Moment, w którym coś się zmieniło…

12191578_10208226994815258_7103203007291128464_nRok 2014 zaczął się dla całej naszej rodziny wyjątkowo paskudnie… Niespodziewane poważne choroby najbliższych, moja pełna niepokojów podróż do Petersburga, powrót z ciężkim sercem. Chciałam być blisko mojej rodziny, ale nie mogłam zostać na dłużej… Tuż po powrocie – tragiczna śmierć mojego ukochanego psa Maksa… Z trudem próbowałam się pozbierać po tych wszystkich wydarzeniach. W tym stanie podjęłam pierwszą z najgłupszych decyzji w moim życiu – wydałam naszą terierkę Moleńkę do nieodpowiedniego domu… Wspomnę tylko, że przybłąkała się do nas jakoś na jesieni, przez kilka miesięcy szukałam dla niej domu stałego, no i w lutym wreszcie odezwała się rodzina, której, jak mi się wydawało, mogę przekazać Molkę – wierzyłam, że będzie tam szczęśliwa, kochana, zadbana… Zatem, z ciężkim sercem, zawieźliśmy nic nie podejrzewającą Molkę do nowego domu… Do dziś proszę ją o wybaczenie za ten nasz paskudny wyczyn… I mammolka wrażenie, że już mi wybaczyła – codziennie ją przytulam i zapewniam, że to była głupia, podjęta w chwili rozpaczy decyzja, i że to się nigdy, przenigdy nie powtórzy. Sądząc po jej zadowolonej minie, będzie wykorzystywać tą moją wpadkę każdego dnia. Oczywiście, jak się domyślacie, po dwóch miesiącach Molka wróciła do nas, i odtąd się nie rozstajemy… Powrót Molki był dla nas wszystkich wielką ulgą… Odtąd całe nasze stadko żyje w zgodzie i trzyma się razem, jak nigdy przedtem.

