie bolała – i nadal boli – ręka. Czasem zupełnie jej nie czuję, czasem niestety czuję, i czuję, że nie jest dobrze.

Tym niemniej wczoraj – w czwartek, kiedy w terminarzu Spartka wpisane są treningi ze mną na ujeżdżalni – nie mogłam do niego nie jechać. Z ciężkim sercem, najgorszym nastawieniem, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się mieć wobec perspektywy wizyty w stajni, z bolącą i ledwo trzymającą kierownicę ręką, jechałam do konia. Od dawna nie czułam do niego takiej niechęci. Długo zwlekałam z pójściem po niego na padok, udawałam, że mam coś do wyczyszczenia, uporządkowania, pogadania… W końcu poszłam, uzbrojona w dwie dodatkowe liny, by – na wszelki wypadek – odgrodzić Spartkowi możliwość ucieczki na wzgórze przy sprowadzeniu. Obwiązałam cały korytarz tak, że mysz się nie prześlizgnie – nie powiem, byłam z siebie zadowolona. Spartek powitał mnie z entuzjazmem, uważnie przyglądając się tuż zza płotu moim poczynaniom. Fachowym okiem ocenił grubość lin i wytrzymałość wiązań. Westchnął, i niczym anioł podreptał za mną na plac zabaw. Tam konisko się pasło, a ja czyściłam go jedną ręką i zastanawiałam się, czy ta moja dysfunkcja pozwoli mi dziś na jakąkolwiek pracę z ziemi czy ćwiczenia w siodle… Kiepsko to widziałam. Miałam wczoraj dla Spartka duużo czasu, więc ze dwie, jak nie trzy godziny spędziliśmy razem – on jadł, ja obserwowałam odbywające się na ujeżdżalni treningi. Po ich zakończeniu – weszliśmy ze Spartkiem na ujeżdżalnię bez najmniejszego oporu z jego strony, w mig się osiodłaliśmy i – uwaga – gdy podprowadziłam Spartka do schodków, z których się wsiada na konia, rumak radośnie zachrumkał, jak ma to w zwyczaju, gdy bardzo się z czegoś cieszy. Nie wierzyłam własnym uszom! No cóż, po takim początku mogłam się spodziewać samych przyjemności. I tak też było! Pracowaliśmy ponad 40 minut w kłusie, z krótkimi przerwami na stęp, a koń – mimo że pewne rzeczy w otoczeniu wzbudzały jego niepokój – skupiał się na moich poleceniach, cieszył się z pracy i, jak na jego „umiłowanie” do roboty, dawał z siebie naprawdę dużo.

Czy przeszkadzała mi podczas jazdy wierzchem boląca ręka? W ogóle o niej zapomniałam! Ani razu nie poczułam najmniejszego bólu! Czas w siodle zrekompensował mi cały stres, smutek i żal z ostatnich dni. Zapomniałam o problemach, o tym, że byłam na Spartka obrażona, że drepczemy w miejscu, że się nie dogadujemy…

Nikt inny, oprócz tego konia, nie potrafi w tak mistrzowski sposób doprowadzić mnie do łez, ale też nikt, oprócz Spartka, nie umie w kilka chwil sprawić, że zapomina się o całym bożym świecie… I natychmiast wszystko się wybacza… To tak a propos Dnia Matki 🙂

Wszystkiego Najlepszego!

vlcsnap-2016-06-12-23h12m03s301

O Jelenie Iwanownie, duchu przedsiębiorczości i trudnym początku lat 90-ch

Tym razem będzie bez zdjęć… No bo kto miał możliwość robienia tylu zdjęć na początku lat 90-ch? Chyba tylko profesjonalni fotografowie… Zatem – same literki, więc nie liczę na szerokie grono odbiorców… Tym niemniej postanowiłam napisać o kobiecie, która, jak teraz myślę, odegrała ważną rolę w moim życiu i której, być może, prawie nikt już nie pamięta…

Przenosimy się do Petersburga z początku lat 90-ch… Miałam wtedy czternaście-piętnaście lat, a wszystko, co działo się dookoła wydawało mi się całkiem normalne. Choć, jak teraz sobie myślę, wcale takie nie było. Kryzys ekonomiczny, polityczny, społeczny, szalejący bandytyzm, upadające po kolei państwowe zakłady pracy, pierwsze przejawy nadchodzącego dzikiego kapitalizmu. W naszej rodzinie, gdzie zarówno ojciec, jak i matka – inżynierowie, pracujące w państwowych zakładach zbrojeniowych, mówiąc w wielkim skrócie – „nie przelewało się”. A ściślej rzecz ujmując – pracujący każdego dnia po 8-9 godzin rodzice od dwóch lat nie dostawali wynagrodzenia. W ogóle nic… Pytanie – kto dzisiaj chodziłby do pracy, wiedząc, że nie dostanie za to zapłaty? Myślę, że nikt. I słusznie. Bo to nie było normalne. Ale wtedy w naszym kraju nic nie było normalne. Inżynierowie, oczywiście, mogli strajkować… Tylko ich praca w tamtych czasach nie była już nikomu potrzebna. Całe mienie bogatych niegdyś państwowych zakładów stopniowo dzielono pomiędzy kadrę zarządzającą, za grosze przejmowano piękne nieruchomości – sanatoria i domy wypoczynkowe w najlepszych lokalizacjach nad Morzem Czarnym czy w Karelii, w centrum samego Petersburga i na jego obrzeżach. Dlaczego więc wciąż chodzili do pracy? No bo chyba mieli nadzieję, że te koszmar musi w końcu minąć i znów będą mogli robić to, co tak naprawdę było ich powołaniem. Można było, oczywiście, pójść handlować na powstające właśnie targowiska, zacząć sprowadzać używane ciuchy z zagranicy, a jak się miało – nie wiem, jakim cudem, ale jednak – trochę odłożonych pieniędzy, to można było, na przykład, zaszaleć i otworzyć kiosk z wódką i papierosami. Ale moi rodzice nie należą do osób z tzw. żyłką przedsiębiorczości. A zwłaszcza ojciec. On nie poddał się do końca i przepracował na swoim stanowisku kolejnych kilka lat, aż wreszcie, już pod koniec dekady, doczekał wypłaty. I pozostał inżynierem w zawodzie. Mama, oczywiście, jak to kobieta – nie mogła pozwolić rodzinie „zginąć”, więc imała się różnych zajęć, a wyciągnęła nas jakoś w tych cholernych latach kryzysu.

Niebagatelne znaczenie miało też to, że pod koniec lat 80-ch udało nam się kupić pod Petersburgiem domek z malutką działką, na której rodzice uprawiali warzywa, truskawki, porzeczki i inne, bardzo ważne dla przetrwania rodziny, rośliny. Z warzyw robiło się leczo, z owoców dżemy, generalnie – mieliśmy co jeść.

Mieliśmy też psa – Laduszkę, która pojawiła się w naszym domu w roku 1987 i przeżyła do końca lat 90-ch. Z karmieniem Lady mieliśmy nie lada kłopot, ale jakoś się udawało. Nigdy jej niczego nie brakowało. No i dzięki Laduszce poznałam Jelenę Iwanownę, o której właściwie zamierzałam pisać. Dodam tylko, że psy, jak zresztą każde zwierzęta, łączą ludzi. W miastach szczególnie. No bo psiarze zazwyczaj stanowią zgraną paczkę, szybko się zaprzyjaźniają i w trudnych sytuacjach zawsze służą pomocą. To jakiś szczególny rodzaj ludzi, jaki można spotkać wszędzie, niezależnie od narodowości. Wiele lat później, w Polsce, przy moim drugim psie – Duńce, spotkałam na warszawskim Tarchominie takich samym pozytywnie zakręconych psiarzy, z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język i do dziś na wielu z nich mogę liczyć w trudnych chwilach.

A wtedy, w Petersburgu z początku lat 90-ch mieszkaliśmy w samym centrum miasta – pomiędzy Pałacem Zimowym a Katedrą Św. Izaaka, przy ul. Hercena (obecnie – Wielkiej Morskiej). Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie było to najlepsze miejsce dla posiadaczy psa. Żeby dotrzeć na miejsce spaceru – nad rzekę Mojkę, oczywiście, zakutą w granitowe nadbrzeża, lub do najbliższego parku, otaczającego budynki Instytutu Pedagogicznego im. tegoż Hercena, musiałam przejść z Laduszką albo ruchliwymi ulicami miasta, albo – na skróty, przez łączące się między sobą podwórka-studnie – tzw. „prochodnyje dwory”.

ZP6f_PBRhVk

Miało być bez zdjęć, ale – skorzystałam z zasobów Internetu i myślę, że parę zdjęć naszych pięknych petersburskich podwórek muszę wrzucić… Kiedy wpisałam hasło „petersburskie podwórka” w rosyjską wyszukiwarkę google, wyskoczyło tyle pięknych, bliskich memu sercu miejsc… Mam wrażenie, że każde z tych podwórek znam na pamięć – łaziło się wtedy po tych mrocznych cuchnących labiryntach, zwiedzało piwnice i dachy… Przechodząc z jednej „studni” do drugiej, można było pokonać nawet parę kilometrów – nie było pozamykanych bram, a często do kolejnego podwórka przechodziło się przez zawsze otwartą, ale ciemną klatkę schodową. Podobno było wtedy w moim rodzinnym mieście bardzo niebezpiecznie, ale kto z nastolatków tym by się przejmował? Rodzice od piątku do niedzieli byli na działce, a petersburska młodzież – zostawiona w mieście samopas – wałęsała się całe noce po ulicach. Ja to przynajmniej miałam psa i ruszałam po godzinie 22 na długi nocny spacer. Spotykałam po drodze wszystkich swoich przyjaciół i szliśmy przed siebie szukać przygód.

DpHc66WoJICPE1stpFZk2g-wide

No ale wracając do Jeleny Iwanowny… W jednym z takich podwórek-studni, przez które zawsze przechodziłam w drodze nad Mojkę, właśnie mieszkała. Nie miała swojego psa, ale często wychodziła na spacer z psem sąsiadów z komunałki. Więc – widząc mnie przez okno, przemierzającą z Laduszką jej podwórko, często machała do mnie ręką i krzyczała, żebym zaczekała, bo też zaraz wyjdzie. Miałam lat trzynaście-czternaście, ona – po czterdziestce. No ale nie ma to dla psiarzy żadnego znaczenia. Zawsze byłam najmłodsza w grupie spacerujących z psami, więc poza rówieśnikami, z którymi wałęsałam się po mieście w nocy, miałam też grupę osób znacznie starszych ode mnie, z którymi godzinami rozmawiałam w trakcie spacerów dziennych.

Bardzo lubiłam rozmawiać z Jeleną Iwanowną. Z tego, co pamiętam, niegdyś była zawodową trenerką ujeżdżenia, cała jej młodość była związana z końmi. Dlaczego przestała trenować – tego już nie wiem, ale niewykluczone, że polityczno-ekonomiczna zawierucha końca lat 80-ch – początku 90-ch „wyrzuciła” Jelenę Iwanownę ze sportu. Czy gdzieś pracowała? Nie wydaje mi się… Z czego żyła? Hmmm, nie wiem, ale biorąc pod uwagę fakt, że nawet ci pracujący w tamtych latach nie dostawali za swoją pracę wynagrodzenia, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Jakoś żyła, tak jak większość wtedy. Opowiadała mi dużo o koniach, psach, o swoich największych pasjach. Miała też w sobie ogromne pokłady nieuzasadnionego optymizmu i – że tak powiem – ducha przedsiębiorczości! Któregoś dnia, bardzo podekscytowana, przyszła do nas w odwiedziny i oznajmiła całej naszej rodzinie, że zakładamy gospodarstwo na wsi gdzieś daleko od Petersburga… Pamiętam jak dziś, jak siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy stole, piliśmy herbatę. Tego wieczoru wpadł też do nas kolega ze studiów mojego brata, więc w takim oto składzie mieliśmy się zająć hodowlą owiec… Jelena Iwanowna wszystko dokładnie przemyślała – owce mieliśmy hodować na wełnę, a wełnę – sprzedawać do Anglii. Dlaczego akurat do Anglii? W jaki sposób? Nie wiem, ale plan był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Przez moment nawet wydawało nam się to możliwe. Jelena Iwanowna przez jeden wieczór zasiała w nas wtedy nadzieję, że możemy raz na zawsze zmienić nasze życie i, jak to się mówi, „pójść na swoje”. Brat z kolegą mieli strzyc owce, kobiety – przetwarzać surowiec, a Jelena Iwanowna miałaby się zająć dystrybucją… Pamiętam, że ojciec się nie wypowiadał – pił herbatę z konfiturą. Mamie – mającej w sobie ducha awanturnictwa – oczy się zaświeciły. Brat z kolegą byli praktycznie gotowi do strzyżenia, a ja – pełna nadziei na powodzenie całego przedsięwzięcia. Jakim cudem Jelenie Iwanownie udało się wpaść na ten szalony pomysł? Do dziś gubię się w domysłach… O własności prywatnej gruntów dla zwykłych śmiertelników, nie śmierdzących groszem, w tamtych czasach nie było co marzyć. Teraz zresztą – też. Cała przygoda z hodowlą owiec skończyła się więc tegoż samego wieczoru, kiedy wszyscy rozeszli się do swoich domów, a rano rodzice udali się do swojego zakładu pracy, brat z kolegą – na uczelnię, ja – do szkoły…

DSC_8197

Jelena Iwanowna jednak spróbowała w jakimś stopniu zrealizować swój plan. Wkrótce potem powiedziała mi, że powierzono jej prowadzenie stajni rekreacyjnej pod Petersburgiem i że zaprasza mnie serdecznie, by ją tam odwiedzić i pomóc przy koniach. Oczywiście, nie musiała mnie długo prosić. Już w najbliższą sobotę, ściskając w kieszeni kawałek papieru z adresem stajni, wyruszyłam w drogę. Umówiłam się z koleżanką, że spotykamy się pod jej bramą o 5 rano i jedziemy razem. Podróż w jedną stronę miała nam zająć około 3-4 godzin, zatem im wcześniej się wyjedzie, tym więcej czasu będziemy miały na pracę z końmi. Oczywiście, jak wiecie, były to czasy bez Internetu, bez telefonów komórkowych itd. Zaplanowanie podróży było nie lada wyzwaniem. Miałyśmy dostać się na dworzec kolejowy, wsiąść do pociągu – bynajmniej nie byle jakiego, tylko najlepiej jadącego w kierunku naszej miejscowości, a już na miejscu – albo załapać się na autobus, albo przemaszerować jakieś 6-7 kilometrów. Nadmienię, że nie dysponowałam aktualnym rozkładem jazdy pociągów, a transport miejski w Petersburgu poruszał się tak, jak chciał… Oczywiście, trasy poszczególnych linii były stałe, ale rozkład jazdy nie był przewidziany. Najczęściej na autobus czy trolejbus, na przykład na linię nr 9, czekało się godzinę – półtorej, po czym jechało od razu kilka „dziewiątek” pod rząd. Dlaczego? Przecież to oczywiste – panowie kierowcy lubili sobie rozegrać w zajezdni partyjkę szachów. A następnie – wszyscy jak jeden mąż ruszali w trasę. Wszyscy o tym wiedzieli i, rzecz jasna, rozumieli kierowców. Nikt nie miał pretensji.

Tamtego ranka koleżanka, oczywiście, zaspała. Musiałam dobijać się do drzwi jej komunałki, budząc przy okazji pół mieszkania. Zaspani sąsiedzi wychodzili po kolei, by sprawdzić, czy to nie do nich. Ale – o dziwo – nie zbesztali mnie, jak mi się w sumie należało, tylko poszli obudzić Merjem. Za to ja byłam zła – traciłyśmy cenny czas. W końcu, jakoś przed szóstą, udało nam się wyruszyć w podróż do stajni Jeleny Iwanowny. Po kilku godzinach podróży zobaczyłyśmy konie. Chyba pierwszy raz w życiu byłam w stajni. Konie stały w byle jakich boksach, i przedtem były ewidentnie tuczone na rzeź. Zadaniem Jeleny Iwanowny było doprowadzenie koni do odpowiedniej kondycji fizycznej i założenie szkółki jeździeckiej. O dziwo, udało jej się to dosyć szybko, a ja i Merjem byłyśmy pierwszymi dzieciakami, które wsiadły na te konie po dłuuuugiej przerwie w pracy pod jeźdźcem. Rzecz jasna, nie umiałyśmy jeździć konno, ale wiedziałyśmy, że lepiej z koni nie spadać, więc cudem trzymałyśmy się w siodłach, gdy przechodziły do kłusa. Parę upadków podczas kolejnych naszych wyjazdów do stajni, oczywiście, zaliczyłyśmy, ale żaden nie był groźny. Dzieci mają to do siebie, że spadają, wstają i znów wsiadają na konie – bez zbędnego rozpamiętywania.

Niestety, po kilku miesiącach przygoda Jeleny Iwanowny z prowadzeniem stajni musiała się skończyć. Ktoś, kto zlecił jej to zadanie, stwierdził, że jednak na wsi nie znajdzie chętnych do szkółki jeździeckiej i cały biznes nie wypalił. Dla nas to oznaczało koniec przygody z końmi. Dla Jeleny Iwanowny – kolejne odejście z miejsca, w które włożyła mnóstwo serca i pracy.

Widywałyśmy się wciąż na spacerach, często rozmawiałyśmy… Widziałam jednak, że Jelena Iwanowna coraz rzadziej snuje plany na przyszłość, a częściej zagląda do kieliszka… Wkrótce przestała wychodzić z psem sąsiadów i kontakt z nią praktycznie się urwał. Dowiedzieliśmy się od jej sąsiadów z mieszkania, że sprzedała swój pokój i przeprowadziła się gdzieś dalej… Wkrótce ja wyjechałam na studia, a słuch po Jelenie Iwanownie zaginął. Kiedyś, wiele lat później, moja mama zobaczyła ją – otoczoną sforą bezpańskich psów, na jednym z pobliskich targów. Chyba zbierała coś do jedzenia dla siebie i zwierząt. Mama próbowała z nią rozmawiać, ale Jelena Iwanowna jej nie poznała… Żyła w swoim świecie, mówiła coś do psów. One jej słuchały. To było ostatnie spotkanie z kobietą, która kiedyś zaraziła mnie swoją pasją i duchem przedsiębiorczości, co – biorąc pod uwagę jej dalszą historię – czasem trochę mnie niepokoi…

1424448

Moment, w którym coś się zmieniło…

12191578_10208226994815258_7103203007291128464_nRok 2014 zaczął się dla całej naszej rodziny wyjątkowo paskudnie… Niespodziewane poważne choroby najbliższych, moja pełna niepokojów podróż do Petersburga, powrót z ciężkim sercem. Chciałam być blisko mojej rodziny, ale nie mogłam zostać na dłużej… Tuż po powrocie – tragiczna śmierć mojego ukochanego psa Maksa… Z trudem próbowałam się pozbierać po tych wszystkich wydarzeniach. W tym stanie podjęłam pierwszą z najgłupszych decyzji w moim życiu – wydałam naszą terierkę Moleńkę do nieodpowiedniego domu… Wspomnę tylko, że przybłąkała się do nas jakoś na jesieni, przez kilka miesięcy szukałam dla niej domu stałego, no i w lutym wreszcie odezwała się rodzina, której, jak mi się wydawało, mogę przekazać Molkę – wierzyłam, że będzie tam szczęśliwa, kochana, zadbana… Zatem, z ciężkim sercem, zawieźliśmy nic nie podejrzewającą Molkę do nowego domu… Do dziś proszę ją o wybaczenie za ten nasz paskudny wyczyn… I mammolka wrażenie, że już mi wybaczyła – codziennie ją przytulam i zapewniam, że to była głupia, podjęta w chwili rozpaczy decyzja, i że to się nigdy, przenigdy nie powtórzy. Sądząc po jej zadowolonej minie, będzie wykorzystywać tą moją wpadkę każdego dnia. Oczywiście, jak się domyślacie, po dwóch miesiącach Molka wróciła do nas, i odtąd się nie rozstajemy… Powrót Molki był dla nas wszystkich wielką ulgą… Odtąd całe nasze stadko żyje w zgodzie i trzyma się razem, jak nigdy przedtem.

Ale nie była to moja jedyna „wpadka” tego feralnego 2014 roku… Spartka również o mały włos nie straciłam. A było to tak… Po powrocie z Petersburga ciężko mi było na sercu. Miałam, oczywiście, swoje codzienne obowiązki, opiekowałam się psami swoimi i tymi, co gościły u nas w hoteliku, jeździłam do stajni. Niestety, te wyjazdy nie poprawiały mi humoru. Zamiast chwili wytchnienia przy wymarzonym rumaku w stajni spotykały mnie same przykrości. Minęło już ponad pół roku od momentu, kiedy Spartan został członkiem naszego klanu, a jakoś nie zamierzał przyjąć tego do wiadomości. Na mój widok oddalał się w najdalszy zakątek rozległego pastwiska, a kiedy ruszałam w jego stronę, kulił uszy i wystawiał w moim kierunku swój okrągły zad. Zapięcie liny czy założenie kantarka zajmowało nieraz bitą godzinę, z wieloma ucieczkami, strzałami z kopyt i innymi przykrymi gestami z jego strony w międzyczasie. Kilka osób w stajni próbowało mi pomóc… Niestety, entuzjazm wszystkich po kolei szybko znikał. I tak jestem wdzięczna dziewczynom za dobre chęci, choć – nie powiem – rezygnacja wszystkich po kolei coraz bardziej dawała mi do myślenia. Pamiętam, jak postanowiłam sobie zrobić „urlop” i nie zaglądać do stajni przez dwa tygodnie. Potrzebowałam chwili, by nie myśleć o naszych beznadziejnych spotkaniach, nie pogłębiać narastającego poczucia frustracji i kompletnej porażki, w jaką się obróciło moje piękne marzenie o posiadaniu własnego konia. Po krótkiej przerwie znów pojechałam do stajni, żywiąc kruchutką nadzieję, że może jednak się stęsknił – że zobaczy mnie i ruszy w moją stronę przez łąkę (w końcu zawsze miałam dla niego w swojej magicznej torebce coś dobrego). Niestety, ani nasze rozstanie, ani chęć zdobycia kawałka marchewki nie zadziałały… Nic się nie zmieniło. Koń wyraźnie nie potrzebował mojego towarzystwa, zresztą, żadnego towarzystwa, oprócz swojego stada. No cóż… – pomyślałam – Nic z tego nie będzie. Lęk, w połączeniu z frustracją, narastały we mnie już od paru miesięcy. Każdy, kto obserwował nasze zmagania, radził jedno – Sprzedaj tego konia. Nie dasz rady! To jest trudny koń, nie dla Ciebie. W końcu to jest niebezpieczne! No cóż… Był marzec 2014 roku… Mokro, zimno, marcowo… Z ciężkim sercem – jak to w roku 2014-m – dałam ogłoszenie do Internetu. Długo się zastanawiałam, co mam napisać… W końcu napisałam prawdę. Że nie dla dzieci, nie dla początkujących, nie dla sportowców, raczej nie do rekreacji… Kiedy już tak dodałam to ogłoszenie i jeszcze raz je przeczytałam, pomyślałam – dla kogo właściwie jest to koń? Hmm… No cóż, może po prostu nikt nie zadzwoni, i już. Trudno. I tu się pomyliłam! Jak się okazało, chętnych było sporo. Przynajmniej do momentu, aż już w rozmowie telefonicznej nieco bardziej szczegółowo kreśliłam portret psychologiczny Spartana. Każdemu, kto dzwonił z chęcią zakupu Spartka do szkółki dla dzieci, stanowczo odradzałam swojego konia. Mówiłam, że mimo uroczej minki i odpowiedniej postury, szybko będą chcieli się go pozbyć. Że nie sprowadzą go z łąki na ujeżdżalnię, że bryka, zrzuca siodło, czasem nawet razem z jeźdźcem… Ale, o dziwo, kilku rozmówców nawet te informacje nie zniechęcały. Wiedziałam, że idzie lato i szkółki na gwałt potrzebują koni w typie Spartka – nie za duże nie za małe, lecz w sam raz. Wiedziałam jednak także, że po sezonie letnim, zwłaszcza jeśli taki konik da się wszystkim we znaki, wiele koni rekreacyjnych pójdzie na sprzedaż, a w naszym przypadku, wręcz byłam tego pewna. Więc nie zamierzałam skazywać swojego krnąbrnego zwierza na wędrówkę z rąk do rąk, aż w końcu trafiłby tam, skąd się już nie wraca… Czekałam więc, aż zadzwoni ktoś, kto naprawdę wysłucha, jaki to jest koń, będzie osobą pełnoletnią, jeżdżącą konno i, mówiąc w  skrócie, świadomą praw i obowiązków…

W międzyczasie, również w marcu, kiedy decyzja o sprzedaży Spartana została podjęta, zaczęłam się zastanawiać: no, powiedzmy, ktoś sensowny zadzwoni. Powiedzmy, się umówi na przyjazd do stajni i obejrzenie konia. Powiedzmy, że się zgodzę. No i co? Jak to będzie w ciągu dnia, to niby jakim cudem my Spartka sprowadzimy, na przykład, do stajni, już nie mówiąc o ujeżdżalni… Oczywiście, w świetle tego, co mówiłam potencjalnym zainteresowanym przez telefon, sytuacja zastana nie powinna była nikogo zdziwić, ale – zapewniam – że byliby trochę zdziwieni. Ok – pomyślałam. – Mimo że decyzja podjęta, spróbuję poświęcić jeszcze trochę swojego zdrowia psychicznego i przynajmniej zacznę może jakoś zapinać Spartka na linę i chodzić z nim po łące. Może w końcu uda nam się dojść do wyjścia. Kto wie… Uparłam się i zaczęłam przyjeżdżać do stajni prawie codziennie, łazić za koniem, próbując doprowadzić do „połączenia”, by móc go zapiąć i chociaż przez chwilę popracować z nim z ziemi na łące, wśród koni.

13336023_565059563673465_4620988654504428209_n

To jest właśnie jedno z ujęć z tamtego czasu – w grzywie pełno rzepów, bo oczywiście – nie dał sobie powybierać. Kantarek sznurkowy założony na zwykły – no bo założenie czegokolwiek było problemem, więc cieszyłam się, że jest przynajmniej tak. No i – robimy parę kroków obok siebie…

Czułam się jak zdrajca… I słusznie – bo uczyłam Spartana bycia przy mnie po to, by któregoś dnia wyprowadzić go z padoku na oględziny przez potencjalnego kupca… Po cichu jednak myślałam, że jak już ktoś zobaczy, jak to z nami wygląda, to na pewno zrezygnuje.

13332759_565059843673437_5405305750625805887_n

Któregoś dnia, jakoś na początku kwietnia, zadzwonił telefon w sprawie ogłoszenia. Miły męski głos (po raz pierwszy o Spartka pytał mężczyzna!), niezwykle elokwentne wypowiedzi, mądre pytania, umiejętność słuchania, generalnie – ciekawy rozmówca, z wiedzą o koniach i doświadczeniem, z niespotykanie trzeźwym podejściem do koni, a co najważniejsze – do koni z charakterem!

Umówiliśmy się na spotkanie w stajni, a w międzyczasie, oczywiście, poszperałam w necie, dowiedziałam się co nieco o człowieku, no i byłam coraz bardziej przekonana, że to może być odpowiednia dla Spartka osoba. Rozmawialiśmy przez telefon przed spotkaniem jeszcze kilkakrotnie, więc wiedziałam, że nie był to ze strony mojego rozmówcy „słomiany zapał”. W umówionym dniu, godzinę przed spotkaniem byłam już w stajni. Był to wieczór, więc konie już stały w boksach. Ok – pomyślałam. – Nie będzie kompromitacji „na dzień dobry”, ale zachęcę Pana, by poprzyjeżdżał do Spartka jeszcze kilka razy o różnych porach i zobaczył, co i jak. I o jakich, właściwie, specyficznych problemach z tym koniem, tyle mu opowiadałam.

Czekaliśmy z Mateuszem na Potencjalnego Nabywcę, Pan się spóźniał, ale był, jak to się mówi, pod telefonem. Kulturalnie uprzedził, że będzie nieco spóźniony, bo po pracy jeszcze musiał skoczyć do domu, by się przebrać. Rzecz zrozumiała, wszak jedzie do stajni… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy niespiesznie kroczącego w stronę stajni Pana w kowbojskim stroju. Już wiedziałam, że sformułowanie „przebrać się” może zawierać w sobie coś więcej, niż wrzucenie na siebie zwykłych „ciuchów stajennych”. Chyba wszyscy w stajni wiedzieli, że Ten Pan idzie do nas, bo odprowadzali go pełnym podziwu wzrokiem i kierowali do boksu Spartka, przy którym czatowaliśmy już od prawie dwóch godzin.

Potencjalny Nabywca stwierdził, że chce sam zobaczyć, co to za koń, więc nie będzie potrzebował naszej pomocy – sam go wyprowadzi z boksu przed stajnię czy ewentualnie na lonżownik i trochę z nim popracuje po swojemu. Uff – pomyślałam. – Ok, pomysł niegłupi, w końcu to oni muszą się poznać, nie będę się wtrącać.

Spartan bez żadnych oporów wyszedł z Panem przed stajnię, gdzie przez moment siłowali się, kto komu ma ustąpić drogę. Następnie poszli na lonżownik. Podążaliśmy za nimi parę kroków z tyłu. Byłam zaskoczona faktem, że Spartek bez oporu poszedł za tym człowiekiem. Byłam coraz bardziej przekonana, że może im się udać! Teraz już wiem, że trochę inaczej to wszystko Spartek rozegrał. Chodzi o to, że zawsze, jak Spartan widzi kogoś po raz pierwszy i po raz pierwszy ma do czynienia z obcą dla niego osobą, zachowuje się poprawnie. Nie wyrywa się, nie łypie niedobrym okiem, nie strzela z zadu. Najwyraźniej ocenia człowieka i sytuację. Co innego, jak ktoś przychodzi do niego po raz drugi, trzeci. Wówczas już traktuje człowieka „po swojsku” i – że tak powiem – nie owija w bawełnę. Tamtej wiosny jeszcze tego nie wiedziałam i liczyłam na to, że podejście, pewność siebie czy charyzma tego mężczyzny ewidentnie pozytywnie wpłynęły na konia.

