Terapeuta z charakterem, czyli o tym, jak w trzy godziny doprowadzić mnie do łez i „wyleczyć” w pięć minut…

vlcsnap-2016-06-12-23h15m56s497

No cóż, chciałabym, by wszystkie nasze ze Spartkiem spotkania wyglądały tak, jak to wczorajsze… Ale ja zbyt wiele rzeczy chcę, a realia są jakie są…

Mieliśmy ze Spartkiem ostatnio trudny tydzień… Hm… no może inaczej – to ja miałam trudny tydzień, pełen smutków i zwątpienia. Spartan tradycyjnie miał wszystko w głębokim poważaniu i – jak to koń – żył chwilą. Było – minęło. Tak to w jego świecie wygląda… I co z tego, że w zeszłą sobotę jego pańcia o mało nie straciła przytomności z upału, o mało nie oszalała z bezsilności i padła ze zmęczenia. Co z tego, że od soboty lewa ręka tejże pańci odmawia posłuszeństwa, bo ewidentnie coś się niej przekręciło… No bo jak miało się nie przekręcić, skoro półtonowy świniak kilkanaście razy wyrywał jej rękę ze stawów, za każdym razem oddalając się w kierunku przeciwnym od pożądanego…

A było tak… Zeszłej soboty w naszej stajni odbywał się kurs „Podstawy BHP w pracy z koniem”, więc grupa uczestników, wraz z prowadzącymi, by nie smażyć się w palącym słońcu na ujeżdżalni, po południu przeniosła się do namiotu. Przyjechałam do Spartka z myślą, że w taki upał nie będę go dręczyć ćwiczeniami na ujeżdżalni, tylko – korzystając z okazji, że koleżanka ze swoim koniem „pasła się” przy lesie poza terenem stajni – również zabiorę Spartucha na świeżą soczystą trawkę. Ostatnio był na „wypasie” poza bramą stajni ponad rok temu, jakoś nie było towarzystwa do wyprowadzenia koni razem, a sami – jak już wiecie – za bardzo się od stajni nie oddalamy. No i fajnie, koleżanka ze swoim konikiem – tuż za bramą, czekają na nas. My ze Spartkiem rączo zmierzaliśmy w kierunku bramy. Cieszyłam się na tą chwilę ogromnie – tak bardzo chciałam, byśmy przekroczyli naszą fizyczno-mentalną granicę bramy terenu stajni. Pech chciał, by w tej samej chwili, kiedy znaleźliśmy się na wysokości stajni – a jakieś 10 m przed bramą, otwierającą nam piękne cieniste leśne ścieżki, zza węgła wyszło kilku panów, niosących do namiotu atrapę konia… Jest to pokaźnych rozmiarów konstrukcja, niejako przypominająca konia, a służąca kursantom do nauki bezpiecznych upadków z wierzchowców. Czy muszę wam opowiadać, co się stało, gdy Spartek zobaczył atrapę?

Rzecz jasna, obrócił się na pięcie i tyle go widziałam… Pobiegł w kierunku, z którego właśnie przyszliśmy, długim korytarzem, biegnącym między padokami, aż na same wzgórze (widoczne na zdjęciu powyżej). Odcinek stamtąd do stajni – prawie kilometr… Ok – pomyślałam – idę po niego. Co prawda, mój plan się nie udał i drugi raz już tu ze mną nie przyjdzie, to przynajmniej odprowadzę go na plac zabaw, wyczyszczę, a on poje trochę trawy. Plan awaryjny wydawał mi się sensowny i łatwy w realizacji. Jak zawsze się pomyliłam.