Ale nie była to moja jedyna „wpadka” tego feralnego 2014 roku… Spartka również o mały włos nie straciłam. A było to tak… Po powrocie z Petersburga ciężko mi było na sercu. Miałam, oczywiście, swoje codzienne obowiązki, opiekowałam się psami swoimi i tymi, co gościły u nas w hoteliku, jeździłam do stajni. Niestety, te wyjazdy nie poprawiały mi humoru. Zamiast chwili wytchnienia przy wymarzonym rumaku w stajni spotykały mnie same przykrości. Minęło już ponad pół roku od momentu, kiedy Spartan został członkiem naszego klanu, a jakoś nie zamierzał przyjąć tego do wiadomości. Na mój widok oddalał się w najdalszy zakątek rozległego pastwiska, a kiedy ruszałam w jego stronę, kulił uszy i wystawiał w moim kierunku swój okrągły zad. Zapięcie liny czy założenie kantarka zajmowało nieraz bitą godzinę, z wieloma ucieczkami, strzałami z kopyt i innymi przykrymi gestami z jego strony w międzyczasie. Kilka osób w stajni próbowało mi pomóc… Niestety, entuzjazm wszystkich po kolei szybko znikał. I tak jestem wdzięczna dziewczynom za dobre chęci, choć – nie powiem – rezygnacja wszystkich po kolei coraz bardziej dawała mi do myślenia. Pamiętam, jak postanowiłam sobie zrobić „urlop” i nie zaglądać do stajni przez dwa tygodnie. Potrzebowałam chwili, by nie myśleć o naszych beznadziejnych spotkaniach, nie pogłębiać narastającego poczucia frustracji i kompletnej porażki, w jaką się obróciło moje piękne marzenie o posiadaniu własnego konia. Po krótkiej przerwie znów pojechałam do stajni, żywiąc kruchutką nadzieję, że może jednak się stęsknił – że zobaczy mnie i ruszy w moją stronę przez łąkę (w końcu zawsze miałam dla niego w swojej magicznej torebce coś dobrego). Niestety, ani nasze rozstanie, ani chęć zdobycia kawałka marchewki nie zadziałały… Nic się nie zmieniło. Koń wyraźnie nie potrzebował mojego towarzystwa, zresztą, żadnego towarzystwa, oprócz swojego stada. No cóż… – pomyślałam – Nic z tego nie będzie. Lęk, w połączeniu z frustracją, narastały we mnie już od paru miesięcy. Każdy, kto obserwował nasze zmagania, radził jedno – Sprzedaj tego konia. Nie dasz rady! To jest trudny koń, nie dla Ciebie. W końcu to jest niebezpieczne! No cóż… Był marzec 2014 roku… Mokro, zimno, marcowo… Z ciężkim sercem – jak to w roku 2014-m – dałam ogłoszenie do Internetu. Długo się zastanawiałam, co mam napisać… W końcu napisałam prawdę. Że nie dla dzieci, nie dla początkujących, nie dla sportowców, raczej nie do rekreacji… Kiedy już tak dodałam to ogłoszenie i jeszcze raz je przeczytałam, pomyślałam – dla kogo właściwie jest to koń? Hmm… No cóż, może po prostu nikt nie zadzwoni, i już. Trudno. I tu się pomyliłam! Jak się okazało, chętnych było sporo. Przynajmniej do momentu, aż już w rozmowie telefonicznej nieco bardziej szczegółowo kreśliłam portret psychologiczny Spartana. Każdemu, kto dzwonił z chęcią zakupu Spartka do szkółki dla dzieci, stanowczo odradzałam swojego konia. Mówiłam, że mimo uroczej minki i odpowiedniej postury, szybko będą chcieli się go pozbyć. Że nie sprowadzą go z łąki na ujeżdżalnię, że bryka, zrzuca siodło, czasem nawet razem z jeźdźcem… Ale, o dziwo, kilku rozmówców nawet te informacje nie zniechęcały. Wiedziałam, że idzie lato i szkółki na gwałt potrzebują koni w typie Spartka – nie za duże nie za małe, lecz w sam raz. Wiedziałam jednak także, że po sezonie letnim, zwłaszcza jeśli taki konik da się wszystkim we znaki, wiele koni rekreacyjnych pójdzie na sprzedaż, a w naszym przypadku, wręcz byłam tego pewna. Więc nie zamierzałam skazywać swojego krnąbrnego zwierza na wędrówkę z rąk do rąk, aż w końcu trafiłby tam, skąd się już nie wraca… Czekałam więc, aż zadzwoni ktoś, kto naprawdę wysłucha, jaki to jest koń, będzie osobą pełnoletnią, jeżdżącą konno i, mówiąc w  skrócie, świadomą praw i obowiązków…

W międzyczasie, również w marcu, kiedy decyzja o sprzedaży Spartana została podjęta, zaczęłam się zastanawiać: no, powiedzmy, ktoś sensowny zadzwoni. Powiedzmy, się umówi na przyjazd do stajni i obejrzenie konia. Powiedzmy, że się zgodzę. No i co? Jak to będzie w ciągu dnia, to niby jakim cudem my Spartka sprowadzimy, na przykład, do stajni, już nie mówiąc o ujeżdżalni… Oczywiście, w świetle tego, co mówiłam potencjalnym zainteresowanym przez telefon, sytuacja zastana nie powinna była nikogo zdziwić, ale – zapewniam – że byliby trochę zdziwieni. Ok – pomyślałam. – Mimo że decyzja podjęta, spróbuję poświęcić jeszcze trochę swojego zdrowia psychicznego i przynajmniej zacznę może jakoś zapinać Spartka na linę i chodzić z nim po łące. Może w końcu uda nam się dojść do wyjścia. Kto wie… Uparłam się i zaczęłam przyjeżdżać do stajni prawie codziennie, łazić za koniem, próbując doprowadzić do „połączenia”, by móc go zapiąć i chociaż przez chwilę popracować z nim z ziemi na łące, wśród koni.

