Mimo wszystko – nie bójmy się marzyć!

Niedawno zajrzałam do swoich ręcznie pisanych notatek z pierwszych miesięcy naszej ze Spartkiem znajomości. O mało się nie popłakałam, tak mnie było siebie żal. To były zapiski zupełnie zrozpaczonej, prawie czterdziestoletniej „dziewczynki”, której największe, a na dodatek spełnione, marzenie stało się największym przekleństwem. Miałam wtedy do siebie żal, że tak nieodpowiedzialnie podeszłam do sprawy zakupu pierwszego, i zresztą jedynego w swoim życiu konia… Wiedziałam, że nigdy, ależ to nigdy w życiu nie odważę się już na taki krok. Trafiłam na zwierzę, zupełnie nieodpowiednie dla siebie, nie mające w sobie najmniejsze chęci współpracy z człowiekiem, krnąbrne i w swych wybrykach często niebezpieczne. Co gorsza, nic nie zapowiadało, że to się kiedyś zmieni. Miałam za sobą wiele przepłakanych dni i nieprzespanych nocy, a jadąc codziennie do stajni, cała się trzęsłam ze zdenerwowania. Wiedziałam, jak smakuje największa porażka. To gorzko-słony od łez, dziwnie cierpki smak spełnionego marzenia, które obróciło się w koszmar.

Pamiętam, jak po kilku miesiącach codziennie ponoszonych porażek powiedziałam naszej trenerce Kasi o tym, że teraz moim największym marzeniem jest to, by Spartan przeszedł bez wyrywania się pół okrążenia wokół mnie. Wówczas udawało nam się pokonać zaledwie kilka kroków na linie, po czym koń odbiegał heeeeen daleko, i znów musiałam przejść cały rytuał „zaganiania” konia na ogromnym pastwisku. I wszystko zaczynałam od początku. Znów kilka kroków, znów wyrwanie. I tylko jeden cel – pół okrążenia! Po kilku tygodniach, pamiętam, że nam się to udało. To był pierwszy sukces! Postawiłam przed nami kolejny cel. „A co tam – myślałam sobie – Jak szaleć to szaleć! Teraz naszym celem będzie całe okrążenie!”. I po kilku tygodniach mordęgi to też nam się udało! To nic, że przyjeżdżałam do stajni codziennie na kilka godzin i spędzałam je wśród koni na pastwisku. Tylko tam mogłam cokolwiek ze Spartkiem zrobić. Mijały kolejne tygodnie i miesiące, aż wreszcie zrobiliśmy całe okrążenie na linie, potem kolejne i kolejne, więc zamarzyło mi się sprowadzenie konia z pastwiska na lonżownik! Zaczęłyśmy z Kasią opracowywać strategię działania. I wpadłyśmy na pomysł sprowadzenia Spartka za pomocą pachołków. Wspominałam o tym we wcześniejszym wpisie – Metoda pachołkowa . I znowuż – za którymś razem się udało!

Zamiast marzyć o rzeczach wówczas zupełnie nierealnych, typu wyprawy w teren czy samodzielna praca pod siodłem na ujeżdżalni, po-cichutku wymyślałam sobie nasze mikro-marzenia, i wkładałam ogromną pracę w ich realizację. Rzecz jasna, nasze postępy nigdy nie były spektakularne, za to wpadki niezmiennie przyciągały uwagę wszystkich dookoła. Rzadko kto gratulował nam zrobienia kolejnego okrążenia bez wyrwania, ale jak mój koń po raz kolejny dał popalić naszemu stajennemu panu Przemkowi, wyrywając się i kopiąc go w nogę czy uciekł z padoku, to dowiadywałam się o tym jako pierwsza.  Na szczęście, właśnie stajenni zawsze byli wobec Spartka wyrozumiali. Z Ich strony nigdy nie usłyszałam złego słowa. Za co ogromnie dziękuję, bo to nie ja, tylko właśnie stajenni na co dzień musieli radzić sobie z końskimi wybrykami.

A więc zaczęłam marzyć o rzeczach małych, dla reszty jeźdźców i właścicieli koni – zupełnie  normalnych. Ja zaś musiałam na spełnienie każdego z nich solidnie się napracować. Ale każde po kolei się spełniało! To znaczy – bardzo powoli to ja, z pomocą Spartana, spełniałam każde z nich.

I o tym właściwie chciałam dzisiaj napisać. Nie odpuszczajmy naszych marzeń! Tylko podejdźmy do ich realizacji w sposób racjonalny! Mając to wielkie, zupełnie zdawałoby się nierealne marzenie i uważając je za coś nieosiągalnego, podzielmy je na marzenia mniejsze. A każde z tych mniejszych stanie się pewnym etapem do drogi do tego największego. Być może zajmie to więcej czasu, niż byśmy chcieli, a osiąganie kolejnych celów nie będzie czymś spektakularnym, ale my przecież wiemy, że jesteśmy jeszcze o jeden krok bliżej do tego największego! Sami nie zauważymy, jak zbliżymy się do celu!

ja wsiadamGdy marzyłam o koniu, zawsze wyobrażałam sobie nasze z nim wędrówki po lesie… Dlatego też pierwszą stajenkę, a i wszystkie następne, wybierałam właśnie pod kątem bliskości pięknych terenów do wędrowania na końskim grzbiecie. I bardzo długo nie byłam w stanie z tego pięknego położenia kolejnych stajni skorzystać. Po pierwszym, ogromnie nieudanym, wręcz niebezpiecznym terenie jednej z naszych trenerek – Asi, która na własnej skórze doświadczyła i jako pierwsza też odkryła Spartka oblicza buntu, usłyszałam, że ten koń nigdy nie będzie chodził w tereny. Co więcej – nigdy sobie z nim nie poradzę. I jedyną rozsądną opcją dla mnie będzie sprzedanie Spartana. Wiedziałam jednak, że już nigdy nie kupię drugiego konia. Jeśli nie dam rady z tym, którego mam, nie będę kupować kolejnego i próbować do skutku. Tak się zwierzętom nie robi – przynajmniej ja tak do tego podchodzę. Dlatego dałam nam tyle czasu, ile będzie potrzeba, i odpuściłam sobie marzenia o leśnych wędrówkach na końskim grzbiecie, a zaczęłam marzyć o pierwszym kółku stępa na ujeżdżalni. Dalszą część opowieści znajdziesz w książce, czyli tutaj…

2 Comments on “Mimo wszystko – nie bójmy się marzyć!

Skomentuj WIESŁAWA Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close