O moim „prywatnym Niemcu” i korzyściach z niego płynących…

Od dobrych paru dni jestem więźniem mojej choroby – dopadło mnie tak koszmarne przeziębienie, że mówienie, poruszanie się, a nawet oddychanie przychodzi mi z trudem. Z myśleniem też różnie bywa, ale parę pomysłów na tekst zakłębiło się wczoraj w mojej majaczącej głowie, kiedy rzucałam się w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Przypominały mi się chwile z dzieciństwa, kiedy grypa gościła w naszym domu, więc mogłam nie iść do szkoły i cały dzień miałam wyłącznie do swojej dyspozycji. Wysmarowana kamforą lub spirytusem, po kilku filiżankach gorącego mleka z miodem zazwyczaj na parę godzin stawałam na nogi, czując niebywały przypływ energii. Ganiałam w piżamie po pokojach, szukając zajęcia twórczego i przynoszącego korzyści. Niekiedy wyciągałam mamy maszynę do szycia i skrawki materiału, z których zaczynałam kroić spódnicę. Wiadomo, że sił i samozaparcia starczało mi dokładnie do momentu rozcięcia kawałków materiału… Wtedy stwierdzałam, że trzeba zrobić moim domownikom niespodziankę i ugotować na wieczór coś pysznego, a że z zaopatrzeniem wówczas było słabo, zazwyczaj miałam do dyspozycji makaron, mleko i jajka. Z tego wymyśliłam znakomite danie – zapiekankę makaronową na słodko. Pamiętam, że wszystkim smakowało.

Po intensywnie spędzonym dniu pod wieczór choroba dawała się we znaki z podwójną siłą. Znów miałam 39 stopni gorączki i ledwo mogłam podnieść głowę z poduszki. A w nocy dopadały mnie koszmary. Jedynym, wciąż mnie prześladującym w moich dziecięcych snach koszmarem, byli Niemcy… Albo inaczej – faszyści… Byłam partyzantką, otoczoną wraz z garstką moich przyjaciół-partyzantów, przez oddziały Wehrmachtu. Las pełen gestapowców i my uciekający przed nimi. Jeden ze snów pamiętam do dziś – biegłam po torach kolejowych, przeskakując przez grube drewniane belki, a za mną – grupa Niemców. Słyszałam ich głosy i wiedziałam, że wcześniej czy później mnie dopadną. Nie wiem, dlaczego nie mogłam skręcić do lasu… Logika snu jest trudna do wytłumaczenia… Budziłam się po takim koszmarze cała spocona, przerażona, nie mrużąca oka aż do świtu. Skąd mi się to wzięło? Otóż, w mojej dziecięcej świadomości utrwalił się jeden jedyny obraz absolutnego zła. Wyniesiony z filmów, lektur szkolnych, opowieści weteranów… Odkąd siebie pamiętam, filmy o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej ciągle puszczano w telewizji. Z okazji kolejnych rocznic i bez okazji. Oglądałam je wszystkie razem z dorosłymi. Kiedy na ekranie pojawiały się sceny torturowania przez Niemców schwytanych radzieckich żołnierzy lub walczących w partyzantce dzieci, zawsze zamykałam oczy. No cóż, i tak dochodziły mnie jęki maltretowanych… Tak oto radziecka telewizja od najwcześniejszych lat hodowała w mojej świadomości obraz mitycznego zła w postaci Niemca-faszysty. Straszniejsi od nich mogli być tylko Japończycy (skutek obejrzenia w dzieciństwie przerażającego filmu o wojnie rosyjsko-japońskiej).  Na szczęście, epizod z Japończykami w moim układzie świata miał charakter jednorazowy, więcej do tego tematu nie powracałam, a głównym moim koszmarem wciąż pozostawali Niemcy.