13336023_565059563673465_4620988654504428209_n

To jest właśnie jedno z ujęć z tamtego czasu – w grzywie pełno rzepów, bo oczywiście – nie dał sobie powybierać. Kantarek sznurkowy założony na zwykły – no bo założenie czegokolwiek było problemem, więc cieszyłam się, że jest przynajmniej tak. No i – robimy parę kroków obok siebie…

Czułam się jak zdrajca… I słusznie – bo uczyłam Spartana bycia przy mnie po to, by któregoś dnia wyprowadzić go z padoku na oględziny przez potencjalnego kupca… Po cichu jednak myślałam, że jak już ktoś zobaczy, jak to z nami wygląda, to na pewno zrezygnuje.

13332759_565059843673437_5405305750625805887_n

Któregoś dnia, jakoś na początku kwietnia, zadzwonił telefon w sprawie ogłoszenia. Miły męski głos (po raz pierwszy o Spartka pytał mężczyzna!), niezwykle elokwentne wypowiedzi, mądre pytania, umiejętność słuchania, generalnie – ciekawy rozmówca, z wiedzą o koniach i doświadczeniem, z niespotykanie trzeźwym podejściem do koni, a co najważniejsze – do koni z charakterem!

Umówiliśmy się na spotkanie w stajni, a w międzyczasie, oczywiście, poszperałam w necie, dowiedziałam się co nieco o człowieku, no i byłam coraz bardziej przekonana, że to może być odpowiednia dla Spartka osoba. Rozmawialiśmy przez telefon przed spotkaniem jeszcze kilkakrotnie, więc wiedziałam, że nie był to ze strony mojego rozmówcy „słomiany zapał”. W umówionym dniu, godzinę przed spotkaniem byłam już w stajni. Był to wieczór, więc konie już stały w boksach. Ok – pomyślałam. – Nie będzie kompromitacji „na dzień dobry”, ale zachęcę Pana, by poprzyjeżdżał do Spartka jeszcze kilka razy o różnych porach i zobaczył, co i jak. I o jakich, właściwie, specyficznych problemach z tym koniem, tyle mu opowiadałam.

Czekaliśmy z Mateuszem na Potencjalnego Nabywcę, Pan się spóźniał, ale był, jak to się mówi, pod telefonem. Kulturalnie uprzedził, że będzie nieco spóźniony, bo po pracy jeszcze musiał skoczyć do domu, by się przebrać. Rzecz zrozumiała, wszak jedzie do stajni… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy niespiesznie kroczącego w stronę stajni Pana w kowbojskim stroju. Już wiedziałam, że sformułowanie „przebrać się” może zawierać w sobie coś więcej, niż wrzucenie na siebie zwykłych „ciuchów stajennych”. Chyba wszyscy w stajni wiedzieli, że Ten Pan idzie do nas, bo odprowadzali go pełnym podziwu wzrokiem i kierowali do boksu Spartka, przy którym czatowaliśmy już od prawie dwóch godzin.

Potencjalny Nabywca stwierdził, że chce sam zobaczyć, co to za koń, więc nie będzie potrzebował naszej pomocy – sam go wyprowadzi z boksu przed stajnię czy ewentualnie na lonżownik i trochę z nim popracuje po swojemu. Uff – pomyślałam. – Ok, pomysł niegłupi, w końcu to oni muszą się poznać, nie będę się wtrącać.