Na lonżowniku Pan postanowił popracować z koniem „z ziemi”, a więc – na początek – chciał odesłać Spartka na koło. Koń stał przy nim na środku, więc by skierować kopyta rumaka na obwód koła, Pan zaczął machać przed nosem Spartana liną. Spartan ani drgnął. Pan się zdziwił i zaczął odganiać Spartana coraz bardziej zdecydowanie, na co koń – również zdziwiony – zaczął napierać na niego całym swoim niemałym cielskiem. Trwało to parę minut, ja stałam poza lonżownikiem, próbując się nie wtrącać, aż w końcu Spartan skierował w moją stronę pytające spojrzenie. Ewidentnie chciał, bym pomogła mu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Żal mi było Spartka, więc zapytałam, czy mogę wejść na chwilę na lonżownik, by pokazać, w jaki sposób koń jest nauczony pójścia na koło. Pan się zgodził, Spartek od razu wyluzował, lekko opuścił głowę. Stojąc na środku koła dałam Spartkowi sygnał do wycofania – natychmiast zrobił kilka kroków w tył. Wskazałam ręką w lewo i koń grzecznie ruszył po obwodzie lonżownika. Zerkał na mnie z wdzięcznością i ulgą. To był moment, w którym koń po raz pierwszy zwrócił się do mnie o pomoc, i co najważniejsze – stanęłam na wysokości zadania. Oczywiście, jak tylko Spartek poszedł po obwodzie koła, opuściłam lonżownik, dając chłopakom możliwość popracować po-swojemu. Potencjalny Nabywca był trochę zaskoczony faktem, że zakomunikowanie koniowi, czego się od niego oczekuje, wcale nie było takie trudne, jedyne co – trzeba było znać nasze wyuczone sygnały do określonych ruchów.

Stanęliśmy z Mateuszem trochę dalej, by chwilę się naradzić. Mimo że Potencjalny Nabywca i Spartek nie od razu się dogadali, co wcale nie było dziwne, wspólnie stwierdziliśmy, że jeśli ten Pan się zdecyduje, to my będziemy za. Jak to się mówi, dobrze mu z oczu patrzy.

Tego wieczoru długo jeszcze rozmawialiśmy przy Spartkowym boksie, potem już na parkingu. Zachęcałam Potencjalnego Nabywcę, by przyjechał tu jeszcze parę razy, spróbował powsiadać na Spartka, bliżej go poznać. Pan się upierał, że już przy następnej wizycie wsiada na Spartka i jedzie w teren – jak to powiedział, by „pogalopować wzdłuż Wisły”. Nieśmiało zasugerowałam, że nie jest to dobry pomysł, by „na dzień dobry” jechać w teren. Że lepiej najpierw na ujeżdżalni. A jeszcze lepiej – najpierw sprowadzić Spartka z pastwiska, osiodłać, zaprowadzić na ujeżdżalnię, a jeśli zostanie mu jeszcze trochę czasu po tym wszystkim, to wsiąść na ujeżdżalni. Pan był jednak nieugięty. Był pewny, że sobie poradzi. I że teren dobrze im zrobi. Kiedy już prawie się pożegnaliśmy, Pan wspomniał, że chciałby jechać w teren na munsztuku. I w tym momencie po raz pierwszy wykazałam się sporą, jak na mnie, asertywnością. Wspomnę tylko, że munsztuk to bardzo ostre kiełzno, które w dobrych rękach, na odpowiednio przygotowanym koniu, nie wyrządzi krzywdy, lecz – w rękach, o których nic nie wiem, na koniu, o którym wiem wystarczająco dużo, by twierdzić, że absolutnie nie jest do tego kiełzna przygotowany… Stanowczo się sprzeciwiłam. Powiedziałam, że Spartan ma swoje ogłowie ze swoim wędzidłem, i tego sprzętu należy używać – przynajmniej tak długo, jak długo to jest mój koń. Chyba się trochę poróżniliśmy na pożegnanie. Ale Potencjalny Nabywca wciąż był zainteresowany i nawet dzwonił potem do mnie parę razy, ale jakoś nie miał już więcej czasu, by wpaść do Spartka. Z tego, co wiem, wkrótce kupił innego konia, i mam nadzieję, że dobrze im się układa. Naprawdę życzę im, by byli z siebie nawzajem zadowoleni.

A co z dalszą sprzedażą konia? Otóż, od momentu wybawienia Spartka z kłopotliwej 13418950_565059793673442_125534699641487940_nsytuacji na lonżowniku nasze relacje stopniowo, powolutku zaczęły się zmieniać. Nie wiem, może też fakt, że o mały włos nie pożegnałam się z moim wymarzonym koniem, zmienił coś we mnie. Ale mam wrażenie, że jednak nie tylko we mnie… Spartan zaczął przychodzić do mnie na łące, coraz częściej mieliśmy całkiem udane treningi, a nawet pierwsze wyjścia poza pastwisko.

Zaczęłam spędzać z nim coraz więcej czasu na zabawach. Wymyśliłyśmy z Kasią pachołki, potem wpadłam na pomysł, by bawić się ze Spartkiem w chowanego. Na jednym z padoków było całkiem dużo drzew, wiatka, zarośnięte krzakami narożniki. Czasem więc przyjeżdżałam dosłownie na chwilę pracy, a resztę spędzaliśmy na zabawach.

12039092_10208150695107813_2043781771538055615_o

Tu widać, jak Spartan podąża w kierunku wiaty, w której się schowałam z aparatem fotograficznym. Znalezienie mnie na padoku za jakimś grubszym drzewem czy w krzakach sprawiało mu coraz więcej radości. Nauczył się cieszyć, rżąc cichutko na mój widok, kiedy udawało mu się mnie znaleźć. Zresztą, zawsze mu się udawało – w końcu słuch i węch ma wybitny. Zawsze dostawał nagrodę. Chwilę staliśmy obok siebie i, mówiąc „Szukaj”, biegłam przez pół pastwiska, by znaleźć kolejną kryjówkę. Wyglądałam niewątpliwie na babę kompletnie zdziwaczałą, ale cóż – na szczęście, w ogóle się tym nie przejmowałam. Najważniejsze, że zaczęliśmy ze Spartkiem czerpać radość z naszych spotkań. Każda wizyta w stajni sprawiała, że zapominałam na parę godzin o swoich problemach.

Powiem szczerze, Spartan bardzo mi pomógł dojść do siebie w tym feralnym 2014 roku, a ja chyba trochę pomogłam mu nauczyć się cieszyć z bycia między ludźmi. Teraz naprawdę się lubimy, w końcu jestem tego pewna. A za naszą cudowną przemianę muszę też podziękować Potencjalnemu Nabywcy, który, sam o tym nie wiedząc,  sprawił, że coś się między mną a Spartkiem zmieniło 🙂

10450328_10204570275439559_5280999934877045296_o

Drobny eksperyment z udziałem Spartka i co z tego wynika

wiaderko

Wczoraj postanowiłam przeprowadzić mały eksperyment na Spartku – w sumie to jakoś samo wyszło, w tak zwanym „praniu”. Do stajni wreszcie dotarłam pod wieczór, kiedy konie już niecierpliwie oczekiwały sprowadzenia na boksów. Przeprowadziłam malucha na „plac zabaw”, gdzie trawki jest odrobinę więcej, niż na padoku i pozwoliłam, by Spartucha nacieszył się zieleniną, zanim zaczniemy coś ćwiczyć. Właściwie to nawet nie miałam jakichś szczególnych planów względem konia – wszak dzień święty należy święcić, i oboje ze Spartkiem staramy się tych zasad przestrzegać 😉

Godzinkę więc posłanialiśmy się po placyku, wyjadając co dorodniejsze wysepki trawy, w międzyczasie ja wyczyściłam konia i nacieszyłam się widokami o zmierzchu. Parę razy, póki Spartek wcinał, udawałam się do stajni – a to kurtkę założyć, a to wodę przynieść, takie tam… Ciągle czegoś zapominam i słaniam się później w te i wewte. Spartan odnotowywał każde moje odejście i każdy powrót zwróceniem głowy w moim kierunku i krótkim spojrzeniem. Po godzince pomyślałam sobie – a co tam, skoro już jestem, a konie wciąż nie schodzą do stajni, to zaproponuję Spartkowi chwilę pracy na wolności, ciekawe, co on na to. Zaprosiłam konia do siebie poprzez odangażowanie, chwilę przeszliśmy się po placu – koń podążał za mną. Ustawiłam się więc na środku i wycofałam Spartka. Ruszył do tyłu z takim impetem, że byłam absolutnie pewna, że to jest początek ucieczki. I się pomyliłam – wycofał nadzwyczaj energicznie, jak nie on, na taką odległość, o którą mi chodziło. Super – sowicie nagrodziłam. Zaprosiłam do podejścia. Szybko podszedł. Ekstra! Znów wycofałam i odesłałam na koło. Praca przebiegała w cudownej atmosferze. Widziałam, jak koń się stara i robi absolutnie wszystko, o co go prosiłam, choć w środku trochę się w nim gotowało. Widziałam to po intensywnych wymachach głowy, kiedy kłusował wokół mnie i rzucanych w moją stronę raz po raz wymownych spojrzeniach. Interesujące jest to, że mimo złości, koń nie odbiegł, nie porzucił mnie na środku placu, nie poszedł dalej jeść trawę. Zrobił dla mnie dokładnie wszystko, o co prosiłam, a że jednak nerwy trochę go ponosiły, to starał się wykonywać polecenia bardzo szybko, tak by już szybciutko mieć pracę z głowy i wrócić do przyjemności. Rozbawił mnie tym podejściem niezwykle i po 20 minutach podziękowałam mojemu pracusiowi.

A teraz co do eksperymentu. Po skończeniu ćwiczeń zamierzałam już jechać do domu. Pozbierałam więc liny i kantarki i udałam się w kierunku stajni, zostawiając konia na „placu zabaw”. I teraz – uwaga. Ważne: zawsze po pracy Spartek dostaje na padoczku wiadro z musli. Jest to nagroda i miły gest z mojej strony. Tym razem – pomyślałam – bez sensu, przecież za chwilę na pewno będą już schodzić do stajni, a tam naszykowałam dla niego wyjątkowo obfitą kolację, którą za jakieś pół godziny i tak dostanie. Postanowiłam więc odpuścić „wiaderko dziękczynne” na padoku. Przebierałam się przed wyjazdem w stajni, podglądając przez okno, co robi mój koń. No i – wyobraźcie sobie – ganiał wzdłuż płotu, wypatrując mnie z wiadrem, domagając się rżeniem zasłużonej nagrody.

To mi wyraźnie uświadomiło, że Spartek dokładnie wie, za co dostaje wiadro – za pracę, którą wykonał. Nieważne, czy była to godzinna jazda na ujeżdżalni, czy też 20 minut pracy na wolności. Ważne, że praca była. A skoro była – to bądź, Pani, łaskawa i Ty wywiązać się ze swoich obowiązków. A zatem – wiaderko musi być. Przecież wcześniej, podczas gdy Spartek się pasł, kilka razy wychodziłam w to samo miejsce, gdzie zazwyczaj szykuję Spartkowi wiaderko. I nic. Nie było pracy – koń nie oczekiwał nagrody. A już skoro była – to zmienia postać rzeczy.

Niby zwykła rzecz, prawda? A jednak nie do końca. To mi dopiero uświadomiło, że konie nie reagują na zasadzie czystych skojarzeń: poszła do stajni – wróci z wiaderkiem. Nie! Wiedzą, że jeśli popracowałem, to pójdzie do stajni i musi wrócić z wiaderkiem. Czyli dostrzegają zależność pomiędzy dwoma następującymi po sobie zdarzeniami, nawet jeśli nie zaszły bezpośrednio jedno po drugim. Z pewnością powtórzę jeszcze tego typu obserwacje, zarówno z jedzeniem, jak i w innych sytuacjach.

No i na koniec – jak myślicie, czy mogłam po tym wszystkim odpuścić nasze rytualne wiaderko? Oczywiście, że nie. Podzieliłam uszykowaną na wieczór porcję na dwie, dodałam jeszcze coś ekstra i poszłam do Spartka, by tradycji stało się zadość. Jak zawsze, z ogromną przyjemnością spożył w moim towarzystwie całą porcję i poszedł dalej jeść trawkę. Mogłam spokojnie jechać do domu…

„Dwa w jednym”, czyli wielkanocne rozważania, podszyte teorią dysonansu poznawczego…

Zdjęcie 5 (2017-04-16 14-55)

W nieudany pod względem pogodowym weekend wielkanocny, kiedy za oknem zacina chłodny wiosenny deszcz, więc oprócz jedzenia i lektury niewiele jest się w stanie zrobić, można dojść do ciekawych wniosków. Niewiele ostatnio pisałam na spartkowym blogu, a to dlatego, że dobrze nam się w zimie układało… Z nadejściem wiosny tradycyjnie zaczęły się kłopoty, co z kolei ma też swoje dobre strony – znów mam ochotę pisać 🙂 Zauważyliście, że całe poprzednie lato intensywnie publikowałam na blogu, snułam swoje refleksje okołokońskie i dzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami? Otóż to… Im gorsze zachowanie prezentuje mój koń, tym więcej mam do powiedzenia. Im jest grzeczniejszy i, powiedzmy, normalniejszy, tym mniej dzieje się w mojej głowie. Korzystam po cichutku z tego, co mi zima i koń oferują, i nie dzielę się z nikim swoim malutkim szczęściem. Ale od tygodnia znów mam głowę pełną pomysłów twórczych – czyli Spartan wrócił do swoich normalnych dla sezonu pastwiskowego nawyków. A więc na dziś sytuacja wygląda następująco: sprowadzamy się bez problemu z padoku na „plac zabaw”, gdzie pojawiła się pierwsza trawka. Tu się czyścimy i szykujemy do przejścia na ujeżdżalnię. Cały myk polega na tym, że z „placu zabaw” na ujeżdżalnię przechodzi się przez furtkę – widoczną na zamieszczonym powyżej zdjęciu. Czyli powinno być łatwo… A, jak się domyślacie, nie jest 🙂  Otóż, kiedy kończymy czyszczenie kopyt i zapraszam Spartka do ruszenia za mną w stronę ujeżdżalni – a więc do pokonania raptem 5-10 m w wielce niepożądanym przez konia kierunku, kończy się moje eldorado. Obojętnie, czy mam linę długą czy krótką, po chwili widzę tłuściutki zadek mojego rumaka i mogę co najwyżej „zrobić papa konikowi”. Oddala się szybciej, niż ustawa przewiduje. Oczywiście, nie robi to już na mnie takiego wrażenia, jak trzy lata temu, nie wywołuje aż tylu negatywnych emocji, jak kiedyś, ale jednak… trochę jest przykro. Idę więc po gadzika, biorę linę i ruszam w kierunku bramki na ujeżdżalnię. Sytuacja się powtarza. I tak wiele razy, aż koń wpada w furię i zaczyna ganiać galopem po całym terenie „placu zabaw”. Ponieważ lawirowanie pomiędzy przeszkodami z ciągnącą się po ziemi liną, moim zdaniem, może być niebezpieczne dla konia, odpinam linę i zaczynamy pracę z ziemi na wolności. Pomyślicie pewnie, że nie powinno się odpinać liny, bo koń uzna to za nagrodę za swoje zachowanie. Chwilowo pewnie jest przekonany o własnym zwycięstwie, ale jest to złudne przekonanie. Natychmiast zaczynam prosić go o ruch – stępem, częściej kłusem – i nie pozwalam zatrzymać się nawet na jeden krótki moment. O podjadaniu trawki nie wspomnę. Więc chwilowy triumf Spartana szybko obraca się przeciwko niemu. Metoda, której nauczyła mnie Kasia Ściborowska, zawsze działa na moją korzyść. I przy okazji jest jedynym sposobem, by zachęcić konia do współpracy. Łatwiej, oczywiście, działać na lonżowniku, lecz mając do dyspozycji ogrodzony teren w kształcie prostokąta, też da się popracować. Zazwyczaj na początku Spartan porusza się głównie galopem, zwalniając w narożnikach, zawracając i dając czadu na kolejnej prostej, w przeciwnym kierunku.

Zdjęcie 7 (2017-04-16 14-58)

Gniew i urażona duma nie pozwalają mu się zatrzymać i spojrzeć w moją stronę. Po kilkunastu minutach gonitwy, kiedy ja z bacikiem w ręku staram się podążać za szalejącym koniem, by nawet na chwilę nie pozwolić mu się odprężyć, Spartan zaczyna szukać wyjścia z tej, jakby nie było, dość krępującej dla obu stron sytuacji. Zwalnia, zaczyna zataczać wokół mnie coraz mniejsze koła, wewnętrzne ucho kieruje w moją stronę, coraz częściej wykazuje chęć podejścia. I tutaj najważniejsze, to nie dać się nabrać. Bo, niestety, Spartek dość często „oszukuje” – okazuje wszelkie oznaki uległości i chęci współpracy, by po chwili odpoczynku, jaki mu w swej naiwności zaoferuję, znów wyrwać galopem do najdalszego narożnika. Oto jeden z takich momentów – wydawało mi się, że koń zaproponował dialog, więc go do siebie zaprosiłam.

Zdjęcie 8 (2017-04-16 15-01)

Błąd… Ta postawa wyraża raczej pytanie typu „Jeszcze tu jesteś”? Absolutnie nie zamierzał rozmawiać – zyskał w ten sposób chwilę odprężenia i poszedł dalej. Ale kolejne zatrzymanie, z opuszczoną głową i „miękkim spojrzeniem” było już początkiem naszej rozmowy. Gdy koń zmierza w moim kierunku z głową w dół, powoli się odwracam i odchodzę parę kroków. Gotowy do dialogu, Spartan zaczyna podążać za mną. Kręcimy się po placu zygzakiem, omijając kolejne przeszkódki, i – co ciekawe – koń zawsze stara się iść na zakrętach od wewnętrznej strony. To kolejny znak, świadczący o przyjęciu przez konia postawy uległej, o czym też dowiedziałam się kiedyś od Kasi i odtąd zwracam na to uwagę. Źrebaki zazwyczaj trzymają się wewnętrznej strony klaczy. Więc sprawdzam to, idąc po łuku wprawo i w lewo, zatrzymując się raz po raz i w końcu idę z koniem „na wolności” na naszą ujeżdżalnię. Zazwyczaj, kiedy przekraczamy bramkę i Spartan zatrzymuje się obok mnie już po stronie piaszczystej ujeżdżalni, przez chwilę widzę w jego oczach lekkie zdziwienie. Sam nie wie, jak mogło do tego dojść. Jednak jeśli „połączenie” rzeczywiście nam się udało, możemy bez problemu dalej pracować na wolności! Już na znacznie większym terenie, czasem w wietrzną, niepokojącą dla koni pogodę, z wieloma „rozpraszaczami” naokoło. Jesteśmy w stanie zrobić to wszystko, co robimy „z ziemi” na linie – odsyłanie na koło w każdą stronę w stępie, kłusie i galopie, zmiany kierunków w stępie, czasem w kłusie, serpentynki między pachołkami, obroty w kwadracie z drągów itd. Możemy też ładnie poruszać się po całym obwodzie ujeżdżalni w stępie i kłusie. Zazwyczaj po pracy na wolności jestem absolutnie pewna, że Spartana bez problemu można zapiąć na linę, osiodłać i przejść do pracy w siodle. Nieraz tak robię, dosłownie na chwilę wsiadam, by sprawdzić, czy między nami wszystko gra. Jednak częściej rezygnuję z siodłania i wsiadania na konia, by podziękować mu za to, że tak wspaniale ze mną pracował – choć nie musiał! I nawet początkowo nie chciał! Tym większa jest satysfakcja, że po raz kolejny udało mi się go przekonać. Tym więcej radości sprawia mi odprowadzenie konia z powrotem na trawkę i szykowanie zasłużonej porcji musli z owocami. Zawsze wiem, kiedy i Spartek jest z naszych ćwiczeń zadowolony – wtedy, po usłyszeniu, „dziękuję” zawsze odpowiada mi niegłośnym rżeniem. A ja śmieję się całą gębą i mówię mu, że jest wspaniałym, odważnym i bardzo pracowitym rumakiem!

Sama już nie wiem, czy przypadkiem nie mam jednak dwóch koni… Jeden – to zbuntowane, leniwe, czasem aroganckie stworzenie o złośliwych świdrujących oczkach, a drugi – przyjazny, łagodny i chętny do współpracy koń, z którym naprawdę się lubimy i rozumiemy. Kupiłam kiedyś konia w promocji „dwa w jednym”, i dziś to dopiero w pełni odkryłam. W zależności od wielu zmiennych mam jedno albo drugie oblicze Spartana. Przy pewnym osobistym wysiłku mogę przeistoczyć jedną wersję konia w drugą, lepszą, a poprzez popełnienie najdrobniejszego błędu tak samo mogę tę przemianę odwrócić, i znów mieć złośliwca. Jestem szczęściarą! Tak sobie to wszystko w głowie poukładałam, że charakterne stworzenie, z którym kontakt niegdyś sprawiał mi więcej przykrości, niż satysfakcji, dziś stało się źródłem inspiracji i radości. I w tym momencie przechodzimy do pojęcia dysonansu poznawczego, które zapewne zaniepokoiło Was już w tytule tej opowieści. Tak, tak, myślę, że mamy do czynienia właśnie z tym zjawiskiem psychologicznym, szczegółowo opisanym w arcyciekawym artykule – http://www.psychologia.apl.pl/index.php/czytelnia/psychologicznie/86-dysonans-poznawczy

Z pojęciem tym zetknęłam się kilkakrotnie, ale nigdy dotąd nie zgłębiłam jego prawdziwego znaczenia. Tym większe było moje zaskoczenie po przeczytaniu kilku materiałów na temat dysonansu poznawczego! Codziennie borykamy się ze sprzecznymi doznaniami, emocjami, opiniami, myślami czy sądami, i w zależności od sytuacji i predyspozycji psychicznych dążymy do tego, by zniwelować, złagodzić napięcia, spowodowane nieustannie toczoną walką wewnętrzną. Co więcej, częstokroć usprawiedliwiamy niezbyt mądre czy wątpliwe pod względem moralnym uczynki, podejmowane przez nas błędne decyzje, niesłuszne wybory itd. Dzięki teorii dysonansu, odkryto, na przykład, że „silne nagrody wręczane za wykonywanie działań, które w dodatku są przyjemne, sprawiają, że przestajemy lubić te działania”, a „ludzie, którym mało płaci się za ich kłamstwa wierzą w nie bardziej, niż ci, którzy czerpią z nich duże zyski”. Pewnie się zgodzicie, że przykłady działania mechanizmu dysonansu poznawczego są aż nader widoczne np. w życiu politycznym, ale też w naszym życiu codziennym, dalekim od wielkiej polityki. Czyż nie jest tak, że im więcej cierpień zadaje ofierze przemocy oprawca, tym większym przywiązaniem darzy go słabsza strona? „Bije, bo kocha” – typowe usprawiedliwienie, powstałe w wyniku działania mechanizmu dysonansu poznawczego, w celu złagodzenia konfliktu wewnętrznego ofiary. Odkryłam je również w sobie i w swoim podejściu do naszego ze Spartkiem „toksycznego” związku. Im bardziej się przekonuję, że mój koń jest niereformowalny i żadną miłością, pracą, poświęceniem ani wysiłkiem nie zmienię jego przykrych nawyków, tym większym darzę go uczuciem. Myślę, że działa to jako mechanizm obronny organizmu, sprawiający, że zaczynamy lubić niekorzystną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, zwłaszcza jeśli nie ma z niej wyjścia. Co więcej, z czasem cenimy zastaną sytuację coraz bardziej i więcej pozytywnych stron w niej odkrywamy. Tak się właśnie dzieje w moim przypadku. Wydaje mi się, że jest to dość pozytywne odkrycie, jak na ten moment – czeka nas ze Spartkiem dłuuugi sezon pastwiskowy, a co za tym idzie – muszę naprawdę dobrze przygotować mój mechanizm obronny, by nie zwariować, no i pisać jak najwięcej, bo i to zapewne jest pewnym rodzajem terapii 🙂

13443279_567358820110206_3535489210478824717_o

„Metoda pachołkowa”, czyli nasz sposób na na pokonanie stresu…

pacholki_2014

Studiując ostatnimi czasy metody rozwiązywania problemów lękowych u psów, raz po raz znajduję analogię w pracy z końmi, wszak konie to z natury zwierzęta płochliwe… Każdy koniarz z pewnością nie raz musiał poradzić sobie z rozhisteryzowanym zwierzęciem, które właśnie dojrzało w trawie kolorowy papierek po cukierku, co o mało nie przyprawiło je o zawał… Kurtka trenera, zawieszona na przeszkodzie, której wczoraj nie było – wybałuszone końskie oczy, uskok w bok na dwa metry, następnie – parę dłuższych chwil na dojście do siebie… Nowe rzeczy na hali czy ujeżdżalni często wywołują panikę zwierzęcia… No i dobra, staram się zrozumieć ten lęk, wszak nie jest powiedziane, że kurtka jest istotą roślinożerną i koni nie zjada… Pamiętamy więc, żeby zapoznać rumaka ze wszystkim, co nowego pojawiło się w dobrze mu znanym otoczeniu, stosując metodę „przybliżanie – oddalanie” i pozwalając na samodzielne, stopniowe oswojenie się z nowym elementem krajobrazu. Jednak, o dziwo,  konie potrafią przestraszyć się także w sytuacji, kiedy w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj leżała sterta bel, dziś – nic nie  ma… O rany! Były tu jeszcze wczoraj, a dziś – ślad po nich zaginął! Koński strach ma naprawdę wielkie oczy i zamiast się śmiać, udajmy się ze zwierzęciem w miejsce „zaginięcia bel”, pozwólmy mu zapoznać się z nową sytuacją i się z nią pogodzić. I choć zawsze rozśmieszają mnie tego typu „lęki z zaskoczenia”, to je również staram się zrozumieć. Niepokój wywołuje bowiem nie fakt, że  te nieszczęsne bele rozpłynęły się w powietrzu, lecz sama zmiana w dobrze znanym otoczeniu, co może wiązać się nawet z odsłonięciem nowej perspektywy (jeśli sterta belek wcześniej przysłaniała horyzont)… Jak widać, jestem naprawdę bardzo wyrozumiała dla końskich strachów i robię, co mogę, by pomóc koniowi na spokojne „oswojenie się” z kolejnymi elementami naszego otoczenia, wzbudzającymi jego lęk.

W naszym przypadku całkiem dobrze sprawdza się tzw. „metoda pachołkowa”, czyli popularne w szkoleniu klikerowym targetowanie – dotykanie przez zwierzę konkretnych przedmiotów, służące przekierowaniu jego uwagi i przerwaniu nakręcania się spirali strachu. Rzecz jasna, gdy koń jest już w maksymalnym stopniu spanikowany, najprawdopodobniej za późno jest na tę zabawę… Natomiast w sytuacji, kiedy zwierzę czuje się niepewnie lub dopiero zaczyna „się nakręcać”, warto spróbować zastosować bardzo lubianą przez nas „metodę pachołkową”.

Ponad dwa lata temu, kiedy wraz z trenerką Kasią Ściborowską, zaczynałyśmy pracę ze Spartanem, okazało się, że podążanie od pachołka do pachołka, z nagrodami w postaci smakołyków przy każdym z nich, świetnie działa na konia. Dzięki temu udawało nam się nie tylko pracować ze Spartkiem na padoku, wśród koni (a przypomnę, że były to czasy, kiedy bez względu na porę roku Spartan nie dawał się złapać na padoku, nie mówiąc już o wyprowadzeniu go od koni), lecz także wychodzić najpierw poza padok, a następnie nawet maszerować torem pachołkowym na sam lonżownik, oddalony od reszty koni o kilkaset metrów. Cóż to były za wspaniałe chwile! Odkrycie, że cokolwiek na tym świecie, oprócz jedzenia i towarzystwa stada, sprawia Spartkowi radość, było naprawdę momentem przełomowym!

pacholki2_2014

Teraz, kiedy współpraca ze Spartkiem, wygląda już o niebo lepiej (choć mamy swoje gorsze dni, o których też niebawem opowiem), nadal korzystamy z „metody pachołkowej”, która pomaga nam, między innymi, w pracy pod siodłem. A więc, wsiadając na konia na ujeżdżalni, zawsze staram się zadbać o to, by znalazły się na niej nasze ulubione targety. Pachołki mogą być ustawione na środku ujeżdżalni, wyznaczając narożniki kwadratu, ale mogą też być umiejscowione gdziekolwiek, byle by można było z łatwością do nich dotrzeć. W sytuacji, kiedy któregoś dnia zabrakło nam  pachołków (zapodziały się gdzieś w stajni, a nie miałam czasu na ich szukanie), zawiązałam na jednym słupie ogrodzenia swój szalik, po drugiej stronie zawiesiłam czapkę, jeszcze gdzie indziej – przerzuciłam przez płot swój zapasowy sweter. Zanim wsiadłam na konia, który tego dnia nieco płoszył się z powodu dość silnego wiatru, oprowadziłam go wzdłuż ściany ujeżdżalni, wskazując na nasze „tymczasowe targety„, chwaląc za dotknięcie każdego z nich, za każdym razem w sposób bardzo wylewny okazując swoją radość z faktu, że koń zapoznał się z elementami mojej garderoby. Mieliśmy opracowane nasze „znaczniki bezpieczeństwa”, można było wsiadać. Muszę powiedzieć, że ten, być może zdaniem niektórych zbędny, wstęp do treningu bardzo nam się przydał. Kiedy od strony lasu zawiało tak mocno, że zawieszone na ogrodzeniach czapraki poleciały w naszą stronę, a Spartan uskoczył przerażony, natychmiast skierowałam go w stronę mojego szalika, a kiedy koń go dotknął, pochwaliłam i nagrodziłam smakołykiem. Żeby nie pozwolić mu nadal nasłuchiwać w oczekiwaniu na kolejny podmuch wiatru, natychmiast skierowałam konia do kolejnego „znacznika” przy płocie. Spartan ewidentnie poczuł, że mimo niesprzyjających okoliczności, mamy bardzo ważne zadanie do wykonania i podreptał w kierunku sweterka… Sweterek na miejscu – ok – idziemy dalej – czy czapka jest tam, gdzie była ostatnio? Suuuuper! Dobry koń! Wracamy do szalika. Kilka zygzaków po ujeżdżalni i mogliśmy przejść do pracy. Spartan, wyraźnie odprężony, z poczuciem spełnionego obowiązku, mógł skupić się na kolejnych zadaniach. Prosty myk, w naszym przypadku – często skuteczny, a jednocześnie dający koniowi szansę na uczestniczenie w wykonaniu zadania, które, jego zdaniem, jest dość przyjemne.

