„Nie będzie meczu, będzie chór!”

Moment, w którym wypadałoby wreszcie napisać ostatni rozdział naszej ze Spartkiem opowieści zbliża się nieuchronnie… Jak już wcześniej wspomniałam, zamarzyło mi się wydanie Spartkowych opowieści w formie książkowej, a to oznacza, że muszę napisać nasz ostatni rozdział… Wyobrażałam sobie, że w finałowym odcinku naszych ze Spartkiem przygód napiszę o tym, jak udajemy się z moim bohaterskim hucułem w nasz pierwszy samotny teren, jak razem wędrujemy po leśnych szlakach i cieszymy się z pięknych widoków o zachodzie słońca… Cóż by to była za symfonia zmysłów! Cóż za piękny finał, prawdziwy happy-end!

Tymczasem, gdy podzieliłam się swoim planem na zakończenie książki z Mateuszem, mój mąż z charakterystycznym dla niego poczuciem humoru rzekł: „No super pomysł, żeby to tylko nie był rzeczywiście „twój ostatni rozdział” w tej historii”… Fakt faktem, byłoby to bardzo ciekawe zakończenie książki, tylko kto by się zajął całym procesem wydawniczym? Spartek? Wątpię…

IMG_8702

Tak więc, zanim udać się na Spartkowym grzbiecie w nasz pierwszy samotny teren, postanowiłam na początek zabrać go na zwykły spacer do lasu – samego, bez towarzystwa kopytnych kolegów. Po namyśle stwierdziłam, że na początek wypadałoby sprawdzić, co na to koń… Bo nie ukrywam, że mimo wszystko chciałabym zobaczyć swoją książkę wydrukowaną i czekającą na opinie Czytelników. Zatem pomysł na finałową codę – wspólne wędrowanie po okolicznych terenach musiałam nieco zmodyfikować, lub też zaczekać na dokończenie naszej historii kolejnych lat…

Bowiem w Spartkowym podejściu do naszych z nim wspólnych samotnych wycieczek poza stajnię wciąż niewiele się zmieniło… Nie tak sobie wyobrażałam ostatni odcinek naszej historii. No cóż, najwyraźniej czeka nas praca nad drugim tomem opowieści…

 

Parę dni temu, doczekawszy się powrotu Mateusza z pracy, szybciutko zaserwowałam mężowi najprostszą z możliwych kolacji i namówiłam go, by – korzystając z pięknej pogody i długich ciepłych wieczorów – pojechać razem do stajni. Miałam nadzieję, że uda nam się zabrać Spartka – samego – bez Cześka, Aśka, Zahiry czy innego kopytnego przyjaciela, na krótki spacer po lesie. Już od dawna porzuciłam optymizm na rzecz trzeźwej oceny sytuacji, więc poprosiłam Mateusza, by zabrał ze sobą aparat fotograficzny i był gotowy na robienie zdjęć wyrywającego się konia. Nie ukrywam, że tak sobie to wszystko zaplanowałam, że tak czy inaczej wyjdę na tym dobrze. Jeśli Spartek podrepcze z nami do lasu i będzie nam towarzyszył do końca spaceru, będę absolutnie, nieziemsko szczęśliwa i wreszcie uwierzę, że cuda się zdarzają. Jeśli zaś zacznie nam się wyrywać, Mateusz porobi zdjęcia, których tak bardzo potrzebuje do książki… Opuszczając teren stajni, żegnałam koleżanki – Kasię i Asię – słowami: „Jakby Spartucha wrócił, to miejcie na niego oko”. Dziewczęta, rzecz jasna, odparły, że wszystko będzie dobrze, czemu zawsze zakładam najgorszy ze scenariuszy, i że na pewno nam się nie wyrwie… Aha… Akurat.

Ruszyłam przed siebie spokojna, wiedząc, że albo będę miała „dowód na naszą ze Spartkiem wzmocnioną więź” albo upragnione zdjęcia. Tak czy siak będę zadowolona… Choć gdzieś w głębi serca tliła się jeszcze nadzieja, że koń pozostanie przy nas… Że wreszcie staniemy się dla niego odrobinę ważniejsi od stada. Że uzna w końcu, iż podążanie za prowadzącym go człowiekiem nie jest niczym nadzwyczajnym, uwłaczającym jego godności, niebezpiecznym czy bezcelowym – już nie wiem, jak on to w swojej huculskiej głowie poukładał… Myślałam sobie po cichu, że nawet taki finał byłby dla mnie wystarczającym dowodem naszej ze Spartkiem więzi, jaką udało mi się zbudować przez te wszystkie lata. Bez strachu, przemocy, nadużyć z mojej strony. Dzięki mojemu uporowi, miłości i, w pewnym sensie, poświęceniu. Czy muszę – po raz setny – powtarzać że jak zwykle się pomyliłam?

Wkroczyliśmy na ścieżkę do lasu spokojnie, ze Spartkiem po mojej lewej stronie. Mateusz szedł za nami, w odległości kilku metrów, z aparatem w pogotowiu. Myślę, że Spartek był absolutnie przekonany, że nie jesteśmy na tyle głupi, by nie zabrać ze sobą chociażby Cześka. Gdy po raz pierwszy odwrócił się w stronę Mateusza i z niedowierzaniem odkrył, że ani z prawej, ani z lewej strony od niego nie widać drepczącego osiołka, pewnie pomyślał, że Cześka – być może – niesiemy w plecaku, i zaraz puścimy go na trawkę obok Spartka. Zdziwiwszy się po raz pierwszy, Spartek szedł jednak dalej do lasu. Tymczasem zbliżyliśmy się do drogi, odbiegającej od naszej trasy w prawo. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close