Panowie z atrapą konia uśmiechnęli się na widok oddalającego się Spartka, koleżanka za płotem westchnęła ze zrozumieniem, wiedząc już, że prędko do nich nie dołączymy… A ja poszłam w kierunku galopującego ode mnie rumaka. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu. Wzięłam linę i powolutku zaczęliśmy kroczyć w kierunku placu zabaw – niestety, był to ten sam kierunek, co stajnia, gdzie ludzie z atrapami czyhają na konie… Po pokonaniu połowy drogi Spartek zawrócił, wyrywając mi linę z rąk tak, jak tylko on potrafi. Znów poszłam na wzgórze po konia. I ponownie zaczęliśmy schodzić tam, gdzie ja miałam plan zaprowadzić konia. Sytuacja się powtórzyła po raz drugi, trzeci, czwarty, piąty… Dalej nie liczyłam. Za każdym razem koń odbiegał coraz dalej, próbując przy okazji przedostać się na pastwiska z końmi, a gdyby mu się to udało, całe stado rozbiegło by się po okolicznych polach uprawnych i mielibyśmy nie lada kłopot. Mój przyjaciel-Pech chciał, by tego dnia w pastuchu elektrycznym nie było prądu, co oczywiście mój koń odkrył błyskawicznie – najpierw nasłuchując przy pastuchu, czy nie pstryka, potem dotykając linek a to uszkiem, a to noskiem, aż zadowolony postanowił włączyć do zabawy kolegów i koleżanki ze wzgórza… Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Na terenie stajni żywej duszy – wszyscy w namiocie, ćwiczą spadanie z konia… Ja – na wzgórzu – ćwiczę utrzymanie równowagi psychicznej w sytuacji ekstremalnej. Po godzinie – dwóch zaczęły mi puszczać nerwy. Stado koni za tasiemkowym, pechowo nie podłączonym do prądu ogrodzeniem, galopowało, chcąc dołączyć do Spartka, a Spartek – jak to on – gorąco je do tego zachęcał. Kiedy za którymś razem koń galopem pognał przed siebie w kierunku pól sąsiada, wydarłam się na niego wniebogłosy… Wykrzyczałam mu wszystko, co o nim myślę i jak się czuję… Dwie godziny w pełnym palącym słońcu, którego – nota bene – szczerze nie znoszę, zrobiły swoje. Chciało mi się pić, schować gdzieś w cieniu, zejść w końcu z tego cholernego wzgórza, no i – jakoś doprowadzić konia z powrotem na padok… Oczywiście, desperacko dzwoniłam do Gosi – właścicielki stajni, ale była jedną z osób prowadzących kurs, więc – rzecz jasna – telefon miała w domu.

Po dwóch godzinach, znajdując się z szalejącym Spartkiem na wysokości młodego lasu, po prawej stronie wzgórza, wpadłam na rozpaczliwy pomysł. Spróbowałam wyciągnąć ze sterty suchych gałęzi którąś z najdłuższych i najmocniejszych i, zagradzając korytarz tuż za koniem, pędzić go w kierunku stajni że tak powiem „na chama”. Stwierdziłam, że wszystkie środki są dozwolone i dłużej nie będziemy się bawić. Ha! Słysząc odgłos łamiących się gałęzi, Spartek wpadł w prawdziwy szał – spłoszył się i podwoił prędkość swoich ucieczek. Odpuściłam… Na szczęście dzień chylił się ku końcowi, kurs właśnie się skończył i Gosia oddzwoniła. Ufff… Po kilkunastu minutach dotarła do mnie z odsieczą – ja prowadziłam Spartka ze wzgórza, a Gosia asystowała tuż za nami z batem w każdej ręce, zasłaniając mu ewentualną drogę ucieczki. Udało się. Byłam wykończona, Spartek – tradycyjnie -udawał, że nie wie, o co chodzi. Doprowadziłyśmy go na plac zabaw i by nie odpuszczać gagatkowi takiego zachowania, popracowałam z nim na wolności – stęp, kłus, galop, wszystko bez zarzutu… Zdziwiony moją nadzwyczajną stanowczością i brakiem zrozumienia dla jego tradycyjnego lenistwa, dawał z siebie 200 % normy. Starałam się pokonać w sobie wściekłość, stłumić rozpacz i żal, i spokojnie, sprawiedliwie wydawać polecenia, a co więcej – doceniać bezbłędne ich wykonanie. I mimo że udało mi się na koniec tego dnia dojść ze Spartkiem do porozumienia, wyjeżdżam ze stajni z ciężkim sercem. Po raz kolejny przekonałam się, że nie będziemy iść z nim razem przed siebie, nie pohasamy po porośniętych świeżą trawą łączkach, nie zwiedzimy lasu. Będziemy się poruszać od bramy do bramy, od padoku do ujeżdżalni, na bezpiecznym ogrodzonym terenie – bezpiecznym pod warunkiem, że wszystkie pastuchy są pod napięciem…