Oczywiście, kiedy na ujeżdżalni są ustawione pachołki, robimy to samo, z tym że mamy znacznie więcej możliwości. Możemy dotykać pachołków, krążyć między pachołkami, chodzić wokół nich itd. Zabaw może być naprawdę wiele! Najważniejsze dla nas, by od czasu do czasu, w ramach nagrody, pozwolić Spartkowi dotknąć pachołka, podnieść go, może odrobinkę przestawić. To lubimy chyba najbardziej 🙂 Rzecz w tym, że w naszym przypadku sam target stał się nagrodą. Po dotknięciu pachołka Spartek nie oczekuje smakołyku, gdyż to właśnie pachołek spełnia jego funkcję. Ciekawe, że w sytuacji, kiedy Spartan się zdenerwuje lub pogubi, a pracujemy na wolności, to sam sięga po „wsparcie pachołkowe”. Podchodzi do jednego z targetów, dotyka, przestawia, trąca kopytem, a kiedy już wyraźnie odprężony spojrzy na mnie w oczekiwaniu na dalsze propozycje, wiem, że możemy kontynuować. pracę.

Z pewnością tego typu sposób na rozluźnienie i przekierowanie uwagi zwierzęcia ze strachu na coś, co go może zainteresować, przyda się także w terenie. Niewiele jeszcze w tym temacie mamy do powiedzenia, ale z pewnością będziemy się w to bawić również w lesie, dotykając kolejnych drzew, krzaków, wywróconych pni i innych potworów, wyłaniających się na końskiej ścieżce. img_3189

Miało być króciutko, no i w sumie, jak na moje możliwości, nawet jest 🙂

Equus Caballus Certus, czyli Koń Domowy Asertywny…

gil_n

Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, jakież to cechy charakteru Spartka powodują, że praca z nim jest tak bardzo trudna i wymaga od człowieka ogromu cierpliwości, pokory i gotowości do ciągłego poruszania się w obrębie jego „strefy komfortu”… Epitety typu „krnąbrny”, „rozpuszczony”, „niewychowany” czy „charakterny” cisną się na usta każdemu, kto po raz pierwszy zobaczy jego „wybryki”. Jednak każdy, kto spróbuje poznać go nieco bliżej, zobaczy w nim też konia przyjaznego i ciekawskiego, otwartego na kontakty z człowiekiem, takiego, co pierwszy na padoku powita obcą osobę. Przy tym będzie miał minę rozanieloną, spojrzenie łagodne i pełne ufności nastawienie do kontaktu z człowiekiem. Myli się jednak ten, kto stwierdzi, że ten średniej wielkości korpulentny jegomość wyraża w ten sposób chęć do pracy i bycie z człowiekiem na zaproponowanych przez tegoż człowieka zasadach. I tu jest pies pogrzebany… Pierwsze zauroczenie szybko minie, kiedy spróbujemy zabrać Spartana z terenu, który wydaje mu się atrakcyjny, i dyktować mu swoje warunki. W ciepłe letnie dni, kiedy stado niespiesznie przechadza się po trawiastym padoku, możemy zapomnieć o pokojowej współpracy z koniem. Inaczej rzecz wygląda w zimie, zwłaszcza kiedy śnieg przysypał resztki trawy… Mam więc aktualnie swoje pięć minut, i dawno już byłabym w stajni, gdyby mój samochód nie powiedział mi wreszcie „Dość!” Kilka lat pobłażliwego traktowania mojego pojazdu poskutkowało tym, że z końcem grudnia odmówił współpracy i zażądał wreszcie odrobiny uwagi z mojej strony… Niestety, tracę więc te cenne dni, kiedy śnieg staje się moim sprzymierzeńcem, a koń – chętnym do współpracy stworzeniem. Nic to, miałam za to czas na sięgnięcie po wirtualne pióro… a Spartan – na przemyślenia 🙂 Czy wykorzysta tę przymusową rozłąkę w sposób odpowiedni? Zobaczymy, jak wreszcie dotrę do stajni… Chętnie Wam o tym opowiem w kolejnym „odcinku”, a póki co wróćmy do rozważań nad specyficzną postawą Spartka, którą wreszcie w nim odkryłam, i co więcej, potrafiłam nazwać.

Inspiracją posłużyła mi książka, którą pochłonęłam dosłownie w parę godzin i polecam każdemu, kto ceni dobrą lekturę, a mianowicie – Animal Rationale. Jak zwierzęta mogą nas inspirować? autorstwa Pawła Fortuny i Łukasza Bożyckiego. Śledząc specyficzne cechy niektórych gatunków zwierząt, autorzy przeprowadzają ciekawe analogie pomiędzy zachowaniem  np. wilków a postawą menedżerów wyższego szczebla, z nadzieją, że ci ostatni wezmą przykład z przedstawicieli gatunku Canis lupus. Zapomnijmy o tym, co głosi stare, znane nam wszystkim powiedzenie „Człowiek człowiekowi wilkiem”… Zakłada ono bowiem nader krzywdzące spojrzenie na relacje, panujące w wilczej watasze. Gdyby rządziły w niej prawa, obowiązujące w ludzkim świecie, gatunek ten dawno przeszedłby do historii. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak zacząć uczyć się od zwierząt i przestać mierzyć wszystko dookoła naszą, ludzką miarą, którą bezdyskusyjnie uznajemy za jedynie obowiązującą.

Na myśl o Spartanie naprowadził mnie rozdział Animal Rationale, traktujący o piżmowołach. Jakby nie było, jest to przedstawiciel kopytnych, na dodatek prowadzący życie stadne, choć nie tylko to łączy je z koniowatymi… Od rozważań na temat skutecznego działania stada piżmowołów w sytuacji zagrożenia, kiedy zwierzęta te, zaatakowane przez wilki polarne, tworzą szyk podobny do falangi, w której najsilniejsze jednostki ustawiają się w pierwszym szeregu, zaś cielaki i ciężarne samice cofają się i tworzą drugą, wewnętrzną linię, autorzy przechodzą do tematu zastosowania owej postawy w życiu ludzkim. Otóż, jest to wspaniały przykład skutecznej postawy w obliczu REALNEGO zagrożenia. Celowo podkreślam wyraz REALNEGO, ponieważ, zdaniem autorów, właśnie z oceną stopnia zagrożenia ludzie mają największy problem: „Piżmowoły nie formują falangi bez przyczyny, a ludzie i owszem”. W ramach przykładów wymienić tu można zarówno przesadną troskę o bezpieczeństwo dzieci w życiu rodzinnym, nadopiekuńczość, ale także różnego rodzaju psychozy, na które cierpią obecnie całe społeczeństwa i objawiające się zarówno w postaci irracjonalnych lęków przed zagrożeniem, jak też teoriach spiskowych, tak bardzo ostatnio eksploatowanych. W obliczu realnego, a częściej – wyimaginowanego zagrożenia, ludzie najczęściej albo atakują, albo uciekają z pola walki. O skutkach takich reakcji dowiadujemy się codziennie z telewizji, kiedy słyszymy o awersji wobec uchodźców bądź kolejnych konfliktach zbrojnych czy politycznych. Co najgorsze, żyjąc w świecie irracjonalnych obaw przed wyimaginowanym wrogiem, ludzie najczęściej nie dostrzegają REALNEGO zagrożenia, a kiedy dochodzi do kolejnej katastrofy, wciąż ślepi, jej przyczyn błędnie szukamy nie tam, gdzie powinniśmy… I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pojawia się słowo-klucz, którego znaczenie często jest wypaczane! ASERTYWNOŚĆ – kojarzona dziś z tupetem i bezkompromisowym dbaniem o własny interes – w rzeczywistości jest postawą godną głębszego przemyślenia, a nawet wypracowania! Otóż, „asertywność jest sposobem obrony przed wpływem społecznym, który wyklucza agresję, za to zakłada otwarte wyrażanie własnych opinii, umożliwiający ochronę własnych granic z jednoczesnym poszanowaniem autonomii innych ludzi” (Animal Rationale, s. 141). Czyż nie jest to postawa godna rozpropagowania? Niestety, z kilkoma osobami po tzw. „treningach asertywności” nie udało mi się utrzymać dłuższej znajomości, ponieważ mam wrażenie, że w trakcie takich treningów zupełnie przy okazji człowiekowi wybija się z głowy takie pojęcie, jak „empatia”… A moim zdaniem, zupełnie nie muszą się one wzajemnie wykluczać…

W sprawie oceny stopnia zagrożenia postawa asertywna – czyli uniemożliwiająca manipulacje, a jednocześnie skłaniająca do tzw. „trzeźwego myślenia”, odrzucająca agresję, a jednocześnie szanująca pozycję przeciwnika – wydaje mi się dziś niezwykle cenna. Gdybyśmy tak umieli odrzucić fałszywe komunikaty, napływające zewsząd do naszej rozhisteryzowanej świadomości, a skupić się na rozwiązywaniu istotnych problemów w ramach chociażby naszego najbliższego otoczenia, świat wyglądałby inaczej…

Wróćmy jednak do głównego tematu, a więc do naszego  Equus Caballus Certus, a mówiąc prościej, do Spartka. Dlaczego, kiedy potknęłam się w książce o nielubianą przeze mnie niegdyś „asertywność”, od razu pomyślałam o moim rumaku? Zawsze brakowało mi odpowiedniego słowa do tego, by sformułować istotę jego charakteru. Niczym posokowiec, który wpadł na trop uciekającej zwierzyny, rzuciłam się na ścieżki Wikipedii. Czytając definicję pojęcia, miałam przed sobą właściwie cały obraz charakteru mojego zwierzaka, a więc: „posiadanie i wyrażanie własnego zdania oraz bezpośrednie wyrażanie emocji i postaw w granicach nienaruszających praw i psychicznego terytorium innych osób oraz własnych, bez zachowań agresywnych, a także obrona własnych praw w sytuacjach społecznych” – pasuje jak ulał. Kolejne zdanie z definicji:  „Jest to umiejętność nabyta”. Zdecydowanie, końskie narowy nigdy nie powstają z niczego, ktoś skutecznie wypracował w Spartanie takie a nie inne podejście do świata, wykluczające takie pojęcia jak „uległość” i „pokora wobec człowieka”. Idziemy dalej: „umiejętność wyrażania opinii, krytyki, potrzeb, życzeń, poczucia winy” (wszystkie te umiejętności Spartan opanował do perfekcji, zwłaszcza jeśli chodzi o wyrażanie potrzeb i życzeń), „umiejętność odmawiania w sposób nieuległy i nieraniący innych” (w końcu to, że tego dnia i o tej godzinie koń nie chce ze mną współpracować, nie powinno mnie w żaden sposób ranić! Nic osobistego! po prostu ma inne plany). Lecimy dalej punkt po punkcie: „umiejętność przyjmowania krytyki, ocen i pochwał” (to ostatnie – na pewno, choć krytykę z mojej strony Spartek ostatnio również przyjmuje z godnością, odwracając głowę i spuszczając na moje słowa zasłonę milczenia). Następnie mamy „autentyczność” (no nie da się mu odmówić) i „elastyczność zachowania” (wiemy już przecież, że zależy ono w dużym stopniu od pory roku i wielkości pokrywy śnieżnej). I ostatnie cechy wyszczególnione to „świadomość siebie, empatia, stanowczość i umiejętność samooceny”. Rzecz jasna, wszystkie te atrybuty cechują Spartana w stopniu wystarczającym, by nie posądzić mnie o naciąganie definicji… Jedynie EMPATIA wzbudza moje wątpliwości… Nie mam zbyt wielu przykładów na to, by posądzać Spartka o posiadanie empatii. No ale pamiętamy przecież, że po odbyciu przyspieszonego treningu asertywności z tym akurat może mieć problemy… Wszak ludzie też mają. Kolejne dwa zdania zupełnie pozbawiają mnie wszelkich wątpliwości co do tej szczególnej cechy charakteru mojego konia: „Osoba asertywna ma jasno określony cel i potrafi kontrolować własne emocje, nie poddaje się łatwo manipulacjom i naciskom emocjonalnym innych osób” oraz „osoba asertywna posiada umiejętność określania własnych oczekiwań i uczenia innych jak chce być traktowana„. Nic dodać nic ująć… Na koniec prezentacji definicji dodam tylko „zdolność do realizacji założonych celów mimo negatywnych nacisków otoczenia” oraz „uznawanie, że jest się tak samo ważnym, jak inni”. No i mamy obraz zwierzęcia, które naprawdę ciężko jest do czegoś przekonać wbrew jego woli…

zdjecie-4-2016-09-11-17-08

Jak widać na załączonym obrazku powyżej – nasze relacje w sezonie pastwiskowym oraz –

przy-plocie_o

w zimie, kiedy koń niecierpliwie wypatruje mnie przy ogrodzeniu i radośnie wita, rżąc i trochę narzekając, że tak wolno idę po niego na padok… Przecież on tak długo na mnie czekał!

A propos postawy asertywnej u Spartka, jakiś czas temu próbowałam przekonać go do przejścia przez minibasenik – wybetonowane wgłębienie na placu zabaw, które w przyszłości będzie służyło do oswajania koni z wchodzeniem do wody. Widać je po prawej stronie od Spartka na zdjęciu powyżej. Jesienią koń z ciekawości wchodził do „basenu” kilka razy, więc byłam absolutnie przekonana, że i tym razem pójdzie nam gładko. No cóż, jak zwykle się pomyliłam. W trakcie ponad godzinnej akcji wprowadzania konia do „basenu” zdążyłam zamarznąć na kość, kilkakrotnie stracić wszelką nadzieję na powodzenie, przywitać zmierzch, przeżyć śnieżycę i przez chwilę ponownie odzyskać nadzieję… Najlepsze jest to, że Spartan dokładnie wiedział, o co go proszę, na dodatek nie odczuwał żadnego strachu przed „przeszkodą”, nie był spanikowany ani nawet rozzłoszczony. Ze stoickim spokojem całą swoją postawą udowadniał mi bezsensowność mojego pomysłu. Ni prośbą, ni groźbą przez bitą godzinę nie udało mi się zmusić go do przejścia przez „basen”… Kiedy zupełnie już zrezygnowana, prawie ze łzami w oczach od zimna i poczucia bezradności odeszła od niego i tego nieszczęsnego „basenu” na całą długość liny i zaczęłam z utęsknieniem patrzeć w kierunku odległych ciepłych domostw, Spartan po prostu przeszedł przez przeszkodę i stanął koło mnie… Najwyraźniej zrobiło mu się mnie po prostu żal. To a propos empatii… I tu popełniłam błąd. Oczywiście, pochwaliłam go bardzo wylewnie i rozochocona tym zupełnie przeze mnie niezasłużonym sukcesem, znów poprosiłam go o przejście przez „basen”, w drugą stronę. Głupia ja… Tego już było za wiele. Koń spojrzał na mnie z niedowierzaniem i, rzecz jasna, odmówił ponownego przejścia… No cóż, wiedząc, że treningu w żadnym wypadku nie wolno kończyć niepowodzeniem, musiałam uzyskać ponowne przejście. Choćbym miała go na rękach przenieść, mówiłam sobie, a zrobimy to jeszcze raz! Było już całkiem ciemno, pewnie też bardzo zimno – tego już nie byłam w stanie poczuć… Dziesiątki kolejnych prób, tyleż samo porażek… Wreszcie, powiedziałam sobie, muszę się uciec do fortelu, bo naprawdę zginę tu, na dodatek bezsławnie. Rzuciłam na dno „basenu” parę kawałków jabłka i bez większych oczekiwań po raz setny wskazałam ręką na „przeszkodę”. Spartan westchnął głęboko, bez chwili zastanowienia wszedł do „basenu”, zjadł co jego, i tak samo spokojnie wyszedł. Wychodząc, odwrócił się i spojrzał na mnie z tą miną, którą znają ci, co gonili go uciekającego po łąkach… „Tyle czasu się znamy, a ty, człowieku nierozumny, wciąż myślisz, że wszystko wiesz najlepiej”… Nie muszę chyba dodawać, że tego dnia nie prosiłam już Spartka więcej o przejście przez „basen”.

„No nie chcem ale muszem”, czyli parę słów o tym, jak żyć z narowistym koniem…

zdjecie-4-2016-09-11-17-08

Można by powiedzieć, że tak wygląda tzw. „prowadzenie konia z piątej strefy”, niestety, jest inaczej – tak wygląda całe moje życie…

To zdjęcie przedstawia ujęcie z filmiku, nagranego przez koleżanki ze stajni na moją prośbę. To było na początku września, pięknej słonecznej soboty, kiedy resztką sił, umęczona nadzwyczaj długo trwającym przeziębieniem, przyjechałam do Spartka. Pech chciał, że tego dnia konie stały na dalekich trawiastych łąkach, a to nie wróżyło mi nic dobrego. Po powitalnej minie Spartka mogłam śmiało prosić koleżanki o nagranie mojej próby sprowadzenia konia – byłam absolutnie pewna, że tym razem uda nam się uchwycić kamerą jego wyrwanie. I miałam rację.

Tak to właśnie wygląda… Powiem tylko, że po trzech wspólnych latach te wyrwania naprawdę wyglądają jak niewinne igraszki, ot taki tam – foch. Nie ma w nich nic a nic z wściekłości i buntu, jakie Spartek prezentował kiedyś. Parę lat temu bowiem, tuż po wyrwaniu sprzedawał jeszcze porządnego kopniaka w stronę człowieka, by ostatecznie wybić mu z głowy dalsze próby sprowadzania. Oczywiście, nie dawał się złapać na padoku, a złapany potrafił wyrywać się kilkanaście razy pod rząd… Czasem pomagało wędzidło lub prowadzenie na linie, mocno zawiniętej wokół pyska… Starałam się unikać obydwu sposobów, ale niekiedy to było jedyne rozwiązanie – na przykład podczas wizyty kowala, kiedy konia naprawdę trzeba było sprowadzić do stajni.

A więc dziś Spartek wyrywa się naprawdę  jakoś „bez przekonania”, czasem mam wrażenie, że raczej dla zasady. Zawsze daje się bez problemu zapiąć po takim wyrwaniu, ba, nieraz nawet sam podchodzi do człowieka… Nigdy nie ucieka daleko… Nie kopie w chwili ucieczki… Sama forma zachowania i emocje, temu towarzyszące, bardzo się zmieniły. Ale zachowanie pozostało, i jest to właściwie jedyna rzecz, która naprawdę wymaga naprawienia. I jednocześnie nic nie wskazuje na to, by to mi się kiedykolwiek udało…

Odkąd poznałam Spartka i jego „problem” (no może inaczej – to jest raczej mój problem… Bo on z tym żadnego problemu nie ma:) ), zastanawiam się nad istotą tego zachowania. Poznanie jego źródła też, oczywiście, byłoby ciekawe, ale pewnie nie będzie mi to dane. Wiem tylko od osób trzecich, że odkąd Spartan skończył cztery lata, bo wtedy te osoby go poznały, miał zwyczaj się wyrywać. Przez kolejne cztery lata, kiedy pracował w rekreacji po wiele godzin dziennie, niepożądane zachowanie się utrwalało, a ja, kompletnie nieświadoma istnienia tego problemu, kupiłam znarowionego ośmiolatka.

Kupując konia, o narowach wiedziałam naprawdę niewiele… No cóż, od jakiegoś czasu temat ten zaczął mnie wręcz fascynować, a zatem powiedzenie Kasi o tym, że każdy z nas dostaje nie takiego konia, jakiego chce, a takiego, jakiego potrzebuje, znajduje w moim przypadku swoje głębokie potwierdzenie. Szukam wszelkich informacji o istocie końskich narowów oraz przykładów ich wyeliminowania. Oczywiście, z wiadomych względów interesuje mnie przede wszystkim odpowiedź na pytanie – czy narów da się wyeliminować, zwalczyć. Tymczasem jednak zgłębiam problematykę narowów od strony teoretycznej (praktykę, chcąc nie chcąc, mam na co dzień), sięgając do wypowiedzi największych „końskich” autorytetów.

Najpierw przytoczę słowa Wojciecha Mickunasa, który zaczyna swój artykuł o narowach i nałogach stajennych od następującego stwierdzenia: „Konie nie rodzą się z narowami, ale stają się znarowione zazwyczaj na skutek błędów popełnianych przez ludzi. Na wstępie wyjaśnijmy sobie, jakiego konia nazywamy znarowionym. Za znarowionego zwykło się uznawać konia, który, ignorując starania człowieka, zachowuje się wbrew jego oczekiwaniom, wbrew jego poleceniom, demonstrując w ten sposób „swoje zdanie” na temat współpracy z człowiekiem. Te niewłaściwe zachowania koni, powtarzane wielokrotnie, zwykło się dzielić na występujące podczas jazdy (narowy pod siodłem) i te występujące w stajni (narowy i nałogi stajenne)”. Wynikałoby z tego, że narów jest czymś w rodzaju nieposłuszeństwa, krnąbrności konia, który za wszelką cenę chce postawić na swoim. Za źródło problemu można by wówczas uznać brak wychowania konia, a więc brak podstawowej dyscypliny, a lekarstwem na znarowionego zwierza – wprowadzenie owej dyscypliny i przysłowiowe pokazanie mu, „kto tu rządzi”. No i to jest w przypadku takiego Spartka nader problematyczne. Mimo wielokrotnych prób rozwiązania tego problemu, podejmowanych przez różnych trenerów i specjalistów, koń nie przestał się wyrywać.

A więc sięgam do kolejnych źródeł wiedzy teoretycznej, szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie – tym razem do książki Roberta Millera „Sekrety końskiego umysłu”. W rozdziale poświęconym przeciwwarunkowaniu znalazłam garść niezwykle interesujących informacji o procesie powstawania narowu. Przytoczę ten akapit w całości: „Konie często wykształcają u siebie niepożądane zachowanie. To znaczy, zachowanie owe jest przez nas niepożądane. Dla konia to może być zachowanie w pełni akceptowane, a nawet satysfakcjonujące. Niechciane zachowanie często staje się reakcją warunkową, ponieważ w jego rezultacie koń otrzymuje jakiś rodzaj wzmocnienia. Może to być wzmocnienie pozytywne lub negatywne, ale jeśli w jakikolwiek sposób powoduje zwiększenie u konia poczucia wygody, zachowanie to najprawdopodobniej będzie powtarzane, aż w pewnym momencie ulegnie utrwaleniu i stanie się nawykową reakcją warunkową”.

„Trudności z prowadzeniem na uwiązie” (podoba mi się to sformułowanie) Miller zalicza do tzw. narowów stajennych, czyli takich, przy których jeździec jest na ziemi (w naszym przypadku sformułowanie „jest na ziemi”  możemy traktować w sensie jak najbardziej dosłownym – próbując utrzymać wyrywającego się Spartka wiele osób zaliczyło tzw. glebę, a nie chcąc puścić uwiązu, nawet było ciągniętych kilkanaście metrów za koniem). Wspomniana przez Millera „nawykowa reakcja warunkowa” już bardziej mi pasuje do Spartkowego zachowania, bowiem w jego przypadku wzmocnienie w postaci uwolnienia się od człowieka jest powtarzane od wielu lat, a zatem – reakcja miała aż nadmiar czasu, by się utrwalić. Poza szczegółowym opisaniem problemu, Miller na szczęście proponuje również kilka sposobów na jego rozwiązanie. Otóż, pierwszym byłoby karanie niechcianego zachowania w momencie, gdy się pojawia. Najlepiej, jak pisze autor, by koń sądził, że sam wymierza sobie karę. Na przykładzie Spartana mogę opisać to następująco: prowadzę konia z liną, niezbyt mocno zawiniętą wokół jego pyska. Kiedy koń się wyrywa, lina ściska pysk, więc poprzez swoje zachowanie koń sam decyduje o tym, czy będzie ukarany. Nie jestem zbyt biegła w stosowaniu tego rozwiązania, powiem więcej, Spartan bardzo często wybiera ból czy niewygodę, ale i tak się wyrywa (do kwestii „wyboru” jeszcze wrócę – bo to jest, moim zdaniem, pojęcie kluczowe). Innym przykładem wymierzenia sobie samemu kary jest wyrwanie Spartana, prowadzonego na kantarze sznurkowym – kiedy koń ucieka, często zdarza mu się nadepnąć na linę i wówczas ostre działanie kantara sznurkowego na pysk jest dla niego karą, którą niewątpliwie sam sobie zafundował. Inną propozycją Roberta Millera na rozwiązanie problemu z końskimi narowami jest tzw. przeciwwarunkowanie. Zastosowanie tej metody Miller przedstawił na przykładzie często występującego problemu z łapaniem konia na padoku. Wspomnę tylko, że odkąd za pomocą Kasi opanowałam tę metodę – czyli od jakichś dwóch lat – nie mamy z tym żadnego problemu. Spartan nie tylko nie ucieka przede mną na padoku, lecz najczęściej sam do mnie podchodzi. Tak że metodę naprawdę polecam, wystarczy tylko mieć odpowiednio dużo czasu, trochę wyczucia i sporo cierpliwości, a problem z łapaniem konia zniknie z Waszego życia. Inna sprawa, że w naszej sytuacji, inaczej niż w przypadku większości koni, „złapanie” Spartka bynajmniej nie gwarantuje dojście z nim nawet do bramy padoku, już o ujeżdżalni nie wspomnę 🙂

A zatem ukaranie konia w momencie wyrwania jest prawie niemożliwe do zrealizowania, a ukaranie po złapaniu nie ma najmniejszego sensu i przeczy wszelkim zasadom logiki. Na ból i niewygodę, jakie sam sobie funduje w momencie wyrwania, Spartan przez lata uodpornił się na tyle, że jest w stanie to „przetrzymać” w imię wzmocnienia w postaci wolności. Za wędzidłem też bowiem jechałam nieraz przez całe stajenne podwórze…

Chciałabym jednak powrócić do pojęcia, które wydaje mi się w całej tej opowieści pojęciem kluczowym. Napisałam wcześniej, że Spartan „bardzo często wybiera ból czy niewygodę” (cytuję samą siebie, cóż za nieoczekiwany przejaw autotematyzmu)… No i sama sobie zadaję pytanie – czy aby na pewno wybiera? Zadaję to pytanie od dawna, bo jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Parę dni temu Kasia przesłała mi fragment książki Wilhelma Blendingera „Wstęp do psychologii konia”, który zdaje się zawierać  odpowiedź. Otóż, zdaniem autora, sterowana świadomie czynność może przekształcić się w odruch, czyli nieświadomą reakcję psychiczną. „Działanie świadome może przekształcić się w odruch. Przykładowo: koń był źle traktowany i dlatego, by się bronić, nauczył się wierzgać. Stopniowo czynność ta zmieniła się w odruch. Każdorazowo, gdy zbliżał się człowiek, noga automatycznie podnosiła się i uderzała. Przyjmijmy teraz, że koń zmienił właściciela i jest traktowany dobrze. Stał się bardziej przystępny i ufny. Jednak mimo woli czasem odruch ten się przejawia. Utarte tory odruchu bowiem pozostają na długo, czasem do końca życia”.

No to mnie Pan Blendinger pocieszył… Ważne jednak jest dla mnie to, że widzę w powyższym stwierdzeniu jakieś wyjaśnienie Spartkowych zachowań i jego wyjątkową odporność na różnorakie zabiegi wychowawcze. No cóż, poszukując przez trzy ostatnie lata odpowiedzi na pytanie o przyczynę takich zachowań, dochodzimy do wniosku, że „Ten typ już tak ma” – co usłyszałam na samym na początku naszej wspólnej ze Spartkiem drogi.

Czy warto było rozkładać to wszystko na czynniki pierwsze, by dojść do tak prostego i niewymagającego głębszych wyjaśnień stwierdzenia? Otóż, warto… Po pierwsze, po drodze przeczytałam parę naprawdę ciekawych książek. Po drugie, zrozumiałam, że wygaszanie reakcji odruchowych może zająć nam kolejnych dziesięć lat, i że nie jest to wyłącznie kwestia tego, czy Spartek ma mnie w tzw. „czterech literach”, jak częstokroć słyszałam… Po czym wypowiadający te słowa „lider” próbował sprowadzić Spartka i przekonywał się, że Spratkowe „cztery litery” są mocno przeludnione… No i po trzecie, nabrałam dużego dystansu do wszystkiego, co dzieje się na płaszczyźnie „koń – jeździec”, a przy okazji też na wielu innych płaszczyznach życiowych.

