Pani w okienku i lewy kierunkowskaz, czyli co robić, gdy wszystko się sypie

Od dawna myślałam, by opowiedzieć Wam o pewnej historii, która mi się przydarzyła i która, jak mi się zdaje, ma związek z treningiem zwierząt – zarówno koni, jak i psów. Nosiłam się z tym zamiarem od paru miesięcy, a wczoraj zdarzyła mi się bardzo podobna sytuacja po raz drugi, i stwierdziłam, że czas się tym podzielić. Bo może ja jestem jakimś dziwolągiem? A Wy macie normalnie? I Wam się to nie zdarza?

A więc do rzeczy. Parę miesięcy temu, w zimie, odkryłam, że nie działa w moim samochodzie lewy kierunkowskaz. Nie od razu to do mnie dotarło, szczerze mówiąc. Kiedy zaś doszło do sytuacji prawie awaryjnej – bo chciałam skręcić w lewo, więc zaczęłam powolutku hamować, a samochód za mną nagle zaczął mnie wyprzedzać (podczas gdy ja właśnie skręcałam w lewo, w naszą uliczkę), stwierdziłam, że coś jest nie tak… Cudem nie doszło do wypadku, a ja zostałam strąbiona przez kierowcę jadącego za mną samochodu, co dało mi do myślenia. Dojechałam do domu i sprawdziłam, czy przypadkiem nie mam zepsutego kierunkowskazu. I – bingo! Nie działał! Zrozumiałam wkurzenie kierowcy. I nie miałam do niego żalu. Słusznie mnie ochrzanił. Umówiłam się do mechanika na popołudnie, a w międzyczasie musiałam jeszcze gdzieś pojechać. No więc – jechałam ze świadomością, że nie działa mi lewy kierunkowskaz i ludzie, poruszający się za mną nie będą wiedzieli, co ja właściwie planuje wykonać na tej drodze. Z duszą na ramieniu dojechałam do pewnego, dobrze mi znanego skrzyżowania, na którym znów musiałam skręcić w lewo. Bez kierunkowskazu. I wiecie co? Świadomość usterki mojego pojazdu tak wytrąciła mnie z równowagi, że kompletnie nie wiedziałam, jak mam się zachować na światłach przed skrętem w lewo. Pogubiłam się kompletnie i w końcu cudem bezkolizyjnie przejechałam na czerwonym. Prawie się przeżegnałam, gdy zaparkowałam pod sklepem… Pomyślałam sobie – „Co się ze mną dzieje? Dlaczego zachowałam się jak debil? Jadąc na czerwonym? Prawie że pod prąd?”

Drogę powrotną, już do mechanika obrałam tak, by skręcać wyłącznie w prawo. Zrobiłam co prawda trochę dodatkowych kilometrów, ale byłam spokojna.

Z kolei wczoraj udałam się na pocztę, by wysłać kolejną książkę. Panie, pracujące na poczcie, dobrze już mnie znają i zazwyczaj są przemiłe. Czasem – zmęczone, i wtedy mniej rozmowne, ale zawsze ogromnie pomocne i uprzejme. Znam każdą z nich z widzenia i – szczerze mówiąc, gdy jakimś cudem mam dwa wolne okienka – sama nie wiem, do której pójść. Bo każdą tak samo lubię. Gdy weszłam na pocztę wczoraj, zobaczyłam nową twarz. Otwarte było jedno okienko i siedziała przy nim nowa osoba. Nie należę do osób wyjątkowo nieśmiałych. Zazwyczaj normalnie zachowuje się w takich okolicznościach. Potrafię kupić bułki bez wcześniejszego nawiązania bliskiej znajomości z ekspedientką. Ale wczoraj tak mnie ta nowa osoba na poczcie zaskoczyła, że podczas najprostszej czynności, jaką jest wysłanie zwykłego listu poleconego, kilka razy palnęłam głupotę. Opuściłam pocztę nieco zmieszana i sama z siebie się śmiałam, że taki ze mnie dzikus.

Poczułam jednak wyraźnie, że powtórzyła się sytuacja z kierunkowskazem. Za każdym razem w dobrze mi znanych sytuacjach pojawiał się mikro stresor (umówmy się, nie działo się nic nadzwyczajnego) – i nagle pogubiłam się w najprostszych czynnościach. Takich, które zazwyczaj wykonuję prawie odruchowo, bez większego zastanowienia.

Od razu pomyślałam o naszych sytuacjach treningowych. O tym, jak w pracy z końmi czy z psami, nagle okazuje się, że nasz zwierz nie potrafi zrobić najprostszej rzeczy. Wyobraźcie sobie, ile zmiennych dostrzega nasz koń czy pies w otoczeniu! Zwłaszcza jeśli codzienna rutyna zostaje w jakikolwiek, najdrobniejszy sposób zaburzona! Dlatego nie warto stawiać na niezmienność w sytuacjach treningowych. Wiemy, kiedy nasze zwierzę czuje się najbardziej komfortowo. I wówczas można wprowadzać nowe elementy w treningu. Zmieniajmy jednak otoczenie, przerywajmy rutynowe sytuacje drobnymi zakłóceniami, ale  – z głową! I nie oczekujmy wówczas, by nasz uczeń w mig opanował jakieś nowe umiejętności. Najlepiej zastosować zasadę – zmienione otoczenie, zaburzona rutyna – szlifujemy znane rzeczy.

Bowiem w sytuacji, gdy zaczyna działać stresor i zaburza schemat zachowań naszego konia, im bardziej naciskamy, tym bardziej zwierz się gubi. Im bardziej się denerwujemy, tym bardziej chce nam „uciec” – czasem tylko mentalnie, a czasem wręcz fizycznie. Przełożyłam te moje historie na nasze kopytne i czworonożne stworzenia. Myślę, że działanie stresorów u nas i u zwierząt jest bardzo podobne. Zastanawiam się, co pomogłoby mi w moich dwóch sytuacjach? Myślę, że spokój drugiej osoby obok mnie i rozłożenie wszystkiego na czynniki pierwsze. Gdyby ktoś, widząc moją panikę na światłach przed skrętem w lewo, powiedział: „Zatrzymaj się i poczekaj na zielone. Inni kierowcy domyślą się, że chcesz skręcić w lewo”. Nie przejechałabym jak głupek na oślep na czerwonym…

Jak więc możemy pomóc zagubionemu zwierzakowi? Zachowując spokój i proponując mu zrobienie kilku najprostszych rzeczy – wspierając i podpowiadając, gdy się gubi. Pozwolić wykonać coś dobrze i dać chwilę, by emocje opadły. A potem poprosić o kolejną prostą rzecz. I stopniowo, wspierając naszego zagubionego zwierza, opuścić tę spiralę paniki, podszytą malutkim, niby nic nie znaczącym stresorem, który tak potrafi namieszać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close