O Jelenie Iwanownie, duchu przedsiębiorczości i trudnym początku lat 90-ch

Tym razem będzie bez zdjęć… No bo kto miał możliwość robienia tylu zdjęć na początku lat 90-ch? Chyba tylko profesjonalni fotografowie… Zatem – same literki, więc nie liczę na szerokie grono odbiorców… Tym niemniej postanowiłam napisać o kobiecie, która, jak teraz myślę, odegrała ważną rolę w moim życiu i której, być może, prawie nikt już nie pamięta…

Przenosimy się do Petersburga z początku lat 90-ch… Miałam wtedy czternaście-piętnaście lat, a wszystko, co działo się dookoła wydawało mi się całkiem normalne. Choć, jak teraz sobie myślę, wcale takie nie było. Kryzys ekonomiczny, polityczny, społeczny, szalejący bandytyzm, upadające po kolei państwowe zakłady pracy, pierwsze przejawy nadchodzącego dzikiego kapitalizmu. W naszej rodzinie, gdzie zarówno ojciec, jak i matka – inżynierowie, pracujące w państwowych zakładach zbrojeniowych, mówiąc w wielkim skrócie – „nie przelewało się”. A ściślej rzecz ujmując – pracujący każdego dnia po 8-9 godzin rodzice od dwóch lat nie dostawali wynagrodzenia. W ogóle nic… Pytanie – kto dzisiaj chodziłby do pracy, wiedząc, że nie dostanie za to zapłaty? Myślę, że nikt. I słusznie. Bo to nie było normalne. Ale wtedy w naszym kraju nic nie było normalne. Inżynierowie, oczywiście, mogli strajkować… Tylko ich praca w tamtych czasach nie była już nikomu potrzebna. Całe mienie bogatych niegdyś państwowych zakładów stopniowo dzielono pomiędzy kadrę zarządzającą, za grosze przejmowano piękne nieruchomości – sanatoria i domy wypoczynkowe w najlepszych lokalizacjach nad Morzem Czarnym czy w Karelii, w centrum samego Petersburga i na jego obrzeżach. Dlaczego więc wciąż chodzili do pracy? No bo chyba mieli nadzieję, że te koszmar musi w końcu minąć i znów będą mogli robić to, co tak naprawdę było ich powołaniem. Można było, oczywiście, pójść handlować na powstające właśnie targowiska, zacząć sprowadzać używane ciuchy z zagranicy, a jak się miało – nie wiem, jakim cudem, ale jednak – trochę odłożonych pieniędzy, to można było, na przykład, zaszaleć i otworzyć kiosk z wódką i papierosami. Ale moi rodzice nie należą do osób z tzw. żyłką przedsiębiorczości. A zwłaszcza ojciec. On nie poddał się do końca i przepracował na swoim stanowisku kolejnych kilka lat, aż wreszcie, już pod koniec dekady, doczekał wypłaty. I pozostał inżynierem w zawodzie. Mama, oczywiście, jak to kobieta – nie mogła pozwolić rodzinie „zginąć”, więc imała się różnych zajęć, a wyciągnęła nas jakoś w tych cholernych latach kryzysu.

Niebagatelne znaczenie miało też to, że pod koniec lat 80-ch udało nam się kupić pod Petersburgiem domek z malutką działką, na której rodzice uprawiali warzywa, truskawki, porzeczki i inne, bardzo ważne dla przetrwania rodziny, rośliny. Z warzyw robiło się leczo, z owoców dżemy, generalnie – mieliśmy co jeść.

Mieliśmy też psa – Laduszkę, która pojawiła się w naszym domu w roku 1987 i przeżyła do końca lat 90-ch. Z karmieniem Lady mieliśmy nie lada kłopot, ale jakoś się udawało. Nigdy jej niczego nie brakowało. No i dzięki Laduszce poznałam Jelenę Iwanownę, o której właściwie zamierzałam pisać. Dodam tylko, że psy, jak zresztą każde zwierzęta, łączą ludzi. W miastach szczególnie. No bo psiarze zazwyczaj stanowią zgraną paczkę, szybko się zaprzyjaźniają i w trudnych sytuacjach zawsze służą pomocą. To jakiś szczególny rodzaj ludzi, jaki można spotkać wszędzie, niezależnie od narodowości. Wiele lat później, w Polsce, przy moim drugim psie – Duńce, spotkałam na warszawskim Tarchominie takich samym pozytywnie zakręconych psiarzy, z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język i do dziś na wielu z nich mogę liczyć w trudnych chwilach.