Na zakończenie tego przydługiego tekstu wspomnę tylko, że tego pięknego sobotniego poranka za drugim razem udało mi się sprowadzić Spartana, po czym zabrałam go w nagrodę na trawkę, doszliśmy do wiadra z wodą, ustawionego w połowie drogi do stajni i będącego w upalny dzień bardzo pozytywnym wzmocnieniem, a następnie odprowadziłam go z powrotem na łąkę. Zrealizowałam cel, jaki postawiłam sobie tego dnia i szczęśliwa wróciłam do domu. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o czwartej rzeczy, której się dzięki Spartkowi nauczyłam – o tym, jak ważne jest, by umieć się cieszyć z drobnych rzeczy… Bo czekając na te wielkie, możemy nie zauważyć, jak miną nam nasze piękne słoneczne dni 🙂

O moim „prywatnym Niemcu” i korzyściach z niego płynących…

Od dobrych paru dni jestem więźniem mojej choroby – dopadło mnie tak koszmarne przeziębienie, że mówienie, poruszanie się, a nawet oddychanie przychodzi mi z trudem. Z myśleniem też różnie bywa, ale parę pomysłów na tekst zakłębiło się wczoraj w mojej majaczącej głowie, kiedy rzucałam się w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Przypominały mi się chwile z dzieciństwa, kiedy grypa gościła w naszym domu, więc mogłam nie iść do szkoły i cały dzień miałam wyłącznie do swojej dyspozycji. Wysmarowana kamforą lub spirytusem, po kilku filiżankach gorącego mleka z miodem zazwyczaj na parę godzin stawałam na nogi, czując niebywały przypływ energii. Ganiałam w piżamie po pokojach, szukając zajęcia twórczego i przynoszącego korzyści. Niekiedy wyciągałam mamy maszynę do szycia i skrawki materiału, z których zaczynałam kroić spódnicę. Wiadomo, że sił i samozaparcia starczało mi dokładnie do momentu rozcięcia kawałków materiału… Wtedy stwierdzałam, że trzeba zrobić moim domownikom niespodziankę i ugotować na wieczór coś pysznego, a że z zaopatrzeniem wówczas było słabo, zazwyczaj miałam do dyspozycji makaron, mleko i jajka. Z tego wymyśliłam znakomite danie – zapiekankę makaronową na słodko. Pamiętam, że wszystkim smakowało.

Po intensywnie spędzonym dniu pod wieczór choroba dawała się we znaki z podwójną siłą. Znów miałam 39 stopni gorączki i ledwo mogłam podnieść głowę z poduszki. A w nocy dopadały mnie koszmary. Jedynym, wciąż mnie prześladującym w moich dziecięcych snach koszmarem, byli Niemcy… Albo inaczej – faszyści… Byłam partyzantką, otoczoną wraz z garstką moich przyjaciół-partyzantów, przez oddziały Wehrmachtu. Las pełen gestapowców i my uciekający przed nimi. Jeden ze snów pamiętam do dziś – biegłam po torach kolejowych, przeskakując przez grube drewniane belki, a za mną – grupa Niemców. Słyszałam ich głosy i wiedziałam, że wcześniej czy później mnie dopadną. Nie wiem, dlaczego nie mogłam skręcić do lasu… Logika snu jest trudna do wytłumaczenia… Budziłam się po takim koszmarze cała spocona, przerażona, nie mrużąca oka aż do świtu. Skąd mi się to wzięło? Otóż, w mojej dziecięcej świadomości utrwalił się jeden jedyny obraz absolutnego zła. Wyniesiony z filmów, lektur szkolnych, opowieści weteranów… Odkąd siebie pamiętam, filmy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej ciągle puszczano w telewizji. Z okazji kolejnych rocznic i bez okazji. Oglądałam je wszystkie razem z dorosłymi. Kiedy na ekranie pojawiały się sceny torturowania przez Niemców schwytanych radzieckich żołnierzy lub walczących w partyzantce dzieci, zawsze zamykałam oczy. No cóż, i tak dochodziły mnie jęki maltretowanych… Tak oto radziecka telewizja od najwcześniejszych lat hodowała w mojej świadomości obraz mitycznego zła w postaci Niemca-faszysty. Straszniejsi od nich mogli być tylko Japończycy (skutek obejrzenia w dzieciństwie przerażającego filmu o wojnie rosyjsko-japońskiej).  Na szczęście, epizod z Japończykami w moim układzie świata miał charakter jednorazowy, więcej do tego tematu nie powracałam, a głównym moim koszmarem wciąż pozostawali Niemcy.

Zresztą, zastanówmy się, czego mógł się bać taki radziecki dzieciak? Baby Jagi? Kościeja? Też mi coś. Co wieczór słuchałam do poduszki baśni Aleksandra Afanasjewa, z wielkim zainteresowaniem śledziłam wszelkie okropieństwa, jakie spotykały głównych bohaterów i ani przez chwilę nie czułam strachu. Że niby Baba Jaga zawsze tak kombinowała, by zwabić dzieci do swojej chatki, wrzucić je do dużego glinianego dzbanuszka i zapiec w swoim straszliwym piecu? I to miało byś straszne? Najważniejsze, że nie zamierzała ich wcześniej torturować… A że Kościej to niby taki nieśmiertelny? Wcielenie zła? Przecież od lat ledwo ciągnął i aż mnie korciło, by wysłać do jego pieczary pionierów z siatką zakupów i świątecznymi życzeniami. W każdym razie takie zło wzbudzało we mnie raczej sympatię i politowanie.

Rzecz jasna, upragnioną maskotką, jaką zawsze chciałam mieć, a nigdy nie miałam, była właśnie Baba Jaga. Wiedziałam, że mogła być moją najlepszą przyjaciółką i razem na pewno dałybyśmy radę faszystom. Jak miałam jakieś pięć lat, pamiętam, moja babcia Marusia bardzo chciała mnie uszczęśliwić i pojechała do leningradzkiej fabryki zabawek, by złożyć zamówienie indywidualne: „Dziecko chce Babę Jagę! Możecie ją dla nas wykonać?”. Oczywiście, nie wiem, jak Babcia  poprowadziła rozmowę w fabryce zabawek, wiem tylko, że Baby Jagi nigdy się nie doczekałam. A wiązałam z naszą fabryką wielkie nadzieję. Po tamtej tajemniczej wycieczce babci (a babcia rzadko wychodziła z domu) przez kolejny rok czekałam na spełnienie moich marzeń. Kiedy wreszcie zrozumiałam, że przemysł radziecki nie podołał temu zadaniu, zrobiłam Babę Jagę sama. Za głowę posłużyła mi drewniana szpulka na nici, resztę zaś stanowiła długa sukienka – zielona w białe grochy. Baba Jaga wyszła niewielka – cała mieściła się w moich dłoniach, ale moc, jaką została przeze mnie obdarzona, z nawiązką wynagradzała jej lichy wygląd. Odtąd nie musiałam sama stawiać czoła moim nocnym koszmarom – Baba Jaga zawsze i wszędzie była przy mnie.

baba_jaga
Źródło: http://pikabu.ru/story/baba_yaga_moego_detstva__4021443

Wkrótce zaczęłam chodzić do szkoły. Temat hitlerowców powrócił z podwójną siłą. Wśród obowiązkowych lektur szkolnych znalazły się, oczywiście, książki z serii „Biblioteka Pioniera”, a w nich – wielostronicowe opowieści, przedstawiające bohaterskie czyny i straszliwy los Loni Golikowa i Zoi Kosmodiemjańskiej. Historia Zoi wstrząsnęła mną tak, że z trudem podchodziłam do biurka, na którym leżała wypożyczona przez mamę z zakładowej biblioteki książka. Bałam się ją otworzyć, starałam się nie patrzeć w jej stronę, wiedziałam jednak, że wkrótce czeka mnie sprawdzian z lektury… Z pomocą przyszedł mój półroczny szczeniak – Laduszka. W ciągu paru godzin, podczas naszej nieobecności, załatwiła dla mnie raz i na zawsze sprawę Zoi i „Biblioteki Pioniera”. Rozgryzła tomisko tak starannie, że nie było co zbierać. Co najważniejsze, dokładnie zniszczyła ilustracje, przedstawiające zmasakrowane torturami ciało Zoi. Byłam uratowana. Ustaliłyśmy też z mamą, że nie powinna więcej wypożyczać tak cennych książek z biblioteki zakładowej – póki Laduszka nie dorośnie, przynoszenie ich do domu stanowi wielkie ryzyko. Odtąd miałam regularnie chodzić do szkolnej biblioteki i korzystać z czytelni.

Trzeba przyznać, że radziecka szkoła zapewniała dzieciom atrakcje nader różnorodne. Przygotowując nas na nadejście z dalekiego zachodu zagłady atomowej, dyrekcja szkoły kilka razy do roku przeprowadzała tzw. „próbne alarmy bojowe”. Wyglądało to następująco. W trakcie lekcji nagle zaczynała wyć syrena, co oznaczało, że wszystkie dzieci wraz z nauczycielami, ze wszystkich pięter mieli zejść do betonowych schronów, znajdujących się w podziemiach szkoły, gdzie zakładaliśmy maski przeciwgazowe i spędzali w tychże schronach jakieś pół godziny, oczywiście, żegnając się w myślach z najbliższymi. Wiedzieliśmy, że nasi rodzice i dziadkowie nie mają masek przeciwgazowych, nie mają szczelnych schronów betonowych i pewnie muszą zginąć.

samantha_smith
Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Samantha_Reed_Smith#/media/File:1985_CPA_5685.jpg

Pamiętam, jak wszyscy usłyszeliśmy o młodej Amerykance Samancie Smith, która w 1982 roku napisała list do Andropowa. Wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy podejrzewać, że po drugiej stronie kurtyny też żyją ludzie, co więcej, żyją też małe dziewczynki, które tak samo jak my, boją się wojny atomowej. Mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam gdzieś urywki rozmów, jakie prowadzili dorośli w naszym domu, z których wynikało, że niektórzy z walczących z nami Niemców mieli swoje rodziny, dzieci, domy i bardzo nie chcieli trafić na front wschodni. Że też się bali o własne życie. Pamiętam, że uczciłyśmy ten fakt z Babą Jagą szklanką lemoniady „Kołokolczik”.

Po co ja właściwie to wszystko opowiadam? Było – minęło, ów mityczny strach przez gestapowcem i zagładą atomową drzemie gdzieś głęboko w otchłaniach podświadomości, poznałam sporo Niemców i żaden w najmniejszym stopniu nie przypominał mi faszystę z radzieckich filmów. Z wieloma Niemcami korespondowałam w tym roku, szukając dla Spartana określonego modelu siodła na niemieckim ebay-u. Rozbrajali mnie swoją tragiczną wręcz angielszczyzną, ale byli niezwykle uprzejmi i jakoś udawało nam się dogadać. Wreszcie kupiłam wymarzone siodło od przesympatycznego Niemca, z którym najlepiej mi się mailowało. Otrzymałam przedmiot całkowicie zgodny z opisem. Zresztą, niczego innego się nie spodziewałam. Niemcy to Niemcy. Czemu więc powracam do tego tematu?

Otóż, jak wspominałam ostatnio, jestem tchórz i łamaga. Na przykład, boję się latać samolotem. Czasem muszę i naprawdę kosztuje mnie to wiele nerwów. I zgadnijcie, kto mi pomaga pokonać strach przed lataniem? Mój „prywatny Niemiec”! Siedzę sobie na pokładzie samolotu, trzęsę się jak osika i wtedy nurkuję do obrazów z mojego dzieciństwa i wyciągam „Niemca”. A więc – lecę sobie nowoczesnym samolotem, popijam napój gazowany, a za oknem samolotu – zamiast niemieckich messerschmittów – piękne niebo! Nikt nie bombarduje, nie próbuje trafić pociskiem w nasz samolot pasażerski, więc czego mam się bać? – myślę sobie i moja wewnętrzna Baba Jaga kiwa swoją drewnianą głową.

Albo kolejna sytuacja, z mojego wczorajszego życia wzięta. Piękny dzień, słońce, koniec wakacji… W lesie podobno pełno grzybów. A ja chora, smarkająca, słaniająca się po domu – bez sił i bez życia. Tak nie może być! Namówiłam Mateusza, żebyśmy chociaż na godzinkę skoczyli do najbliższego lasu na grzyby. Wybraliśmy się więc z koszykami, zapasem chusteczek i opakowaniem Gripexu. Łazimy, szukamy, upał staje się coraz bardziej dokuczliwy. Czuję, że mam coraz większą gorączkę i coraz mniej chęci na grzybobranie. Schylam się po kolejnego dorodnego podgrzybka, ścinam, kroję na pół i widzę masę robali. Wyrzucam. Podnoszę się powoli i kręci mi się w głowie. Myślę sobie: Po jaką cholerę wybraliśmy się na grzyby? Nie mamy co do garnka włożyć? Przecież naprawdę za chwilę się przewrócę i tyle z tego będzie… Mateusz coraz bardziej się oddala, nic nie jest w stanie go oderwać od poszukiwań, a ja zrozpaczona zostaję na wystającym z mchu złamanym pniu. Koniec, nie mam więcej sił. I w tym samym momencie w mojej głowie pojawia się obraz partyzantki – chorej, osłabionej wielomiesięczną tułaczką po białoruskich lasach, rannej, głodnej, potrzebującej pomocy. Porównanie naszych sytuacji rodzi we mnie zakłopotanie i poczucie wstydu. Smarkam, kaszlę, wstaję i idę dalej. W gruncie rzeczy przecież nic mi nie jest – zaraz wrócimy do domu, zaparzymy herbatę, łyknę sobie kolejnego Gripexa i rozłożę się przed telewizorem. A zatem – czy w tym lesie jest mi naprawdę aż tak źle?

No i kolejna, ostatnia już sytuacja, w której z pewnością przyda mi się mój „prywatny Niemiec”. Otóż, nie wspominałam Wam wcześniej, ale od kilku tygodni z trenerką Gosią pracujemy nad Spartkiem w terenie. Póki co samotne wypady w teren stanowią dla Spartana duże wyzwanie, ale z tygodnia na tydzień widzę postępy i liczę, że któregoś dnia będę miała tyle odwagi, by zastąpić Gosię w siodle i udać się ze Spartkiem w nasz pierwszy wspólny teren. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że będzie na mnie wówczas wypróbowywał wszystkich swoich sprawdzonych sposobów – będzie próbował mnie zrzucić i wrócić do stajni, wyrwać wodze lub „przypadkiem” zahaczyć mną o drzewo, a jeśli jakimś cudem nadal będę w siodle, wówczas będzie gryzł mnie w nogę… Jestem na to psychicznie przygotowana, ponieważ nie raz już widziałam jego „sztuczki”. I kiedy wsiądę na Spartkowy grzbiet i skieruję jego kopyta do lasu, mając w głowie wszystko, co się może wydarzyć, pomyślę sobie – i tak mamy ogromne szczęście, że w lesie nie roi się od Niemców 🙂

PS. Pisząc tę historię o moim „prywatnym Niemcu” zdaję sobie sprawę z tego, że polskie dzieci, dorastające w tych samym czasach, mogły mieć całkiem inne doświadczenia. Albo inaczej – doświadczenia podobne, lecz przedmiotem strachów mógł być, na przykład, mój naród… Cóż, każdy z nas dźwiga swój bagaż historii. A że tak jest, przekonałam się ostatnio, kiedy przydarzyła nam się pewna zabawna i pouczająca historia. Byliśmy z Mateuszem u znajomych, zasiedzieliśmy się do późna. Wyszłam do ogrodu, żeby zapalić. A wspomnę tylko, że Pani domu zdaje się mieć podobne do moich doświadczenia z dzieciństwa  – przynajmniej objawy dość zbliżone… Aha, no i co ważne, rzecz się dzieje oczywiście w Polsce, w polskim domu. A więc zapaliłam i wracam do środka. A tam śmiech – ubaw po pachy. A kolega – mąż Pani domu – opowiada: „Wiesz, Irina, jak przed chwilą żonę wystraszyłem? Hahahaha… Bo mi tu prawie już przysypiała.. A ja do niej nagle – wstawaj szybko, ruscy koło domu!!!” I zerwała się, autentycznie przerażona. Na co wchodzę ja – wszyscy się śmieją, a gospodarz domu: „No mówiłem, że ruscy pod drzwiami!”.  Wszyscy się śmialiśmy, a koleżanka przez moment naprawdę się przestraszyła…

Trzecia rocznica – jest dobrze, a może być jeszcze lepiej!

Trudne początki

W połowie sierpnia minęły trzy lata, odkąd Spartek przyjechał ze mną pod Warszawę… Przez ten czas zdążyliśmy się poznać aż za dobrze 🙂 Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak naiwne było moje wcześniejsze spojrzenie na konie. Przede wszystkim, na relacje „koń – człowiek”. Pamiętam, jak po pierwszych tygodniach ze Spartkiem (niestety, w pensjonacie, a nie w stajence przydomowej, o której wciąż marzę) spodziewałam się z jego strony choć odrobinę entuzjazmu w związku z pojawieniem się na pastwisku mojej osoby. Koń najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z faktu, że odtąd jesteśmy razem, że został członkiem naszej rodziny… Kiedy odkryłam, że dla konia to wcale nie jest takie oczywiste – wszak jedzenie serwuje mu zupełnie inna osoba, a i codzienny kontakt z nim jest raczej przywilejem stajennego, a nie moim – próbowałam pokazać Spartkowi podpisaną przeze mnie umowę kupna-sprzedaży, by uświadomić mu, że już „pozamiatane” i będzie mnie miał na głowie już na zawsze, więc lepiej się z tym faktem pogodzić i próbować się dogadać. Ale i to nie pomogło… Mimo codziennych wizyt w stajni, solidnej pracy z ziemi i dłuuugich rozmów w czasie czyszczenia, nadal byłam dla Spartka czymś w rodzaju „elementu krajobrazu”. Mogłam być, ale równie dobrze mogło mnie nie być – ta zmiana w jego otoczeniu nie zaburzała jego równowagi psychicznej ani nie spędzała snu z powiek…

SAM_3270

Nie powiem, było mi przykro. Kiedy pojawiałam się na terenie stajni, zawsze z nadzieją, że tym razem będzie inaczej, widziałam wysyłane ze strony konia sygnały ostrzegawcze – machnięcie ogonem, położone uszy, niezadowoloną minę… Jeśli i tego było za mało, koń odwracał się zadem i, machając łbem, jakby odganiał natarczywą muchę, oddalał się w najdalszy kąt pastwiska. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zupełnie nie rozumiałam, skąd się wzięła ta niechęć do mojej osoby. Problem jednak nie leżał po stronie konia. Rzecz w tym, że mając wcześniej do czynienia głównie z psami i wiedząc, że psie serducho można zdobyć w ciągu paru dni wspólnego przebywania, spodziewałam się po Spartku właśnie takich „psich” zachowań. Myślałam – wystarczy, że zaproponuję mu wspólną zabawę czy miłe spędzanie czasu – a przyjmie mnie do swojego „stada”. Otóż nie… Zrozumienie istoty naszych relacji zajęło mnie prawie trzy lata. Przez ten czas nauczyłam się nie gniewać na jego fochy, nie odbierać jego zachowań osobiście, nie obwiniać się i nie szukać drugiego dna. Odkryłam za to, że w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie bardzo podobni.

Jak dwie krople wody

Zdążyłam poznać charakter naszego Spartana i polubić go takim, jaki jest. A jest, w gruncie rzeczy, stworem niezwykle przyjacielskim, sympatycznym i, co najważniejsze, z poczuciem humoru. Zatem, do rzeczy, co nas łączy:

Niewątpliwie, niechęć do codziennej żmudnej pracy. Pod tym względem jesteśmy zgrani w sposób doskonały. Nowe rzeczy potrafią nas zafascynować i porwać całkowicie, lecz z chwilą, kiedy stają się codziennym obowiązkiem, przestają interesować. Przynoszone przeze mnie do stajni  zabawki w postaci piłek, pachołków, straszaków (parasoli, kolorowych szmat, worków foliowych, kartonów, płacht itd) zaledwie przez krótki moment spełniają swoją rolę edukacyjną. Spartek z entuzjazmem zabiera się za poznawanie nowych rzeczy, chętnie uczestniczy we wszystkim, co może być dla niego odkryciem, lecz po chwili, kiedy przedmiot jest już mu dobrze znany, przestaje się nim interesować. Jeśli chodzi o mnie pod tym względem – cóż, pominę ten aspekt mojej osobowości milczeniem… Ilość najróżniejszych zajęć i stanowisk, które „przerobiłam” w swoim życiu, mówi sama za siebie…

spartek_plachta

Drugą naszą wspólną cechą charakteru jest wrodzona strachliwość, a jednocześnie – ciekawość. Mówiąc prościej, boimy się z założenia, ale spróbować trzeba. I w tym przedziwnym zestawieniu, mimo wszystko, odnajduję pewnego rodzaju odwagę. Bo czyż pokonywanie własnych strachów nią nie jest? Jeśli chodzi o Spartka, to wielokrotnie obserwowałam, jak na pastwisku pierwszy biegnie w kierunku niepokojąco szeleszczących krzaków, by sprawdzić, co to może być, podczas gdy reszta stada stoi w oddaleniu, gotowa do ucieczki. I co najśmieszniejsze, gdyby obiekt zainteresowania był rzeczywiście niebezpieczny, Spartan pierwszy rzuci się do galopu… Jeśli chodzi o mnie, to najlepszym w tym kontekście przykładem, będzie chociażby jazda konna. Koni zawsze się trochę bałam, ale odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do nich i wszędzie szukałam kontaktu z tymi zwierzętami… Po prostu muszę z nimi być.

Upór, trwanie przy własnych przekonaniach wbrew wszystkiemu – niestety, to też nas łączy. Ponieważ nasze ze Spartkiem cele i dążenia zbyt często leżą na przeciwstawnych biegunach, to mamy o czym dyskutować. Ot, chociażby wyprowadzanie Spartka ze stajni na lonżownik. W połowie drogi koń się wyrywa i powraca do boksu – tak postanowił i tak też będzie robił choćby i pięćdziesiąt razy. Ale, niestety, trafił swój na swego… Ja zaś postanowiłam jednak doprowadzić go do lonżownika, dlatego po raz siódmy, ósmy, dziewiąty – już na ogłowiu wędzidłowym – będziemy ruszali w kierunku lonżownika. Aż tam dojdziemy! Tego uporu i niczym niezmąconego spokoju w „wiecznych powrotach” do uciekiniera nauczył mnie sam Spartan… Najważniejsze, że wcale się nie denerwuję!  Już się nie denerwuję. Kiedyś doprowadzał mnie tym do rozpaczy. Teraz? W życiu! Po prostu sprawdzamy, kto jest bardziej uparty.

SAM_3278

Następna cecha, o której nie sposób nie wspomnieć, to wrodzona chęć do przekomarzania się, a jednocześnie brak zapędów do walki na śmierć i życie. Początkowo sądziłam, że Spartan należy do tych, co zawsze i ze wszystkimi muszą wygrać, że ostatnie słowo (lub raczej kopniak) musi należeć do niego. Powoli jednak zmieniam zdanie. Ten koń nie jest na tyle głupi, by wygrywać za wszelką cenę. Zatem jeśli siła argumentów przeciwnika go przekonuje, jest w stanie ustąpić, choć po drodze „zaserwuje” kilka złośliwych uwag. W relacjach z innymi końmi nigdy nie wywołuje poważnego konfliktu, ale i chętnie wskaże słabszemu osobnikowi jego miejsce w stadzie. Z szefem nie zadziera, lecz upomniany przez niego, zawsze na odchodne, mimo wszystko, zaznaczy, że i tak ma rację. Leciutki strzał z zadu, położone uszy, wściekle machający ogon – niby ustąpił, lecz swoje wie… No cóż, muszę przyznać, że też nie lubię mieć szefów… I mimo że z większością rozstawałam się w zgodzie, to rozmowy z przełożonymi często kończyły się słowami „tak, oczywiście, ale…”

No cóż, złoto – nie koń! Łagodne usposobienie, otwartość charakteru, przyjacielskość i wiele innych cech – rzecz jasna, nasz łączą 😉 Lubimy ze Spartkiem spędzać czas miło, przy niezobowiązującej pogawędce, wśród przyjaciół. Ambicje, ściganie się o cokolwiek, chęć rywalizacji – te cechy są nam zupełnie obce. Najlepiej jest, kiedy przyjeżdżamy do stajni ze znajomymi i wszyscy razem idziemy na padok podziwiać Spartka. Mile widziane czyszczenie i szczotkowanie grzywy z udziałem wszystkich zaproszonych gości, wspólne karmienie smakołykami, podziwianie jego urody i opowieści o wspaniałym charakterze. Czyli próżność i umiłowanie do twórczego lenistwa – ot, jak można to podsumować. Myślę, że najlepiej by się sprawdził w wydawaniu „obiadów czwartkowych”, serwując zaproszonym gościom niezobowiązującą pogawędkę i garść dowcipów na bieżące tematy polityczne.

Podsumowując, trzeba przyznać, że dopiero po trzech latach zaczęłam rozumieć Spartana. Odkryłam w nim istotę bardzo do mnie podobną. Zdobyłam jego sympatię i zaufanie. Wiem, czego mogę od Spartka oczekiwać i wiem też, że nie robi niczego przeciwko mnie. Pewne Spartkowe niesubordynacje wynikają, przede wszystkim, z jego charakteru i chcąc z nim współpracować,  należy brać to pod uwagę. Spartek zaczyna coraz częściej iść na kompromis, ale nigdy nie pozwoli, by ktoś go do czegoś zmusił. Z nim naprawdę warto rozmawiać! Negocjować, dyskutować, przedstawiać korzyści, wynikające z odpowiedniego postępowania. Trzeba przyznać, że obcowanie z tym koniem niezwykle rozwija zdolności dyplomatyczne.

„Męskie geny”

A więc tyle, na pierwszy rzut oka, mamy wspólnego ze Spartkiem. A co chłopak odziedziczył „po tatusiu”? By przedstawić to w sposób obrazowy, opiszę moją ostatnią wizytę w stajni: Konie, po dłuższym okresie na tzw. zimowych padokach (z małą ilością trawy) wreszcie wyszły na trawiaste łąki. Od razu wiedziałam, że tym razem sprowadzenie Spartana na ujeżdżalnię będzie graniczyło z cudem. Tak też było. Wchodzę na łąkę z liną i kantarem w ręku. Spartek, widząc mnie z daleka, żwawo maszeruje w moją stronę. Podchodzi, wita się serdecznie: „Miło że wpadłaś! Strasznie się cieszę! Zobacz, jak tu fajnie – no coś wspaniałego. Niestety, teraz zupełnie nie mam czasu. Sorki, do zobaczenia!” – i tyle go widziałam… Po założeniu kantara i ruszeniu w kierunku wyjścia z łąki, Spartek odwrócił się na pięcie i wrócił do koni.  Podjęłam jeszcze kilka prób – bezskutecznie. Postąpiłam zupełnie niepedagogicznie, gdyż dałam mu spokój i poszłam sama na ujeżdżalnię, by zastanowić się, co z tym fantem zrobić. Dziewczyny – Kasia i Basia – dzielnie ćwiczyły kłusy i galopy, a ja siedziałam na ławce i rozmyślałam nad swoim losem. Po zakończeniu jazdy dziewczyny zaproponowały, że chętnie pójdą ze mną po Spartka – może we trójkę uda nam się go sprowadzić. Nie wierząc zbytnio w powodzenie przedsięwzięcia, ruszyłam w ich towarzystwie w kierunku łąk. Wchodzimy. Spartek ochoczo przyszedł do założenia kantara. W oczach – pełne oddanie i ocean łagodności: „O, Kasia! Basia! To dokąd idziemy, dziewczyny?”. I ruszył za nami z łąki, precz od koni i trawy, na ujeżdżalnię, lonżownik, do stajni, na koniec świata… Ot, tyle na temat „męskich genów” 🙂

Podstawy BHP, czyli parę słów o tym, jak o mały włos nie zarobiłam…

Wczorajszą wizytę u Spartka uważam za wielce udaną… Działo się wiele i zarazem niewiele, zależy jak się na to spojrzy… Osobiście, wyjeżdżając ze stajni, byłam bogatsza o kilka ważnych dla mnie doświadczeń.

Po pierwsze, niemalże na własnej skórze przekonałam się o tym, że przebywając z końmi, należy mieć oczy dookoła głowy, a więc – w pewnym sensie upodobnić się do kopytnego. Wszak konie z natury są obdarzone widzeniem peryferyjnym – położenie oczu po bokach głowy nie jest przypadkowe. Dla roślinożerców rzeczą najważniejszą jest w porę dostrzec zagrożenie i podjąć właściwą decyzję – czy uciekać, czy też spokojnie obserwować otoczenie. Popełnienie błędu w ocenie stopnia zagrożenia równa się śmierci.

Ludzie, niestety, takich możliwości są pozbawieni. Dlatego musimy szczególnie uważnie obserwować końskie zachowanie, przebywając w pobliżu tych zwierząt, a zwłaszcza w sytuacji, kiedy jesteśmy wśród stada koni. A za stado należy uznać nawet dwa przebywające na padoku osobniki.

IMG_0755
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Tak więc wczoraj na padoku zastałam Spartka i Czabora, Barbara („narzeczona” Spartana) właśnie wyszła z padoku na przechadzkę. W związku z tym postanowiłam popracować ze Spartkiem z ziemi na padoku. Towarzystwo Czabora w żaden sposób nie mogło nam przeszkodzić. Najpierw jednak, rzecz jasna, zabrałam się, za czyszczenie chłopaka. Nie był nawet szczególnie brudny, ale zasady muszą obowiązywać. Przed pracą należy konia wyczyścić, choćby nawet symbolicznie. Z kolei czyszczenie kopyt jest zawsze obowiązkowe. Wyszorowałam Spartucha elastyczną szczotką do masażu, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc, wielbionych przez owady, a trudnych do podrapania przez konia, czyli brzuszyska, szyi, zadu… Początkowo nawołujący Barbarę Spartan po paru minutach masażu zupełnie się rozpłynął i zdaje się, zapomniał o istnieniu narzeczonej. Po starannym wyszorowaniu całego rumaczego cielska przeszłam do kopyt. Wspomnę tylko, że niegdyś podawał je niechętnie, dwa lata temu musiałam nawet mieć asystę do trzymania konia przy ich czyszczeniu. Mało że na „prośbę” o podanie nogi wbijał ją w ziemię z siłą niespotykaną nawet wśród koni, to jeśli już w końcu mi ją podał, to po chwili kładł się na mnie całym swoim ciężarem, zerkając z ukradka, kiedy się przewrócę. Nie przewróciłam się nigdy, ale i dalsze trzymanie maksymalnie obciążonej przez konia nogi stawało się niemożliwe… Więc jeśli nie udawało mi się odepchnąć końskiego zadu, musiałam nogę puścić, co Spartek zazwyczaj kwitował westchnieniem, po czym znów lekko unosił odpowiednią nogę, niejako zapraszając mnie do podjęcia kolejnej próby… Początkowo bardzo mnie to irytowało, stosowałam oczywiście wszystkie wskazówki trenerów, techniki nauczania konia podawania nóg itd… Oczywiście, metody te skutkowały, lecz zazwyczaj w ramach jednego treningu – następnego dnia mogłam być pewna, że zabawa zacznie się od początku, zgodnie z opracowanym przez Spartka scenariuszem. Problemy się skończyły dopiero wtedy, kiedy po ładnym podaniu którejś z nóg zaczęłam mówić koniowi „Dziękuję” 🙂 W ten sposób Spartan przypomniał mi o zasadach dobrego tonu i doszliśmy do porozumienia.

