Nie będziemy czekać na Pendolino, czyli O rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają…

Nie wiem, czemu zawdzięczam dość sporą ilość spektakularnych wpadek, jakie przeżyliśmy ze Spartanem… Teraz, gdy planuję jakąkolwiek najprostszą czynność z udziałem mojego konia, zaglądam do wszystkich kątów, upewniając się, że nie stoją widły czy grabie, gotowe w każdej chwili do rzucenia się na Spartka, sprawdzam trwałość ogrodzenia, równość ustawienia schodków, odległość stanowiska do czyszczenia od najbliższych pojazdów mechanicznych – zresztą, zaparkowanych, ze zgaszonym silnikiem, więc w żadnym stopniu nie stanowiących dla nas zagrożenia, ale nigdy nie wiadomo… Zachowuję się nieraz jak paranoiczką – nie spuszczam oka z mojego konia, gdy już jest osiodłany… Staram się nie oddalać od niego, gdy na kantarze jest uwiązany do czyszczenia… Nadopiekuńczość? Nie! Instynkt samozachowawczy! Bo Spartek, gdy już wpakuje się w poważne tarapaty, całym sobą krzyczy do mnie „Mamciś!!! Ratuuuunkuuuu!”, no i co mi pozostaje???

Dlatego staram się myśleć z wyprzedzeniem… A teraz od początku.

spartek_las_zima_ja

 

Gdy wybieram się ze Spartkiem na spacer do lasu, zawsze mam z tyłu głowy kilka scen z naszych, powiedzmy, mniej udanych wycieczek… Pierwsza, którą pamiętam do dziś, to był nasz ze Spartkiem wypad do lasu na spacerek w ręku w towarzystwie Barbórki, Spartkowej ówczesnej dziewczyny. Staliśmy w stajni Szinuk, sąsiadującej z piękną rozległą puszczą. Warunki do przyzwyczajenia konia do leśnych wędrówek – wręcz wymarzone. Spartan czuł się w lesie niepewnie… Nie lubił oddalać się od stajni, nawet w towarzystwie drugiego konia. Był niezwykle czujny, w każdej chwili gotowy do ucieczki. Był kwiecień, dwa lata temu. Ewa – właścicielka Barbórki – dziewczyna niezwykle nam życzliwa, a na dodatek będąca ostoją spokoju i łagodności, zaproponowała, żebyśmy udali się na wycieczkę z naszymi końmi. Ja się zgodziłam, a Spartka nikt nie pytał… I wszystko byłoby nawet nieźle – zawędrowaliśmy dość daleko od stajni, idąc główną leśną drogą, kiedy nagle z naprzeciwka pojawił się obładowany drewnem TIR z równie obładowaną przyczepą. Pojazd zbliżał się prosto na nas wąską drogą, konie w ręku, coraz bardziej niespokojne… Po obu stronach drogi – dość głębokie rowy melioracyjne, więc ciężko je przeskoczyć, zwłaszcza że tuż za nimi naprawdę gęsty las i z końmi nie mamy szans, by się zmieścić. Musiałyśmy zawrócić i szybkim krokiem, oddalając się od nadciągającego TIR-a, rozpaczliwie szukać możliwości ucieczki w jakąś boczną ścieżkę. Na szczęście, po chwili skręciłyśmy w lewo, konie – choć przerażone – nadal były przy nas w liczbie dwóch, a TIR z przyczepą właśnie mijał nas, przeczekujących w leśnej gęstwinie. Gdy „maszyna” przejechała, Spartkowi puściły nerwy. W mgnieniu oka obrócił się wokół mnie – zdążyłam tylko uprzedzić Ewę, by się odsunęła, i wyrwał mi linę z ręki, ruszając w pościg za TIR-em. Galopem pognał przed siebie, skręcił za TIR-em i pognał tuż za nim, by za chwilę wyprzedzić przyczepę i galopować tuż przy kabinie kierowcy, po jego lewej stronie. Wiedziałam, że gonienie konia nie jest dobrym rozwiązaniem: po-pierwsze, i tak nie miałam szans, po-drugie, wówczas to dopiero by się utwierdził  w przekonaniu, że całe stado za nim pędzi, co dodatkowo dodałoby mu pewności siebie. Wyszłyśmy z Ewą i Barbórką na drogę, wołałam Spartka, idąc daleko za TIR-em, modląc się w duchu, by długa, ciągnąca się po ziemi lina nie wkręciła się w ogromne koło pojazdu, bo byłoby po koniu… Nie wiem, co myślał sobie kierowca… Może chciał uciec przed koniem, może się z nim ścigał, bo nie wierzę, że nie zauważył Spartka, zaglądającego mu niemalże do lewego lusterka… Jak zawsze w podobnie beznadziejnych sytuacjach, liczyłam na cud… TIR oddalał się wraz z moim koniem, my szłyśmy żwawym krokiem za nimi, wołając Spartana, który pędził w przeciwnym od nas kierunku… Aż tu nagle TIR dojechał  do rozwidlenia i zaczął powoli skręcać w prawo. Ten manewr zupełnie zasłonił mi Spartana, więc kompletnie nie widziałam, co się z nim dzieje. Kiedy przyczepa również pokonała zakręt, zobaczyłam Spartka, który dumny, z wyciągniętą szyją stał na zakręcie i patrzył raz na nas, raz na oddalającego się potwora. Wypowiadałam imię Spartka tak spokojnie, jak tylko potrafiłam, idąc ni to szybko ni to wolno… Właściwie to było przedziwne poruszanie się – starałam się, udając spokojne spacerowe kroki, zbliżyć się do konia tak szybko, jak się da. Szkoda, że nie mam nagrań… Charlie Chaplin byłby pod wrażeniem…