Spartan bez żadnych oporów wyszedł z Panem przed stajnię, gdzie przez moment siłowali się, kto komu ma ustąpić drogę. Następnie poszli na lonżownik. Podążaliśmy za nimi parę kroków z tyłu. Byłam zaskoczona faktem, że Spartek bez oporu poszedł za tym człowiekiem. Byłam coraz bardziej przekonana, że może im się udać! Teraz już wiem, że trochę inaczej to wszystko Spartek rozegrał. Chodzi o to, że zawsze, jak Spartan widzi kogoś po raz pierwszy i po raz pierwszy ma do czynienia z obcą dla niego osobą, zachowuje się poprawnie. Nie wyrywa się, nie łypie niedobrym okiem, nie strzela z zadu. Najwyraźniej ocenia człowieka i sytuację. Co innego, jak ktoś przychodzi do niego po raz drugi, trzeci. Wówczas już traktuje człowieka „po swojsku” i – że tak powiem – nie owija w bawełnę. Tamtej wiosny jeszcze tego nie wiedziałam i liczyłam na to, że podejście, pewność siebie czy charyzma tego mężczyzny ewidentnie pozytywnie wpłynęły na konia.

Na lonżowniku Pan postanowił popracować z koniem „z ziemi”, a więc – na początek – chciał odesłać Spartka na koło. Koń stał przy nim na środku, więc by skierować kopyta rumaka na obwód koła, Pan zaczął machać przed nosem Spartana liną. Spartan ani drgnął. Pan się zdziwił i zaczął odganiać Spartana coraz bardziej zdecydowanie, na co koń – również zdziwiony – zaczął napierać na niego całym swoim niemałym cielskiem. Trwało to parę minut, ja stałam poza lonżownikiem, próbując się nie wtrącać, aż w końcu Spartan skierował w moją stronę pytające spojrzenie. Ewidentnie chciał, bym pomogła mu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Żal mi było Spartka, więc zapytałam, czy mogę wejść na chwilę na lonżownik, by pokazać, w jaki sposób koń jest nauczony pójścia na koło. Pan się zgodził, Spartek od razu wyluzował, lekko opuścił głowę. Stojąc na środku koła dałam Spartkowi sygnał do wycofania – natychmiast zrobił kilka kroków w tył. Wskazałam ręką w lewo i koń grzecznie ruszył po obwodzie lonżownika. Zerkał na mnie z wdzięcznością i ulgą. To był moment, w którym koń po raz pierwszy zwrócił się do mnie o pomoc, i co najważniejsze – stanęłam na wysokości zadania. Oczywiście, jak tylko Spartek poszedł po obwodzie koła, opuściłam lonżownik, dając chłopakom możliwość popracować po-swojemu. Potencjalny Nabywca był trochę zaskoczony faktem, że zakomunikowanie koniowi, czego się od niego oczekuje, wcale nie było takie trudne, jedyne co – trzeba było znać nasze wyuczone sygnały do określonych ruchów.

Stanęliśmy z Mateuszem trochę dalej, by chwilę się naradzić. Mimo że Potencjalny Nabywca i Spartek nie od razu się dogadali, co wcale nie było dziwne, wspólnie stwierdziliśmy, że jeśli ten Pan się zdecyduje, to my będziemy za. Jak to się mówi, dobrze mu z oczu patrzy.

