„Zdejm z mego serca jaskółczy niepokój!”, czyli – sama nie wiem, czy się śmiać, czy płakać…

Miesiące letnie zazwyczaj bywały dla nas ze Spartkiem wyjątkowo trudne… Wróć! Bywały dla mnie wyjątkowo trudne. Spartek, przebywający od świtu do zmierzchu na pastwisku, nie przewidywał w okresie letnim żadnych treningów ani innych atrakcji, przeze mnie mu proponowanych. Jednakże w tym roku stwierdził, że zasłużyłam sobie na chwilę uwagi z jego strony, rzecz jasna, na jego zasadach. Otóż, w jego tegorocznym terminarzu godzina dziewiętnasta jest przeznaczona na moje wizyty w stajni. Oczywiście, o żadnej elastyczności z jego strony w kwestii przekładania naszych spotkań na wcześniejszą czy późniejszą porę nie ma mowy. Uwzględnia, co prawda, tzw. „kwadrans akademicki”, więc staram się być punktualnie. O tej właśnie porze Spartan wraz z częścią stada ściąga zazwyczaj pod bramkę i o umówionej godzinie jest gotowy do zejścia z padoku. I co mi pozostaje?

czesiek i spartek na spacerze

Kilka razy w tygodniu wychodzę z domu odpowiednio wcześnie, by zdążyć na nasze wieczorne spotkanie. Zdarza się jednak, że coś mnie zatrzyma w domu na parę minut. Jadąc do stajni, słucham radia. Kiedy zaczynają się wiadomości, co świadczy o tym, że się niemiłosiernie spóźniam, daję gaz do dechy. Bo tu nie ma przebacz! Zdarza się jednak, że mimo wszelkich moich starań, spóźniam się dość znacząco. Jest w pół do ósmej… Gdy parkuję pod stajnią i już po chwili biegnę w kierunku padoków z całym ekwipunkiem, zazwyczaj widzę oddalający się w przeciwną stronę kołyszący na prawo i lewo tyłek mojego rumaka. Podbiegam pod samą bramkę i wołam Spartana. „Nie słyyyyszę Cię” – czytam w jego spojrzeniu, gdy na chwilę się odwraca w moją stronę, wciąż się oddalając. Wołam go jeszcze raz. „Nie widzisz, że Cię nie słyszy?” – rzuca mi na odczepkę Czesław, drepczący wraz ze Spartkiem w kierunku asfaltówki, coraz dalej od ujeżdżalni. I gdy jeden z drugim rzucą w moją stronę po kilka pełnych wyrzutu spojrzeń, przestają się moją osobą interesować.

 

Tak to bywa, gdy spóźniam się na umówioną godzinę. A więc – uczę się punktualności.

 

Chodzi też o to, że te moje wieczorne wizyty w stajni mocno komplikują mi tzw. życie rodzinne. Nie wypada codziennie znikać z domu akurat pod wieczór, gdy mąż wraca z pracy i wypadałoby razem zjeść obiad, porozmawiać, albo i pomilczeć. Byleby jednak być. A tu – masz ci los – trzeba uciekać, bo mój koń tak sobie wymyślił. Sprawny psychoanalityk zapewne upatrywałby w tym Spartkowym postępowaniu rywalizacji z moim małżonkiem… Stawianie mnie przed wyborem – bycia w domu, jak Pan Bóg przykazał, czy wieczorne spotkanie z rumakiem, to dość okrutna i wymyślna gra z jego strony. Uczę się więc nie tylko punktualności, ale i sztuki dyplomacji, negocjacji i łagodzenia konfliktów. Umiejętności niezwykle przydatne i – że tak powiem – przyszłościowe… Biorąc pod uwagę Spartka niezwykłą pomysłowość. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close