Czy czas ucieka mi przez palce? Nie, właśnie się zatrzymuje… czyli O tym, jak dostałam cegłą w głowę i co z tego wynika

Jeśli zajrzycie na mojego bloga dziś i zobaczycie ten wpis, to przypuszczam, że nieco się zdziwicie. Nieczęsto mi się zdarza tak zupełnie odpływać w swoich opowieściach, sięgać tematów dalece odbiegających od spraw przyziemnych, a na dodatek – opowiadać o sobie coś całkiem na serio i bez przymrużenia oka. Najwyraźniej dziś przyszedł ten dzień, gdy – jeśli stwierdzicie, żem zwariowała – zrozumiem i przyjmę ten werdykt z godnością.

A teraz do rzeczy, bo długich wstępów, jak wiecie, nie lubię.

Gdyby ktoś powiedział mi siedem lat temu, że tyle właśnie zajmie nam dogadanie się ze Spartkiem, pewnie najpierw bym się roześmiała, a potem kazałabym puknąć się w czoło (zresztą, nie wiem, kto przy zdrowych zmysłach mógłby wpaść na tak beznadziejny scenariusz?). A więc – po prostu nie przyjęłabym tego do wiadomości, bo to w moim ówczesnym rozumieniu byłoby niemożliwe. A jednak… Siedem lat…

Rzecz jasna, zastanawiałam się przez te lata, dlaczego ja? Co ze mną jest nie tak? Gdzie tkwi błąd? I po co ktoś tak okrutny i nieprzejednany chce mnie tak doświadczać?

Dziś sądzę, że takich scenariuszy los nie podsuwa nam tak zupełnie bez żadnego zamysłu. A zamysł tego scenarzysty był taki, bym się wreszcie, kurna, nauczyła czekać! Całe swoje życie miałam z tym problem. Jak coś wymyśliłam, to musiałam to zrobić już. Natychmiast. A nuż się uda. Zawsze od razu rzucałam się do realizacji najbardziej szalonych pomysłów, wchodziłam w dziwne biznesy, inicjatywy, przedsięwzięcia, przygody i tak zwane akcje. Nie miałam czasu na zbytnie zastanawianie się, tylko od razu do dzieła. Gdy nie wychodziło – długo nie rozpaczałam, przecież tyle jeszcze fantastycznych pomysłów co chwilę rodziło się w mojej nieszczęsnej głowie, że klękajcie narody. Skąd tak dziwna przypadłość? I jakie to miało wpływ na mnie i moje życie? No cóż… Gdy w mojej głowie po raz kolejny zaczynał kiełkować genialny plan, mój małżonek, już nauczony doświadczeniem, miał zwyczaj mawiać: „Irinko, ty już lepiej nic nie rób. Tak będzie dla nas wszystkich najlepiej”. Ale gdzie tam! Miałabym słuchać głosu sabotażysty? Na swoje nieszczęście, kiedyś opowiedziałam mężowi o dość poważnej kontuzji mojej głowy, jaką przeżyłam w dalekim dzieciństwie. Siedziałam sobie, pamiętam, w piaskownicy, gdy jakiś chłopczyk z równoległej grupy przedszkolaków, podszedł do mnie i uderzył cegłą w tył głowy. Pamiętam, że miałam na sobie wełnianą czapeczkę – coś na kształt chusty, i gdy dotknęłam ręką głowy, okazało się, że ręka, czapeczka, i nawet już góra niebieskiego płaszczyka są we krwi. No cóż, jak się później okazało, chłopczyk się pomylił i to nie ja miałam oberwać cegłą w łeb. Jednak, jak to się mówi, Annuszka już rozlała olej słonecznikowy… Gdy nieopatrznie opowiedziałam  tę historię mojemu małżonkowi, chwycił się – nomen omen – za głowę… I powiedział jedno: „O takich rzeczach to należy mówić przed ślubem… No cóż, to wiele wyjaśnia…”

Tymczasem widzę, że kompletnie zbaczam z tematu. Ale, biorąc pod uwagę wyżej opisane zdarzenie, chyba nie macie mi tego za złe. To też mogą być skutki fatalnej pomyłki owego chłopczyka. Swoją drogą, ciekawe, co z niego wyrosło… Generalnie dobrze jest mieć w swoim życiu takie doświadczenie, by wszelkie późniejsze dziwactwa można było złożyć na karb kontuzji z dzieciństwa.