A wtedy, w Petersburgu z początku lat 90-ch mieszkaliśmy w samym centrum miasta – pomiędzy Pałacem Zimowym a Katedrą Św. Izaaka, przy ul. Hercena (obecnie – Wielkiej Morskiej). Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie było to najlepsze miejsce dla posiadaczy psa. Żeby dotrzeć na miejsce spaceru – nad rzekę Mojkę, oczywiście, zakutą w granitowe nadbrzeża, lub do najbliższego parku, otaczającego budynki Instytutu Pedagogicznego im. tegoż Hercena, musiałam przejść z Laduszką albo ruchliwymi ulicami miasta, albo – na skróty, przez łączące się między sobą podwórka-studnie – tzw. „prochodnyje dwory”.

ZP6f_PBRhVk

Miało być bez zdjęć, ale – skorzystałam z zasobów Internetu i myślę, że parę zdjęć naszych pięknych petersburskich podwórek muszę wrzucić… Kiedy wpisałam hasło „petersburskie podwórka” w rosyjską wyszukiwarkę google, wyskoczyło tyle pięknych, bliskich memu sercu miejsc… Mam wrażenie, że każde z tych podwórek znam na pamięć – łaziło się wtedy po tych mrocznych cuchnących labiryntach, zwiedzało piwnice i dachy… Przechodząc z jednej „studni” do drugiej, można było pokonać nawet parę kilometrów – nie było pozamykanych bram, a często do kolejnego podwórka przechodziło się przez zawsze otwartą, ale ciemną klatkę schodową. Podobno było wtedy w moim rodzinnym mieście bardzo niebezpiecznie, ale kto z nastolatków tym by się przejmował? Rodzice od piątku do niedzieli byli na działce, a petersburska młodzież – zostawiona w mieście samopas – wałęsała się całe noce po ulicach. Ja to przynajmniej miałam psa i ruszałam po godzinie 22 na długi nocny spacer. Spotykałam po drodze wszystkich swoich przyjaciół i szliśmy przed siebie szukać przygód.

DpHc66WoJICPE1stpFZk2g-wide

No ale wracając do Jeleny Iwanowny… W jednym z takich podwórek-studni, przez które zawsze przechodziłam w drodze nad Mojkę, właśnie mieszkała. Nie miała swojego psa, ale często wychodziła na spacer z psem sąsiadów z komunałki. Więc – widząc mnie przez okno, przemierzającą z Laduszką jej podwórko, często machała do mnie ręką i krzyczała, żebym zaczekała, bo też zaraz wyjdzie. Miałam lat trzynaście-czternaście, ona – po czterdziestce. No ale nie ma to dla psiarzy żadnego znaczenia. Zawsze byłam najmłodsza w grupie spacerujących z psami, więc poza rówieśnikami, z którymi wałęsałam się po mieście w nocy, miałam też grupę osób znacznie starszych ode mnie, z którymi godzinami rozmawiałam w trakcie spacerów dziennych.