A tak już zupełnie na poważnie (a propos „Dziękuję” też było na poważnie, bo bez tego nie mamy o czym gadać), dzięki rytualnemu czyszczeniu przy byle okazji, Spartan daje nogi leniwie, lecz zupełnie bezproblemowo. Także wczoraj, będąc na padoku w towarzystwie spoglądającego w siną dal Czaborka, zabrałam się za czyszczenie kopytek. Kiedy już byliśmy przy czwartym, tylnym lewym kopytku, i już prawie zakończyłam pedicure, zdarzyła się rzecz dla mnie zupełnie nieoczekiwana… A to wszystko dlatego, że nie ma się tych oczu dookoła głowy…

kopytko_n
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Kiedy tak stałam, pochylona nad tylnym kopytem, w niebezpiecznie bliskiej od niego odległości, a jednocześnie odwrócona od głowy konia (dla tych, którzy nigdy nie czyścili kopyt, mogłabym tu dać zdjęcie, w jakiej pozycji się to robi, lecz nader niekorzystnie wyglądam z tej perspektywy:), Spartek nagle wierzgnął, wydając jednocześnie charakterystyczne dla  walczących koni kwiknięcie. Kopyto powędrowało do tyłu, tuż koło mojej twarzy z takim impetem, że zdumiona zdążyłam się odchylić i natychmiast się odwróciłam, by zobaczyć, co mogło być przyczyną takiego zachowania. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło!

IMG_0379
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Jak się okazało, Czaborek, znudzony siną dalą, postanowił zaczepić Spartana – wszak kolega był na pozycji, zdawałoby się przegranej, kiedy łatwo jest o bezkarne wywinięcie psikusa. Jednak Czabi się przeliczył, a i ja przy okazji. Kopniak był wymierzony przeciwko niemu, a że akurat się znalazłam w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiedniej chwili, to trudno – stwierdził Spartek. W chwili zdarzenia nie zdążyłam zareagować ani szarpnięciem liny, ani żadną inną formą korekty. Zdążyłam jedynie uniknąć kopniaka, z czego i tak jestem niezmiernie dumna, bo do bystrzaków nie należę. Wyniosłam jednak z całej tej sytuacji ważną dla siebie nauczkę – nie czyść kopyt w pobliżu innych koni na padoku, miej oczy dookoła głowy (przynajmniej  się postaraj!), nigdy nie ufaj koniowi w 100%-ach, nawet temu, którego znasz bardzo dobrze! Jak często mawia nasza trenerka Kasia, najwięcej wypadków zdarza się z własnymi końmi, ponieważ tracimy czujność – ufamy im bezgraniczne, znając ich nawyki i zachowania. A to błąd… Nie chodzi o to, by swoim koniom nie ufać, tylko o to, by brać poprawkę na ich naturalne zachowania, na reakcje odruchowe, kiedy mimo całego szacunku, jakim nas obdarzają, mogą niechcący zrobić nam krzywdę.

Tak oto, z głową nieuszkodzoną i pełną przemyśleń wracałam późnym wieczorem do domu… Bo po tym niemiłym zdarzeniu, które, o dziwo, kompletnie nie wytrąciło mnie z równowagi, wspaniale spędziłam ze Spartkiem wieczór. Pewnie chcąc wynagrodzić popełnione faux pas, Spartucha przymilał się, jak nigdy. Nie dość, że zignorował powrót do stada narzeczonej Barbary i chętnie wyszedł ze mną z padoku, to jeszcze od czasu do czasu wtulał swój wielki łeb mi w ramiona, pytając, czy u mnie wszystko w porządku, a na koniec dnia już całkiem mnie zaskoczył – w porze tuż przed sprowadzeniem koni, normalnie, jak zwykły grzeczny konik, poszedł ze mną do stajni, zostawiając wszystkie stada daleko na pastwiskach i nawet nie próbując się wyrwać i powrócić na padok… Czyż to nie najlepsze zakończenie tego dnia?

Aha, no i zapomniałabym napisać o kolejnym przemyśleniu, jakie naszło mnie w drodze do domu. Otóż, warto czasem pokonać te sto kilometrów, by po prostu pobyć ze zwierzakiem… Bo w planach miałam jazdę, siodło czekało przewieszone przez ogrodzenie ujeżdżalni, a czaprak – czyściutki i gotowy do wrzucenia na koński grzbiet. Wiedziałam jednak, że tego dnia Spartan i tak będzie najgrzeczniejszym koniem pod słońcem, że mogę śmiało wsiadać i że na pewno się już nie pokłócimy. Ale wiedziałam też, że byłoby mu bardzo miło, gdybym po prostu z nim była.

Konie na piedestale, czyli parę słów o pracy z ziemi…

Po powrocie z Sankt-Petersburga naszła mnie pewna refleksja, związana z architekturą tego miasta i jego atmosferą, a także, o dziwo, z pracą z końmi… No cóż, gdziekolwiek jestem, zwracam uwagę z końskie aspekty krajobrazu.

Krążąc godzinami po centrum i obrzeżach północnej stolicy, robiąc po dwadzieścia parę kilometrów pieszych spacerów każdego dnia, tym razem zwróciłam szczególną uwagę na rzeźby i elementy miejskiego krajobrazu,  związane z końmi. Jak się okazuje, w Petersburgu mamy zaledwie siedem pomników, przedstawiających jeźdźców (zawsze myślałam, że znacznie więcej, ponieważ w centrum miasta co i rusz trafiasz a to na Piotra Wielkiego a to na Mikołaja).

Jeździec Miedziany – Pomnik Piotra I

Najbardziej znanym, będącym jednocześnie symbolem miasta, jest Jeździec Miedziany – pomnik Piotra I, wzniesiony nad Newą na Placu Senackim (1782 r, francuski rzeźbiarz Etienne Maurice Falconet).

mednyj_vsadnik
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Historia powstania pomnika, a także ilość mitów, legend i tajemniczych opowieści, związanych z rzeźbą Piotra I, czyni zeń jeden z najbardziej zagadkowych symboli tego miasta. Prace nad stworzeniem Jeźdźca Miedzianego trwały od 1766 roku, kiedy wysłannik Katarzyny II udał się do Paryża, by tam podpisać kontrakt na wykonanie rzeźby z francuskim artystą Falconet, poleconym carycy przez Denisa Diderota. Już wkrótce francuski rzeźbiarz przeprowadził się do Petersburga i zamieszkał w odpowiednio przystosowanym budynku byłych carskich stajni, położonych przy drewnianym wówczas Pałacu Zimowym. Rozpoczęto prace nad pomnikiem. W 1769 roku w okolicach położonej niedaleko miasta wsi Konna Łachta znaleziono ogromny granitowy głaz, nazwany Grom-Głazem. Co ciekawe, dla znalezienia odpowiedniego rozmiaru kamienia, z którego, zgodnie z zamysłem Falconeta, miał być wykonany piedestał  pod pomnik Piotra Wielkiego, w jednej z petersburskich gazet opublikowano ogłoszenie – szukano chętnego, który by znalazł i przywiózł do Petersburga poszukiwaną kamienną bryłę. W nagrodę oferowano 100 rubli – wówczas to była ogromna kwota. Wkrótce na ogłoszenie odpowiedział chłop Semen Wiszniakow, który wskazał miejsce, gdzie od lat znajdował się Grom-Głaz, zgodnie z legendą, trafiony piorunem i właśnie w ten sposób ukształtowany. Swoją drogą, Wiszniakow od dawna miał zamiar pokruszyć kamień na drobniejsze kawałki i posprzedawać je w Petersburgu, gdzie wciąż rosło zapotrzebowanie na granit, lecz kamień nie chciał się poddać dłutu Wiszniakowa. W ten sposób Grom-Głaz doczekał swojego odkrycia przez francuskiego artystę. Transport ważącego ponad 2 tysiące ton głazu trwał prawie pół roku. W miejscu, z którego wydobyto głaz, wkrótce powstał staw, nazwany Stawem Piotrowym.

1024px-Озеро_на_месте_извлечения_Гром_камня
Автор: Витольд Муратов – Сфотографировано загрузившим, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7834764

Historia powstania tego pomnika jest niezwykle ciekawa i pełna niespodziewanych zwrotów akcji, a także zagadek i niewyjaśnionych faktów. Musiałabym kiedyś opisać ją osobno, może kiedyś, kiedy główny wątek opowieści, którym są jednak Konie na piedestale, nie będzie mnie ciągnął dalej, w stronę końskich motywów architektonicznych. Wspomnę tylko, że istniejąca niemalże od powstania pomnika legenda o tym, że dopóki istnieje na swoim miejscu pomnik Piotra I, dopóty miasto Piotrowe nie zostanie zdobyte przez wroga, wciąż jest aktualna. Pomysł przeniesienia, w celu ukrycia pomnika podczas wojny z Napoleonem, a następnie podczas II Wojny Światowej, nigdy nie został zrealizowany – pomysłodawcy zawsze w porę się wycofywali i do bram miasta, mimo całej jego tragicznej historii, nigdy nie wkroczył żaden najeźdźca.

Nikołaj I 

Co ciekawe, pomnik Nikołaja I został wzniesiony w jednej linii z pomnikiem Piotra I – dzieli je jedynie Katedra Św. Izaaka. Patrząc od strony Newy, widzimy najpierw Piotra I, następnie mamy Katedrę i tuż za nią, na środku Placu Izaakiewskiego – Nikołaja I. Pomniki są usytuowane w ten sposób, jakby Nikołaj gonił Piotra, co natychmiast zostało przekształcone w miejskim folklorze w następujący epigramat: Mądrego głupi goni, lecz Katedra go chroni.

450px-Monument_Nikolay_I_01
Autor zdjęcia: Korzun Andrey from: https://ru.wikipedia.org/wiki

Pomnik Nikołaja I powstał w 1856 roku, tuż po śmierci imperatora, według projektu francuskiego architekta Auguste de Montferranda, lecz jego uroczyste otwarcie nastąpiło w 1859 roku. Autorem 6-metrowej konnej rzeźby był z kolei niemiecki rzeźbiarz Peter Clodt, do którego jeszcze wrócimy w dalszej części podróży po Petersburgu. Konnym modelem w trakcie powstania rzeźby został ulubiony ogier cara Nikołaja – Amałatbek. W XIX wieku pomnik Nikołaja uważano za cud architektury, ponieważ była to pierwsza w Europie konna rzeźba, utrzymująca się wyłącznie na dwóch punktach oparcia, czyli tylnych nogach konia. Pierwszy tego typu pomnik powstał w stolicy Stanów Zjednoczonych w 1852 roku.

Pierwszy konny pomnik w Rosji – i znów Piotr I

Zaczęłam swoją podróż po Petersburgu od innych pomników, przedstawiających jeźdźców, tymczasem pierwszym konnym pomnikiem w Rosji był pomnik Piotra I, wzniesiony w 1800 roku na polecenie Pawła I przed siedzibą ówczesnego cara – Pałacem Michajłowskim.

piotrI_mix.zamok1
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Swoją drogą, Zamek Michajłowski, czy też Inżynerski, znajdujący się w samym centrum Petersburga nad rzeką Fontanką i sąsiadujący ze słynnym Letnim Ogrodem – to jedno z moich ulubionych miejsc w Petersburgu. Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy czytałyśmy z moją przyjaciółką Meriem do poduszki opowieść o tragicznej śmierci Pawła I, o zamachu, jakiego dokonano na cara w murach Zamku Michajłowskiego, o tym, jak zjawa nieszczęsnego Pawła krąży po zamkowych korytarzach, straszy nad wybrzeżem rzeki i woła o sprawiedliwość. Odkąd przeczytałyśmy książkę o tajemnicy zamku, naszym ulubionym zajęciem były nocne spacery po parku wokół miejsca zbrodni, zaglądanie do ciemnych zamkowych okien w nadziei na to, że w którymś z nich rozbłyśnie światło zapalonej świecy, a zamordowany car w białej nocnej koszuli i nocnym czepku na głowie powita nas w ciemności okiennych otworów, czyniąc płomieniem świecy znak krzyża.

mix_zamok_noch
Źródło: http://www.nice-places.com/articles/russia/peterburg/772.htm

W 1716 roku z zadaniem wykonania pomnika Piotra I do Rosji zaproszono włoskiego architekta-rzeźbiarza Bartolomeo Karlo Rastrelli. Artysta przybył do miasta wraz z synem – Bartolomeo Francesco, który w przyszłości stanie się jednym z najsłynniejszych artystów Petersburga, tworząc swój niepowtarzalny styl w architekturze. Natomiast przybyły do rodzącego się wśród bagien, założonego przez Piotra Wielkiego miasta, Bartolomeo miał okazję stworzyć popiersie Piotra na podstawie odlewu z maski woskowej, wykonanej z twarzy jeszcze żyjącego cara. To właśnie dzięki niemu wiemy, jak wyglądał założyciel Petersburga. Prace nad pomnikiem trwały również po śmierci Piotra I i dopiero odejście Bartolomeo przerwało dzieło wielkiego rzeźbiarza. Odlewu pomnika dokonał z kolei syn Bartolomea – Francesco, lecz po śmierci Elżbiety Piotrowny los pomnika został przesądzony – gotowe dzieło przerzucano z magazynu do magazynu i dopiero na rozkaz Pawła pomnik wreszcie ustawiono przed głównym wejściem Pałacu Michajłowskiego. Napis na piedestale głosi: Pradziadowi od Prawnuka. 1800.

piotrI_mix.zamok2
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

„Nie koń, lecz potwór obły…

– tymi słowami opisał pomnik Aleksandra III na koniu rosyjski pisarz-filozof przełomu XIX-XX wieków Wasilij Rozanow. „Ogromne, potężne i brzydkie… Z obciętym ogonem – po co ten obcięty ogon? I co najważniejsze – jakie zadzisko ma ten koń!”.

Car Aleksander III zasłynął, przede wszystkim, z dwóch powodów. Po pierwsze, za jego panowania Rosja nie prowadziła żadnej wojny, co nie zdarzało się w moim kraju od IX wieku. Po drugie, to właśnie za jego rządów została zbudowana kolej transsyberyjska. W 1899 roku, pięć lat po śmierci cara, Nikołaj II ogłosił konkurs, którego uczestnicy mieli nadsyłać projekty pomników wielkiego cesarza Aleksandra. Pomnik miał być gotowy do 1902 roku, kiedy planowano uroczyste otwarcie kolei transsyberyjskiej wraz z inauguracją pomnika na placu przed Dworcem Nikołajewskim (dziś – Moskiewskim).

aleksander_mram_dvorec
Źródło: http://palmernw.ru/mir-piter/alexandr_3/alexandr_3.html Autor: Возлядовская А.М., Гуминенко М.В., фото, 2006-2015

Zwycięzcą konkursy został Paolo Trubecki, włoski rzeźbiarz rosyjskiego pochodzenia. W trakcie ośmioletniej pracy nad ostatecznym kształtem pomnika Trubecki wykonał aż osiem wariantów rzeźby. Końskim prototypem został rumak samego imperatora Aleksandra. Prace ukończono z dużym opóźnieniem i uroczyste otwarcie nowego pomnika odbyło się dopiero w 1909 roku. Opinie na temat tego dzieła architektury od razu były podzielone. Mieszkańcy miasta uważali, że pierwotnie pomnik zamierzano umiejscowić na Uralu, nieopodal kolei transsyberyjskiej, na granicy Europy i Azji. Z okien pędzącego pociągu zbyt monumentalna postać jeźdźca nie rzucałaby się w oczy tak bardzo, jak na placu w centrum Petersburga. Choć trzeba przyznać, że car Aleksander III rzeczywiście był potężnego wzrostu – 193 cm, tęgiej postury i ogromnej, nadludzkiej siły.

Obraz całego dzieła, a także jego wymowę symboliczną najlepiej oddają słowa Wasilija Rozanowa: „Koń się zaparł… Głowa uparta i głupia. Grzywa o mało się nie zjeżyła. Koń nie rozumie, dokąd go pcha jeździec. A zresztą – nie chce nigdzie ruszać. Ten koń jest okropnym liberałem: nie zwróci swej głowy ani do tyłu, ani do przodu, ani na bok. „Wprowadź reformy, bez tego nie ruszę” – „Ja ci zaraz dam reformy!”… Koń cierpi: Munsztuk niemalże łamie mu szczękę, dolna żuchwa prawie prostopadła do linii głowy. głowa konia jest uparta i tak mało w niej geniuszu, jak w „nas wszystkich”, jak w „całej Rusi”, jak w „naszej inteligencji”. – „Chcę światła!” A ogona brak, ogon ktoś odgryzł tej mądrali. Pomiędzy ogonem, dokładniej rzecz ujmując – brakiem ogona – a złośliwym, wyszczerzonym łbem umiejscowiono ogromny tułów z ogromnymi bokami, takimiż nogami, z brzuszyskiem, jakich zdecydowanie nie znajdziemy u żadnego konia. Trubecki na pewno nie stworzył konia – to nie koń, to diabli wiedzą co!” Widząc, że koń charczy, jeździec stwierdza, że zwierzę postradało zmysły, jest zupełnie dzikie i niebezpieczne, a jeśli nie wolno na nim ruszyć, to przynajmniej należy stać  – nieruchomo i bezpiecznie. I tak się to wszystko zatrzymało, niczym zaparty koń”.

alIII_glowa_konia
Źródło: http://palmernw.ru/mir-piter/alexandr_3/alexandr_3.html Autor zdjęcia: Возлядовская А.М., Гуминенко М.В., фото, 2006-2015

Pomnik utracony 

Kolejnym wizerunkiem jeźdźca w Sankt-Petersburgu był powstały w 1913 roku pomnik Księcia Nikołaja Starszego, autorstwa włoskiego rzeźbiarza Pietro Canonica.

nikolaj_starszy
Źródło: http://dimon-porter.livejournal.com/67751.html

Niestety, w październiku 1918 roku pomnik na mocy dekretu o monumentalnej propagandzie, pomnik uznano za dzieło absolutnie bezwartościowe zarówno z punktu widzenia estetyki, jak i historii, po czym niezwłocznie zlikwidowano. Obecnie w miejscu tego pomnika znajduje się fontanna.

Pomnik niezłomnego Leningradu 

Pomnik konnej armii Wasilija Czapajewa został wzniesiony w oblężonym, umierającym z głodu Leningradzie w zimie 1943 roku. Piszę te słowa i możecie mi wierzyć, że mam łzy w oczach. Z dzienników osób, które przetrwały oblężenie Leningradu, z filmów, z lekcji historii wiedziałam, jak wyglądało życie i nadciągająca zamarzniętymi ulicami wygłodzonego miasta śmierć milionów ludzi – mieszkańców Leningradu… Wiedziałam też, że nawet w takich warunkach ludzie chodzili do pracy, a jak już nie mieli sił, by chodzić, zostawali w pracy na długie tygodnie…  Nie wiedziałam jednak, że wtedy pracowali nad pomnikiem Czapajewa – wierząc, że to, co robią – wbrew wszystkiemu, wśród umierających bliskich i przyjaciół – ma sens! Ta praca mogła być dla nich, bohaterów tego miasta – iskierką nadziei na przetrwanie…

czapajew
Źródło: http://dimon-porter.livejournal.com/67751.html

Kompozycja rzeźby – pędzący na koniu Wasilij Czapajew, z bagnetem w dłoni, z siedmioma żołnierzami, wspierającymi swojego dowódcę – prezentuje moment natarcia Czerwonej Gwardii. Pomnik autorstwa rzeźbiarza Matwieja Manizera był jednym z największych kompozycji w ówczesnym ZSRR – jego wysokość wynosiła 4,5 m, zaś na wykonanie odlewu zużyto 12 ton brązu. Przez lata pomnik wędrował po różnych dzielnicach Petersburga, by ostatecznie znaleźć swoje miejsce na placu przed Wojskową Akademią Łączności w jednej z północnych dzielnic miasta.

Aleksander Newski

Pomnik wielkiego dowódcy Aleksandra, który zasłynął zwycięstwem nad Szwedami w bitwie w 1240 roku, jaką stoczono nad Newą, otwarto w Petersburgu całkiem niedawno – w 2002 roku. Aleksander Newski, książę Nowogrodzki, Kijowski i Władimirski, wielki rosyjski dowódca, kanonizowany przez cerkiew prawosławną w 1547 roku, jest drugą, obok Piotra Wielkiego, symboliczną postacią miasta – to właśnie pod jego dowództwem wojska rosyjskie pokonały Krzyżaków nad Jeziorem Czudzkim pod Pskowem oraz uwolniły księstwa rosyjskie od obowiązku płacenia danin na rzecz Złotej Ordy.

aleksander_nevsky
Źródło: http://sasha-bogdanov.livejournal.com/1713074.html

Rzeźbiarz Walentin Kozeniuk rozpoczął prace nad pomnikiem już w 1967 roku. Idea upamiętnienia wizerunku wielkiego Aleksandra stała się głównym celem całego życia rzeźbiarza, niestety, Kozeniuk nie zobaczył swojego dzieła na piedestale. Po śmierci rzeźbiarza prace kontynuował jego uczeń Aleksander Palmin. Postawa Aleksandra oraz wyraz jego twarzy są odzwierciedleniem słynnej sentencji – Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

„Poskromienie koni” Klodta na Moście Aniczkowskim

W ten sposób truchcikiem zwiedziliśmy wspólnie wszystkie miejsca w Petersburgu, gdzie można spotkać jeźdźców na postumencie. A jednak koni w tym miejscu jest znacznie więcej – tyle że niekoniecznie osiodłanych. Najsłynniejszą „konną kompozycją” miasta z pewnością jest dzieło Piotra Klodta von Jungersburga „Poskromienie koni”, przedstawiające cztery sceny z procesu ujarzmienia konia przez człowieka.

Pomysł stworzenia rzeźb konnych, będących ozdobą Petersburga, zrodził się w 1832 roku. Zamówienie trafiło do młodego wówczas rzeźbiarza-samouka Piotra Klodta, który natychmiast przystąpił do jego realizacji. W listopadzie 1841 roku pierwsze dwie rzeźby ustawiono na Moście Aniczkowskim, łączącym brzegi Fontanki na Newskim Prospekcie. Tłumy zachwyconych mieszkańców Petersburga gromadziły się wokół wzniesionych na wschodniej stronie ulicy kompozycji. Po drugiej stronie rzeźbiarz tymczasowo ustawił gipsowe kopie tych samych pomników, wytrwale pracując nad ich odlewem w brązie. Dziesięć lat później Klodt wreszcie wykonał brązowe odlewy rzeźb z zamiarem ustawienia ich po drugiej stronie ulicy, lecz świeżo wykonane rzeźby wpadły w oko Fryderykowi Wilhelmowi IV Pruskiemu. Car Nikołaj postanowił sprezentować gotowe rzeźby i już wkrótce powędrowały one do Berlina, gdzie stanęły przed wejściem do siedziby króla. Klodt niestrudzenie walczy o odlew kolejnych rzeźb i już rok później konne kompozycje znów są gotowe. Jednak i tym razem miasto Piotrowe nie miało szczęścia – zobaczył je król Sycylii Ferdynand II i zapragnął mieć je u siebie w Neapolu. Car po raz kolejny poddał się namowom gościa z zagranicy, a Petersburg znów czekał na zakończenie dzieła wielkiego rzeźbiarza. Jednak, jak się okazało, długie oczekiwanie bardzo się miastu opłaciło. Klodt postanowił, że zamiast kopii dwóch pierwszych rzeźb, wykona kolejne pomniki, przedstawiające następne etapy poskromienia zwierzęcia przez człowieka. Zatem po osiemnastu latach ciężkiej pracy, w 1851 roku konna kompozycja na Moście Aniczkowskim została ukończona.

Według zamysłu artysty, rzeźby przedstawiają kolejne etapy ujarzmienia dzikiego konia. Autor bezbłędnie oddał strach, gniew, walkę i pierwsze próby podporządkowania dzikiego stworzenia. Artysta tworzył gipsowe postacie koni, odwzorowując arabskie rumaki z carskiej stajni, w tym – ulubionego ogiera Nikołaja I Amałatbeka. Przyglądając się rzeźbom, zobaczymy najdrobniejsze szczegóły budowy końskiego ciała – jego mięśnie, żyły, wyraz oczu oraz ruch, utrwalony w brązie. Podobno odwiedzający pracownię rzeźbiarza car Nikołaj stwierdził, że rzeźby Klodta są nawet lepsze od jego wspaniałych ogierów.

Chciałabym pokazać najlepsze zdjęcia, jakie udało mi się znaleźć – trafiłam na stronę wspaniałego fotografa http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395, zajmującego się fotografią miejską. Mam nadzieję, że zdjęcia jego autorstwa pozwolą zobaczyć całe piękno, dynamikę i pasję, jakie widzę w tych dziełach sztuki.

Pierwsza grupa prezentuje mężczyznę, prowadzącego dzikiego konia – koń próbuje się wyrywać, człowiek stara się utrzymać zwierzę. Atletyczna budowa chłopaka każe mi wierzyć, że to mu się udało… Jednak chyba w tej sytuacji przydałoby się wędzidło…

klodt1
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

No i mamy je – już w kolejnej rzeźbie. Koń w ogłowiu, z wędzidłem w pysku i mocno ściągniętymi pod żuchwą wodzami staje dęba. W oczach przerażonego zwierzęcia widać gniew, determinację i gotowość do walki. Moim zdaniem, chłopak naprawdę się naraża…

klodt3
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

W tym zbliżeniu możemy dokładnie zobaczyć ułożenie wędzidła w pysku konia, ogromne nozdrza i wielkie, przerażone oczy… Spójrzcie, z jaką dokładnością rzeźbiarz oddaje każdą żyłkę na końskiej głowie, zmarszczki nad górną wargą… Dopiero dzięki autorowi tych zdjęć możemy docenić ogromny talent młodego rzeźbiarza. Zapewniam, że zatrzymując się pośrodku mostu na Newskim Prospekcie i patrząc z dołu na piękne rzeźby Klodta, ciężko jest dostrzec ich każdy szczegół. Tłum ludzi, pędzący chodnikiem w każdą stronę, szum ulicy i samochodów zakłócają odbiór tego pięknego dzieła.  Myślę, że najlepiej byłoby przyjść na Most Aniczkowski o świcie, kiedy miasto na parę godzin zamiera, a szaro-różowe niebo nad Petersburgiem stanowi idealne tło do podziwiania pięknych rzeźb wielkiego artysty.

klodt4
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Trzecią grupą kompozycyjną stanowi człowiek z częściowo osiodłanym koniem, trzymanym na wodzy. Na kopytach widzimy podkowy, oprócz ogłowia – widać popręg i skórę niedźwiedzia, służącą zapewne za siodło. Koń wciąż nie chce się poddać człowiekowi, i mimo że podkuty i osiodłany, ponownie podejmuje walkę o wolność. Jednak w postawie człowieka widzimy absolutną pewność siebie, chłopak stoi wyprostowany, mocno trzymając wodze i ściągając zbuntowane zwierzę na ziemie.

klodt5
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Czy tym razem jemu się uda?

klodt6
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

Otóż, chyba jednak nie. Na ostatniej rzeźbie z tej kompozycji widzimy, że koniowi udało się wznieść nad człowiekiem, chłopak znalazł się w bardzo niebezpiecznej pozycji – na ziemi, tuż pod przednimi kopytami ogromnego zwierzęcia.

Krótka i w genialny sposób przedstawiona historia na temat relacji konia i człowieka. Perspektywa, jaką ukazuje nam ostatnie zdjęcie tej kompozycji, daje jednoznaczny obraz wyższości konia nad człowiekiem. Nawet największy atleta nie jest w stanie za pomocą siły i przymusu wygrać z tym zwierzęciem. Człowiek fizycznie jest słabszy od konia – wniosek prosty i, niestety, dla wielu z nas wciąż nieoczywisty…

klodt7
Źródło: http://timag82.livejournal.com/76563.html?thread=3045395. Autor zdjęć: Timur Agirov

No ale przecież miało być o pracy z ziemi… I chyba trochę jest, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się historii, opowiedzianej nam przez genialnego Klodta.

 

Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

Gdzie Rzym a gdzie Krym, czyli powrót do ZSRR lat 70-ch…

burcev_czaszka
Rosyjski naukowiec Igor Burcev z czaszką potomka Homo georgicus. Źródło: http://planetguide.ru/about/rukovodstvo/burcev_igor/

Wprowadzenie do tematu Zmor – pod linkiem Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Pierwsza część – pod linkiem Saga o Końskich Zmorach Część I

Informacji o tajemniczym końskich warkoczykach nie musiałam długo szukać. Rosyjska wyszukiwarka natychmiast „wypluła” mi kilkadziesiąt stron, odwołujących się do tego tematu. Oczywiście, najbardziej mnie zainteresowała strona, poświęcona wyprawom naukowym Igora Burceva, który już w latach 60-ch ubiegłego stulecia, wraz z żoną wędrował przez tereny południowego Azerbejdżanu w poszukiwaniach śladów obecności w tym rejonie przedstawicieli Homo georgicus.

Jako że lubię zgłębiać interesującą mnie problematykę, sięgając źródeł, ta ścieżka poszukiwania odpowiedzi na nurtujące pytanie od razu mnie pochłonęła. Chętnie podzielę się z Wami tym, co udało mi się odkryć.

Igor Burcev i jego poszukiwania

Urodzony w 1940-m roku Igor Burcev, dr nauk historycznych, a obecnie – wydawca i jeden z kierowników projektu „Światowa Encyklopedia Podróży”, od 1965 roku zajmuje się badaniem problematyki, związanej z historią oraz współczesnym występowaniem Homo georgicus, czyli gruzińskiego Yeti.