Tego wieczoru długo jeszcze rozmawialiśmy przy Spartkowym boksie, potem już na parkingu. Zachęcałam Potencjalnego Nabywcę, by przyjechał tu jeszcze parę razy, spróbował powsiadać na Spartka, bliżej go poznać. Pan się upierał, że już przy następnej wizycie wsiada na Spartka i jedzie w teren – jak to powiedział, by „pogalopować wzdłuż Wisły”. Nieśmiało zasugerowałam, że nie jest to dobry pomysł, by „na dzień dobry” jechać w teren. Że lepiej najpierw na ujeżdżalni. A jeszcze lepiej – najpierw sprowadzić Spartka z pastwiska, osiodłać, zaprowadzić na ujeżdżalnię, a jeśli zostanie mu jeszcze trochę czasu po tym wszystkim, to wsiąść na ujeżdżalni. Pan był jednak nieugięty. Był pewny, że sobie poradzi. I że teren dobrze im zrobi. Kiedy już prawie się pożegnaliśmy, Pan wspomniał, że chciałby jechać w teren na munsztuku. I w tym momencie po raz pierwszy wykazałam się sporą, jak na mnie, asertywnością. Wspomnę tylko, że munsztuk to bardzo ostre kiełzno, które w dobrych rękach, na odpowiednio przygotowanym koniu, nie wyrządzi krzywdy, lecz – w rękach, o których nic nie wiem, na koniu, o którym wiem wystarczająco dużo, by twierdzić, że absolutnie nie jest do tego kiełzna przygotowany… Stanowczo się sprzeciwiłam. Powiedziałam, że Spartan ma swoje ogłowie ze swoim wędzidłem, i tego sprzętu należy używać – przynajmniej tak długo, jak długo to jest mój koń. Chyba się trochę poróżniliśmy na pożegnanie. Ale Potencjalny Nabywca wciąż był zainteresowany i nawet dzwonił potem do mnie parę razy, ale jakoś nie miał już więcej czasu, by wpaść do Spartka. Z tego, co wiem, wkrótce kupił innego konia, i mam nadzieję, że dobrze im się układa. Naprawdę życzę im, by byli z siebie nawzajem zadowoleni.

A co z dalszą sprzedażą konia? Otóż, od momentu wybawienia Spartka z kłopotliwej 13418950_565059793673442_125534699641487940_nsytuacji na lonżowniku nasze relacje stopniowo, powolutku zaczęły się zmieniać. Nie wiem, może też fakt, że o mały włos nie pożegnałam się z moim wymarzonym koniem, zmienił coś we mnie. Ale mam wrażenie, że jednak nie tylko we mnie… Spartan zaczął przychodzić do mnie na łące, coraz częściej mieliśmy całkiem udane treningi, a nawet pierwsze wyjścia poza pastwisko.

Zaczęłam spędzać z nim coraz więcej czasu na zabawach. Wymyśliłyśmy z Kasią pachołki, potem wpadłam na pomysł, by bawić się ze Spartkiem w chowanego. Na jednym z padoków było całkiem dużo drzew, wiatka, zarośnięte krzakami narożniki. Czasem więc przyjeżdżałam dosłownie na chwilę pracy, a resztę spędzaliśmy na zabawach.

12039092_10208150695107813_2043781771538055615_o

Tu widać, jak Spartan podąża w kierunku wiaty, w której się schowałam z aparatem fotograficznym. Znalezienie mnie na padoku za jakimś grubszym drzewem czy w krzakach sprawiało mu coraz więcej radości. Nauczył się cieszyć, rżąc cichutko na mój widok, kiedy udawało mu się mnie znaleźć. Zresztą, zawsze mu się udawało – w końcu słuch i węch ma wybitny. Zawsze dostawał nagrodę. Chwilę staliśmy obok siebie i, mówiąc „Szukaj”, biegłam przez pół pastwiska, by znaleźć kolejną kryjówkę. Wyglądałam niewątpliwie na babę kompletnie zdziwaczałą, ale cóż – na szczęście, w ogóle się tym nie przejmowałam. Najważniejsze, że zaczęliśmy ze Spartkiem czerpać radość z naszych spotkań. Każda wizyta w stajni sprawiała, że zapominałam na parę godzin o swoich problemach.

Powiem szczerze, Spartan bardzo mi pomógł dojść do siebie w tym feralnym 2014 roku, a ja chyba trochę pomogłam mu nauczyć się cieszyć z bycia między ludźmi. Teraz naprawdę się lubimy, w końcu jestem tego pewna. A za naszą cudowną przemianę muszę też podziękować Potencjalnemu Nabywcy, który, sam o tym nie wiedząc,  sprawił, że coś się między mną a Spartkiem zmieniło 🙂

10450328_10204570275439559_5280999934877045296_o

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close