Naczelnikowi? Dziesięć dolarów? Czyli o tym, jak urazić hucuła…

Ostatnio Spartan mnie zaskakuje… No cóż, żadna nowina, ale tym razem – wyjątkowo pozytywnie! Zanim opowiem Wam historię, jaka nam się przydarzyła parę dni temu, tradycyjnie sięgnę pamięcią do lat zamierzchłych, gdy podróżowaliśmy z Mateuszem pociągiem do Petersburga i z powrotem, odwiedzając moją rodzinę. Staraliśmy się co roku wyjeżdżać do moich rodziców w wakacje, by razem świętować nasze z Mateuszem urodziny (bo tak się składa, że dzielą nas raptem 3 dni – i to ja jestem o te 3 dni starsza i mądrzejsza od mojego małżonka).

Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, bywał w Rosji, to z pewnością wie, że w miejscu pobytu na terytorium mojej ojczyzny koniecznie trzeba się „zarejestrować”, czyli – mówiąc prościej, zameldować na pobyt czasowy. Procedura ta, choć może i niezbyt skomplikowana, wymaga jednak pewnego poświęcenia ze strony turysty. Łatwiej mają ci z podróżujących, którzy korzystają z hoteli. Rosyjski hotel bez problemu wystawia dokument, potwierdzający czasowy pobyt turysty i sprawa załatwiona. Jeśli zaś, tak jak w naszym przypadku, zagraniczny turysta nocuje u rodziny, trzeba wykonać znacznie więcej ruchów w kierunku zdobycia upragnionej „rejestracji”. Należy zatem udać się do kilku urzędów, a na koniec – już zupełnie k woli formalności – zgłosić się do centralnego urzędu pocztowego i tam, wypełniając raptem kilka stron formularzy, wypisanych po rosyjsku drobnym druczkiem, uzyskać ową „rejestrację” z pieczątką i podpisem urzędnika ds. rejestracji cudzoziemców.

Szczęście w nieszczęściu (akurat w tej sytuacji wyjątkowo pasuje to sformułowanie), Mateusz miał w Petersburgu asystę w postaci rosyjskojęzycznej małżonki, czyli mnie, która wszystko za Niego wypisała, wszędzie się dogadała i dokument ostatecznie zdobyła.

Zdarzyło nam się jednak, boleśnie się przekonać, co się stanie, jeśli owej rejestracji mieć nie będziemy! Bo takie to pytanie zadał mi Mateusz podczas jednego z naszych pierwszych wspólnych wyjazdów do Petersburga. No cóż… Gdy urlop dobiegł końca i ruszyliśmy na dworzec, by wsiąść do pociągu relacji Petersburg – Warszawa, Mateusz, pamiętam, ironiczne podsumował, że z całą tą rejestracją to zawracanie ludziom gitary – nikt o nią nie pytał, policja nas nie zatrzymywała i najwyraźniej nie ma żadnej potrzeby, by zawracać sobie głowę tą „bumagą”. A-ha… Akurat…

Był środek nocy. Podróżujący słodko spali w swoich przedziałach, kołysani rytmicznymi odgłosami pędzącego w stronę Białorusi pociągu. Szczęśliwie dojechaliśmy do granicy, gdzie pociąg się zatrzymał i zaczęła się zwykła procedura kontroli paszportowo-celnej. Rzecz jasna, wypełniliśmy kolejne oświadczenia, w których własnym podpisem potwierdziliśmy, że akurat nie mamy przy sobie ani broni, ani narkotyków, ani alkoholu, ani – broń boże – produktów pochodzenia roślinnego czy, co już byłoby zupełnie nie do pomyślenia, wyrobów mięsnych. (Choć parę kanapek, zdaje się, jeszcze pozostało w naszym plecaku, a nie byłam pewna, z czym nam je naszykowała moja mamusia). Wyluzowani, czekaliśmy, aż cały pociąg zostanie dokładnie sprawdzony pod kątem przewozu „kontrabandy”, kiedy do naszego przedziału weszła „kontrola paszportowa”. Okazałam swoje dokumenty, panowie od kontroli zerknęli od niechcenia na mnie i na zdjęcie w paszporcie – nie zauważyli żadnych większych rozbieżności i zwrócili się z pytaniem o dokumenty do Mateusza. Mój mąż również podał im paszport z ważną, rzecz jasna, wizą i spokojny czekał na weryfikację. Nagle usłyszeliśmy groźne „Rejestracja!”… I wtedy zrozumieliśmy, po co warto było jednak postarać się o tę „bumagę”… Mateusz przez chwilę udawał, że szuka czegoś w plecaku, po czym rezolutnie odparł: „Chyba zapomniałem w Petersburgu”. – „To Pan się pakuje. Wysiadamy”… I poszli do kolejnego przedziału.