W czerwcu 1965 roku Igor Burcev, wraz z małżonką Aleksandrą Burcevą spędzali urlop w położonej na terenie Północnego Kaukazu Kabardo-Bałkarii. W czasie urlopu małżonkowie postanowili dołączyć do wyprawy naukowej Żanny Kofman, której celem było poszukiwanie śladów obecności almasty (tak miejscowi nazywają Yeti). Opowieści mieszkańców o pojawieniu się w ich rejonach przedstawicieli nieznanego dotąd gatunku dwunogich na tyle zafascynowały młodych naukowców, że w roku 1970-m małżonkowie Burcev organizują własną wyprawę naukową, tym razem w Góry Tałyskie, mieszczące się na pograniczu południowego Azerbejdżanu i Iranu. Mieszkające w tych rejonach Tałyszowie często wspominali miejscowemu nauczycielowi o gulajbanach i alażen, twierdząc, że te istoty wciąż przebywają w okolicznych górach.  Igor Burcev otrzymuje zgodę odpowiednich organów na przebywanie w rejonach przygranicznych i wyrusza na poszukiwanie Yeti. Tropiąc ślady obecności „leśnego człowieka”, Burcev spisuje relacje świadków o spotkaniach z tymi istotami, odnotowując każdą najmniejszą wzmiankę, dotyczącą przedmiotu badań. W jednej z rozmów miejscowi górale wspomnieli o tym, że w grzywach ich koni często pojawiają się dziwne warkoczyki – wieczorem stada są puszczane na nocny popas i oddalają się od osady na znaczne odległości, a rano, kiedy wracają, ich grzywy są w charakterystyczny sposób poplątane.

271352453f63d1448
Końskie warkoczyki w Górach Tałyskich – Południowy Azerbejdżan, lata 70-e. Źródło: http://planetguide.ru/about/rukovodstvo/burcev_igor/

Burcev wielokrotnie pytał górali, kto i w jakim celu może plątać koniom grzywy, na co miejscowi jednym głosem twierdzili, że jest to sprawka szajtana. I gdyby tylko chodziło o same warkoczyki – to pal licho, niech już je mają, i tak żadnego nie da się rozplątać… Ale konie często wracają zupełnie wyczerpane, jakby przez całą noc opędzały się od złych duchów lub ktoś uporczywie ganiał je po  górskich pastwiskach.

Przez kolejne trzy lata Burcevy przyjeżdżali w Góry Tałyskie, zbierając od okolicznych mieszkańców nie tylko opowieści, lecz również wycięte z końskich grzyw warkoczyki. Po trzech wyprawach uzbierało się ich ponad 40 – zaplecionych w bardzo podobny sposób, a różniących się jedynie  wielkością i stopniem staranności wykonania. Co więcej, z terenu całego Związku Radzieckiego do Burcevych zaczęły docierać listy, opisujące podobne zdarzenia, a nawet same warkoczyki…

Czy to nie Julia „naprawia” świat?

Co ciekawe, warkocze częściej pojawiały się w grzywach klaczy… Nic w tym dziwnego, wszak warkocze nie od dziś stanowią główną ozdobę prawdziwej kobiety… No i od razu mam przed oczami Julię Timoszenko… Nie wiem, ale ilekroć próbuję sobie wyobrazić kogoś, kto mógłby z takim poświęceniem, noc za nocą, wędrować po polach, upiększając końskie grzywy, to natychmiast wyłania mi się obraz nocnej Julii… No sama nie wiem…  może w dzieciństwie ćwiczyła na końskich grzywach… Ale dość już dygresji, wracamy na ścieżkę naukową.

1819970c11f0
Źródło: http://www.dombayclub.ru/index.php?showtopic=452

Pewnego dnia Burcev zauważył w grzywie jednej z kobył coś, co przypominało zalążki warkoczyków. Chcąc za wszelką cenę”dorwać” nocnego fryzjera, Burcev postanowił jej towarzyszyć podczas nocnego wypasu. Proces powstawania warkoczy trwał trzy doby. Warkocze wyłaniały się stopniowo, każdej nocy fryzura była starannie dopracowywana. Co ciekawe, Burcev odkrył, że nocne warkoczyki  „rosną” od dołu, czyli od końcówek włosów, a nie od nasady, tak jak plecie się normalne warkocze. Po pierwszej nocy Burcev zauważył w kobylej grzywie malutki warkoczyk, spleciony z końcówek włosów. Następnego ranka warkocz się powiększył, a jeszcze nie zaplecione pasemka grzywy zostały poskręcane na kształt dredów. Trzeciego dnia powstał warkocz ze skręconych włosów, lecz sięgał jedynie do połowy długości grzywy, i już się nie powiększał. Powstało coś w rodzaju pętli, zakończonej warkoczem. Po dokładnym obejrzeniu grzywy, Burcev zauważył na końcówce warkocza kawałek gliny, który sklejał dolne pasemka włosów. Czyżby komuś zależało na trwałości fryzury? Po trzech bezsennych nocach, zmęczony i przemoknięty do suchej nitki, Burcev wreszcie mógł odpocząć i przemyśleć to, co udało mu się zaobserwować. Siedział na metalowym łóżku w wagonie, będącym jedynym schronieniem naukowca, jadł arbuza i nagle doznał olśnienia! Wyciął z kawałka materiału, jaki miał pod ręką, trzy wąskie pasemka, uwiązał je obok siebie przy górnej ramie łóżka, łącząc końcówki małym węzłem. Następnie zaczął obracać powstałym z trzech końcówek węzełkiem – przerzucając go raz między pierwsze dwa pasma, następnie – między drugie a trzecie. Na jego oczach zaczął powstawać warkocz, co więcej – powstawał właśnie od dołu, czyli dokładnie tak, jak w końskich grzywach! No cóż, jednak nie była to sprawka Julii…

DSCF0089
Źródło: http://forum.swiatkoni.pl/topic/5305-demony-dreczace-konie/

Końskie warkocze powstają same z siebie – odkrył Burcev. Wystarczy, że kilka pasemek końskiej grzywy sklei się między sobą – za pomocą kawałka gliny, śliny czy innej lepkiej mazi, a koń już sam resztę zrobi. Oganiając się od much, konie tysiące razy dziennie machają głową, więc posklejane włosy mogą wielokrotnie w ciągu dnia trafić raz między jedne pasemka, raz – między drugie, tworząc w ten sposób nierówny, niedoskonały, lecz mimo wszystko – warkocz!

Tamtego dnia Burcev postanowił zakończyć swoje poszukiwania, a temat końskich warkoczyków wydawał mu się tematem zamkniętym. Jednak radziecki naukowiec się pomylił – i już wkrótce powrócił do tego tematu.

Saga o Końskich Zmorach – Część III

 

Saga o Końskich Zmorach Część I: Dziadek z Marij El i jak spotkałam Końskie Zmory

Wprowadzenie do tematu Końskich Zmor – pod linkiem Nocne rozróby i sprawa warkoczyków

Jak odkryłam „dziadka” z Marij El

bath132

Będąc z natury niedowiarkiem, zaczęłam się dopytywać. I co się okazało? Otóż, prawie każdy, kto miał do czynienia z końmi, słyszał o końskich warkoczykach lub nawet osobiście widział je na swoim koniu. I rzeczywiście, podobno nie da się tych warkoczy rozplątać – jedynym wyjściem zazwyczaj jest wycięcie tych poplątanych, mało estetycznych dredów. Zdarzyło się to nawet w stajni Kasi i Edka, gdzie rano znaleźli znerwicowaną kobyłę z warkoczami w grzywie. Reszta koni przebywających w stajni była nietknięta przez nocnego „cyrulika”. Coś w tym musiało być, kuna – nie kuna, ktoś przecież plątał końską grzywę!

Tej samej jesieni, niedługo po nocnych rozróbach w stajni, przyjechali do nas z Petersburga w odwiedziny mój brat z bratową. Oczywiście, poszliśmy poznać Spartka, a w drodze powrotnej opowiedziałam im o tym, co nam się przydarzyło i co za dziwne historie opowiadają moi znajomi koniarze. Ku mojemu zaskoczeniu, po wysłuchaniu moich opowieści bratowa – Masza – uśmiechnęła się i powiedziała, że takie historie opowiadał jej kiedyś dziadek, który, jak się okazało, całe życie pracował w stajni. Rodzina Maszy pochodzi z nadwołżańskich terenów Republiki o pięknej nazwie Marij El w środkowej Rosji. Tam też co roku wyjeżdżała do dziadków na wakacje. Opowiedziała nam, że często dziadek wysyłał dzieciaki na pastwisko po konie, więc Masza, wraz z koleżankami z sąsiedztwa, biegła na łąki, gdzie dziewczęta wdrapywały się na koński grzbiet i – bez siodła i ogłowia – sprowadzały konie do stajni. Któregoś lata, goszcząc i dziadków, Masza zagrała nawet w filmie, gdzie jako mała dziewczynka pędzi galopem na oklep przez bezkresne nadwołżańskie stepy. Ekipa filmowa, poszukująca pięknych plenerów i potrzebująca do filmu sceny z galopującą na koniu dziewczynką, zawędrowała do stajni dziadka… Oczywiście, Masza zgłosiła się na ochotniczkę i tym sposobem zaistniała na szerokim ekranie. Muszę się jej dopytać, co to był za film…  Chciałabym to zobaczyć! Zwłaszcza że teraz, po upływie wielu lat, Masza nie odważyła się nawet wejść na pastwisko Spartka i Magnolii…  Wróćmy jednak do naszych warkoczyków.

A więc również nad Wołgą ktoś bawi się w nocnego fryzjera?  Zaczęłam przeszukiwać Internet. Znając upodobanie moich rodaków do mistycyzmu, udałam się na strony, jakie podpowiadały mi rosyjskie wyszukiwarki. Wiedziałam, że znajdę tam nie tylko liczne przykłady niewyjaśnionych faktów z życia stajennego, lecz także – próby ich naukowego wyjaśnienia.

Szajtan, Yeti, Domowoj, Almasty, Goblin, jednym słowem – Końska Zmora

domovo3i

Opowieści o końskich zmorach, które przedzierają się do stajni w nocy, wskakują na koński grzbiet i dręczą konie, zostawiając nad ranem w ich grzywach mocno posplatane warkocze, krążą po całym świecie. Legenda głosi, że są to złe lub dobre duszyczki, zamieszkujące w pobliżu ludzkiego domostwa, występujące na całym świecie. W różnych rejonach Kaukazu są to szajtany, gulajbany, almasty, kaptary lub lesza-adam, co w tłumaczeniu zawsze oznacza to samo – „dziki leśny człowiek”. W Rosji na te przedziwne stwory mówią „domowoj” lub „stajenny susedko”. W Czuwaszji – „hert-surt”, we Włoszech – „langetti”, w Anglii – „gobliny”, zaś w Stanach Zjednoczonych – „bigfooty” lub „sasquatch”… W Polsce uważa się, że stajnie nawiedzają  straszliwe „końskie zmory”. Nie wiem, jakie macie skojarzenia, ale moim zdaniem, nazwa „końska zmora” określa raczej istotę płci pięknej. Zatem – polska demonologia ludowa doszukuje się w stajennych opowieściach pierwiastka żeńskiego, co wcale nie jest nielogiczne – w końcu dziewczynki od najmłodszych lat bawią się, zaplatając sobie nawzajem warkoczyki, a i stajnie w Polsce od dawna są opanowane przez kobiety. Jednakże wiele lat temu, gdy rodziły się legendy, kobieta w stajni była zjawiskiem raczej niespotykanym. Stąd pewnie samo pojawienie się w stajni białogłowy mogło zwiastować rozmaite końskie choroby, dziwne zdarzenia i mówiąc w skrócie – same nieszczęścia.

9f3499024f1815f890075d78e2c124bc,62,37

Skoro już mówimy o końskich zmorach, chciałabym się do czegoś przyznać… Dziewczyny, które przyjeżdżały do stajni pana Zbyszka i opiekowały się Magnolią, przepraszam Was bardzo… Odkąd dowiedziałam się, że coś takiego w ogóle istnieje, mówiłam o Was „końskie zmory”… A to tylko dlatego, że będąc w stajni nawet dwa razy dziennie, spędzając ze Spartkiem sporo czasu i widząc, że ktoś, oprócz mnie, także tu zagląda, co więcej, słysząc od pana Zbyszka, że bywacie regularnie, i nie widząc Was przez kolejne trzy miesiące ani razu, wzbudzałyście swoją niewidzialną obecnością moje szczere zdziwienie. Spotkałyśmy się dopiero pod koniec naszego pobytu, poznałyśmy się i nawet obdarowałyście nas ze Spartkiem domowej roboty ziołową nalewką na owady… Pięknie pachniała lawendą i rozmarynem. Co więcej,  zapach ten przypadł do gustu nawet owadom… Tym niemniej – nie jesteście „końskimi zmorami”, teraz już wiem, i nawet podwoziłam Was któregoś dnia do domu… Zatem, przepraszam, i szkoda, że się wcześniej nie poznałyśmy.

Saga o Końskich Zmorach Część II: Nocna Julia i radzieccy naukowcy

 

 

 

 

 

 

 

 

Nocne rozróby i sprawa warkoczyków…

Na co mu człowiek, pani Irinko?

Kolejne zadziwiające zdarzenie miało miejsce w stajni pana Zbyszka mniej więcej po miesiącu od momentu, kiedy się tam sprowadziliśmy. Spartan skutecznie utwierdzał nas w przekonaniu, że nie jesteśmy mile widziani w jego przestrzeni, którą stopniowo powiększał – poczynając od bosku, aż po pastwiska i padoki. Towarzystwo Magnolii ewidentnie bardziej mu odpowiadało. Ubolewałam nad tym, że budowanie relacji ze Spartkiem kompletnie mi nie wychodzi, co pan Zbyszek z charakterystycznym uśmiechem na twarzy skwitował następująco: „Hahaha, pani Irinko, przecież my koniom do niczego nie jesteśmy potrzebni! Jak jest trawa, woda i towarzystwo drugiego konia, to na co mu człowiek? Hahaha”.

SAM_3149

Czasem było miło…

Mimo że wcale nie było mi do śmiechu, musiałam przyznać panu Zbyszkowi rację. Kolejne treningi najczęściej sprowadzały się do prób złapania konia, a następnie – poprowadzenia go na uwiązie na odległość dwóch-trzech metrów. Czasem miałyśmy z Kasią szczęście i udawało się zamknąć Spartana na małym padoku przy stajni, gdzie zaczynałyśmy od podstawowych ćwiczeń z ziemi. Odczulanie na bat, przesuniecie przodu, tyłu, odesłanie na koło, cofanie i podchodzenie, ruch po kole w obu kierunkach… Treningi sprawiały nam dużo radości, widziałam, że koń zaczyna rozumieć nasze polecenia i mimo występujących raz po raz buntów i ucieczek przez ogrodzone pastuchem elektrycznym padoki, robiliśmy wyraźne postępy.

DSC_1429

 

Byłam w stajni prawie codziennie, niekiedy nawet rano i wieczorem. Zabierałam jednego czy dwa psy i jechałam odwiedzić Spartka. Rzadko kiedy ruszał w moim kierunku na powitanie – jedyne, co go naprawdę fascynowało, to broda naszej Moleńki. Zatem najczęściej zabierałam do stajni właśnie ją. Tak minął nam pierwszy miesiąc…

Niepokojące doniesienia

Pod koniec września, pamiętam, odebrałam telefon od Kasi. Przejęta, powiedziała mi, że dzwonił do niej pan Zbyszek i poinformował o przykrym nocnym zajściu w jego stajni. Do mnie podobno nie chciał dzwonić, by mnie niepotrzebnie nie denerwować, a Kasi chciał się przy okazji poradzić – może ona będzie wiedziała, co się mogło wydarzyć i co robić… Miałam się nie denerwować, ale rzecz jasna po takim wstępie – cała się trzęsłam…

SAM_3281Otóż, kiedy stajenny przyszedł rano do koni i otworzył drzwi stajni, okazało się, że boksy są zdewastowane, Spartan przedarł się do Magnolii, cała wewnętrzna drewniana konstrukcja stajni jest w ruinie, Magnolia poobijana, spieniona, obolała i nie pozwala się do siebie zbliżyć. Kopie, gryzie, jest przerażona… O stanie psychicznym Spartana pan Zbyszek nie wspominał, stąd wywnioskowałam, że nie było z nim najgorzej. Najprawdopodobniej to właśnie on tak straszliwie narozrabiał, pogryzł i potłukł Magnolię i rozwalił stajnię… Pan Zbyszek nie chciał mi mówić o całym zdarzeniu, prosił jednak Kasię o pomoc – może przyjechałaby do stajni, zobaczyć, co się dzieje z końmi i, przede wszystkim, „porozmawiać ze Spartkiem”!

 

Ale się porobiło…

Ileż to razy już słyszałam, że ta moja chłopina narozrabiała… No cóż, Kasia udała się do stajni, ja oczywiście także czym prędzej  dotarłam na miejsce zbrodni. Do tego czasu pan Zbyszek już zreperował największe szkody, odseparował Magnolię i czekał na nas, witając przy samej bramie: „Hahaha, ale się porobiło, pani Irinko… „. Obeszłyśmy okolicę, sprawdzając, czy wokół stajni nie widać śladów dzików czy innych dzikich zwierząt, które mogły wystraszyć konie. Obwąchałyśmy wszystkie kąty, próbując dostrzec koci zapach – może któryś z okolicznych wędrownych kotów przedostał się w nocy do stajni i spłoszył Spartana i Magnolię. Nie udało nam się jednak znaleźć żadnych śladów obecności istot innych, poza kopytnymi.

SAM_3277

Spartan, zdaje się, już zdążył zapomnieć o nocnym zajściu i z miną niewiniątka przechadzał się po łące. Magnolia łypała na nas niedobrym okiem i starała się trzymać z daleka… Pokręciłyśmy się po stajni jeszcze z pół godziny, po czym Kasia pojechała, a ja postanowiłam zasięgnąć języka wśród sąsiadów. Wtedy przyszła do mnie na pogaduchy żona stajennego. Oczywiście, słyszała o tym, co się stało. W sposób prosty i rzeczowy wytłumaczyła mi całą zagadkę: „Jasna sprawa – powiedziała. – Kuny plotły warkoczyki…”.

Jakie kuny? Jakie warkoczyki?

„Jakie kuny? Jakie warkoczyki?” – spytałam, starając się zachować poważną minę. Przyznam, że mnie rozbawiła.

– „No normalne, kuny”.

„Aha” – pomyślałam – To ja już będę się powoli zbierać…”. Pożegnałam się i wsiadłam do samochodu. „Co za bzdury ta dziewczyna wygaduje? Istny dom wariatów”!

W tym przekonaniu wróciłam do domu, jednak to, co dziewczyna powiedziała, wciąż nie dawało mi spokoju. Zaczęłam pytać wszystkich znajomych koniarzy, co mogła mieć na myśli, i szukać informacji w Internecie. To, co odkryłam, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. I początkiem zgłębiania tematu tajemniczych końskich warkoczyków…

Już wkrótce – ciąg dalszy 🙂

Saga o Końskich Zmorach Część I

Dzieci na grzbiecie i pierwsze zaskoczenie…

DSC_1341

Tym razem chcę opowiedzieć o wydarzeniach sprzed trzech lat, kiedy po kupnie Spartana ulokowaliśmy go w małej przydomowej stajence, znajdującej się w sąsiedniej wiosce. Właścicielem owej stajni był i nadal jest pan Zbyszek – przesympatyczny człowiek, zawsze uśmiechnięty i przepełniony optymizmem. Współlokatorką Spartka była należąca do pana Zbyszka duża kobyła o pięknym imieniu Magnolia. Drewniana stajenka na dwa konie tuż pod lasem, spore padoki z piękną soczystą trawą, staw i absolutny spokój – to mnie od razu urzekło… Właściciel stajni nie poszukiwał koni na pensjonat, ale mijając wielokrotnie jego posesję, zawsze marzyłam o tym, by mój koń mógł kiedyś zamieszkać w takim właśnie miejscu. Kiedy zaś decyzja o kupnie Spartana zapadła, zapukałam do drzwi gospodarza i zapytałam, czy nie przyjąłby nas na pensjonat. „Nie ma problemu, hahaha,” – powiedział pan Zbyszek i umówiliśmy się na termin naszego przyjazdu.

spartan_16_08_2
Pierwsze dni w stajni minęły spokojnie – konie się zapoznawały, Spartan odpoczywał po ciężkim okresie wakacyjnym, a ja oswajałam się z myślą o tym, że marzenie się spełniło… Chcąc się podzielić swoją radością, już w najbliższy weekend zaprosiliśmy znajomych z dzieciakami. Każdy chciał poznać naszego rumaka, a dzieci, jak to dzieci, marzyły o tym, by znaleźć się na końskim grzbiecie. Oczywiście, pomyślałam, że to dobry pomysł – w końcu koń od zawsze pracował z dzieciakami, a nawet „chodził” w hipoterapii, więc śmiało możemy zaprosić znajome dzieciaki na tzw. oprowadzanki. Za pomocą marchewek udało nam się zwabić Spartka na mniejszy, ogrodzony padoczek tuż przy stajni. Kółko z maluchem – parę marchewek w podziękowaniu od każdego z młodych jeźdźców. Ja prowadziłam konia na kantarze, Mateusz asekurował przy dziecku. Cała Spartkowa praca zajęła może z 20 minut, więc nie można było powiedzieć, że się przemęczył. Za to radości było co niemiara! Jeszcze parę marchewek na koniec, dużo głaskania i pochwał i wyjechaliśmy ze stajni do domu, gdzie czekało nas wspólne grillowanie. Byłam bardzo zadowolona, że mamy tak miłego, grzecznego i spokojnego rumaka! Kochającego dzieci, ludzi i cały świat.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia rano usłyszałam od pana Zbyszka, że parę minut po naszym wyjeździe w Spartana wstąpiła bestia – koń wściekle galopował po padoku, brykając i rozwalając kopytami drewniane ogrodzenie, łamiąc płoty i atakując każdego, kto próbował przemówić mu do rozsądku. Atak szału trwał niecałe pół godziny. Tego czasu wystarczyło, by napędzić stracha gospodarzom i nabrać wątpliwości co do poczytalności tego pensjonariusza. No cóż, ślady kataklizmu widziałam na własne oczy, więc nie miałam żadnych podstaw, by panu Zbyszkowi nie wierzyć…
Zadwoniłam do mojej trenerki Kasi, by opowiedzieć o zdarzeniu. Oczywiście, już poprzedniego dnia zdążyłam się jej pochwalić, jak grzeczny był nasz koń przy oprowadzankach, jak kocha dzieci itd… To, co się stało później, nie miało innego wytłumaczenia niż, powiedzmy, atak gzów czy innych robali. Stwierdziłyśmy, że coś go musiało mocno „użreć” albo zaplątać się w grzywie czy ogonie. Latem, kiedy jest pełno robaków, będących zmorą wszystkich koniarzy, to się zdarza, więc mogło się zdarzyć i Spartkowi.
Jako że udało nam się znaleźć logiczne wyjaśnienie dziwnego Spartkowego zachowania, a pan Zbyszek nie wyrzucił nas z pensjonatu, wciąż tkwiłam w przekonaniu, że mam miłego, przyjaznego wałaszka… Kolejną niespodziankę Spartek szykował na pierwszy trening z Kasią.
Przed treningiem zamierzałam sprowadzić Spartana z łąki, na której pasł sie w towarzystwie Magnolii, i wyczyścić tak, byśmy powitali Kasię zwarci i gotowi do pracy na padoku przed stajnią. Myślałam, że bez problemu uwiniemy się z przygotowaniem konia w dwadzieścia minut. Niestety, okazało się, że złapanie konia nawet na niewielkiej ogrodzonej łące jest dużym wyzwaniem. Kiedy zbliżałam się do Spartka z uwiązem w ręku, odchodził, kuląc uszy. Kilkakrotnie ustawiał się do mnie zadem, dając mi wyraźnie do zrozumienia, że byłoby lepiej, gdybym dała mu spokój. „Ok – pomyślałam. – Słyszałam, że czasem ciężko jest złapać konia i zaprowadzić do pracy”. Dwadzieścia minut minęło dość szybko, więc kiedy pojawiła się Kasia, stałam na środku łąki z uwiązem w ręku, a koń nadal pasł się kilkanaście metrów ode mnie. Przyznałam się, że mam problem z jego złapaniem i chyba potrzebuję pomocy. Po kilku podejściach Kasi  udało się zapiąć koniowi uwiąz i szczęśliwe ruszyłyśmy na padok, od którego dzieliło nas zaledwie kilkanaście metrów. „Uff, ale nam się trafił gagatek” – śmiałyśmy się, ruszając w kierunku stajni z podążającym za nami koniem. Ledwo zdążyłyśmy to wypowiedzieć, Spartana już za nami nie było. Nasz „gagatek” zrobił dwa, może trzy kroki, i wyrwał się, wracając do spożywania trawy w towarzystwie Magnolii.

spartan_16_08_3

Pamiętam nasze zdumienie… Co to było? Przecież jak już się zapnie koniowi uwiąz, to się ma sprawę załatwioną! Chce czy nie chce – koń podąża za człowiekiem! Tak było, tak powinno być i tak jest w 99,9% przypadków koni. Spartan okazał się tym „wyjątkiem od reguły”. Kolejne czterdzieści minut minęło jak jedna chwila… Spartan nie podążał za człowiekiem – nie miał najmniejszego zamiaru ułatwiać nam życia. Ruszałyśmy po raz enty, on się wyrywał i odbiegał tam, skąd przed chwilą go zabrano… Dodam tylko, że determinacja półtonowego zwierzęcia jest naprawdę nie do pokonania, więc jeśli taki zwierz postanowi, że nigdzie nie pójdzie, to jesteśmy skazani na przegraną. Wyszłam z padoku i stojąc przy ogrodzeniu obserwowałam, jak Kasia prowadzi Spartana w kierunku stajni, nie spuszczając z niego oczu – idąc tyłem do przodu i korygując każdą próbę ucieczki konia na bok, metr po metrze. W końcu się udało.
W ten sposób zaczęłam poznawać Spartka… Im więcej z nim przebywałam, tym bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że obecność w jego życiu człowieka – to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje mój koń. Nie chciał nawiązywać żadnych relacji, nie chciał głaskania, czasem nawet smakołyków. O tym, że nie chciał współpracować z ludźmi, nawet nie wspomnę. Po jakimś czasie zrozumiałam, co tak „ugryzło” Spartana po wizycie w stajni dzieciaków. W pierwszych dniach u nas Spartek siłą rozpędu i przyzwyczajenia do ciężkiej pracy poddał się na te kilkanaście minut i „odbębnił” swoje oprowadzanki… Zacisnął zęby i zrobił to, o co go prosiłam, jednak chwilę później musiał to odreagować. Jego wściekłość i bunt, a wcale nie uciążliwe owady, stały się przyczyną szaleńczych wybryków i niszczenia wszystkiego, co trafiło mu się na drodze… Zrozumiałam to po paru miesiącach ze Spartkiem, kiedy nauczyłam się odczytywać jego emocje i interpretować zachowania…

 

Spartan i pragmatyzm, czyli parę słów na temat naszych sukcesów

vlcsnap-2016-06-12-23h12m03s301

Cudowne uzdrowienie

Odkąd w stajni pojawił się Mateusz z kamerą, skończyły się ucieczki Spartka przy sprowadzaniu. Czy zrobiło mu się zwyczajnie wstyd? Czy nie chce, byście zobaczyli jego, delikatnie mówiąc, niesubordynacje? A może brakuje mu tzw. „męskiej ręki”? Dwa tygodnie temu, jak byliśmy w stajni z próbą nagrywania Spartkowych ucieczek, Mateusz podobno wziął go na bok „na dwa słówka”… No cóż, tak czy inaczej poskutkowało. Zatem od dwóch tygodni mam normalnego zwierza 🙂
Przyjeżdzam do stajni dwa-trzy razy w tygodniu i za każdym razem Spartan czeka na mnie przy bramce, gotowy do wyjścia. Założę się, że jakby miał na padoku szafkę ze sprzętem, to by sam sobie kantar założył i przypiął linę – taki z niego zuch, zwarty i gotowy do pracy. Mało tego, że wychodzi z padoku, to jeszcze bez buntów podąża za mną prosto na ujeżdżalnię czy lonżownik – „gdzie pani sobie życzy” 🙂

Zawrót głowy od sukcesów

Mało tego, że bez najmniejszego problemu dochodzimy do miejsca pracy, to jeszcze ciężko pracujemy na treningach z Gosią Maciejewską! Pomijając moje błędy w dosiadzie i wielu innych rzeczach, pracuje nam się ze Spartkiem rewelacyjnie! Koń się stara, skupia się, bardzo angażuje w wykonywanie stawianych przed nim zadań i mimo całej mojej nieporadności, niemalże intuicyjnie wyczuwa, o co mi chodzi. Ponieważ mamy do czynienia z osobnikiem niezwykle inteligentnym i jednocześnie wielkim spryciarzem, w trakcie treningu nie możemy sobie pozwolić nawet na chwilę nudy. Umysł Spartka musi być cały czas pochłonięty pracą, a raczej – współpracą z jeźdźcem. Chwila luzu natychmiast zostaje przez Spartana wykorzystana na skuteczne znalezienie” stracha” – np. czającego się w trawie zająca, skradającego się w kierunku ujeżdżalni psa lub, za przeproszeniem, końską kupę, która zaległa w narożniku ujeżdżalni i tylko czeka, aż się do niej zbliżymy… a wtedy wiadomo co… No właśnie – koń wykona samowolny ruch w bok, udając wielce przestraszonego, a kiedy zejdziemy ze ścieżki i jeździec z całych sił będzie próbował skierować jego kopyta z powrotem, zacznie się walka, doprowadzająca obu jej uczestników do szewskiej pasji. Za każdym razem staje się to próbą podważenia autorytetu jeźdźca i postawienia na swoim. Już wiem, jak do tego nie doprowadzać. Recepta jest prosta – zająć Spartka pracą, zainteresować nowymi ćwiczeniami, zmieniać schematy, robić dużo przejść i wolt w narożnikach, na ścianach – zatrzymanie, cofanie, ruch do przodu. Pilnować tempa, skracać i wydłużać krok w kłusie. To wszystko wykonujemy na razie nieporadnie, pewnie z ogromną ilością błędów i w sposób daleki od doskonałości, ale idziemy w naszej pracy do przodu.