Bardzo lubiłam rozmawiać z Jeleną Iwanowną. Z tego, co pamiętam, niegdyś była zawodową trenerką ujeżdżenia, cała jej młodość była związana z końmi. Dlaczego przestała trenować – tego już nie wiem, ale niewykluczone, że polityczno-ekonomiczna zawierucha końca lat 80-ch – początku 90-ch „wyrzuciła” Jelenę Iwanownę ze sportu. Czy gdzieś pracowała? Nie wydaje mi się… Z czego żyła? Hmmm, nie wiem, ale biorąc pod uwagę fakt, że nawet ci pracujący w tamtych latach nie dostawali za swoją pracę wynagrodzenia, czy miało to w ogóle jakieś znaczenie? Jakoś żyła, tak jak większość wtedy. Opowiadała mi dużo o koniach, psach, o swoich największych pasjach. Miała też w sobie ogromne pokłady nieuzasadnionego optymizmu i – że tak powiem – ducha przedsiębiorczości! Któregoś dnia, bardzo podekscytowana, przyszła do nas w odwiedziny i oznajmiła całej naszej rodzinie, że zakładamy gospodarstwo na wsi gdzieś daleko od Petersburga… Pamiętam jak dziś, jak siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy stole, piliśmy herbatę. Tego wieczoru wpadł też do nas kolega ze studiów mojego brata, więc w takim oto składzie mieliśmy się zająć hodowlą owiec… Jelena Iwanowna wszystko dokładnie przemyślała – owce mieliśmy hodować na wełnę, a wełnę – sprzedawać do Anglii. Dlaczego akurat do Anglii? W jaki sposób? Nie wiem, ale plan był opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Przez moment nawet wydawało nam się to możliwe. Jelena Iwanowna przez jeden wieczór zasiała w nas wtedy nadzieję, że możemy raz na zawsze zmienić nasze życie i, jak to się mówi, „pójść na swoje”. Brat z kolegą mieli strzyc owce, kobiety – przetwarzać surowiec, a Jelena Iwanowna miałaby się zająć dystrybucją… Pamiętam, że ojciec się nie wypowiadał – pił herbatę z konfiturą. Mamie – mającej w sobie ducha awanturnictwa – oczy się zaświeciły. Brat z kolegą byli praktycznie gotowi do strzyżenia, a ja – pełna nadziei na powodzenie całego przedsięwzięcia. Jakim cudem Jelenie Iwanownie udało się wpaść na ten szalony pomysł? Do dziś gubię się w domysłach… O własności prywatnej gruntów dla zwykłych śmiertelników, nie śmierdzących groszem, w tamtych czasach nie było co marzyć. Teraz zresztą – też. Cała przygoda z hodowlą owiec skończyła się więc tegoż samego wieczoru, kiedy wszyscy rozeszli się do swoich domów, a rano rodzice udali się do swojego zakładu pracy, brat z kolegą – na uczelnię, ja – do szkoły…

DSC_8197

Jelena Iwanowna jednak spróbowała w jakimś stopniu zrealizować swój plan. Wkrótce potem powiedziała mi, że powierzono jej prowadzenie stajni rekreacyjnej pod Petersburgiem i że zaprasza mnie serdecznie, by ją tam odwiedzić i pomóc przy koniach. Oczywiście, nie musiała mnie długo prosić. Już w najbliższą sobotę, ściskając w kieszeni kawałek papieru z adresem stajni, wyruszyłam w drogę. Umówiłam się z koleżanką, że spotykamy się pod jej bramą o 5 rano i jedziemy razem. Podróż w jedną stronę miała nam zająć około 3-4 godzin, zatem im wcześniej się wyjedzie, tym więcej czasu będziemy miały na pracę z końmi. Oczywiście, jak wiecie, były to czasy bez Internetu, bez telefonów komórkowych itd. Zaplanowanie podróży było nie lada wyzwaniem. Miałyśmy dostać się na dworzec kolejowy, wsiąść do pociągu – bynajmniej nie byle jakiego, tylko najlepiej jadącego w kierunku naszej miejscowości, a już na miejscu – albo załapać się na autobus, albo przemaszerować jakieś 6-7 kilometrów. Nadmienię, że nie dysponowałam aktualnym rozkładem jazdy pociągów, a transport miejski w Petersburgu poruszał się tak, jak chciał… Oczywiście, trasy poszczególnych linii były stałe, ale rozkład jazdy nie był przewidziany. Najczęściej na autobus czy trolejbus, na przykład na linię nr 9, czekało się godzinę – półtorej, po czym jechało od razu kilka „dziewiątek” pod rząd. Dlaczego? Przecież to oczywiste – panowie kierowcy lubili sobie rozegrać w zajezdni partyjkę szachów. A następnie – wszyscy jak jeden mąż ruszali w trasę. Wszyscy o tym wiedzieli i, rzecz jasna, rozumieli kierowców. Nikt nie miał pretensji.

