Leń śmierdzący czy kaleka? Parę słów o fizjoterapii i jej efektach

Kto śledzi Spartkowego bloga, ten wie, że tak zwana oszczędność w ruchach od zawsze była naszą bolączką. Określenie „leniwy koń” w przypadku Spartana cisnęło się na usta każdemu, kto widział jego rozlazły stęp, byle jaki kłus, już o chęci do galopu nie wspomnę. Stojąc pośrodku koła i obserwując niespieszne, że tak powiem, powłóczyste huculskie ruchy, naprawdę można było przysnąć. Zawsze miałam wrażenie, że koń wystawia na próbę moją cierpliwość lub wręcz robi mi to na złość! (Choć oczywiście wiem, że zwierzęta nie mają tego w zwyczaju. Sądziłam jednak, że może to jest jakiś wyjątek). Konsekwentne „poganiane” przynosiło zazwyczaj efekty na parę kroków, po czym koń znów zwalniał… I tak w kółko. Dwa żwawsze kroki – i ponowne ślimaczenie się… O zakłusowanie prawie za każdym razem musieliśmy stoczyć walkę. Gdy byłam bardzo stanowcza, Spartek zakłusowywał, ale wściekłość, jaką widziałam w jego oczach, wciąż wzbudzała we mnie pewien niepokój. Gdy więc następnym razem stanowczo prosiłam konia o dodanie energii i w odpowiedzi miałam żwawszy chód, lecz – dodatkowo – wściekle machający ogon, położone uszy i gniewne machnięcie łbem w moją stronę, miewałam wyrzuty sumienia. Wciąż zadawałam sobie pytanie – „Czy mój koń jest aż tak leniwy czy też może z jakiegoś powodu nie jest w stanie pracować bardziej energicznie?”.

Jak mawia mój małżonek – „Irinko, ty za dużo myślisz”… Po co się zastanawiać? Prosisz o ruch – ma być ruch! Zgadza się. Teoretycznie. W praktyce, pracując z końmi, te pytania pojawiają się gdzieś z tyłu głowy każdej z nas. Nie chce czy nie może? Rzecz jasna, widząc kulejącego konia, odpowiedź przychodzi z łatwością. A co jeśli nic szczególnego się nie dzieje? Nie widzimy wyraźnej kulawizny? No może lekka nieregularność chodów, szurające po piasku tylne nogi, zahaczanie o drągi, potykanie się o byle co na ujeżdżalni… „Ach, to wszystko z lenistwa”! Proste wytłumaczenie, prawda?

Niestety, w przypadku pracy z końmi, powszechnie uznawanymi za leniwe, odgadnięcie, co jest przyczyną niechęci do porządnej pracy wcale nie jest takie łatwe. I tak przez lata można z uporem maniaka wymachiwać batem za końskim zadem, uzyskując wciąż ten sam krótkotrwały efekt w postaci przyspieszenia i mając wciąż te same wyrzuty sumienia…

No a teraz do rzeczy. Bo to był w zasadzie wstęp. Na rozgrzewkę, że tak powiem, jak to przy treningu. Przechodzimy do meritum. W niedzielę nasze konie odwiedziła Pani weterynarz, fizjoterapeutka i akupunkturzystka Anna Jasińska-Kaźmierczak. Trzy miesiące temu również była z wizytą w naszej stajni, ale wtedy przyjechała do Asamaza (czyli Asiulka) naszej Kasi. Uważnie obserwowałam wszystkie zabiegi, jakie zostały wykonane na Aśku. Pamiętam, że przeżywaliśmy wówczas prawdziwe oblężenie komarów. Miotałyśmy się z koniem z miejsce na miejsce, aż w końcu ulokowaliśmy się w stajni, gdzie przynajmniej teoretycznie zakomarzenie miało być odrobinę mniejsze. Guzik prawda. Komarów było tyle samo. Psikałam repelentami wokół konia i Pani weterynarz, przyglądając się przy okazji jej pracy. Diagnostyka, masaż, rozciąganie, kilkakrotne sprawdzanie konia w ruchu pomiędzy kolejnymi zabiegami, akupunktura, terapia powięziowa – to wszystko zostało przeprowadzone na spokojnie (no może inaczej – mimowolne ruchy nas wszystkich spowodowane atakiem krwiopijców nieco zakłócały przebieg sesji terapeutycznej), bez pośpiechu i w pełnym skupieniu. Byłam pod wrażeniem. „Następnym razem zapiszę na zabiegi Spartana” – pomyślałam…

