Na naszą Czwartą Rocznicę – Trwała zmiana czy „ocieplenie wizerunku”?

nIMG_4124

Dwunaste Urodziny Spartka 

W połowie czerwca obchodziliśmy Dwunaste Urodziny Spartka. Z tej okazji zawitaliśmy w stajni z moją Mamą, z Mateuszem i z ciastem jabłkowo-orzechowym Ady 🙂 Ten przepis, genialny w swojej prostocie i niezwykle smaczny, wciąż robi furorę! A ja – nie grzesząc talentem cukierniczym – zyskuję dzięki niemu w oczach moich znajomych 🙂 Aduś, dziękuję!

Wracając do naszych Urodzin – było absolutnie rewelacyjnie! Moja Mama, która zawsze trochę obawiała się Spartka, wreszcie odnalazła się w jego towarzystwie. Rozpieszczała „wnuka” na wszelkie możliwe sposoby, a on z kolei, by jeszcze bardziej przypodobać się „Babci” wciąż miał nowe pomysły, jak nas rozśmieszyć i rozczulić. Częstowany jabłkami i marchewką, po każdym kęsie delikatnie wylizywał rękę, ale ani razu nie był nachalny! Co więcej, kiedy zechciałam zaprezentować Mamie nasze postępy w pracy z koniem na wolności, a Spartek właśnie na dobre rozgościł się z łbem u Mamy na kolanach, wystarczyło, że odeszłam kilkanaście metrów, zawołałam konia i przyszedł do mnie, gotowy do pracy. Zrobiliśmy więc mini-pokaz z okrążeniem na wolności w stępie, kłusie i galopie, zmianami kierunku w stępie i kłusie, z cofaniem i podejściem, obrotami na przodzie i zadzie… Kiedy podziękowałam Spartkowi i powiedziałam, że może wracać „na widownię”, cichutko „zachichotał” z zadowolenia (jak to on ma w zwyczaju, gdy się bardzo cieszy) i wrócił dalej zabawiać moją Mamę.

Tamtego dnia nie mogliśmy się z nim rozstać… Tak nam było dobrze! Spartan uwielbia, gdy przyjeżdża się do niego tak po prostu, zwłaszcza z prezentami, i nienawidzi się żegnać. Kiedy wreszcie odchodziliśmy, po odprowadzeniu konia na padok, wciąż próbował otworzyć bramkę ogrodzenia, by lecieć za nami… Wypatrywał, czy jednak do niego nie wrócimy. Odjeżdżaliśmy, a koń wyciągał łeb tak wysoko, jak tylko potrafił, by wciąż nas widzieć… Mama pokochała Spartka miłością bezgraniczną. Umie, skubaniec, zdobywać serca kobiet.

Chyba wkroczyliśmy w dorosłość

Wiem, że hucuły dojrzewają nieco później, niż inne konie. Gdy poznałam Spartka, miał osiem lat. Jaki był – pisałam o tym aż za dużo 🙂 Każdy, kto poznał go cztery lata temu, radził mi jedno – „Sprzedaj tego konia!”. Teraz, po czterech latach, kiedy właśnie Ada od tego niezwykłego ciasta zawitała do Spartka w odwiedziny, była szczerze zdumiona. Podkreślała, że zmieniło się nie tylko całe jego zachowanie, ale nawet oczy, spojrzenie ma zupełnie inne! A co za tym idzie – zmienił się cały wygląd konia. Z tym naszym Spartkiem to jest taki myk, że jak ma kiepskie nastawienie i niezadowolenie „na twarzy”, to wyłazi z niego hucuł – niestety, w najgorszym wydaniu. I nie powiem, by wyglądał w tym wydaniu atrakcyjnie. Wygląda wręcz paskudnie! Kiedy zaś ma tzw. „miękkie oko” i łagodny pysk, to wygląda bajecznie ładnie. No dobra, może trochę przesadzam, ale – słyszałam, jak kilka osób, nowych w stajni, pytało, czyj to taki ładny konik stoi w przedostatnim boksie po prawej. A to tylko dlatego, że teraz Spartan ma zawsze miły „ryjek”. Cztery lata temu raczej większość omijałaby go z daleka…

A więc może, poza całą pracą, włożoną w „spartańskie wychowanie”, po prostu chłopak wydoroślał? Dojrzał? Zażegnał młodzieńcze bunty, przestał wierzyć w rewolucję? Ustatkował się i przyjął wreszcie do wiadomości, że los połączył nas na zawsze i nic tego już nie zmieni?