Wrócę jednak do tematu. Nie ma na świecie drugiej żywej istoty, która potrafiłaby tak dobitnie i bezkompromisowo wytłumaczyć mi kwestię związane z czasem, tak łopatologicznie nauczyć mnie trudnej umiejętności czekania i cierpliwości, jak Spartan. Od pierwszych dni naszej znajomości czułam, że coś między nami nie gra. Właściwie nie grało wcale, ale przecież ja chciałam, by grało już! I to cała orkiestra dęta! Nie tym razem… Myślę, że dopiero po pięciu latach odkryłam, że znacznie lepiej nam się układa, kiedy po prostu na Spartana zaczekam. Przy sprowadzaniu, siodłaniu, robieniu czegokolwiek, co mi przyjdzie do głowy. Gdy próbowałam po prostu coś zrobić, co normalni ludzie, przyjeżdżając do stajni, robią i po godzinie czy dwóch wyjeżdżają, zawsze ponosiłam sromotną klęskę. Bo mój koń, zanim zrobił pierwszy krok w moim kierunku, zawsze musiał się zastanowić. Nie minutę, nie dwie, nie trzy… Zazwyczaj po trzech minutach puszczały mi nerwy i zaczynałam prosić go o zrobienie tego, co do konia należy. Nic wielkiego, powiedzmy, o zejście z padoku obok mnie, normalnie, jak człowiek z koniem. Gdy puszczały mi nerwy, mój koń się ulatniał. Jak? Wiecie, pisałam o tym nie raz. I nie było siły, przynajmniej ja takowej nie posiadam, by konia zatrzymać. Dopiero jakiś rok temu odkryłam, że wystarczy dać mu się na spokojnie zastanowić, by podjął decyzję „na tak”. Nie poganiać, nie spieszyć się, nie wymagać. „Daj, człowieku, pomyśleć!” – mówił do mnie koń i po wielu latach usłyszałam. Gdy nauczyłam się czekać – nie patrząc na zegarek – wszystko się zmieniło! Odkąd wzięłam pod uwagę Jego potrzebę „chwili na zastanowienie” (no powiedzmy, dłuższej chwili”), mój koń zaczął mi ufać i od kilku tygodni widzę, że nie musi już za każdym razem rozważać „za i przeciw”, tylko prawie natychmiast podejmuje decyzję „na tak”. Powoli zaczynamy opuszczać teren ujeżdżalni we dwójkę i chodzić do lasu, gdzie w chwilach zwątpienia też po prostu daje koniowi pomyśleć. Stoimy w ciemnym lesie (bo wychodzimy zawsze tuż przed zmierzchem) we dwoje, koń ma wątpliwości i się zatrzymuje, a ja po prostu czekam. Wiem, że jakiekolwiek poganianie z mojej strony spowoduje wyrwanie i ucieczkę, dlatego też nauczyłam się najzwyczajniej w świecie czekać. I za chwilę mam odpowiedź – koń po namyślę kroczy za mną dalej w ciemny las. Jeszcze niedaleko, jeszcze krążymy w okolicy stajni, ale kiedyś nawet wyjście poza bramkę było niemożliwe.

Siedem lat zajęło mi zrozumienie, czego tak naprawdę potrzebuje mój koń. Nie ustalenia przywództwa, bo w naszym przypadku to zawsze będzie tylko partnerstwo. Jakakolwiek walka o przeforsowanie swojego zdania z nim zazwyczaj kończy się jego buntem i ucieczką, więc nie tędy w naszym wypadku droga. Choć nie twierdzę, że w relacjach z końmi kwestia przywództwa jest nieistotna. Bardzo istotna, tylko zdaje mi się, że akurat w naszej relacji zdobywam punkty, gdy jestem „tym, który rozumie jego racje”. Wtedy mój koń nabiera do mnie szacunku i zaufania.

Nie będę się rozpisywać na temat kwestii treningowych, bo absolutnie nie czuję się na siłach. Chciałam się z Wami podzielić czymś, co ostatnio coraz częściej przychodziło mi na myśl. Wiecie, że odkąd Spartan zabrał się za moje wychowanie, nie przyszedł mi do głowy żaden szalony pomysł? Nauczyłam się myśleć, zanim coś zrobię? Teraz to może nawet czasem za długo, ale przyjdzie czas na równowagę. Wiem też, że w pracy z końmi siedem lat to jest wcale nie taka długa perspektywa. Tyle to może trwać, a czasem pewnie i dłużej. O ile człowiek będzie chciał słyszeć, co ma koń do powiedzenia i nauczy się tego, co konie mają w sobie najcenniejsze – trwania, bycia „tu i teraz”, bez oglądania się na mijający czas i myślenia o tym, że coś „przecieka nam przez palce”… Nie, nie przecieka. Z końmi czas się zatrzymuje…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close