Zresztą, zastanówmy się, czego mógł się bać taki radziecki dzieciak? Baby Jagi? Kościeja? Też mi coś. Co wieczór słuchałam do poduszki baśni Aleksandra Afanasjewa, z wielkim zainteresowaniem śledziłam wszelkie okropieństwa, jakie spotykały głównych bohaterów i ani przez chwilę nie czułam strachu. Że niby Baba Jaga zawsze tak kombinowała, by zwabić dzieci do swojej chatki, wrzucić je do dużego glinianego dzbanuszka i zapiec w swoim straszliwym piecu? I to miało byś straszne? Najważniejsze, że nie zamierzała ich wcześniej torturować… A że Kościej to niby taki nieśmiertelny? Wcielenie zła? Przecież od lat ledwo ciągnął i aż mnie korciło, by wysłać do jego pieczary pionierów z siatką zakupów i świątecznymi życzeniami. W każdym razie takie zło wzbudzało we mnie raczej sympatię i politowanie.

Rzecz jasna, upragnioną maskotką, jaką zawsze chciałam mieć, a nigdy nie miałam, była właśnie Baba Jaga. Wiedziałam, że mogła być moją najlepszą przyjaciółką i razem na pewno dałybyśmy radę faszystom. Jak miałam jakieś pięć lat, pamiętam, moja babcia Marusia bardzo chciała mnie uszczęśliwić i pojechała do leningradzkiej fabryki zabawek, by złożyć zamówienie indywidualne: „Dziecko chce Babę Jagę! Możecie ją dla nas wykonać?”. Oczywiście, nie wiem, jak Babcia  poprowadziła rozmowę w fabryce zabawek, wiem tylko, że Baby Jagi nigdy się nie doczekałam. A wiązałam z naszą fabryką wielkie nadzieję. Po tamtej tajemniczej wycieczce babci (a babcia rzadko wychodziła z domu) przez kolejny rok czekałam na spełnienie moich marzeń. Kiedy wreszcie zrozumiałam, że przemysł radziecki nie podołał temu zadaniu, zrobiłam Babę Jagę sama. Za głowę posłużyła mi drewniana szpulka na nici, resztę zaś stanowiła długa sukienka – zielona w białe grochy. Baba Jaga wyszła niewielka – cała mieściła się w moich dłoniach, ale moc, jaką została przeze mnie obdarzona, z nawiązką wynagradzała jej lichy wygląd. Odtąd nie musiałam sama stawiać czoła moim nocnym koszmarom – Baba Jaga zawsze i wszędzie była przy mnie.

baba_jaga
Źródło: http://pikabu.ru/story/baba_yaga_moego_detstva__4021443

Wkrótce zaczęłam chodzić do szkoły. Temat hitlerowców powrócił z podwójną siłą. Wśród obowiązkowych lektur szkolnych znalazły się, oczywiście, książki z serii „Biblioteka Pioniera”, a w nich – wielostronicowe opowieści, przedstawiające bohaterskie czyny i straszliwy los Loni Golikowa i Zoi Kosmodiemjańskiej. Historia Zoi wstrząsnęła mną tak, że z trudem podchodziłam do biurka, na którym leżała wypożyczona przez mamę z zakładowej biblioteki książka. Bałam się ją otworzyć, starałam się nie patrzeć w jej stronę, wiedziałam jednak, że wkrótce czeka mnie sprawdzian z lektury… Z pomocą przyszedł mój półroczny szczeniak – Laduszka. W ciągu paru godzin, podczas naszej nieobecności, załatwiła dla mnie raz i na zawsze sprawę Zoi i „Biblioteki Pioniera”. Rozgryzła tomisko tak starannie, że nie było co zbierać. Co najważniejsze, dokładnie zniszczyła ilustracje, przedstawiające zmasakrowane torturami ciało Zoi. Byłam uratowana. Ustaliłyśmy też z mamą, że nie powinna więcej wypożyczać tak cennych książek z biblioteki zakładowej – póki Laduszka nie dorośnie, przynoszenie ich do domu stanowi wielkie ryzyko. Odtąd miałam regularnie chodzić do szkolnej biblioteki i korzystać z czytelni.