Zmiany, zmiany, zmiany…

Myślę, że zmiana jest efektem wszystkiego po trochu – i pracy, i wieku. Wkroczeniu w dorosłość mogę oczywiście przypisać ogólne złagodzenie charakteru, odpuszczenie sobie zaczepek innych koni, omijanie przez Spartka konfliktów, większa chęć do ustępowania wobec chamstwa lub agresji innych kopytnych… Te zmiany charakterologiczne procentują też w naszych ze Spartkiem relacjach – również chętnie z nich korzystam! Śmiem jednak twierdzić, że i moja skromna osoba coś tam w nim zmieniła. Na przykład, taka Spartkowa „gadatliwość”. Książkowy introwertyk, zamknięty w sobie, z zaciśniętym pyskiem, wąskimi oczkami, często położonymi uszami – oddalający się na widok człowieka. Takim był cztery lata temu. Zapięcie uwiązu, przejście z koniem na linie dwóch metrów bez wyrwania – to były nasze marzenia! A teraz? Koń „gada” na powitanie, „gada”, jak widzi, że niosę siodło i cały sprzęt, „gada”, jak podchodzimy do schodków do wsiadania, „gada”, jak kończymy trening, „gada”, kiedy stoi w boksie i widzi, że właśnie wchodzę do stajni. Chrumka, rechocze, trajkocze – wciąż nie wiem, jak nazwać ten jego cichutki odgłos radości. Czasem zwyczajnie rży – jak idę do niego lub gdy chce, bym się trochę pośpieszyła. W tej chwili w tym koniu widzę i umiem odczytać tyle emocji, że zawsze wiem, jak minął mu dzień, kiedy nie było mnie w stajni. Czy wszystko było w porządku. Czy jest głodny. Czy pokłócił się z kolegą z padoku. Po tym, jak zakładamy kantar i jak bardzo spieszy mu się do wyjścia ze mną wiem, jak bardzo na mnie czekał.

Odkąd wiem, że za każdym razem mogę go bez najmniejszego sprzeciwu wprowadzić na ujeżdżalnię, założyć siodło i wsiąść, przestało mi zależeć na tym, by za każdym razem wsiadać. Ćwiczymy, kiedy nam się chce, ale każde inne spotkanie również przynosi nam wiele nowych doświadczeń.

Ot, na przykład, takie wyjście poza teren stajni, pod las, gdzie rośnie soczysta trawka. Byliśmy tam ze Spartkiem już kilka razy sami, bez towarzystwa żadnego z koni, gdy cała reszta rumaków pasła się na dalekich padokach lub nawet stała w boksach. Obecność innych koni jakby przestała mieć dla Spartka aż takie znaczenie, jak niegdyś. Rżenie towarzyszy na padokach lub nawet wieczorne karmienie w stajni, podczas gdy my jesteśmy kilkadziesiąt metrów dalej, pod lasem, nie jest powodem, by się wyrwać i pójść tam, gdzie koledzy lub okoliczności wzywają. Nie powiem, że pewna obawa nie towarzyszy mnie zawsze, gdy oddalamy się z koniem od stajni. Nie wiem jeszcze, w którym dokładnie miejscu Spartan wyznaczył granicę naszych wspólnych wypadów. Jak daleko możemy bezpiecznie zajść razem, by również bezpiecznie razem wrócić.

