Konie w trolejbusie…

fonarKiedy próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało moje pierwsze spotkanie z końmi, w mojej głowie majaczy pewien obraz – oddalona od centrum dzielnica Petersburga, zima, śnieżyca i siarczysty mróz… Czuję na twarzy ukłucia zacinających lodowatych okruchów śniegu, jest ciemno, a ja, w towarzystwie koleżanki z klasy Nataszki, brnę przez szalejącą zawieję coraz dalej od ruchliwej ulicy, od świateł przejeżdżających samochodów i wyłaniających się w śnieżnych zamętach bloków. Przedzieramy się przez zaspy, coraz bardziej oddalając się  od cywilizacji…

Nataszka zdobyła gdzieś adres stajni, do której podobno można przyjść i w zamian za pomoc w stajni, pobrać pierwsze nauki jazdy konnej. Przez kilka dni, podczas każdej z lekcji, omawiałyśmy szczegóły naszej wyprawy, wyobrażając sobie, jak pięknie odtąd będą wyglądały nasze popołudnia, jak będziemy w pocie czoła harować przy koniach, karmić je, czyścić, prowadzić na spacery, i jak ładnie będziemy się prezentować w siodle, kiedy za jakiś czas pozwolą nam rozpocząć swoją jeździecką przygodę. Przemykałyśmy po szkolnych korytarzach z tajemniczym uśmiechem na ustach, patrząc na kolegów i koleżanki z klasy, jak na zgraję naiwniaków, których życie kręci się wokół klasówki z matematyki czy zapowiadanej od miesięcy szkolnej dyskoteki… Miałyśmy po jedenaście lat…

Z pewnością nie powiedziałyśmy rodzicom, dokąd się wybieramy tamtego popołudnia. Nie pamiętam, co wtedy wymyśliłam, ale zawsze byłam w oczach rodziców wystarczająco wiarygodna, by ani przez chwilę nie wątpić w moje słowa. Mogło być też tak, że wracający z pracy po godzinie dwudziestej rodzice po prostu nie mieli głowy do naszych dziecięcych sprawek. Więc skoro dziecko mówi, że będzie dziś do późna na treningu koszykówki, to pewnie tak jest – nawet jeśli dziecko ma wzrostu metr w kapeluszu i zero zadatków na koszykarza…

Natasza przez cały czas trzymała w rękawicy kartkę z nazwą ulicy, przy której znajdowało się nasze eldorado. W metrze, a następnie w tramwaju kilkakrotnie sprawdzałyśmy, czy nie zgubiłyśmy kartki i czy nazwa ulicy nie rozmazała się w przemokniętej rękawiczce. Po półgodzinnym marszu przez dzikie zasypane śniegiem pola (z mapy wynikało, że ulica, której szukałyśmy, biegnie przez teren niezabudowany na obrzeżach miasta) zobaczyłyśmy w oddali światło latarni. Podekscytowane, szłyśmy coraz szybciej, a za parę chwil zaczęły nas dobiegać jakieś głosy. Wszystko wskazywało na to, że jesteśmy prawie u celu. Ciężko było rozpoznać w ciemności, gdzieśmy właściwie trafiły. Zapach końskiego nawozu świadczył jednak o tym, że jesteśmy tuż przy stajni. W świetle latarni widać było kawałek ogrodzenia i porozrzucane metalowe beczki, a na środku stał zardzewiały wrak starego trolejbusu, bez okien i drzwi. Krzątające się po terenie dziewczyny, nieco starsze od nas nastolatki, nawet nie zauważyły dwóch stojących przy płocie, onieśmielonych i trzęsących się z zimna małolat. Bałyśmy się odezwać, bo nikt tu na nas, rzecz jasna, nie czekał. Czas mijał, a my patrzyłyśmy na siebie, mając nadzieję, że któraś w końcu wymyśli, co dalej. Jak to dzieciaki, miałyśmy bowiem zupełnie inne wyobrażenie zarówno stajni, jak i naszego pierwszego spotkania z końmi. Wtedy zza wraku trolejbusu wyłonił się koń – osiodłany, prowadzony przez jedną z dziewczyn. Jak się później okazało, na małym, słabo oświetlonym placu tuż za trolejbusem, właśnie skończyły się oprowadzanki. Mogłyśmy się jedynie domyślać, jakiej maści był ten koń. Z pewnością był duży i piękny, ciężko sapał i pokasływał, a wokół jego głowy unosiła się para… Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po rozsiodłaniu dziewczyna poprowadziła konia w kierunku wejścia do trolejbusu! Koń posłusznie dreptał za człowiekiem, a po chwili zniknął w czeluściach pojazdu…

Do dziś nie rozumiem, jakim cudem on się tam zmieścił! Nawet nie pamiętam, czy odważyłyśmy się w końcu podejść do którejś ze stajennych dziewczyn. Głosy, a i całe ich postury, onieśmieliły nas do tego stopnia, że postanowiłyśmy się nie rzucać w oczy, zajrzeć tylko do trolejbusu i zabierać nogi za pas. Nataszka była wyższa ode mnie o całą głowę, więc jako pierwsza zajrzała przez okno „stajni”. Trolejbus był umieszczony na jakimś podwyższeniu, pewnie na płytach betonowych, żeby konie nie wypadły przez dziury w przerdzewiałej podłodze. Wnętrze trolejbusu było pozbawione krzeseł, poręczy oraz innego, całkowicie zbędnego w stajni wyposażenia, i mieściło około 9-10 koni. Stały obok siebie, w poprzek pojazdu, niektóre wychylały głowy przez okna po drugiej stronie. Nie miały, oczywiście, boksów…

Właściwie, ciężko mi jest teraz sobie wyobrazić, jak mogły się tam zmieścić i jakim cudem przeżyły w takich warunkach. Kto przy zdrowych zmysłach wsiadał na te nieszczęsne zwierzęta? Jakim cudem po nocy, spędzonej w trolejbusie, wyciągano je rano do pracy, siodłano lub zaprzęgano, i pędzono do centrum miasta – pod Pałac Zimowy czy na Plac Świętego Izaaka? Kilkanaście kilometrów szybkiego kłusa lub galopu po rozbitym asfalcie do miejsca pracy, cały dzień wożenia turystów, a wieczorem – kolejne kilkanaście kilometrów do „domu”…

Nie pamiętam, żebym płakała po powrocie. Jak się okazało później, ani ja, ani moja koleżanka, nie miałyśmy odwagi, by opowiedzieć komuś naszą historię. Zresztą, tuż po tym zdarzeniu nie odzywałyśmy się do siebie przez kilka dni, chyba udając, że nie było żadnych marzeń, żadnych planów ani tej straszliwej eskapady za miasto. Przez dobrych kilka lat starałam się nie myśleć o koniach, a mijając je w centrum miasta, wiedziałam już, że za nic w świecie nie skorzystam z zaproszenia nachalnych dziewcząt, zachęcających przechodniów do przejażdżki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close