Trzeba przyznać, że radziecka szkoła zapewniała dzieciom atrakcje nader różnorodne. Przygotowując nas na nadejście z dalekiego zachodu zagłady atomowej, dyrekcja szkoły kilka razy do roku przeprowadzała tzw. „próbne alarmy bojowe”. Wyglądało to następująco. W trakcie lekcji nagle zaczynała wyć syrena, co oznaczało, że wszystkie dzieci wraz z nauczycielami, ze wszystkich pięter mieli zejść do betonowych schronów, znajdujących się w podziemiach szkoły, gdzie zakładaliśmy maski przeciwgazowe i spędzali w tychże schronach jakieś pół godziny, oczywiście, żegnając się w myślach z najbliższymi. Wiedzieliśmy, że nasi rodzice i dziadkowie nie mają masek przeciwgazowych, nie mają szczelnych schronów betonowych i pewnie muszą zginąć.

samantha_smith
Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Samantha_Reed_Smith#/media/File:1985_CPA_5685.jpg

Pamiętam, jak wszyscy usłyszeliśmy o młodej Amerykance Samancie Smith, która w 1982 roku napisała list do Andropowa. Wtedy po raz pierwszy zaczęliśmy podejrzewać, że po drugiej stronie kurtyny też żyją ludzie, co więcej, żyją też małe dziewczynki, które tak samo jak my, boją się wojny atomowej. Mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam gdzieś urywki rozmów, jakie prowadzili dorośli w naszym domu, z których wynikało, że niektórzy z walczących z nami Niemców mieli swoje rodziny, dzieci, domy i bardzo nie chcieli trafić na front wschodni. Że też się bali o własne życie. Pamiętam, że uczciłyśmy ten fakt z Babą Jagą szklanką lemoniady „Kołokolczik”.

Po co ja właściwie to wszystko opowiadam? Było – minęło, ów mityczny strach przez gestapowcem i zagładą atomową drzemie gdzieś głęboko w otchłaniach podświadomości, poznałam sporo Niemców i żaden w najmniejszym stopniu nie przypominał mi faszystę z radzieckich filmów. Z wieloma Niemcami korespondowałam w tym roku, szukając dla Spartana określonego modelu siodła na niemieckim ebay-u. Rozbrajali mnie swoją tragiczną wręcz angielszczyzną, ale byli niezwykle uprzejmi i jakoś udawało nam się dogadać. Wreszcie kupiłam wymarzone siodło od przesympatycznego Niemca, z którym najlepiej mi się mailowało. Otrzymałam przedmiot całkowicie zgodny z opisem. Zresztą, niczego innego się nie spodziewałam. Niemcy to Niemcy. Czemu więc powracam do tego tematu?

Otóż, jak wspominałam ostatnio, jestem tchórz i łamaga. Na przykład, boję się latać samolotem. Czasem muszę i naprawdę kosztuje mnie to wiele nerwów. I zgadnijcie, kto mi pomaga pokonać strach przed lataniem? Mój „prywatny Niemiec”! Siedzę sobie na pokładzie samolotu, trzęsę się jak osika i wtedy nurkuję do obrazów z mojego dzieciństwa i wyciągam „Niemca”. A więc – lecę sobie nowoczesnym samolotem, popijam napój gazowany, a za oknem samolotu – zamiast niemieckich messerschmittów – piękne niebo! Nikt nie bombarduje, nie próbuje trafić pociskiem w nasz samolot pasażerski, więc czego mam się bać? – myślę sobie i moja wewnętrzna Baba Jaga kiwa swoją drewnianą głową.

Albo kolejna sytuacja, z mojego wczorajszego życia wzięta. Piękny dzień, słońce, koniec wakacji… W lesie podobno pełno grzybów. A ja chora, smarkająca, słaniająca się po domu – bez sił i bez życia. Tak nie może być! Namówiłam Mateusza, żebyśmy chociaż na godzinkę skoczyli do najbliższego lasu na grzyby. Wybraliśmy się więc z koszykami, zapasem chusteczek i opakowaniem Gripexu. Łazimy, szukamy, upał staje się coraz bardziej dokuczliwy. Czuję, że mam coraz większą gorączkę i coraz mniej chęci na grzybobranie. Schylam się po kolejnego dorodnego podgrzybka, ścinam, kroję na pół i widzę masę robali. Wyrzucam. Podnoszę się powoli i kręci mi się w głowie. Myślę sobie: Po jaką cholerę wybraliśmy się na grzyby? Nie mamy co do garnka włożyć? Przecież naprawdę za chwilę się przewrócę i tyle z tego będzie… Mateusz coraz bardziej się oddala, nic nie jest w stanie go oderwać od poszukiwań, a ja zrozpaczona zostaję na wystającym z mchu złamanym pniu. Koniec, nie mam więcej sił. I w tym samym momencie w mojej głowie pojawia się obraz partyzantki – chorej, osłabionej wielomiesięczną tułaczką po białoruskich lasach, rannej, głodnej, potrzebującej pomocy. Porównanie naszych sytuacji rodzi we mnie zakłopotanie i poczucie wstydu. Smarkam, kaszlę, wstaję i idę dalej. W gruncie rzeczy przecież nic mi nie jest – zaraz wrócimy do domu, zaparzymy herbatę, łyknę sobie kolejnego Gripexa i rozłożę się przed telewizorem. A zatem – czy w tym lesie jest mi naprawdę aż tak źle?