Na przykład wczoraj, gdy podczas naszego popasu pod lasem zaczęło straszliwie padać, marzyło mi się wejście do lasu, gdzieś pod drzewko, by choć trochę osłonić się przed deszczem. Oczywiście, nie śmiałam prosić o to Spartana – po cichu liczyłam, że może sam mi zaproponuje. Co prawda, pod drzewami była trochę gorsza trawka, a i „strachów” znacznie więcej, zwłaszcza jak deszcz zacinał po drzewach, a wszystko wokół ruszało się i szeleściło… A jednak. Nie zdążyłam pomyśleć o schronieniu się pod drzewami, jak koń spojrzał na mnie pytająco, i skierował swoje kopyta przez drogę pod ogromną brzozę, wyłaniającą się z lasu jako najbardziej okazałe, rozłożyste drzewo. Udało mi się więc wygodnie usiąść na suchym korzeniu pod brzozą, a Spartkowi dać całą długość liny, by mógł krążyć wokół, wyjadając trawkę. A było co jeść, oj, było!

Dlatego też, siedząc sobie wygodnie pod brzozą i obserwując całkowicie wyluzowanego, szczęśliwego konia, rozmyślałam nad tym, czy uda nam się w ogóle powrócić stąd na teren stajni, gdzie z trawą jest naprawdę kiepsko… Moja daleko posunięta ostrożność w prognozowaniu rozwoju wydarzeń kazała mi, oczywiście, zostawić otwartą furtkę, żeby w razie czego koń zawsze mógł wrócić sam, z kolei na wypadek, gdyby koń nie chciał właśnie wracać do stajni – nie za bardzo byłam przygotowana. I wiecie co? Teraz wstyd mi tych moich myśli, obaw i wciąż jednak braku zaufania do Spartka. Kiedy – jednak, mimo osłony brzozy – przemoknięta postanowiła, że czas wracać, koń po prostu za mną poszedł. Oglądał się, co prawda, na wystające kępki trawy i trochę zwlekał z wejściem przez furtkę, ale nawet przez moment nie myślał o wyrwaniu! Kiedy zamknęłam za nami furtkę i na chwilę przystanęłam, by pogadać z Jolą, właścicielką Zarino, Spartek parę razy podchodził do furtki i bramy i trącał je noskiem, próbując otworzyć i sugerując, że chętnie by wrócił pod las… Niestety, musiałam wracać do domu, więc z bólem serca zaprowadzałam Spartka na padok… Nie chciał, oczywiście, żebyśmy się żegnali, ale szedł… Smutny, zygzaczkiem, z opuszczonym łbem…  Ale – by nie zostawiać zrozpaczonego konia, zamykając za nim bramkę padoku, opracowaliśmy ze Spartkiem pewien rytuał: grzeczne, spokojne wejście na padok zawsze jest nagradzane! Spartek już wie i rży z radości, kiedy zamykam bramkę, bo wie, że znów czeka go coś miłego. Wyciągam wtedy z torebki resztkę smakołyków i mamy naszą krótką pożegnalną ucztę.

A co z tym strachem? 

Inną zmianą w zachowaniu Spartka, o której nie mogę nie wspomnieć, jest jego reakcja na strach. Otóż, jeszcze parę miesięcy temu, spłoszony, oddalał się ode mnie z prędkością światła… Teraz – nawet gdy coś go spłoszy i uskoczy na metr lub dwa – ale zawsze pozostaje na linie, natychmiast wraca do mnie i szuka wsparcia. Z kolei gdy tylko trochę go coś zaniepokoi, a ma mnie w zasięgu wzroku, bo pasie się na wolności, to zawsze patrzy w moją stronę z pytaniem – „Czy mam się bać?” Zazwyczaj odpowiadam, że wszystko jest w porządku i to wystarcza, by koń powrócił do podjadania trawki. Jeśli zaś wciąż coś wzbudza jego niepokój, przychodzi do mnie. Gdy go pogłaszczę i powiem, że jest jednak głuptasem i nie ma czego się bać, odprężony znów odchodzi na popas.