Przygnębiona wróciłam do domu i postanowiłam przez parę dni dać sobie spokój z odwiedzinami u Spartka. Głupio to zabrzmi, ale było mi przykro. Raz na jakiś czas koń przypomina mi, jak niewiele mam w pewnych sytuacjach do powiedzenia, jak mogę być bezsilna. Że każda moja próba przekroczenia pewnych wytyczonych przez niego granic kończy się bolesną porażką. Przez dwa dni żaliłam się najbliższym – tym, którzy potrafią mnie zrozumieć. No bo – powiedzmy sobie szczerze – cóż to jest za problem w obliczu tysięcy tragedii, jakie dzieją się codziennie wokół nas. Ale każdy ma swoje piekiełko. W moim od prawie czterech lat zagościł Spartan…

Przez kolejnych pięć dni starałam się nie myśleć o sobotniej porażce, zresztą miałam też sporo innych zmartwień. Do tego wszystkiego wskutek sobotnich zmagań, a może też i po ostatnich pracach w ogródku, strasznie mnie bolała – i nadal boli – ręka. Czasem zupełnie jej nie czuję, czasem niestety czuję, i czuję, że nie jest dobrze.

Tym niemniej wczoraj – w czwartek, kiedy w terminarzu Spartka wpisane są treningi ze mną na ujeżdżalni – nie mogłam do niego nie jechać. Z ciężkim sercem, najgorszym nastawieniem, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się mieć wobec perspektywy wizyty w stajni, z bolącą i ledwo trzymającą kierownicę ręką, jechałam do konia. Od dawna nie czułam do niego takiej niechęci. Długo zwlekałam z pójściem po niego na padok, udawałam, że mam coś do wyczyszczenia, uporządkowania, pogadania… W końcu poszłam, uzbrojona w dwie dodatkowe liny, by – na wszelki wypadek – odgrodzić Spartkowi możliwość ucieczki na wzgórze przy sprowadzeniu. Obwiązałam cały korytarz tak, że mysz się nie prześlizgnie – nie powiem, byłam z siebie zadowolona. Spartek powitał mnie z entuzjazmem, uważnie przyglądając się tuż zza płotu moim poczynaniom. Fachowym okiem ocenił grubość lin i wytrzymałość wiązań. Westchnął, i niczym anioł podreptał za mną na plac zabaw. Tam konisko się pasło, a ja czyściłam go jedną ręką i zastanawiałam się, czy ta moja dysfunkcja pozwoli mi dziś na jakąkolwiek pracę z ziemi czy ćwiczenia w siodle… Kiepsko to widziałam. Miałam wczoraj dla Spartka duużo czasu, więc ze dwie, jak nie trzy godziny spędziliśmy razem – on jadł, ja obserwowałam odbywające się na ujeżdżalni treningi. Po ich zakończeniu – weszliśmy ze Spartkiem na ujeżdżalnię bez najmniejszego oporu z jego strony, w mig się osiodłaliśmy i – uwaga – gdy podprowadziłam Spartka do schodków, z których się wsiada na konia, rumak radośnie zachrumkał, jak ma to w zwyczaju, gdy bardzo się z czegoś cieszy. Nie wierzyłam własnym uszom! No cóż, po takim początku mogłam się spodziewać samych przyjemności. I tak też było! Pracowaliśmy ponad 40 minut w kłusie, z krótkimi przerwami na stęp, a koń – mimo że pewne rzeczy w otoczeniu wzbudzały jego niepokój – skupiał się na moich poleceniach, cieszył się z pracy i, jak na jego „umiłowanie” do roboty, dawał z siebie naprawdę dużo.

Czy przeszkadzała mi podczas jazdy wierzchem boląca ręka? W ogóle o niej zapomniałam! Ani razu nie poczułam najmniejszego bólu! Czas w siodle zrekompensował mi cały stres, smutek i żal z ostatnich dni. Zapomniałam o problemach, o tym, że byłam na Spartka obrażona, że drepczemy w miejscu, że się nie dogadujemy…

Nikt inny, oprócz tego konia, nie potrafi w tak mistrzowski sposób doprowadzić mnie do łez, ale też nikt, oprócz Spartka, nie umie w kilka chwil sprawić, że zapomina się o całym bożym świecie… I natychmiast wszystko się wybacza… To tak a propos Dnia Matki 🙂

Wszystkiego Najlepszego!

vlcsnap-2016-06-12-23h12m03s301

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close