No i kolejna, ostatnia już sytuacja, w której z pewnością przyda mi się mój „prywatny Niemiec”. Otóż, nie wspominałam Wam wcześniej, ale od kilku tygodni z trenerką Gosią pracujemy nad Spartkiem w terenie. Póki co samotne wypady w teren stanowią dla Spartana duże wyzwanie, ale z tygodnia na tydzień widzę postępy i liczę, że któregoś dnia będę miała tyle odwagi, by zastąpić Gosię w siodle i udać się ze Spartkiem w nasz pierwszy wspólny teren. Z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę stwierdzić, że będzie na mnie wówczas wypróbowywał wszystkich swoich sprawdzonych sposobów – będzie próbował mnie zrzucić i wrócić do stajni, wyrwać wodze lub „przypadkiem” zahaczyć mną o drzewo, a jeśli jakimś cudem nadal będę w siodle, wówczas będzie gryzł mnie w nogę… Jestem na to psychicznie przygotowana, ponieważ nie raz już widziałam jego „sztuczki”. I kiedy wsiądę na Spartkowy grzbiet i skieruję jego kopyta do lasu, mając w głowie wszystko, co się może wydarzyć, pomyślę sobie – i tak mamy ogromne szczęście, że w lesie nie roi się od Niemców 🙂

PS. Pisząc tę historię o moim „prywatnym Niemcu” zdaję sobie sprawę z tego, że polskie dzieci, dorastające w tych samym czasach, mogły mieć całkiem inne doświadczenia. Albo inaczej – doświadczenia podobne, lecz przedmiotem strachów mógł być, na przykład, mój naród… Cóż, każdy z nas dźwiga swój bagaż historii. A że tak jest, przekonałam się ostatnio, kiedy przydarzyła nam się pewna zabawna i pouczająca historia. Byliśmy z Mateuszem u znajomych, zasiedzieliśmy się do późna. Wyszłam do ogrodu, żeby zapalić. A wspomnę tylko, że Pani domu zdaje się mieć podobne do moich doświadczenia z dzieciństwa  – przynajmniej objawy dość zbliżone… Aha, no i co ważne, rzecz się dzieje oczywiście w Polsce, w polskim domu. A więc zapaliłam i wracam do środka. A tam śmiech – ubaw po pachy. A kolega – mąż Pani domu – opowiada: „Wiesz, Irina, jak przed chwilą żonę wystraszyłem? Hahahaha… Bo mi tu prawie już przysypiała.. A ja do niej nagle – wstawaj szybko, ruscy koło domu!!!” I zerwała się, autentycznie przerażona. Na co wchodzę ja – wszyscy się śmieją, a gospodarz domu: „No mówiłem, że ruscy pod drzwiami!”.  Wszyscy się śmialiśmy, a koleżanka przez moment naprawdę się przestraszyła…

3 Comments on “O moim „prywatnym Niemcu” i korzyściach z niego płynących…

  1. Ty nie tylko o Spartanie, ALE WOGÓLE POWINNAŚ PISAĆ !! SUPER SIĘ CIEBIE CZYTA !!

  2. Czas zostać prepersem! PS. Jak zwykle świetnie napisany tekst, uśmiałam się po pachy 🙂

    • Jesteś na dobrej drodze 😉 Bunkry, z tego co wiem, już powstają… A ja Wam, w ramach powrotów do lat dzieciństwa, będę od czasu do czasu urządzać próbne alarmy!

Skomentuj spartanskiewychowanie Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close