Na naszą szóstą rocznicę – wspomnień czar i iskierka nadziei dla tych, którzy są w kropce…

   Wczoraj minęło sześć lat, odkąd Spartan został pełnoprawnym członkiem naszej rodziny. Dokładnie sześć lat temu 14 sierpnia jechałam po Spartka, by podpisać umowę kupna-sprzedaży z jego poprzednim właścicielem i przywieźć go do nas pod Warszawę. Byłam okropnie zdenerwowana i podekscytowana nie tylko samą wyprawą, lecz – rzecz jasna – perspektywą posiadania własnego konia, jaką kreśliłam w swojej wyobraźni. Pamiętam, że planowałam, jak każdego dnia będę ćwiczyła z moim koniem coraz to nowe elementy, jak razem będziemy przemierzać leśne ścieżki, jak stworzymy zgrany i pełen miłości i zaufania duet… Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że będziemy potrzebować wielu lat, by chociaż część tych marzeń miała szansę na realizację, na pewno bym nie uwierzyła. Nie byłabym w stanie przyjąć tego do wiadomości. Zresztą, kto by mógł przypuszczać, że taki właśnie scenariusz podsunął nam los?

Tak się jednak stało. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Przyjaciele Spartana, śledzi nasze historie od samego początku, to wie na pewno, jak się między nami układało. Trudno to było nazwać „udanym związkiem”… Krew, pot i łzy – moje, nie Spartana. Jego – upór, niechęć, niemalże permanentny bunt i twarde postanowienie, by sprawić, bym się raz i na zawsze porzuciła wszelkie próby nawiązania współpracy. Powiem Wam szczerze – ciężko mi było pokochać tego konia… Każdego dnia robił, co w jego mocy, by zdusić w zarodku najmniejsze zalążki uczucia wobec jego krnąbrnej osoby. Uwierzcie, że bardzo się starałam, by dostrzec w nim jakiekolwiek pozytywne cechy, lecz – na próżno. Czego by człowiek nie tknął, wszystko obracało się w ponury żart. Perspektywa posiadania własnego konia stopniowo nabierała kształtów raczej pesymistycznych – prawie bez możliwości wsiadania, z wielce ograniczoną możliwością pracy z ziemi, o spacerach w ręku czy wyprawach w tereny nie wspominając. Pozostawało mi jedynie odwiedzać konia, patrząc, jak cudownie spędza czas aż do momentu, gdy się pojawiałam w stajni, bo wtedy humor wyraźnie mu się psuł; czasem móc go wyczyścić; zorganizować kowala, szczepienia, weta, jak potrzebował; no i pracować na jego utrzymanie… Tego mi nie bronił.

Wielokrotnie zadaję sobie pytanie – jakim cudem udało mi się to przetrwać? Przede wszystkim – nie ustawać w podejmowaniu prób nawiązania z nim jakiegokolwiek kontaktu? Wciąż do niego przyjeżdżać, nawet nie wierząc w skuteczność swoich wysiłków? Nie wiem… Chyba nie miałam innego wyjścia. Bo na pewno nie była to sprawa moich ambicji, chęci udowodnienia czegokolwiek sobie czy innym, postawienia na swoim itd. Tego we mnie nie było i nie ma. Na szczęście. Myślę, że to by tylko pogarszało sytuację i było kolejnym źródłem frustracji i złości. Zwierzęta mają w nosie nasze ambicje. Nie rozumieją, że po raz kolejny nie sprostały oczekiwaniom, zawiodły, sprawiły, że czujemy się przegrani. Odczytują jedynie nasze emocje – smutek, złość, zdenerwowanie, frustrację, bezsilność, lecz nie są w stanie pojąć, iż wielokrotnie bywają ich źródłem. A gdy poddajemy się przy nich tym stanom emocjonalnym, dopiero wszystko zaczyna się sypać… Było źle, a za chwilę będzie jeszcze gorzej. I tak coraz bardziej się pogrążamy.

Dlatego szczególnie się cieszę, że nie wplątałam w naszą historię dodatkowych aspektów obciążających, jak moje ambicje i oczekiwania. Dość szybko zorientowałam się, że „jest jak jest”, musimy z tym żyć i przestałam snuć plany, robić założenia i układać nam przyszłość wedle własnego „widzimisię”. Dość szybko „odpuściłam”, jeśli chodzi o oczekiwania postępów. I właśnie gdy zupełnie szczerze przestałam się zamartwiać tym, jak mocno się na moim zwierzu „przejechałam”, mój koń raz po raz zaczął spoglądać na mnie w zupełnie inny sposób. Bardzo powoli, z miesiąca na miesiąc zaczął nabierać do mnie zaufania. Zaczęłam zauważać, że moja obecność w stajni już nie jest dla niego tak zupełnie obojętna… Stopniowo wypracowywaliśmy nasze własne rytuały, zaczęliśmy znajdować rzeczy, które tak samo nas cieszą, sprawiają radość… Jak już wiecie, praca nie znalazła się na Spartkowej liście „rzeczy pożądanych”. Do tego, by zaakceptował i – ośmielę się stwierdzić – nawet trochę polubił naszą wspólną pracę szliśmy przez sześć lat! Gdybym na samym początku wiedziała, że tyle to może zająć, pewnie bym się nie podjęła… A że nie wiedziałam – to jakoś to szło.