Była druga czy trzecia w nocy. „Prowadnik”, czyli osoba opiekująca się pasażerami naszego wagonu, był w pobliżu… Nauczony doświadczeniem chyba przeczuwał, że możemy mieć kłopoty. Przymknął drzwi i szeptem zaczął nas instruować, co dalej. „Macie jakieś pieniądze? Najlepiej dolary?” – „No coś tam mamy” – stwierdziliśmy po sprawdzeniu zawartości portfeli. „A co będzie, jak nie damy?” – zapytaliśmy „prowadnika”, że tak powiem, z czystej ciekawości. „No to Pan zostaje na granicy, po stronie białoruskiej oczywiście”. – „I co dalej?” – „A tego to ja już nie wiem, jakoś nikt się nie chwalił, bo już nie było okazji”…

Ok. Mieliśmy parę dolarów, ale jednocześnie – żadnego doświadczenia w załatwianiu tego typu spraw. Zero. Nul. Próbowaliśmy przekonać „prowadnika”, by on w naszym imieniu spróbował jakoś delikatnie celnika udobruchać i wręczyć co należy. Ten jednak wił się jak wąż i za nic w świecie nie chciał uczestniczyć w negocjacjach. Mijały kolejne dłuuuugie minuty. Siedzieliśmy w napięciu, próbując sobie wyobrazić, jak się takie sprawy załatwia. Wreszcie drzwi przedziału się uchyliły i jeden z celników bez słowa wykonał gest, z którego zrozumieliśmy że Mateusz ma iść za nim. Mając z natury jednak optymistyczne usposobienie, bagaże mój mąż zostawił w przedziale. Wierzył, że wróci.  Ja zostałam sama, czekając w napięciu na finał naszej nocnej przygody. Po paru minutach Mateusz wrócił. Uffff….. „No i jak? Opowiadaj” – nie mogłam się doczekać relacji. „No cóż… Zaprowadzili mnie do pustego przedziału. Zamknęli drzwi na klucz. Zasłonili okno. Na stoliku w przedziale stała duża otwarta aktówka. Najstarszy rangą bez słowa wskazał palcem na stolik i uważnie spojrzał prosto na mnie. Wyjąłem dziesięciodolarówkę i powoli zacząłem zbliżać rękę do aktówki. Zdecydowanym ruchem celnicy powstrzymali mnie przed popełnieniem tego błędu! „Naczelnikowi???? Dziesięć dolarów????” – żachnął się jeden z nich. Sięgnąłem po drugi dziesięciodolarowy banknot i już z dwoma wyciągnąłem rękę do aktówki. Naczelnik bez słowa kiwnął głową, szybko zatrzasnął aktówkę i wszyscy wymaszerowali z przedziału… Tuż za drzwiami stał i nasłuchiwał zaniepokojony „prowadnik”, ale gdy zobaczył, że celnicy wyszli zadowoleni, odetchnął z ulgą.