Czekałam na kolejną wizytę Pani Ani trzy miesiące, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Byliśmy ze Spartkiem ostatni na liście niedzielnych pacjentów. Trochę się denerwowałam, jak nam pójdzie z zaprezentowaniem Spartkowego ruchu, a i trochę tym, czy uda nam się bez problemów ustać pod stajnią przez półtorej godziny, gdy reszta stada wypasa się na nowo otwartych zielonych łąkach. Na tę okoliczność sprowadziłyśmy z Kasią Spartkowego przyjaciela Czesława. Czesiu – od dawna przyzwyczajony do towarzyszenia Spartkowi w tego typu inicjatywach, grzecznie przyszedł z nami pod stajnię i dzielnie asystował przez całą sesję terapeutyczną. Już po pierwszych oględzinach Spartana Pani weterynarz zauważyła, że mamy duży problem w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Po wstępnym badaniu udaliśmy się  na ujeżdżalnię, by zaprezentować się – że tak powiem – w ruchu. Wiedziałam, że Spartek tego dnia może się „popisać”. Tradycyjnie, gdy zaburzamy nasze codzienne rytuały związane z pracą, mogę się spodziewać lekkich niesubordynacji ze strony konia. Tego dnia wszystko było inaczej niż zawsze: sprowadzony dość wcześnie ze świeżej trawy, ustawiony pod stajnią, następnie – wyprowadzony na część ujeżdżalni pod samym lasem, gdzie pracujemy bardzo rzadko, a na dodatek – w straszliwie wietrzną pogodę, Spartek pokazał to, o czym mimochodem wspomniałam naszej Pani weterynarz. A mianowicie – że się całe życie wyrywa. Że szyję ma mocną, ale też i odpowiednio nadwyrężoną, może gdzieś nawet uszkodzoną. Bo różne historię w jego życiu się przydarzały w związku z tym uporczywym narowem. No więc wchodzimy na ujeżdżalnię, proszę konia o ruch. I w tym samym momencie mówię do dziewczyn, by zamknęły wejście na ujeżdżalnię. Pani Ania właśnie zaczęła wyciągać zaplątaną taśmę, kiedy Spartan się wyrwał i galopem przebiegł koło stajni, poza bramę, na otwartą łąkę – na szczęście, zatrzymując się przy pasącej się tam z Michałem Zahirze. No cóż, właśnie to miałam na myśli, gdy wspominałam o Spartkowym narowie. I jak powiedziała nam po chwili Pani Ania – gdyby na własne oczy tego nie zobaczyła, nie uwierzyłaby, że taki obrót wydarzeń w ogóle jest możliwy… A wręcz myślała sobie, że z pewnością przesadzam z pomysłem zamknięcia ujeżdżalni. Lechu, nasz kolega ze stajni, który akurat znalazł się najbliżej Spartka, gdy ten już zaparkował przy Zahi, wziął linę do ręki i stanowczo zaprowadził uciekiniera z powrotem na ujeżdżalnię. Tym razem dziewczyny natychmiast zamknęły wyjście, a ja znów wysłałam Spartka na koło. Wykonał kolejną próbę wyrwania się z zamiarem przejścia przez już zamkniętą bramę, ale zgrana reakcja wszystkich uczestników „pokazu” sprawiła, że hucuł się opamiętał. Gdy droga ucieczki została skutecznie zablokowana, a groźna postawa Pani weterynarz w „przejściu do wolności” skłoniła Spartka do zawrócenia swych szanownych kopyt, mogliśmy zacząć prezentowanie ruchu. No cóż, szału nie było. (Choć, powiem Wam, że jak na Spartka, to i tak nieźle się tego dnia ruszał, pewnie pod wpływem emocji). Diagnoza jednak była oczywista – przede wszystkim, niechęć do ruchu naprzód…  Zaprezentowaliśmy stęp, kłus, galop w obie strony, po czym w asyście Cześka wróciliśmy pod stajnię.

I tu się zaczęły dziać rzeczy najciekawsze. Okazało się bowiem, że największy problem mamy w miednicy. Reakcja Spartka na dotyk w okolicach kości krzyżowej wskazywały na wyraźny dyskomfort. Uginał się i wił niczym węgorz pod dotykiem Pani weterynarz. Jak wykazała diagnoza, kość krzyżowa była dość wyraźnie przesunięta w dół, co powodowało kolejne komplikacje – stąd też Spartkowe słynne szuranie tylnymi nogami, zahaczanie o drągi i ogólna niechęć do ruchu naprzód. Po rozmasowaniu okolicy krzyżowo-lędźwiowej i nastawieniu tego, co miało wrócić na swoje miejsce, Spartek odetchnął. Tak, tak, tylne nogi wędrowały do góry i na boki, były rozciągane i podstawiane, z ogonem działy się rzeczy nie do opisania… A Spartek stał i z pełną akceptacją poddawał się wszystkim manipulacjom, jakie zostały przeprowadzone. Następnie Pani Ania nastawiła nam nadgarstek w prawym przodzie, popracowała nad potylicą, stawem skroniowo-żuchwowym, wykonała masaż i zabiegi akupunktury. W międzyczasie ponownie udaliśmy się na ujeżdżalnię, by ocenić zmiany w sposobie poruszania się naszego dzielnego pacjenta i – o niebiosa – koń zaczął żwawo przebierać nogami! Co więcej, wreszcie chciało mu się bryknąć! Od dawna czułam, że nosi się z zamiarem pokazania mi, co sądzi o mojej upierdliwości w zmuszaniu go do pracy, ale coś blokowało jego tyłek. Myślałam, że to z czystego lenistwa. Że dawno by mi bryknął, ale mu się nie chce. Okazało się, że po prostu nie mógł! A wczoraj po zabiegach radośnie odpowiedział na mój sygnał batem lekkim bryknięciem i ruszył z kopyta. Myślicie, że jestem kompletną idiotką, by się cieszyć, że koń mi podbrykuje? A niech będzie i tak, ale zobaczyłam w tym lekkość i zawadiacki wybryk, ale bez złości, bez chęci wyrywania się czy irytacji. Do galopu przechodził bez problemu, a kłus zrobił się obszerniejszy i o niebo lepszy, niż jeszcze godzinę temu. Zadowoleni z siebie, rechocząc pod nosem, jak to mamy w zwyczaju po dobrze wykonanej robocie, wróciliśmy pod stajnię. Czekały nas jeszcze zabiegi akupunktury i odczytanie Spartkowi raportu z przeprowadzonych zabiegów wraz z zaleceniami.