Wyrachowana – nie tylko świnia 🙂

Po dwóch ostatnich treningach widać, że Spartan nie ma nic przeciwko rzetelnej pracy, ale lubi pracę sensowną, ciekawą i konsekwentną. Wtedy jest pozytywnie energiczny i wie, że jeździec jest z niego zadowolony. Z kolei krążąc po ujeżdżalni ze mną na grzbiecie luźnym stępem lub byle jakim kłusem, szybko zaczyna się nudzić, i skoro nie mam mu nic lepszego do zaoferowania, raz po raz sugeruje mi, zjeżdżając na środek ujeżdżalni, żebym lepiej zsiadła i poszlibyśmy na trawkę. No cóż, rozumiem jego pragmatyczne podejście. Zresztą, wśród koni jest to postawa niezwykle rozpowszechniona. Wszystko, co robią, musi mieć swój jasno określony cel, a efekt każdego wysiłku ma przynieść wymierne korzyści – w postaci, na przykład, pozyskania pożywienia.
I w tym momencie wracamy do naszego cudownego „uzdrowienia”. Czy koń mi się zmienił, bo od kilku tygodni zaczęliśmy w miarę regularnie pracować z trenerem? Czy chodzi raczej o to, że stado od dłuższego czasu stoi na „zimowym” padoku, gdzie nie ma trawy i żadnych rozrywek, oprócz podjadania siana, więc Spartkowi zwyczajnie się kalkuluje wyjść ze mną, by popracować godzinkę, po czym ma zapewnioną porcję musli z owocami i godzinkę-dwie popasu na świeżej trawce?
Chciałabym wierzyć, że Spartek, powiedzmy, nabrał ogłady, ale za długo go znam, bym w to uwierzyła 🙂 Zobaczymy, co się będzie działo, jak w końcu pójdą na trawiaste padoki – a to już niebawem…

Cały Spartan, czyli krótko o tym, jak znów nam się nie udało…

Często ostatnio wracam myślami do lat mojego dzieciństwa, wspominam to i owo, a temat zasadniczy tego bloga, czyli tytułowe „spartańskie wychowanie”, można by rzecz, leży i kwiczy 🙂

Otóż czas najwyższy powiedzieć, na czym polega największy problem ze Spartkiem i dlaczego kolejne próby jego wychowania kończą się fiaskiem. Spartan jest koniem, który pewnie jeszcze w okresie dorastania nauczył się wyrywać przy prowadzeniu. Myślę, że każdy koń próbuje kiedyś tej sztuczki. I jeśli prowadzący konia człowiek zdoła go utrzymać i postawi na swoim, takie zachowanie z pewnością ma mniejsze szanse na powtórzenie. Jeśli zaś koniowi się uda, to szybko zacznie je powtarzać, aż w końcu może ono przerodzić się w narów. Mam podejrzenie, że tak było ze Spartkiem. Nie znam warunków, w jakich mój koń dorastał i pobierał pierwsze nauki bycia z człowiekiem . Domyślam się, że był uroczym, niezbyt dużym źrebakiem, za którym przepadały dzieci. Niewykluczone, że właśnie z nimi zaczął próbować swoich sił. Dzieciaki puszczały uwiąz, konik biegł, gdzie nogi poniosą. Dużo śmiechu, trochę zabawy i przekomarzania się z młodym hucułkiem, ku uciesze rodziców. Tak to sobie wyobrażam, a jak było naprawdę, tego nie wiem.

Prawda jest taka, że kupiłam konia znarowionego i kompletnie pozbawionego szacunku do człowieka. Początkową niechęć Spartana wobec ludzi powoli udało nam się przezwyciężyć, lecz największy problem – wyrywanie się przy prowadzeniu – niestety pozostał…

Próbowaliśmy naprawdę wszystkiego. Problem udało się rozwiązać, powiedzmy, połowicznie, a dokładniej rzecz biorąc następująco: przez połowę roku ze Spartanem można jako tako się dogadać – i jest to sezon zimowy, przez drugą połowę – rzecz jasna, sezon letni, można śmiało wyjeżdżać na długie wakacje i dać sobie z nim spokój. Jako że mamy początek lata, chyba możecie się domyślić, na jakim etapie jesteśmy w tej chwili…

Pod koniec kwietnia, kiedy znów nie mogłam sprowadzić konia z padoku, przeżyłam ciężkie chwile. Przecież przez kilka zimowych miesięcy Spartek czekał na mnie przy bramie, rżał na powitanie, cieszył się na nasze wspólne wyjście i niezbyt ciężką, ale jednak pracę na lonżowniku czy ujeżdżalni. Naiwnie wyobraziłam sobie, że problem wreszcie udało się rozwiązać i mam konia, chętnego do współpracy. Wspomnę tylko, że w codziennej obsłudze stajennej też nie było większych problemów… Albo inaczej, były, ale sporadycznie.

Jak tylko pojawiła się pierwsza trawka, Spartan wrócił do swoich przyzwyczajeń. W weekend majowy przy jednej z prób jego sprowadzenia wyrwał się mi się chyba z dziesięć razy… Nawet nie poczułam złości, tylko ogromny smutek…. Niełatwo jest pożegnać się ze złudzeniami… W próbach siłowego rozwiązania problemu człowiek z góry jest skazany na porażkę. Kolec? Wędzidło? Niegdyś wypróbowane, czasem skuteczne, jednak stosując tego typu metody poskromienia złośnika, wkraczamy na wojenną ścieżkę… Koń sprowadzony z łąki i na siłę, wbrew jego woli oddzielony od koni, zazwyczaj jest trudny do opanowania. Rży i wyrywa się już na ujeżdżalni i nawet osiodłany potrafi zaprezentować prawdziwe rodeo – z brykaniem, próbą zrzucania siodła, strzelaniem z zadu itd…  Oczywiście, nigdy się nie pozwala koniowi postawić w tej dyskusji przysłowiową „kropkę nad i”. Różnymi sposobami, z ziemi lub z siodła, staramy się wtedy utemperować psotnika i, mimo wszystko, zakończyć spotkanie akcentem pozytywnym. Jednak trzeba przyznać, że współpraca ze Spartkiem wymaga naprawdę wiele cierpliwości i zdecydowanie uczy pokory.

Pokora pokorą, a w weekend majowy przeżywał prawdziwe upokorzenie… Na oczach wielu osób przebywających akurat na terenie stajni, Spartek zaprezentował cały repertuar swoich zachowań niepożądanych. Tego dnia, wracając ze stajni, próbowałam przyjąć do wiadomości, że tak już jest i inaczej nie będzie… Nie muszę co drugi dzień pędzić pięćdziesiąt kilometrów do stajni – przecież nikt tam na mnie nie czeka! Nie cieszy się na mój widok, nie chce spędzić ze mną ani chwili… Nie jestem mile widziana… Przykre, prawda?

Przez kolejnych parę tygodni próbowałam się z tym pogodzić i spróbować doszukać się w danej sytuacji chociaż jednej rzeczy pozytywnej. Przyznam, że łatwo nie było. Całe moje koniocentryczne jestestwo domagało się innej formy realizacji – i wtedy właśnie pomyślałam o założeniu bloga. Czego jak czego, ale pisania o nim Spartek nie może mi zabronić! Będę pisała o wszystkim, co jest dla mnie ważne, czego na co dzień nie mam komu albo po prostu nie umiem opowiedzieć. Pomyślałam też, że dobrze byłoby umieszczać na tym blogu filmiki z życia koni, przedstawiające np. ich stadne zachowania, relacje między poszczególnymi osobnikami czy inne interesujące momenty z końskiego życia. Oczywiście, pierwszym tematem nagrań miało być nasze „nieszczęsne” wyrywanie się. Swoją drogą, nie znalazłam w Internecie żadnych nagrań filmowych, przedstawiających ten problem. Opisów też nie jest zbyt wiele.  Konie rzadko wykazują aż tyle determinacji w tego typu zachowaniach i zazwyczaj daje się je oduczyć tego przykrego nawyku. Może dlatego problem nie został jeszcze ani szczegółowo przedstawiony, ani opisany?

Tak więc minionej niedzieli miałam wyjątkową okazję do sfilmowania Spartkowego zachowania. W wyprawie do stajni bowiem postanowił mi towarzyszyć mąż, uzbrojony w statyw oraz nowy aparat fotograficzny z rewelacyjną kamerą. Ponieważ przez ostatnie sześć tygodni Spartan ani razu nie dał się sprowadzić z padoku „po dobroci”, wyrywając się za każdym razem, aż w końcu zakładano mu na pysk pętlę z liny, która zaciska się przy próbie wyrwania, byłam absolutnie pewna, że wrócimy ze stajni bogatsi o piękny materiał filmowy.

Poprosiłam  Mateusza, by stanął z kamerą w odległości około dziesięciu metrów od wyjścia z padoku, i poszłam po Spartka. Nauczona gorzkim doświadczeniem, wskazałam nawet miejsce – jakieś 4-5 m od bramki, w którym Spartan wyrwie się po raz pierwszy. Niestety, ostatnio nie udawało nam się zajść ani o centymetr dalej.

Spartek bez problemu dał sobie założyć ogłowie i przypiąć linę, po czym chętnie ruszył do wyjścia. Było miło, ale zazwyczaj taki początek wcale nie gwarantował szczęśliwego finału. Wyszliśmy przez bramkę i ruszyliśmy korytarzem między padokami w kierunku ujeżdżalni.

vlcsnap-2016-06-12-23h15m34s616

Foto 1: Jak widać, obyło się bez walki  – Spartan grzecznie czeka, aż uporam się z zamknięciem padoku.

vlcsnap-2016-06-12-23h15m56s497

Foto 2: Odciągnięty z trawki, rosnącej tuż przy ogrodzeniu, Spartan rusza w moim kierunku.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m16s146

Foto 3: Nie zaszliśmy jeszcze tak daleko, żeby aż tak się cieszyć – na mojej twarzy rysuje się jednak zadowolenie 🙂 Spartek już wypatrzył kamerę i zerka na nią, próbując ocenić stopień potencjalnego zagrożenia.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m24s785

Foto 4: Zbliżamy się do punktu, w którym zazwyczaj koń robi w tył zwrot i ucieka pod bramę padoku. Pamiętam, że jakoś w tym momencie uprzedziłam Mateusza, by uważał, bo „zaraz się wyrwie”.

vlcsnap-2016-06-12-23h16m36s869

Foto 5: No i rzeczywiście, parę metrów dalej Spartek miał taki zamiar – na zdjęciu widać, że chętnie by poszedł już z powrotem. Nie musiałam jednak go długo przekonywać – po chwili zawahania się koń poszedł za mną dalej…

vlcsnap-2016-06-12-23h17m04s155

Foto 6: Tu mieliśmy następny moment, kiedy Spartek próbował się „wymigać” – i znowuż, uruchomiłam gagatka za pomocą cs-a i ruszyliśmy dalej.

vlcsnap-2016-06-12-23h17m44s995

Foto 7: Tuż przy wejściu na ujeżdżalnię – jeszcze nie mogę uwierzyć, że jesteśmy prawie u celu!

vlcsnap-2016-06-12-23h17m53s945

Foto 8: Przechodzimy przez bramkę – niemożliwe!!!

vlcsnap-2016-06-12-23h18m06s026

Foto 9: Koń na ujeżdżalni… Jak, jak to się mogło stać???

Oto fotorelacja, niemalże krok po kroku, naszej drogi z padoku na ujeżdżalnię… Nie wiem, jak Spartan to robi – wyrywa się dzień w dzień przez sześć tygodni z rzędu, nie dając nam najmniejszej szansy na współpracę, a wystarczy że pojawi się człowiek z kamerą i zawsze prezentuje wzorcowe zachowanie! Nie po raz pierwszy przecież próbuję sfilmować jego spektakularne ucieczki przy prowadzeniu! Przez prawie trzy lata kilkakrotnie prosiłam znajomych i przyjaciół, by nagrali te Spartkowe wyczyny. Wiem, że taki materiał przydałby się też mojej przyjaciółce, która prowadzi szkolenia dla jeźdźców. Moglibyśmy też przy pomocy nagrań przeanalizować, jak, w którym momencie koń podejmuje decyzję o ucieczce i jak ewentualnie nauczyć się temu zapobiegać. Jest milion powodów, dla których chciałabym mieć to nagrane! I tylko jeden powód, dlaczego wciąż tych nagrań nie mam – przewrotność umysłu mojego konia! Tego jednego dnia w roku, kiedy jego złe zachowanie byłoby, powiedzmy, mile widziane, Spartan zachowa się wzorcowo.

Jak to mamy rozumieć? Nie potrafię czytać w jego myślach, ale nie mam już najmniejszych wątpliwości, że on czyta w człowieku jak w otwartej księdze…

No i widzicie, miało być krótko, a wyszło jak zawsze 🙂

IMG_0396

Konie w trolejbusie…

fonarKiedy próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało moje pierwsze spotkanie z końmi, w mojej głowie majaczy pewien obraz – oddalona od centrum dzielnica Petersburga, zima, śnieżyca i siarczysty mróz… Czuję na twarzy ukłucia zacinających lodowatych okruchów śniegu, jest ciemno, a ja, w towarzystwie koleżanki z klasy Nataszki, brnę przez szalejącą zawieję coraz dalej od ruchliwej ulicy, od świateł przejeżdżających samochodów i wyłaniających się w śnieżnych zamętach bloków. Przedzieramy się przez zaspy, coraz bardziej oddalając się  od cywilizacji…

Nataszka zdobyła gdzieś adres stajni, do której podobno można przyjść i w zamian za pomoc w stajni, pobrać pierwsze nauki jazdy konnej. Przez kilka dni, podczas każdej z lekcji, omawiałyśmy szczegóły naszej wyprawy, wyobrażając sobie, jak pięknie odtąd będą wyglądały nasze popołudnia, jak będziemy w pocie czoła harować przy koniach, karmić je, czyścić, prowadzić na spacery, i jak ładnie będziemy się prezentować w siodle, kiedy za jakiś czas pozwolą nam rozpocząć swoją jeździecką przygodę. Przemykałyśmy po szkolnych korytarzach z tajemniczym uśmiechem na ustach, patrząc na kolegów i koleżanki z klasy, jak na zgraję naiwniaków, których życie kręci się wokół klasówki z matematyki czy zapowiadanej od miesięcy szkolnej dyskoteki… Miałyśmy po jedenaście lat…

Z pewnością nie powiedziałyśmy rodzicom, dokąd się wybieramy tamtego popołudnia. Nie pamiętam, co wtedy wymyśliłam, ale zawsze byłam w oczach rodziców wystarczająco wiarygodna, by ani przez chwilę nie wątpić w moje słowa. Mogło być też tak, że wracający z pracy po godzinie dwudziestej rodzice po prostu nie mieli głowy do naszych dziecięcych sprawek. Więc skoro dziecko mówi, że będzie dziś do późna na treningu koszykówki, to pewnie tak jest – nawet jeśli dziecko ma wzrostu metr w kapeluszu i zero zadatków na koszykarza…

Natasza przez cały czas trzymała w rękawicy kartkę z nazwą ulicy, przy której znajdowało się nasze eldorado. W metrze, a następnie w tramwaju kilkakrotnie sprawdzałyśmy, czy nie zgubiłyśmy kartki i czy nazwa ulicy nie rozmazała się w przemokniętej rękawiczce. Po półgodzinnym marszu przez dzikie zasypane śniegiem pola (z mapy wynikało, że ulica, której szukałyśmy, biegnie przez teren niezabudowany na obrzeżach miasta) zobaczyłyśmy w oddali światło latarni. Podekscytowane, szłyśmy coraz szybciej, a za parę chwil zaczęły nas dobiegać jakieś głosy. Wszystko wskazywało na to, że jesteśmy prawie u celu. Ciężko było rozpoznać w ciemności, gdzieśmy właściwie trafiły. Zapach końskiego nawozu świadczył jednak o tym, że jesteśmy tuż przy stajni. W świetle latarni widać było kawałek ogrodzenia i porozrzucane metalowe beczki, a na środku stał zardzewiały wrak starego trolejbusu, bez okien i drzwi. Krzątające się po terenie dziewczyny, nieco starsze od nas nastolatki, nawet nie zauważyły dwóch stojących przy płocie, onieśmielonych i trzęsących się z zimna małolat. Bałyśmy się odezwać, bo nikt tu na nas, rzecz jasna, nie czekał. Czas mijał, a my patrzyłyśmy na siebie, mając nadzieję, że któraś w końcu wymyśli, co dalej. Jak to dzieciaki, miałyśmy bowiem zupełnie inne wyobrażenie zarówno stajni, jak i naszego pierwszego spotkania z końmi. Wtedy zza wraku trolejbusu wyłonił się koń – osiodłany, prowadzony przez jedną z dziewczyn. Jak się później okazało, na małym, słabo oświetlonym placu tuż za trolejbusem, właśnie skończyły się oprowadzanki. Mogłyśmy się jedynie domyślać, jakiej maści był ten koń. Z pewnością był duży i piękny, ciężko sapał i pokasływał, a wokół jego głowy unosiła się para… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po rozsiodłaniu dziewczyna poprowadziła konia w kierunku wejścia do trolejbusu! Koń posłusznie dreptał za człowiekiem, a po chwili zniknął w czeluściach pojazdu…

Do dziś nie rozumiem, jakim cudem on się tam zmieścił! Nawet nie pamiętam, czy odważyłyśmy się w końcu podejść do którejś ze stajennych dziewczyn. Głosy, a i całe ich postury, onieśmieliły nas do tego stopnia, że postanowiłyśmy się nie rzucać w oczy, zajrzeć tylko do trolejbusu i zabierać nogi za pas. Nataszka była wyższa ode mnie o całą głowę, więc jako pierwsza zajrzała przez okno „stajni”. Trolejbus był umieszczony na jakimś podwyższeniu, pewnie na płytach betonowych, żeby konie nie wypadły przez dziury w przerdzewiałej podłodze. Wnętrze trolejbusu było pozbawione krzeseł, poręczy oraz innego, całkowicie zbędnego w stajni wyposażenia, i mieściło około 9-10 koni. Stały obok siebie, w poprzek pojazdu, niektóre wychylały głowy przez okna po drugiej stronie. Nie miały, oczywiście, boksów…

Właściwie, ciężko mi jest teraz sobie wyobrazić, jak mogły się tam zmieścić i jakim cudem przeżyły w takich warunkach. Kto przy zdrowych zmysłach wsiadał na te nieszczęsne zwierzęta? Jakim cudem po nocy, spędzonej w trolejbusie, wyciągano je rano do pracy, siodłano lub zaprzęgano, i pędzono do centrum miasta – pod Pałac Zimowy czy na Plac Świętego Izaaka? Kilkanaście kilometrów szybkiego kłusa lub galopu po rozbitym asfalcie do miejsca pracy, cały dzień wożenia turystów, a wieczorem – kolejne kilkanaście kilometrów do „domu”…

Nie pamiętam, żebym płakała po powrocie. Jak się okazało później, ani ja, ani moja koleżanka, nie miałyśmy odwagi, by opowiedzieć komuś naszą historię. Zresztą, tuż po tym zdarzeniu nie odzywałyśmy się do siebie przez kilka dni, chyba udając, że nie było żadnych marzeń, żadnych planów ani tej straszliwej eskapady za miasto. Przez dobrych kilka lat starałam się nie myśleć o koniach, a mijając je w centrum miasta, wiedziałam już, że za nic w świecie nie skorzystam z zaproszenia nachalnych dziewcząt, zachęcających przechodniów do przejażdżki.

Dyskusja wokół filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P.” (w j.polskim)

Zachęcam do wysłuchania dyskusji po obejrzeniu filmu Aleksandra Nevzorova „L.E.P.”

Czytając zamieszczoną poniżej polską wersję językową rozmowy w studiu, proszę o wyrozumiałość wobec tłumacza 🙂 Starałam się oddać język i styl dyskutantów, oddając w miarę możliwości dokładnie sens wypowiedzi, zachowując składnię i słownictwo oryginału.

……………………………………………………………………………

Gordon: „L.E.P” Aleksandra Nevzorova, otwieramy nasz panel dyskusyjny… Dawno temu kręciłem film… Zazwyczaj nie pokazuję aktorom, co mają robić, jakoś wcześniej omawiamy poszczególne sceny, a w tym przypadku musiałem zademonstrować, o co mi chodzi, ponieważ aktorką była koza. W jednej ze scen koza musiała zagrać następującą sekwencję – powinna była wejść przez furtkę, podejść do głównej bohaterki, stanąć na tylnych nogach, a przednimi oprzeć się o ramiona kobiety. Tak było w scenariuszu, więc myślałem – co będzie to będzie. Tym niemniej podszedłem do kozy, uważnie spojrzałem w jej oczy – zupełnie inne od naszych, obce – i mówię do niej „Słuchaj, musisz wejść przez furtkę”…, a następnie pokazałem jej całą scenę, którą powinna była zagrać. Wszyscy na planie rechoczą. Kamera, akcja, zaczęliśmy kręcić. Koza wchodzi przez furtkę, podchodzi do bohaterki, staje na tylnych nogach, a przednie opiera.. Byłem w szoku. Od tamtej pory, kiedy jem kozie mięso, autentycznie płaczę… Czy to oznacza, że koza jest istotą rozumną? Nie wiem. Po raz kolejny doznałem szoku, kiedy prowadziłem program, w którym uczestniczyli poważni naukowcy. Na podstawie badań naukowych oni udowodnili, że mrówki znają liczby, potrafią liczyć co najmniej do dwunastu, a także potrafią odejmować, a nawet mnożyć. I to właśnie będzie przedmiotem naszej pierwszej rozmowy. Gdzie jest ta granica, dzisiaj dla nas zrozumiała lub nie, bardzo niewyraźna, która przebiega pomiędzy szaleństwem ludzkości a świadomością zwierzęcia? Gdzie znajdziemy tą linię rozdzielającą? Przecież nauczyliśmy się dziś od zwierząt wielu rzeczy, wiele tematów stało się dla nas zrozumiałych, a wiele pozostaje zagadką. Jeśli to, o czym mówi Pan w tym filmie, ma w sobie chociaż odrobinę prawdy, to człowiek oczywiście musi na nowo sformułować swój stosunek zarówno wobec świata, jak też wobec zwierząt oraz wobec siebie. Zacznijmy od pytań z widowni, jeśli można. Czy ktoś z Państwa chce zadać reżyserowi pytanie?

Timofej Bażenow (prezenter TV, dziennikarz, zoolog): W tym filmie rzeczywiście pokazuje Pan konie, które potrafią mówić i pisać. Chciałbym podziękować autorowi tego filmu za to, że tak się stało. Mogę powiedzieć, że nie tylko konie rozumieją język człowieka i mogą układać z liter poszczególne słowa, ale też inne zwierzęta. Jestem zoologiem i takie sytuacje widuję dość często. Moje pytanie – po co uczył Pan konia łaciny? Przecież ten koń dobrze rozumie po rosyjsku.

Nevzorov: To jest tradycja, której absolutnie nie mam prawa łamać. Istnieje metoda nauczania, i nie ja jestem jej twórcą. Ta metoda nie należy do mnie. Ja jedynie posiadam podstawowe i zarazem najważniejsze dokumenty, zawierające opis tej metody. Byłoby dziwne, gdybym trzymając się zasad tradycji i nie mądrząc się w innych sprawach, zaczął nagle wymyślać coś swojego w tej kwestii. Jak miała być łacina, niech będzie, tym bardziej, że całkiem dobrze się czuję w tym języku.

Gordon: Chciałbym jeszcze się o coś w związku z tym dopytać. Kiedy nauczył Pan konia rosyjskiego języka mówionego? I za pomocą jakiej metody?

Nevzorov: Film akurat nie opowiada o tym, jak się uczy konie i jak się im tłumaczy konieczność opisywania sytuacji. Film jest o tym, że praktycznie wszystkie duże ssaki mają porównywalną, pod względem anatomicznym, budowę mózgu… Powiedzmy, teraz patrzę na tą przemiłą widownię. Mamy tu twarze bardziej lub mniej sympatyczne. Teraz wyobraźcie sobie, że ci wszyscy ludzie nie otrzymali ani żadnego wychowania, ani wykształcenia. Powiedzmy, że wszyscy w wieku niemowlęcym trafili w ręce Cyganów, gdzie dorastali uwiązani na łańcuchach, lub byli porzuceniu w środku tajgi, w jakiejś opuszczonej leśniczówce. No to proszę sobie wyobrazić, jakby pewnego dnia zebrać tych wszystkich ludzi w tym studiu – jakby skakali po kamerach i sprzęcie oświetleniowym, bili się o kawałek papieru i paskudzili gdzie popadnie. Czyli rozum jest jakąś absolutnie podstawową rzeczą i w tym, co pokazałem w filmie, nie ma nic nadzwyczajnego. Ciężko jest przeciwstawić się pozycji faszyzmu, który leży u podstaw każdego z światopoglądów ludzkości. Jak opowiadał Pan przed chwilą o kozie, którą teraz zjada Pan ze łzami w oczach, to przecież jest typowy faszyzm międzygatunkowy. Bo jest przecież faszyzm wewnątrzgatunkowy…

Gordon: Nazwijmy to humanizmem.

Nevzorov: Nie, nie humanizmem, nazwijmy rzeczy po imieniu. Więc jest to faszyzm międzygatunkowy, kiedy jeden z gatunków ssaków jest absolutnie przekonany, że wszystkie pozostałe istoty są stworzone wyłącznie do zaspokajania jego potrzeb, i służą mu za rozrywkę, pokarm, i że można dowolnie rozporządzać ich losem – można zniszczyć lub ułaskawić, zabawić się ich kosztem lub nie.

Gordon: Przedstawia Pan teraz pozycję drapieżnika. Owszem, jestem drapieżnikiem. Człowiek jest istotą wszystkożerną. A propos, jest Pan wegetarianinem?

Nevzorov: Wie Pan, o tym się nie powinno mówić, dla mnie to dość dziwne pytanie, coś w stylu „Czy jada Pan śruby?”.

Gordon: Nie je Pan mięsa?

Nevzorov: Oczywiście, że nie.

Gordon: A ryby?

Nevzorov: Ryby jem.

Gordon: No proszę, a ryby potrafią liczyć do czterech. Jest Pan pewny że…

Nevzorov: To nie z powodów etycznych nie jem mięsa.

Gordon: To z jakich?

Nevzorov: Twarde nienaruszalne reguły Szkoły.

Gordon: Aha…

Nevzorov: Zasada jest prosta – nie wolno i już.

Gordon: Rozumiem, jeszcze do tego wrócimy. Wolno czy nie wolno. Humanizm a romantyzm.

Nevzorov: Może nie używajmy sztucznych i naciąganych konstrukcji słownych…

Gordon: Jak to, przecież termin „faszyzm” w odniesieniu do zwierząt jest jak najbardziej sztuczną konstrukcją słowną. Proponuję używanie terminu znanego na całym świecie – „humanizm”, gdzie człowiek znajduje się w centrum światopoglądu i wszechświata. W Pana rozumieniu , to jest właśnie faszyzm.

Nevzorov: Dobrze, to umówmy się co do terminologii. Używajmy sformułowania „humanizm, w nawiasie faszyzm”.

Gordon: Kto z Państwa chciałby zadać pytanie?

Dmitrij (z widowni): Dzien dobry, moje pytanie jest adresowane do twórcy filmu. Dlaczego nakręcił Pan ten film? Po co Pan to zrobił? Czy nie łatwiej byłoby, i pewnie z lepszym rezultatem estetycznym, napisać o tym książkę… Wszystko tak samo, tylko że w książce – po co Pan nakręcił taki film? Film mi się nie spodobał.

Nevzorov: Wszystkie filmy powstają z jednego powodu – z miłości do samego procesu tworzenia filmu.

Dmitrij: To jest nieodpowiedni proces twórczy.

Nevzorov: Pan ma swoje zdanie, ja pozostanę przy swoim. Film daje więcej możliwości do łobuzerii, do realizacji tych pragnień, by na przykład strzelić z procy po oknach pokoju nauczycielskiego.

Gordon: Rozumiem Pana, sam w swoim czasie kręciłem film o tym, że Amerykanie nigdy nie wylądowali na Księżycu. Na książkę bym się nie zdecydował. Szanowni eksperci, reżyser filmu wypowiedział pewną sentencję, wymagającą, moim zdaniem, omówienia. Otóż, jego zdaniem, każdy przedstawiciel jednego z większych gatunków ssaków ma bardzo podobny mózg do ludzkiego, z czego wynika, że potrafi myśleć i myśli. Uśmiech trolla nie schodzi z Pana ust. Proszę powiedzieć, o czym Pan myśli?

Vazemskij: Uśmiecham się, bo dyskutowanie o problemach naukowych z Nevzorovem jest zupełnie bezsensowne. Mówić o walorach artystycznych filmu też nie ma sensu, ponieważ nie jest to dzieło artystyczne i tych walorów w nim nie znajdziemy. Ponieważ z założenia Pan Nevzorov przyszedł do studia w poszukiwaniach trolla, chciałbym o trollach porozmawiać. Przecież siedzi u naprzeciwko nas drużyna trolli i jeśli pozwoli mi Pan później to wyjaśnić, chętnie to zrobię.

Sotnikowa: Ponieważ temat dyskusji stacza się w kierunku rozmowy o trollach, nie będziemy tu mogli udowodnić ani Pana racji, ani popełnionych błędów. Jednak rozmawiamy tu o nauce o nazwie hipologia, a ekspertem w tej dziedzinie w naszym studiu jest tylko jedna osoba, która przedstawiła nam pewne dane i o tym właśnie powinniśmy rozmawiać. Jeśli któryś z obecnych tu neurofizjologów czy specjalistów od anatomii wykona podobne badania, osiągnie w nich pewnych rezultatów…

Vazemskij: Kochana, jest późno, i moim zadaniem jest uspokojenie telewidzów.