Nie wiem, czy wynika to tylko ze zmiany, jaka zaszła w całych naszych relacjach, czy też jest efektem pewnych ćwiczeń, jakie ze Spartkiem kilkakrotnie powtarzałam. Zainspirowana metodami pracy Karen Rohlf, ćwiczyłam ze Spartkiem z ziemi w stępie i kłusie, będąc cały czas bardzo blisko łopatki konia. Podążałam za jego ruchem, dotykając ręką jego szyi, pilnując prawidłowego wygięcia, poszukując napięcia w mięśniach konia. Za każdym razem, gdy ćwiczyliśmy w ten sposób, akurat była wyjątkowo wietrzna pogoda. Koń się niepokoił i w niektórych momentach unosił głowę, rozglądając się za „strachami”. Czasem Spartkowi ciężko było skupić się na ćwiczeniach w niskim ustawieniu, i wtedy wyciągałam rękę w kierunku jego szyi, sugerując zejście z głową w dół i odprężenie. Za każdym razem udawało mi się w ten sposób osiągnąć zamierzony efekt. Po kilkunastu minutach takich ćwiczeń koń się bardzo uspokajał i przestawał skupiać się na tym, co dzieje się dookoła. Cieszę się, że wypróbowałam tę metodę i że ona działa! Sprawdziła się bowiem również pod siodłem. Gdy tylko coś Spartka zaniepokoiło, a byłam na jego grzbiecie, wystarczyło, że sięgnęłam dłonią do jego szyi, a natychmiast się uspokoił, odetchnął i spokojnie poszedł dalej. Być może i to również sprawiło, że na wszelkie strachy reaguje teraz już nie ucieczką, a wręcz odwrotnie – podejściem i prośbą o wsparcie!

No i pytanie zasadnicze …

Otóż, najbardziej interesuje mnie jedna rzecz: czy mój koń „znormalniał” na zawsze czy tylko tymczasowo? Dlaczego je zadaję… No, po pierwsze, dlatego, że jest to dla mnie pytanie zasadnicze 🙂 A po drugie, dlatego że akurat w tej chwili Spartan jest w dość nietypowej dla niego sytuacji. Nie ma stada, z którym byłby zżyty…

IMG_0379
Autor zdjęcia: Mateusz Raczkowski

Po odejściu Barbórki został na padoku z Czaborem – koniem, z którym, mówiąc delikatnie, średnio się lubią. Jest to koń o mocnym charakterze, raczej dominujący w obecnym mini-stadzie Spartka. Na dodatek – nie skory do zabaw ani bliższych kontaktów towarzyskich. A że Spartek ostatnio woli unikać konfliktów, wychodzi na to, że stara się nie wchodzić mu w drogę. A przy tym – mam wrażenie, że te dwa konie kompletnie nie czują się ze sobą związane. Spartek opuszcza padok z ogromną chęcią, zostawiając na nim Czabora, a wraca zawsze ze smutną miną.

Zatem – wychodzi na to, że to ja zamiast Barbórki czy innego konia-towarzysza zostałam częścią stada Spartana. No to w sumie mam, czego chciałam, ale szczerze – nie chciałam takim kosztem…

Druga istotna sprawa – to dostęp do trawy. Ponieważ padok jest już kompletnie wyjedzony, to wyłącznie ze mną Spartek ma możliwość skubania trawki. Co więcej, coraz częściej zabieram go w miejsca, obfitujące w trawę! To kolejny powód, dla którego koniowi coraz bardziej na mnie zależy! Dwie najważniejsze sprawy – kontakty społeczne i pożywienie – zależą w tej chwili ode mnie. Czy tu jest „pies pogrzebany”? Chciałabym wierzyć, że nie, i – mimo że to ja w tej chwili zarządzam dostępem do podstawowych zasobów – więź, jaka się między nami wytworzyła, będzie trwalsza, niż obecna sytuacja stadno-pastwiskowa.

Myślę, że niedługo czeka nas poważny sprawdzian naszych relacji! A więc pytanie – czy to są trwałe zmiany czy tylko tymczasowe, wymuszone sytuacją „ocieplenie wizerunku” – na razie pozostaje otwarte, ale postaram się znaleźć na nie odpowiedź w najbliższym czasie i, oczywiście, zdam relacje! 🙂

20621870_10214182640742684_2135434911899449541_n

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close