Ale właściwie nie musiałam się spieszyć. Spartan na nas czekał. Nawet był dość spokojny. W jego spojrzeniu dało się wyczytać dumę i zadowolenie z dobrze wykonanej roboty: „Widziałyście, dziewczyny, jak przede mną zwiewał? Aż się kurzyło!”. Rzeczywiście, kiedy opadł kurz, spokojnie wzięłam spartkową linę i – …. poszliśmy w kierunku stajni? Nie! Za radą Ewy zawróciłyśmy z końmi z powrotem do miejsca, gdzie spotkałyśmy na swojej drodze TIR-a, przeszłyśmy się tam i z powrotem tak, by konie upewniły się, że nic strasznego już się nie wydarzy, i dopiero po tym poszłyśmy w kierunku stajni. Nie powiem, trzęsły mi się ręce, nogi się uginały, a głosik miałam mocno zdenerwowany. Całe szczęście, tego dnia nic więcej już się nie wydarzyło. Jednak przez kolejny rok, mając w pamięci zajście z TIR-em, nie miałam odwagi zabrać Spartka na spacer do lasu.

Minęły dwa lata, w tym czasie, dzięki pomocy trenerki Gosi z Szinuka, Spartan zaczął chodzić w tereny pod siodłem. Tych w ręku wciąż starałam się unikać. Po przeprowadzce do nowej stajni, jesienią ubiegłego roku, znów zaczęłam zabierać Spartka na spacery w ręku. Pewnego dnia dołączyłam ze Spartkiem do wybierających się na wycieczkę do lasu Anię z Uranem. Uran dumnie kroczył z synkiem Ani na grzbiecie – takie wędrówki nie były dla nich niczym nadzwyczajnym. Dla nas – to była bodajże druga wycieczka po przeprowadzce do Olszewnicy. Uran to koń spokojny, doświadczony, więc lepszego towarzystwa nie można było znaleźć. Kroczyliśmy ze Spartkiem za Anią z Uranem, oddalając się od stajni na parę kilometrów, a Spartan wyjątkowo spokojnie szedł przed siebie, zajadając po drodze suchą dębinkę.