Tamtego ranka koleżanka, oczywiście, zaspała. Musiałam dobijać się do drzwi jej komunałki, budząc przy okazji pół mieszkania. Zaspani sąsiedzi wychodzili po kolei, by sprawdzić, czy to nie do nich. Ale – o dziwo – nie zbesztali mnie, jak mi się w sumie należało, tylko poszli obudzić Merjem. Za to ja byłam zła – traciłyśmy cenny czas. W końcu, jakoś przed szóstą, udało nam się wyruszyć w podróż do stajni Jeleny Iwanowny. Po kilku godzinach podróży zobaczyłyśmy konie. Chyba pierwszy raz w życiu byłam w stajni. Konie stały w byle jakich boksach, i przedtem były ewidentnie tuczone na rzeź. Zadaniem Jeleny Iwanowny było doprowadzenie koni do odpowiedniej kondycji fizycznej i założenie szkółki jeździeckiej. O dziwo, udało jej się to dosyć szybko, a ja i Merjem byłyśmy pierwszymi dzieciakami, które wsiadły na te konie po dłuuuugiej przerwie w pracy pod jeźdźcem. Rzecz jasna, nie umiałyśmy jeździć konno, ale wiedziałyśmy, że lepiej z koni nie spadać, więc cudem trzymałyśmy się w siodłach, gdy przechodziły do kłusa. Parę upadków podczas kolejnych naszych wyjazdów do stajni, oczywiście, zaliczyłyśmy, ale żaden nie był groźny. Dzieci mają to do siebie, że spadają, wstają i znów wsiadają na konie – bez zbędnego rozpamiętywania.

Niestety, po kilku miesiącach przygoda Jeleny Iwanowny z prowadzeniem stajni musiała się skończyć. Ktoś, kto zlecił jej to zadanie, stwierdził, że jednak na wsi nie znajdzie chętnych do szkółki jeździeckiej i cały biznes nie wypalił. Dla nas to oznaczało koniec przygody z końmi. Dla Jeleny Iwanowny – kolejne odejście z miejsca, w które włożyła mnóstwo serca i pracy.

Widywałyśmy się wciąż na spacerach, często rozmawiałyśmy… Widziałam jednak, że Jelena Iwanowna coraz rzadziej snuje plany na przyszłość, a częściej zagląda do kieliszka… Wkrótce przestała wychodzić z psem sąsiadów i kontakt z nią praktycznie się urwał. Dowiedzieliśmy się od jej sąsiadów z mieszkania, że sprzedała swój pokój i przeprowadziła się gdzieś dalej… Wkrótce ja wyjechałam na studia, a słuch po Jelenie Iwanownie zaginął. Kiedyś, wiele lat później, moja mama zobaczyła ją – otoczoną sforą bezpańskich psów, na jednym z pobliskich targów. Chyba zbierała coś do jedzenia dla siebie i zwierząt. Mama próbowała z nią rozmawiać, ale Jelena Iwanowna jej nie poznała… Żyła w swoim świecie, mówiła coś do psów. One jej słuchały. To było ostatnie spotkanie z kobietą, która kiedyś zaraziła mnie swoją pasją i duchem przedsiębiorczości, co – biorąc pod uwagę jej dalszą historię – czasem trochę mnie niepokoi…

1424448

4 Comments on “O Jelenie Iwanownie, duchu przedsiębiorczości i trudnym początku lat 90-ch

  1. kolejny genialny tekst!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! jak bym tam był……..

    • Dziękuję, Karina! To jeden z moich ulubionych tekstów, i kiedy zerkam na ten wpis i wspominam Jelenę Iwanowną… Wiem jednak, że człowiek żyje, póki się o nim pamięta, a ja wciąż o Niej wspominam…

Skomentuj Karina Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close