Otóż, po sześciu latach sprowadzam Spartka z najodleglejszego zakątka padoku bez liny i kantara. Dopiero tego lata mój wyrywający się, niedający się sprowadzić na ujeżdżalnię koń sam drepcze w moim kierunku od razu, jak zobaczy, że szykuję dla niego sprzęt i siodło. A jeśli się zagapi i mnie nie zauważy, to wystarczy, że wejdę na padok i pójdę w jego kierunku, a już rusza w moją stronę. Podchodzi, cichutko rży na powitanie i na moje pytanie „To co, idziemy?” natychmiast rusza przy moim boku do wyjścia. Jak zawsze, nagradzam go smakołykiem dopiero po przekroczeniu bramki – tak już mi zostało.

Przez cały ostatni rok wyrywania się Spartana mogę zliczyć na palcach jednej ręki. Dosłownie. Były to może ze trzy-cztery razy, i chyba tylko jedno wyrwanie się w trakcie pracy na linie. Jakoś na wiosnę. Parę lat temu na jakiekolwiek dodanie presji w trakcie pracy miałam wyrwanie. Mogłam więc „zaliczyć” ich z pięć-sześć w trakcie jednego treningu. Dlatego też postępów w pracy praktycznie nie było widać. Dodanie energii – wyrwanie. Prośba o galop – wyrwanie. Ktoś prowadzi konia do stajni, może się z nim zabrać? – wyrwanie. I tak w kółko. W tym roku pracujemy codziennie z ziemi czy z siodła i mogę sobie pozwolić na wyegzekwowanie wyższej energii, większego zaangażowanie w pracę, lepszego ruchu i wielu innych rzeczy, o których wcześniej nie mogłam nawet marzyć. Spartek nie zawsze jest zachwycony, pokazuje mi więc, co on o tym sądzi skuleniem uszu, próbami podbryknięcia itd, ale nawet nie myśli o wyrwaniu! Przeszliśmy w pracy z ziemi na długą cieniutką linę – lekką, taką, by łatwiej nam było pracować w wyższych chodach. Gdyby zechciał pójść sobie w siną dal, zrobiłby to bez najmniejszego wysiłku – cienkiej liny już w ogóle nie da się utrzymać, gdy koń się wyrywa. Możemy jednak śmiało pracować bez kołaczącej z tyłu głowy obawy, że „zaraz pójdzie”…

Mamy, rzecz jasna, wiele do poprawienia pod siodłem. Ciągle jeszcze musimy dyskutować przed pierwszym zakłusowaniem. Ale poprawimy to. W ogóle się o to nie martwię. Stopniowo, bardzo malutkimi kroczkami, poszerzam swoją „strefę wpływów” i – zdaje się – że takie tempo i sposób oddawania przywództwa nie łamie Spartkowego charakteru, nie umniejsza jego ego i praktycznie nie wzbudza jego sprzeciwu. A że zajmuje to długie lata? Trudno. Żadnej chwili spędzonej z tym koniem nie uważam za czas stracony. Nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Dosłownie. Spartan często odpowiada mi cichym rżeniem na rewelacje, które mu opowiadam. Tak samo reaguje, gdy go chwalę, ale – co ciekawe, kiedy zrobię coś, co wyjątkowo go ucieszy. Nawet gdy nie jest to związane z treningiem, nagrodami i innymi przyjemnościami. Ostatnio udało mi się wyjątkowo skutecznie obronić Spartka przed atakiem Ilanda – zasłoniłam swojego hucuła i machnęłam w kierunku Ilasia batem. Ten natychmiast zawrócił i dał nam spokój. A Spartek z radości cicho zarżał. A może z wdzięczności… Tak czy inaczej – to było skierowane do mnie. Po raz kolejny udało mi się go obronić i cieszyłam się, że i ja na coś się czasem przydam, a nie tylko – praca, popas, praca, popas. Spartek zobaczył, że też „kumam”, o co chodzi w życiu stada i czasem umiem się zachować po końsku. I natychmiast mi o tym powiedział.

Sześć lat… Niczego nie planuję, nie mam żądnych celów, które za wszelką cenę musimy osiągnąć… I wbrew pozorom – zmierzamy tam, gdzie po cichu zawsze pragnęłam… 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close