Ta historia przypomniała mi się parę dni temu podczas pracy ze Spartkiem z ziemi. Co ma piernik do wiatraka, powiecie? Ano sami zobaczycie. Od niedawna ustawiam Spartkowi niezbyt wysokie przeszkódki do pokonania podczas pracy na kole. Takie na jedną oponkę. Koń z chęcią je pokonuje, a przy okazji się nie nudzi bieganiem w kółko i generalnie – żwawiej pracuje. Tego dnia postanowiłam nieco podnieść poprzeczkę i ustawiłam przeszkodę na wysokość dwóch opon. Odesłałam konia na koło w stępie. Spartan leniwie zbliżył się do mojej konstrukcji i przeszedł ją, wysoko podnosząc nóżki z miną wyraźnie zdegustowaną. Zmieniliśmy kierunek i odesłałam go w drugą stronę. I tu popełniłam błąd. A może i nie błąd, sama nie wiem. W każdym razie stworzyłam okazję do zbuntowania się hucuła. Rzecz w tym, że przy zmianie kierunku koń lubi przechodzić bardzo blisko mnie, niemalże trącając mnie łopatką. Stwierdziłam, że powinien być nieco dalej ode mnie i wysłałam w jego stronę bacik, a jego końcówka lekko musnęła szanowny zad mojego hucuła. Tylko na to czekał! Wyrwał się z taką determinacją, że nie było mowy, bym utrzymała konia na linie. Puściłam, obserwując, jak galopem oddala się w najdalszy narożnik ujeżdżalni z ciągnącą się po ziemi liną. W narożniku zawrócił, spojrzał na mnie i bez chwili zastanowienia ruszył w ustawiony z dość wysokich przeszkód korytarz. Pokonał je wszystkie z dużym zapasem, bez żadnej zrzutki, i to wszystko – z liną, dyndającą za koniem. W drugim narożniku zawrócił i znów przeskoczył wszystkie przeszkody po kolei, tym razem zaczynając od najwyższej, chyba 80-centymetrowej. Znów bezbłędnie. I tak kilkanaście razy, aż w końcu się zmęczył i zaczął strącać belki. Zatrzymał się i znów spojrzał na mnie. Podeszłam i zdjęłam kantar z liną, po czym odesłałam konia z powrotem na przeszkody, już na wolności. Wiedziałam, że wciąż jest wściekły i o żadnej rozmowie na spokojnie nie ma mowy. Już bez liny pokonywał korytarz w jedną i w drugą stronę, dając mi do zrozumienia, że ze swoimi oponkami to ja mogę iść do kucykowa! Byłam tak zszokowana możliwościami mojego hucuła, że ani nie nagrałam jego wyczynów, ani nie zrobiłam żadnego zdjęcia… Trochę się też obawiałam, czy te szaleńcze wybryki nie spowodują jakiegoś urazu u mojego konia – w końcu skoczkiem nie jest, a i rozgrzewki żadnej zrobić nie zdążyliśmy… No cóż, Spartek zazwyczaj sam decyduje, kiedy i jak mam podnieść mu poprzeczkę. I to w sensie dosłownym.

Gdy zobaczyłam w moim koniu chęć do porozumienia, zaprosiłam go do siebie. Zawrócił i podszedł zdyszany i mokry od potu. „Normalny to ty nie jesteś” – powiedziałam mu i razem poszliśmy po linę i kantar. No cóż, rozgrzewkę mieliśmy za sobą, teraz – czas na pracę! Tym razem Spartek nie protestował, ale ja, rzecz jasna, zlitowałam się nad moim „naczelnikiem” i zaproponowałam mu lekkie ćwiczenia na uspokojenie i jednocześnie – postawiłam w ten sposób kropkę nad „i”.

Tak, mój koń potrafi wszystko. Na swoich zasadach. I od czasu do czasu mi o tym przypomina. A potem znów jest aniołem… A więc – albo uczył się od najlepszych (i wiecie, kogo mam tu na myśli), albo oni uczyli się od niego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close