Podczas gdy czytałam wyniki badania i wykaz przeprowadzonych zabiegów, Spartek wyraźnie przysypiał. Kiedy zaś przeszłam do ogłoszenia zaleceń, nadstawił ucha. Pierwsze na liście odczytałam zapisane dużymi literami: PRAAAACA! Spartek natychmiast się obudził i ze zdumieniem zerknął na mnie. „Chyba nie zamierzasz się tego trzymać?” – „A właśnie że zamierzam, mój drogi”… Spartkowi nie było już do śmiechu. Jednak kolejne zdanie nieco go uspokoiło: „Lepiej krócej, a porządnie”. – „Uffff, chociaż tyle dobrego”… Na ustach Czesława zobaczyłam szyderczy uśmiech.

Tak oto doczytałam raport do końca. Spartek – wyraźnie rozanielony po zabiegach – próbował jeszcze użyć swoich czarów na Pani weterynarz, by może jednak zmieniła zalecenia, lecz nic a nic nie pomogło. Zresztą, po zakończeniu zabiegów, Czesiu skradł serce Pani Ani. Utulony, obfotografowany i nakarmiony jabłkami Czesław ostatecznie stwierdził, że nie na darmo tu stał prawie dwie godziny, pilnując swojego szalonego kompana i że jego ośli czar wciąż tak samo działa na kobiety. Ostatnie całusy i odprowadziłyśmy chłopaków na padok.

Z raportem w ręku i głową pełną przemyśleń ruszyłam do domu. Najbardziej byłam ciekawa, jak nam pójdzie trening dnia następnego. Że mamy pracować solidnie, to wiedziałam. Ale czy zobaczę w naszym jutrzejszym treningu efekty zabiegów – oto było pytanie, jak to się mówi, za sto punktów.

Sprawdzianem efektywności zabiegu było nasze wczorajsze spotkanie. Po pierwsze, Spartek bez chwili zastanowienia opuścił wciąż trawiaste pastwisko i udał się ze mną na ujeżdżalnię. Już nie wiem, czy wziął sobie do serca zalecenia Pani weterynarz, czy też co innego nim kierowało, ale to było na plus. Za powiadało się całkiem nieźle. Dość szybko, bez zbędnych ceregieli przeszliśmy do treningu i – o niebiosa! Mój arcyleniwy hucuł ruszał wczoraj do kłusa na pierwszy delikatny sygnał! Pracowaliśmy z ziemi, więc mogłam też obserwować jego nastawienie do moich poleceń. Żadnych położonych uszu, żadnego buntu – tylko normalne, żwawe zakłusowanie za każdym razem. Galop – na lekkie nabranie powietrza! Mógł galopować w nieskończoność w każdą stronę! Bez cienia sprzeciwu! Nie wierzyłam własnym oczom.

Nie będę twierdzić, że podczas pierwszego treningu po zabiegach mój koń stał się atletą. Mnóstwo pracy przed nami. Do porządnego, energicznego ruchu z głębokim wkraczaniem tylnymi nogami pod kłodę mamy jeszcze – ohoho, długą drogę. Porządnej pracy musimy się nauczyć, do niej przyzwyczaić. Widziałam jednak, że ruch przestał być dla Spartka katorgą. Że coś nam się odblokowało. Że niechęć do pracy, powszechnie kojarzona z wrodzonym lenistwem, była spowodowana nie tylko z samym lenistwem. Blokady w końskim cielsku uniemożliwiały koniowi poprawne wykonywanie moich poleceń. I czułam to za każdym razem, gdy próbowałam zmusić Spartana do żwawszych ruchów.

Asiulkowa Kasia, też ciekawa wyników zabiegów, obserwowała wczoraj nasz trening. Oko postronnego obserwatora tylko potwierdziło moje przekonanie, że koń ruszał się o niebo lepiej niż zazwyczaj. „Ileż to koni powszechnie uznawanych za lenie śmierdzące po prostu nie jest w stanie szybciej się ruszać” – powiedziała mi pod koniec naszej pracy. I niech to będzie puentą tej opowieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close