spartek_las

Ja również byłam nadzwyczaj spokojna i wyluzowana. Co prawda, kompletnie nie znałam okolicy i nie miałam zielonego pojęcia, jaką trasę wycieczki zaplanowała dla nas Anka. Droga prowadziła prosto przez las, jak się później okazało, aż do przejazdu kolejowego. Skąd mogłam wiedzieć, że przejazd kolejowy, z obowiązkowym zatrzymaniem się i zaczekaniem na przejeżdżający Pendolino, były właściwym celem naszej wycieczki? Synek Anki uwielbiał patrzeć na mknące z ogromną prędkością pociągi… Gdy doszliśmy do przejazdu i Anka zatrzymała Urana, zdezorientowana, zapytałam, gdzie skręcamy? Okazało się, że nigdzie – że poczekamy sobie na Pendolino… Zbladłam… Napomknę tylko, że Spartan do dziś ma problem z zatrzymaniem się i spokojnym staniem w środku lasu – o ile oczywiście nie ma do objedzenia jakiejś smacznej gałązki. Dlatego też wiedziałam, że za chwilę Spartan wybuchnie i spróbuje się wyrwać. Szybko powiedziałam Ance, że to nie jest dobry pomysł, że nie utrzymam konia przy nadjeżdżającym pociągu. „No co ty?” – zapytała zdziwiona, bo, rzecz jasna, taki rozwój wydarzeń zupełnie nie mieścił jej się w głowie. „Zaraz już jedzie, poczekajcie chwilkę”. W tym samym momencie Spartan wyrwał mi linę i ruszył na przejazd kolejowy. Wiedziałam, jak to się może skończyć… Wyścig z Pendolino mógłby się stać dla Spartka ostatnim przejawem heroizmu. Uczepiłam się końcówki liny, jak małpa, i poleciałam za koniem, szybciutko przebierając nóżkami. Za nic w świecie nie zamierzałam puścić liny. Do przejazdu zostawało parę metrów, kiedy resztką sił spróbowałam szarpnąć liną. Nie wiem, co podziałało, ale Spartek się zatrzymał. Szybko go zawróciłam i poszłam w kierunku Ani z Uranem, który stał spokojnie i obserwował rozgrywającą się na jego oczach scenę. Byłam zdesperowana, by czym prędzej opuścić łączkę przed przejazdem kolejowym, więc po prostu ruszyłam z powrotem do lasu, błagając Ankę, by szła za nami. Ufff, za chwilę za nami pojawił się Uran. Poczułam się właśnie uratowana, gdy nagle rozległy się iście piekielne odgłosy – płacz dzieci, krzyk zarzynanych zwierząt, piski i przerażające wycie… Te koszmarne dźwięki wypełniły cały las! Struchlałam. Spartan wybałuszył oczy, jak nigdy dotąd, i przyspieszył, jakby ktoś z tyłu gonił go batem. „Co TO jest?” – rzuciłam, starając się nadążać za koniem. „Puszczają tu takie przy przejeździe kolejowym, by odstraszyć zwierzęta” – wyjaśniła mi Anka. „To im się, kurna, udało!!!” – wydusiłam, i ponownie spróbowałam uspokoić Spartka. Gdy po paru minutach piekielne odgłosy ucichły, a my byliśmy już na tyle daleko od przejazdu, bym mogła zacząć oddychać, Spartan się uspokoił. Co prawda, drogę powrotną pokonaliśmy chyba ze trzy razy szybciej, niż bym się spodziewała. I wiem jedno – nigdy nie będziemy ze Spartkiem oglądać Pendolino! Poznanie z bliska kierowcy TIR-a w zupełności powinno koniowi wystarczyć…

O kolejnych Spartkowych „wpadkach” i rzeczach, które zazwyczaj się nie zdarzają –  Gdy hucuł się nudzi, czyli głupich wpadek ciąg dalszy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close