Gubin: Aleksandrze Glebowiczu, jako człowiek, który z dużą podejrzliwością spogląda na Pana talent, chciałbym zadać Panu kilka pewnie bardzo głupich pytań. Zaraz Pan wytłumaczy, dlaczego te pytania są głupie. Czy nie można było poukładać litery przed koniem w porządku alfabetycznym – A, B, C, D itd.? Po co tak utrudniać zadanie, stawiane przed tym Pana wspaniałym rumakiem? Wykłada Pan przed koniem zestaw wyłącznie tych liter, z których będzie się składał wyraz? Kolejne pytanie – dlaczego Pana koń najpierw dokładnie obwąchuje ułożone przed nim litery, a potem nie chce ich oddać? Przecież powinien je oddawać, przecież rozumie chyba, że jego zadaniem jest napisanie słowa? Już nie wspomnę, kolejne idiotyczne pytanie, które przyszło mi na myśl – szanowni widzowie, jakie wy mieliście skojarzenia, kiedy zobaczyliście ten wspaniały obrazek z kałużą krwi? Jakie pojęcie abstrakcyjne przyszło wam do głowy? Konik natychmiast skojarzył, że chodzi o bijatykę… Ja na przykład nie od razu skojarzyłem… Wychodzi na to, że jesteśmy głupsi od koników? Proszę mi powiedzieć, w jakim celu Pan tak bardzo ułatwiał koniowi zadanie i dlaczego konik tak węszył? Ja, na przykład, nie rozumiem, może pan Seleznew będzie mógł uchylić nam rąbka tajemnicy…

Nevzorov: Akurat uważam, że pan Seleznew może tylko pogmatwać sprawę. Jeśli chce Pan zupełnie się pogubić, proszę go zapytać.

Seleznew: Pana Gubina interesuje, co próbuje wywęszyć konik. Jakie zapachy by mu się spodobały. Chyba wszyscy wiemy, co lubią koniki – cukier, skórkę od arbuza, marchewkę, jabłko. Na jednej literze marchewka, na innej – jabłko, prawda? Jeśli mówimy o zapachach…

Sotnikowa: Czyli Pana zdaniem, ponieważ koń bardziej lubi skórkę od arbuza, niż jabłko, to w pierwszej kolejności weźmie literę z zapachem arbuza, następnie – jabłka, dobrze Pana rozumiem?

Seleznew: Nie można tego wykluczyć. (Nevzorov się śmieje). Jakie pytanie, taka odpowiedź.

Bażenow: Długo miałem w domu papugę, ciężko chorą. Jej stan się pogarszał. Pewnego dnia podjęliśmy z moim przyjacielem decyzję o amputacji tej części ciała papugi, która nieuchronnie przybliża jego śmierć. Widząc nasze przygotowania do operacji, papuga wypowiedziała zdanie, składające się z wyrazów, jakie znała już wcześniej, lecz nigdy nie użyła ich w takim zestawieniu. Powiedział „Ostrożnie, boję się”. To jest właśnie przykład na to, że zwierzęta mają zdolność układania znanych im wcześniej wyrazów w kompletne, mające konkretny, adekwatny do sytuacji sens, zdania.

Gordon: Podobnie było z kozą…

Bażenow: Nie ma sensu smarować czymkolwiek kartki z literami, koń nie będzie wybierał tych pachnących kartek, na 100%.

Seleznew: To czemu tak je wąchał?

Bażenow: Nie wąchał, tylko patrzył. Po prostu nie ma Pan zielonego pojęcia o polu widzenia konia.

Nevzorov: Trzeba wiedzieć, jak jest zbudowana nosogardziel konia, kąt widzenia jego oka oraz nozdrza.

Seleznew: To czemu nie chciał oddać tych kartek?

Nevzorov: To jest dość energiczny ogierek, który czasem oddaje, czasem nie. Czasem podgryzie lub trochę narozrabia. Ma swój temperament i nie ma w tym nic dziwnego. Jednak nie powinien Pan wystawiać się na pośmiewisko z takimi pytaniami.

Gubin: Pytam w imieniu tych złych ludzi, co nie wierzą…

Nevzorov: Póki co tylko Panu przyszło do głowy zadać te pytania. Są tak prymitywne, że…

Gubin: że nie będzie Pan na nie odpowiadał… Rozumiem, dziękuję.

Nevzorov: Powinien Pan w tej rozmowie raczej zająć pozycję milczącego obserwatora.

Gordon: Jest chyba rzeczą oczywistą, że Aleksander tak bardzo nienawidzi ludzi, że jest gotów ubóstwiać konia.

Nevzorov: Nieprawda…

Gordon: Już dawno temu, przed Panem czczono konie… No może nie ubóstwiać, lecz wznieść do poziomu człowieka. Obejrzyjmy fragment, który ostatecznie został pominięty w końcowej wersji filmu, a potem o nim podyskutujemy.

(19.20 – do 21.40 min. programu – fragment o ludzkiej dłoni)

Gordon: Może czegoś tu nie rozumiem, ale 7 mln lat temu doszło do pewnego dramatycznego podziału. Przedstawiciele wyższych naczelnych mają bardzo podobny kształt dłoni, i mogą jej używać nie gorzej, niż człowiek – potrafią korzystać z narzędzi, by zdobyć na przykład pożywienie, mało tego, uczyć swoje dzieci, jak to się robi.

Nevzorov: Kąt odchylenia palca u wyższych naczelnych, w tym na przykład, szympansów, niestety, pozbawia je możliwości wykonywania jakichkolwiek drobnych, precyzyjnych czynności motorycznych.

Zorina: Wcale nie. Nie jakichkolwiek. Małpy wiele potrafią…

Nevzorov: Ale to i tak nie daje im żadnych większych możliwości.

Gordon: Ja akurat żyłem w przekonaniu, że jedyną różnicą pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem jest budowa krtani, która pozwala nam układać dźwięki w taki sposób, by powstawała mowa, z której w tej chwili korzystamy…

Nevzorov: Poczekaj, zgodnie ze statystyką Światowej Organizacji Zdrowia, na świecie żyje od 16 do 60 mln (są różne dane statystyczne) osób niemych. Zarówno niemych od urodzenia, jak też nie… I przy tym nie są to ludzie upośledzeni umysłowo.

Zorina: Ma Pan na myśli ludzi nie słyszących…

Nevzorov: Nie, mam na myśli niemych. Kiedy człowiek nie może wykorzystywać strun głosowych, ponieważ pewne fragmenty płatu potylicznego kory mózgu nie przekazują strunom głosowym impulsów…

Gordon: Przy tym tacy ludzie przychodzą na świat, w którym już istnieje pewna kultura, i mogą się uczyć.

Nevzorov: Dokładnie tak.

Gordon: Tyle że nauka przebiega za pomocą innych metod. To na czym polega sprzeczność?

Nevzorov: Nie ma żadnej sprzeczności. To jest tylko ilustracja Pana słów o tym, że mowa jest jakąś cechą charakterystyczną rozumu lub jego niezbędnym elementem. Tak nie jest.

Zorina: Oczywiście, że mowa jest tylko narzędziem. Ci, co nie potrafią mówić, doskonale radzą sobie za pomocą innych narzędzi.

Nevzorov: Co więcej, jak pewnie wiecie, wygenerowanie procesu mówienia, zużywa ogromną część potencjału naszego mózgu – konieczność wykonywania ustami precyzyjnych czynności motorycznych, intonacje, ruch języka… Moglibyście coś opowiedzieć o homunkulusie Penfielda… Lepiej, jeśli widzowie usłyszą to z Pana ust, bo Panu bardziej uwierzą.

Fokin: Aleksander ma rację co do tego, że ręka jest bardzo użyteczną częścią ciała, która pomogła człowiekowi w procesie ewolucji. Pomogła w rozwoju ludzkości. Wiemy jednak, że rodzą się też ludzie bez dłoni. Lecz poprzez odpowiednią naukę i wykształcenie, są to osoby doskonale funkcjonujące i pełnowartościowe.

Nevzorov: Owszem, ale ci ludzie rodzą się w świecie, stworzonym za pomocą ludzkich dłoni!

Gordon: Czy dobrze rozumiem, że ten odstający pod odpowiednim kątem duży palem dłoni stał się decydującym czynnikiem ewolucji?

Fokin: Powiedzmy, że stał się jednym z czynników… W rzeczywistości tych czynników było więcej.

Nevzorov: Poczekaj, poczekaj… To wcale nie jest jakaś tam „figura mowy”. Wyobraźmy sobie będącego istotą rozumną człowieka, który jest całkowicie pozbawiony możliwości realizacji swojego intelektu – i będziemy mieli dzikusa. Więc jeśli mówimy o ludziach, którzy rodzą się niepełnosprawni, na przykład, nie mają dłoni, to pamiętajmy, że żyją w świecie stworzonym za pomocą dłoni, i inni ludzie wykonują dla nich protezy, wózki itd.

Gordon: Absolutnie nie można zaprzeczyć temu, że kilka czynników ewolucyjnych przyczyniło się do tego, że człowiek stał się człowiekiem. Ale twierdzisz, że w tym wszystkim konie miały trochę mniej szczęścia, i tylko dlatego ludzie, którzy w sposób bezczelny wlazły na szczyt drabiny ewolucyjnej, powinni wyciągnąć do koni pomocną dłoń – no może nie dłoń, tylko łapę…

Teraz zrobimy krótką przerwę, po której porozmawiamy o tym, co naprawdę tak mocno niepokoi Aleksandra Nevzorova, że nakręcił ten, jakby to delikatnie powiedzieć, mocny film, i o czym ten film opowiada.

Gordon: To, co widzę na ekranie, to naprawdę się dzieje czy jest to pewien rytuał, nazwijmy to na razie rytuałem, niech będzie, za pomocą którego przekazuje Pan emocje, myśli, uczucia, które rodzą się podczas kontaktu z końmi, ale także dzięki któremu manipuluje Pan otoczeniem.  Myślę, że to będzie głównym tematem rozmowy w drugiej części naszego programu.

Nevzorov: Dobrze, to powiem tak. Naprawdę zadziwiające byłoby to, gdyby duży ssak, w tym przypadku koń, posiadający normalny, pełnowartościowy z punktu widzenia anatomii mózg, nie mógłby czytać czy w inny sposób korzystać ze swojego intelektu. To dopiero byłoby dziwne i godne sensacji. Ważne, żebyśmy to zrozumieli. Lecz człowiek ma problem z zaakceptowaniem tego faktu, ponieważ jego miły faszystowsko-humanistyczny światopogląd…

Gordon: Dobrze, Pan znów swoje… Mam konkretne pytania. Jest Pan w posiadaniu pewnej konkretnej wiedzy tajemnej.

Nevzorov: Nie jest to wiedza tajemna, lecz, zgodnie z tradycją, ściśle ukrywana. Przyczyny tego ukrywania nie zawsze są też dla mnie zrozumiałe. Ja nie robię z tego tajemnicy, mam swoich uczniów, którzy wykonują może nie w zupełności, lecz prawie to samo.

Gordon: Czy może Pan opublikować w którymś z czasopism naukowych opis metody, technologię tego, co Pan robi?

Nevzorov: Nie.

Gordon: Dlaczego?

Nevzorov: Dlatego że ja, powiedzmy, jestem człowiekiem rozumnym, ale ktoś inny, żeby zrozumieć proces myślenia, będzie pracował na otwartych czaszkach żywych koni. Będzie preparował czaszki nie martwych zwierząt, lecz żywych. Przecież jedna sprawa to samo czytanie, a zupełnie inna – otrzymanie… Przecież nie wciśniecie konia do aparatu do tomografii.. Nie zmieści się…

Dobrov: Wróćmy do historii, którą opowiada Pan w swoim filmie – historii o Karolu Kralu. O ile dobrze rozumiem, Karol Kral nie robił wielkiej tajemnicy z metod, jakie stosował w trakcie nauki swojego konia. To po pierwsze. Po drugie, powiedzmy sobie szczerze, Karol Kral nie był pierwszą osobą, która nauczyła konia czytać, co więcej, był czyimś uczniem.

Nevzorov: Oczywiście.

Dobrov: von Osten.

Nevzorov: Nie jest Pan zbytnio zorientowany w rzeczach, ukrytych dla oczu zwykłych czytelników. Jeśli chodzi i Wilhelma von Osten, to sprawa wcale nie jest tak oczywista.

Dobrov: Szkoda, że Pan go pominął. Żeby nieco rozładować atmosferę, opowiem krótką zabawną historię – koń, którego von Osten nauczył czytać, był orłowskim kłusakiem.

Nevzorov: To jest akurat pod znakiem zapytania…

Dobrov: Najpierw próbował uczyć konia niemieckiej rasy, lecz koń nie robił postępów, kupił więc kłusaka orłowskiego… Warto przy tej okazji podziękować hrabiemu za tę rasę koni.

Gubin: Czy ma Pan nagrania, chociaż ze zwykłej kamery, z pierwszego roku nauki konia?

Nevzorov: Tak, oczywiście.

Gubin: Gdzie mogę zobaczyć te nagrania?

Nevzorov: Pan? Nigdzie.

Gubin: Dziękuję, nie spodziewałem się innej odpowiedzi, dziękuję.

Nevzorov: Tu nie chodzi o Pana. Po prostu nie widzę sensu, by angażować cały sprzęt, a na dodatek osobę do filmowania i obrabiania nagrań tylko po to, by mógłby Pan to sobie obejrzeć. Każdej z osób, siedzących po tamtej stronie widowni, chętnie udostępnię nagrania.

Ignatiew: W życiu nie uwierzę, że to wszystko robi Pan wyłącznie dla siebie. Słusznie uważam czy znów jest to jakaś tajemnica, o której nie możemy porozmawiać?

Nevzorov: Nie używajmy, proszę, głupiego określenia „tajemnica”. To nie jest żaden sekret ani tajemnica…

Gordon: Ale nie będzie Pan tego publikował…

Nevzorov: Zależy co publikować, które fragmenty. Takie, w których nie jest przedstawiona metoda nauczania, proszę bardzo, mogę opublikować.

Gubin: To wszystko przypomina historię z postrzeleniem Nevzorova na jednej z leningradzkich ulic. Pan Nevzorov wie, kto do niego strzelał, ale nikomu o tym nie powie.

Ignatiew: Wirtuozeria całego tego przedsięwzięcia, nawet jeśli jest mistyfikacją, to i tak bardzo misterną, zakłada jednak obecność pewnego grona ekspertów, typu powstania pracy doktorskiej czy coś w tym stylu. Każde osiągnięcie w pracy, podczas realizacji której zastosowano skomplikowane techniki, musi być zweryfikowane przez jakieś niezależne grono…

Gordon: Jeśli to wszystko nie jest zwykłą medytacją…

Ignatiew: Musi być powołane jakieś niezależne grono specjalistów, żeby im to zaprezentować… Więc się zapytam, ma Pan kogoś takiego i jeśli tak, to kim są ci ludzie?

Nevzorov: Wie Pan, kiedy się pytamy, kim mogą być ci ludzie, to rodzi się kolejne pytanie – a co potrafią ci ludzie i w jaki sposób mogą się odwdzięczyć… Może Pan sobie wyobrazić tą nagrodę, która miałaby podobną wartość, bo ja nie bardzo… Jak wiecie, pochodzę z Petersburga, a w moim mieście Nagrody Nobla unikają nawet nauczyciele matematyki…

Gordon: Ta niekompletność wiedzy, jaką Pan właśnie nam zaprezentował, będąc przekonanym, że Nagrodę Nobla przyznaje się w dziedzinie matematyki, a tak nie jest…

Nevzorov: Powiedziałem to w przenośni…

Gordon: A matematykom się Nobla nie przyznaje, ponieważ kochanek żony Nobla był właśnie matematykiem. A więc ta niekompletność wiedzy przewija się również w filmie. W wielu momentach. Od Pana znajomości neurofizjologii po znajomość łaciny.

Nevzorov: Żeby zarzucać mi niekompletność wiedzy w dziedzinie neurofizjologii będzie musiał Pan odpowiedzieć na parę moich pytań z tej dziedziny.

Gordon: Mamy od tego specjalistów, po co będę się ośmieszał…

Nevzorov: Dobrze, niech odpowiedzą specjaliści.

Gordon: Mamy też znawców łaciny… Moje podejrzenia wzbudza nie ten fakt, że konie potrafią czytać… Niepokoi mnie to, że Pan oświadcza, że wie, jak nauczyć zwierzęta czytać, że otrzymał Pan dostęp do tej tajemnej wiedzy i przekazuje ją, lecz nie w całości, swoim wybranym uczniom, których na tej sali…. Uwierzcie mi, kiedy zobaczyłem tłum ludzi, który przyjechał z Aleksandrem z Petersburga, by go wesprzeć, natychmiast skojarzyło mi się to z sektą. Zresztą, nie tylko z Petersburga. Do tego wątku jeszcze wrócimy. Jestem oburzony formą postawienia pytania w filmie, prezentującym zresztą gatunek paradokumentu: Ja wiem i trochę uchylę wam rąbka tajemnicy, lecz w jaki sposób to robię, po co to robię, w jakim celu to robię, nigdy w życiu nikomu z was nie powiem.

Wiazemskij: Chodzi o to, że rzeczywiście brakuje  grona ekspertów, ponieważ nawet najwięksi naukowcy, którzy zajmowali się problematyką wyższych czynności układu nerwowego, mózgiem oraz procesem myślenia człowieka i po części zwierzęcia, w pewnym momencie przyznawali, że sami do końca nie rozumieją, czym jest mózg i czym dokładnie jest proces myślenia. Bechtereva mówiła na ten temat nieco więcej od innych… reszta po prostu się nie wypowiadała… Mamy sprawę otwartą, więc pojawia się niejaki Nevzorov ze swoją drużyną, której nie określiłbym mianem sekty, tylko z greckiego – Thiasos – grupy adeptów pewnej religii.

Ignatiew: Zresztą, niech ludzie wierzą w gadające konie, w końcu religia to sprawa osobista…

Gordon: Mówiąc o sekcie, nie chciałem, by zabrzmiało to w sensie negatywnym…

Ignatiew: Ponieważ zajmuję się, między innymi, socjologią religii, w określeniu „sekta” widzę jedynie sposób klasyfikacji typologicznej.

Nevzorov: Czy mogę odpowiedzieć na jedno pytanie? Muszę powiedzieć parę słów w ramach riposty. Te wszystkie tajniki mózgu, wszystkie te zagadkowe brednie istnieją wyłącznie w głowach osób, które nie mają pojęcia ani o dynamicznej lokalizacji funkcji, ani anatomii mózgu. Mogę zadać wam parę pytań, będzie kompletna kompromitacja i wtedy się okaże, że dla was funkcjonowanie mózgu rzeczywiście jest wielką tajemnicą. Proszę odpowiedzieć mi na jedno pytanie, Panie Gordon. Ponieważ Panu bliski jest temat kozy, niech będzie koza. Dlaczego nikt nie ma żadnych wątpliwości co do podobieństwa funkcji i możliwości żołądka u zwierzęcia i człowieka.

Gordon: Po pierwsze, się różnią. Inny pokarm, inna morfologia… nawet inne odchody… Koza pozostawia zupełnie inne od ludzkich ekskrementy.

Gubin: A co z tą łaciną… Proszę mi wytłumaczyć, skąd się wziął pomysł z tym językiem łacińskim? Zarówno Kral, jak i von Osten uczyli swoje konie w języku niemieckim. Pisał o tym nawet Maeterlinck, który przyjeżdżał, by to zobaczyć. Skąd się wzięła ta niewiarygodna koncepcja? Kto jest jej twórcą? Skąd Pan czerpie tą tradycję? Po prostu jestem ciekaw.

Nevzorov: Pewnie, że jest Pan ciekaw, nie wiem tylko, dlaczego mam odpowiadać za luki w Pana wykształceniu.

Gubin: Będę wdzięczny, gdyby Pan je wypełnił, bardzo bym tego chciał.

Wiazemskij: Mogę powiedzieć coś na temat łaciny? Zauważyłem w filmie coś interesującego. Pamiętacie, jak koń czyta słowo „uksar”? Wyraz ten tłumaczy się nie jako „kobieta”, jak robi to Nevzorov. To słowo oznacza małżonkę. Wszyscy wiemy, że kobieta po łacinie to „femina”. Po co ja to mówię… Mamy do czynienia z niezwykle interesującym zjawiskiem – z grupą ludzi, którzy żyją 3 tys. lat wstecz. My, czyli reszta, może i jesteśmy goblinami, lecz współczesnymi. A te 3 tys. lat temu istniała religia, w której przedmiotem kultu były konie.

Nevzorov: co za brednie…

Wiazemskij: Dlaczego wymyśliłem to określenie „solopan”, czyli „syndrom końskiej psychozy Aleksandra Nevzorova”? W świecie Etrusków czczono boginię w końskim obliczu, która nosiła imię Slopa. W Hiszpanii czczono Eponę… I właśnie w tych religiach żywiono pogardę wobec ludzi. Tam były kałuże krwi, rytualne gwałty itd.

Nevzorov: Ale bzdury…

Wiazemskij: Zrozumcie, mamy przed sobą człowieka, który przedmiotem swojej wiary uczynił konia. Który czci konia. I proszę mi nie przerywać, ponieważ to jest jedyne usprawiedliwienie dla Nevzorova. A cała reszta to bzdury. Moi drodzy, my już mamy te 3 tysiące lat historii za sobą. Religia też przeszła proces ewolucji.

Nevzorov: Przepraszam, trochę się zdrzemnąłem…

Wiazemskij:  Więc w tej chwili, Panie Aleksandrze, to jest już patologia, nawet z punktu widzenia religii.

Nevzorov: Wszystkiemu, co Pan teraz powiedział, powinien by towarzyszyć taniec rytualny.

Sotnikowa (do Wiaziemskiego): Skoro ma Pan religię już za sobą, to po co Pan się przeżegnał?

Wiazemskij: Nic Pani nie zrozumiała. Przeżegnałem się, ponieważ jestem chrześcijaninem i żyję w swojej epoce. Jestem wierzącym goblinem. A widzom chcę wytłumaczyć, że nie należy się bać tych ludzi, oni zniknęli już 3 tysiące lat temu.

Sotnikowa: Trochę mnie dziwi, że wszyscy w tym studiu wmawiają Nevzorovowi, że to jest niemożliwe. Lecz Nevzorov nic nie chce udowadniać ani tłumaczyć, po prostu pokazuje nam, jak jest. Jak chcecie to przyjmijcie to do wiadomości, a jak nie – to nie.

Gordon: No, powiedzmy, przyszedł do nas ufolog i opowiada o swoich kontaktach z UFO i twierdzi, że wyłącznie on, korzystając z tajemnej wiedzy starożytnej, może się z UFO kontaktować. Przecież to jest kwestia wiary, zaufania, niczego więcej.

Sotnikowa: Przecież siedzi tu na sali uczennica Nevzorova, dlaczego twierdzi Pan, że jedynie Nevzorov ma dostęp do tej wiedzy? Zapytajmy uczniów.

Gordon: Czy ktoś z indoktrynowanych uczniów zechciałby zabrać głos? Proszę się przedstawić.

Wiaczesław Griszko (miasto Surdut, Rosja): Chciałbym zwrócić Państwa uwagę, że uczniowie Aleksandra Nevzorova znaleźli się w tej chwili w sytuacji, którą łatwo można było przewidzieć. Zamiast pytania, w jaki sposób konie mogą wykazać się swoimi zdolnościami do myślenia abstrakcyjnego, pojawia się inne – dlaczego, słysząc nazwisko „Nevzorov” ludzie natychmiast tracą owe zdolności. Zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić, rozumie Pan?

Gordon: Szczerze mówiąc, w ogóle nie rozumiem, co Pan do mnie mówi.

Griszko: Proszę się zastanowić. Oni to zrozumieli.

Gordon: Widocznie za mało we mnie z konia… Czego się Pan spodziewał po tej dyskusji? Mamy paść na kolana przed guru?

Griszko: Chcielibyśmy, żeby padły jakieś pytania.

Gordon: Właśnie zadaję pytania. Kto oprócz Pana jest w stanie to powtórzyć? – Moi uczniowie, lecz nie w pełnym zakresie. Może Pan to opublikować? – Nie mogę. Skąd Pan czerpie tą wiedzę? – Nie powiem. Do niczego nie jest to Panu potrzebne. Wierzcie mi na słowo, że koń znajduje się na tym samym poziomie rozwoju, co człowiek.

Wiazemskij: Przecież mówię Państwu, że mamy tu do czynienia z organizacją religijną, która nic Wam nie pokaże i niczego nie będzie udowadniać. Patrzcie, czcijcie i podziwiajcie… Zresztą, mogę odstawić tu ten taniec rytualny, przyprowadźcie konia, a ja wokół niego zatańczę. Żadnego problemu. Zresztą, ma Pan pięknego konia.

Nevzorov: Zdaje się, że przed chwilą Pan się przeżegnał. A teraz próbuje Pan wcisnąć mnie w jakieś konteksty religijne. Czegoś tu nie rozumiem. Przeżegnał się Pan z takim pietyzmem, demonstrując przed nami istnienie pewnego innego folkloru…

Wiazemskij: Przeżegnałem się ze strachu. Ma Pan przytłaczające pole magnetyczne…

Nevzorov: Niech będzie, że ze strachu. Wychodzi na to, że człowiek, którego podstawy światopoglądu bazują na żydowskich bajkach ludowych, a nie, na przykład, czukockich czy francuskich, ma prawo do analizy i opisywania innych nurtów intelektualnych, moralno-duchowych czy psychologicznych.  Zabawne, nieprawdaż?

Gordon: Tu się zgodzę.

Wiazemskij: Przecież ja próbuję Pana bronić.

Nevzorov: To już lepiej niech Pan nic nie mówi, nie trzeba mnie bronić.

Fokin: Chciałbym zabrać głos, by pogodzić oponentów i przy okazji wypowiedzieć swoje zdanie na temat metody Aleksandra Nevzorova. Oczywiście, nie znam jej, mam jednak pewne przemyślenia. Karol Kral, który przeprowadzał podobne eksperymenty, podejmował również próby przekazywania koniowi poleceń poprzez sugestię, bez użycia słów czy gestów. I to mu się udawało. Z kolei w latach 30-ch ukazała się książka Władimira Durowa, przedstawiająca jego metody tresury zwierząt – tzw. „miękkie metody”. Istota jego metody polegała na tym, że zwierzę, będąc odpowiednio przygotowane, jest w stanie odczytać intensywne, mocno ukierunkowane myśli tresera. Przecież Pana przykład z kozą to nie jest nic innego. Koza odczytała Pana intencje…

Gordon: Ona raczej odczytała, że jak tego nie zrobi, to się ją zabije.

Fokin: Być może. Jednak chcę powiedzieć, że zwierzęta różnią się od człowieka bardzo wysoko rozwinięta intuicją.

Zorina: W związku z tym mam pytanie – czy pracujący z koniem człowiek nie przekazuje mu przypadkiem, zupełnie niechcący, mimowolnie, jakieś wskazówki? Panie Aleksandrze, proszę mi powiedzieć, czy nie jest przypadkiem tak, że Pan zupełnie nieświadomie przekazuje koniowi jakieś wskazówki, nakierowując zwierzę?

Nevzorov: Szczerze mówiąc, na początku sam w to wszystko nie chciałem wierzyć, w jakiekolwiek rezultaty eksperymentu. Od czego się to wszystko zaczęło? Od tego, że wypróbowałem tą metodę i zobaczyłem pierwsze sukcesy w rozpoznawaniu przez konia liter, udałem się do Natalii Bechterevej (neurobiolog, psycholog). Bardzo jej się to wszystko nie spodobało. Przyczyną były, między innymi, jej uprzedzenia o podłożu religijnym. Zezłościła się i powiedziała, że należy, przede wszystkim, zacząć badać mózg zwierzęcia. Wówczas nie mogłem nawet sobie wyobrazić, jak daleko mnie ta rada może doprowadzić. Kontynuowałem swoje eksperymenty i dalej uczyłem konie.

Gordon: Czy koń będzie czytać czy układać wyrazy, jeśli nie będzie miał Pana w zasięgu wzroku?

Nevzorov: Nie.

Gordon: Powiedzmy, siedzi Pan gdzieś na górze i mówi do niego przez mikrofon. Będzie układał wyrazy?

Nevzorov: Nie wiem, nie próbowałem.

Gordon: Niech Pan spróbuje, może to Panu nie wyjść.

Nevzorov: Niech wreszcie wypowie się ktoś z moich uczniów.

Nos: Istnieją dane specjalistów neurofizjologii, dane z sekcji zwłok, sekcji mózgu koni… To co widzimy na lekcjach Aleksandra Nevzorova, niejako wynika z tych danych naukowych.

Gordon: Jest Pani uczennicą Nevzorova. Czy może Pani powtórzyć to, co robi Nevzorov?

Nos: Ze względu na mój wiek oraz to, że nie mam konia, na razie nie.

Gordon: Aha, czyli Pani musi dojrzeć, a koń się musi urodzić.

Nos: Koń się nie musi urodzić, konia kupię, ale najpierw muszę właśnie dojrzeć.

Gordon: Jak długo będzie Pani dojrzewać w laboratorium Nevzorova?

Nos: W jakim sensie?

Gordon: Kiedy mistrz pozwoli Pani zbliżyć się do konia?

Nos: Nie stawiajmy pytania w ten sposób. To jest kwestia własnej odpowiedzialnej decyzji. Wiem, że na tę chwilę nie będę mogła poświęcić koniowi wystarczającej ilości czasu i sił. To jest codzienna praca, a nie hobby czy rozrywka w wolnej chwili.

Gordon: To dlaczego nazywa Pani siebie uczennicą? Czego Panią nauczył Nevzorov?

Nevzorov: Wiedzieć i rozumieć.

Gordon: Co wiedzieć i rozumieć?

Nevzorov: Po pierwsze, w nic nie wierzyć. Absolutnie nic nie może być przedmiotem wiary. Nie wierzyć w nic, co nie zostało potwierdzone przez badania. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jaki skandal wywołałem tym filmem