Proste pytania – trudne odpowiedzi, czyli o poszukiwaniu panaceum i kłótniach o Margancowkę

Odkąd siebie pamiętam, po leki sięgałam wyłącznie w sytuacjach ostatecznych… Co więcej, w czasach mojego petersburskiego dzieciństwa, pamiętam, miałam zawsze pod ręką kilka najprostszych i zarazem najbardziej skutecznych farmaceutyków, które zawsze mi pomagały. Jak miałam kaszel, brało się tabletki o niezbyt wyszukanej nazwie „Tabletki na kaszel”. Jak bolała mnie noga czy ręka (klimat petersburski sprawił, że już jako dziecko wiedziałam, czym jest reumatyzm), wcierałam płyn o zapachu mentolowym – Menowazin. Gdy pojawiały się pierwsze objawy grypy, brało się Antygrypinę. A jeśli się czymś zatruło, piłam Nadmanganian Potasu, zwany w Rosji Margancowką. Są to ciemno purpurowe drobne kryształy, które wrzucało się do przegotowanej wody, w której się rozpuszczały, aż woda nabierała koloru różowego i potem się to piło.   Im więcej się wypiło, tym lepiej. Całe życie piłam Margancowkę na wszelakie zatrucia pokarmowe, aż przyjechałam do Polski… Tu przez pierwszych kilka lat również wierzyłam w magiczne moce różowego płynu i szczodrze częstowałam wszystkich moich znajomych z akademika, gdy cierpieli na ból brzucha. Niektórzy, pamiętam, mieli wątpliwości, czy aby na pewno jest to lek do użytku wewnętrznego… No cóż, byłam przekonana, że tak. Aż wreszcie okazało się, że jednak w Polsce nadmanganianu potasu używa się wyłącznie zewnętrznie – do odkażania ran, sprzętu itd. Przez kilka miesięcy toczyliśmy ożywioną dyskusję – kto ma rację. Ja, która od dziecka pije margancowkę czy moi koledzy i koleżanki, którzy wzdrygają się na samą myśl o tym, że ten podejrzany różowy płyn trafia do żołądka, gdzie wypala wszystko do cna. Mój zdrowy wygląd i różowe polisie (no właśnie, różowe…) niby świadczyły o tym, że można przeżyć spożycie całych litrów margancowki i wciąż cieszyć się dobrym zdrowiem. Jednak fachowe wyjaśnienia kolegów-chemików w końcu zaczęły mnie niepokoić… I przestałam pić swój magiczny roztwór w trudnych chwilach…

Wciąż jednak mam niewielką buteleczkę z Margancowką w swojej domowej apteczce. Na pamiątkę starych dziejów…

Minęło sporo lat od moich czasów akademickich… Zamiast czterech leków w apteczce mam już całą szufladę specyfików na różne dolegliwości – swoje i zwierząt. Nie raz się już przekonałam, że leki dla czworonogów są zarówno bezpieczniejsze, jak i skuteczniejsze w którymkolwiek ze schorzeń. Jeśli więc mam wybór, biorę te zwierzęce. Jeśli zaś chodzi o pomoc medyczną, to muszę powiedzieć, że zarówno ja, jak i wielu moich bliskich znajomych, wolałoby leczyć się u weterynarzy… Cóż by to była za rozkosz! Przy najmniejszym dyskomforcie, powiedzmy, w lewej części podbrzusza, natychmiast mielibyśmy USG, ale – rzecz jasna – badanie krwi i wszystkiego, co tylko dusza i ciało zapragną. Jeszcze tego samego dnia nasz rodzinny weterynarz zadzwoniłby do nas na komórkę, by powiedzieć, że wyniki badań są w porządku, może brakuje nam trochę żelaza… I warto by je uzupełnić. No i – oczywiście – nie przesadzać z tłuszczem i używkami… O spożywaniu w dzieciństwie dużej ilości Margancowki roztropnie nie wspomnielibyśmy naszemu specjaliście, by przypadkiem nie dostał zawału…Życzyłby dobrej nocy i spieszył z obdzwonieniem kolejnych pacjentów… Tak by to było, gdybyśmy mogli korzystać z usług weterynarza, na przykład, w ramach pakietu rodzinnego. Ale nie jest nam dane… Dlatego albo jesteśmy skazani na korzystanie z usług ludzkich lekarzy, a to zazwyczaj wiąże się z poważnym nadszarpnięciem systemu nerwowego, albo musimy radzić sobie sami, póki się da… Ja sięgam po to drugie rozwiązanie. Dlatego też czasem udaje się do apteki, poszukując tam nie tylko ochłody w te upalne dni, lecz także porady specjalisty-farmaceuty… Rzecz jasna, mam swoją ulubioną aptekę i najmilszą memu sercu Panią Farmaceutkę, z którą zawsze utniemy sobie krótką pogawędkę.

Parę tygodni temu wybrałam się więc do mojej ulubionej apteki w poszukiwaniu rzeczy niemożliwej. A mianowicie – chodziło mi o środek przeciwkomarowy… O straszliwym zakomarzeniu, jakie panuje w tym roku, nie będę się rozpisywać. Każdy to przeżywa – nomen omen – na własnej skórze. Człowiek – wiadomo – zawsze może sobie pomóc, tłukąc te wredne owady, wymachując rękami na prawo i lewo, oganiając się przed ich bzyczącą  natarczywością lub w ostateczności chowając się w pomieszczeniu. Gorzej mają konie. A już najgorzej – końskie brzuchy. Nie ma żadnej możliwości, by koń pozbył się setki krwiopijców, które urządzają sobie uczty na delikatnych końskich brzuszyskach. Serce mi pęka, gdy widzę, jak męczą się nasze rumaki… Wbrew powiedzeniu o końskim zdrowiu, zwierzęta te są niezwykle wrażliwe. Byle co może im zaszkodzić. I najmniejsze ukąszenie owada może przerodzić się w poważny stan zapalny lub ostrą reakcję alergiczną.

Dlatego też, gdy stanęłam przed okienkiem w aptece i usłyszałam pytanie mojej ulubionej Pani Farmaceutki „W czym mogę pomóc?”, powiedziałam rzecz – mimo że przemyślaną – to jednak dość absurdalną:

– „Poszukuję czegoś, co nie zaszkodziłoby dziecku, ale było tak mocne na komary, jakbyśmy jechali pod namiot na Syberię”

– „Naprawdę?  Wybiera się Pani? Z dzieckiem?”

– „Nie, nie z dzieckiem. I nie na Syberię, tylko z koniem do lasu”.

– „Hm? Ma Pani konia?”

– „Tak. I to coś, czego szukam, nie może mu zaszkodzić”.

– „Rozumiem… Hoduje Pani konie?”

– „Nie. Na szczęście, mam jednego”.

– „Aha, jeździ Pani konno?”

– „Rzadko.. właściwie to prawie wcale…”

-„To co Pani z nim robi?”

To pytanie, jak to się mówi, kompletnie zbiło mnie z pantałyku… Niewiele się zastanawiając, odpowiedziałam;

-„Ja się z nim… przyjaźnię”…

po czym szybciutko przeszłam do konkretów, czyli do przeglądu dostępnych w aptece repelentów. Mimo że miało być „jak dla dziecka”, a jednocześnie skuteczne, koniec końców kupiłam Muggę z Deet 50%, no bo przecież miało być równocześnie – „pod namiot na Syberię”. I wiecie co? Olszewnickie komary w nosie mają Deet 50%! Więc szkoda „dziecka”, by faszerować go repelentem… A z wyprawą do lasu jeszcze trochę zaczekamy…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close