„I skończy się weselisko na wsi!”…

No więc po wczorajszym wieczorze, spędzonym ze Spartkiem doszłam do kilku wniosków – może mało odkrywczych, acz dla mnie istotnych.

Koń waniliowy 

Po pierwsze, aromat waniliowy – zwykły, spożywczy z supermarketu – rzeczywiście odstrasza gzy! Odkrycie dla nas ze Spartkiem nie bez znaczenia, bowiem końskie życie w letnich miesiącach naprawdę zamienia się w horror! Ze wszystkich owadów, jakie dokuczają koniom na padokach, zdecydowanie najgorsze są gzy.  Opędzają się przed nimi, jak mogą, machając ogonem w te i wewte, ale są, niestety, miejsca, których nie sposób dosięgnąć… Tak więc plecy, brzuch, pachwiny – wszystko jest obsadzone przez te cholerne owady. Wgryzają się w końskie cielsko, żrą niemiłosiernie, zostawiając po sobie widoczne na sierści krople krwi… Za każdym razem, zabierając Spartka z padoku w miejsca, gdzie można poskubać trawy, jestem uzbrojona po zęby. Mam rękawice do zabijania, mam bat do odganiania gzów, którym okładam Spartkowe ciałko z prawej i z lewej, pilnując, by żaden owad nie zdążył wbić się w jego skórę. Kiedy któryś z krwiopijców usadowi się na łbie po stronie, dla mnie niewidocznej, Spartek odrywa się od trawy i odwraca się do mnie, pokazując, że zaatakowany jest, powiedzmy,  lewy policzek. Natychmiast trzaskam go moją rękawicą do zabijania w nadstawiony policzek :), przepraszając przy tym konia, a ten patrzy na mnie przez chwilę ze zrozumieniem i wraca do skubania. I tak do następnego gza…

Czasem nadlatuje coś ogromnego, wyglądem przypominającego szerszenia, tylko że jest całe brązowe i wydaje bardzo głośne buczenie. A może to trzmiel? Ale trzmiele są w paski, a to – jak na moje oko – jest jakieś jednolicie brązowe. W każdym bądź razie to jest dopiero potwór! Próbuje się usadowić na Spartkowym brzuchu, nogach, z rozpędu ląduje w grzywie i zaczyna skradać się do szyi. Jak tylko słyszę ten charakterystyczny dźwięk, uprzedzam konia i zaczynam wykonywać niemalże rytualny taniec wokół niego, z rytmicznym wymachiwaniem batem, kolistymi ruchami rąk, podskokami i odstraszającym pokrzykiwaniem. Spartek, na szczęście, jest już do tego typu anomalii przyzwyczajony. Nawet powieka mu nie drgnie… Ja zaś staram się nie dopuścić, żeby to coś wżarło się w ciało konia – mam wrażenie, że mogłoby zrobić niezłą ranę! No więc czekałam tylko, kiedy się doigram… Wczoraj ten wstrętny owad, przeganiany przeze mnie skutecznie od konia, postanowił zaatakować mnie. Po wielokrotnych udaremnionych atakach wykonał jedno okrążenie (już odetchnęłam z ulgą), i z rozpędu rzucił się mi na szyję. Powiem tak – jeśli ktoś z daleka to obserwował, to miał wszelkie szanse, by uznać mnie za osobę kompletnie niepoczytalną. Z krzykiem i w podskokach opędzałam się przed drapieżną mściwą bestią, wymachując jednocześnie batem wokół głowy. Jakkolwiek by to nie wyglądało, grunt, że pomogło. Nie zostałam użądlona, i po chwili bestia poddała się i odleciała w stronę lasu… Spartek nawet nie przerwał jedzenia trawy… No cóż, nie takie incydenty nam się już zdarzały.

Taki FastFood lubię 🌸🌸🌸

Gepostet von Irina Kuzmina am Sonntag, 18. Juni 2017

Tak więc, po przeczytaniu na „jednym z portali społecznościowych” informacji, że podobno zwykły spożywczy aromat waniliowy odstrasza owady, a przede wszystkim – gzy, przed wyjazdem do stajni zaopatrzyłam się aż w 4 fiolki aromatu waniliowego czterech różnych producentów. Po pięciu minutach bezskutecznego opędzania się od owadów wyciągnęłam fiolkę i zaczęłam wsmarowywać w końską sierść słodko pachnącą, lepką ciecz. Po kilku minutach nad Spartkiem unosił się piękny aromat babki waniliowej, a ja – o mocno owłosionych, lepkich dłoniach – z zaciekawieniem czekałam na efekt działania wanilii. I – o cudzie! Gzy, które wciąż nadlatywały do konia, przysiadały tylko na chwilę i uciekały! Wszędzie tam, gdzie na końskiej sierści widniały lepkie posklejane plamy, mieliśmy spokój… Nie pomyślałam jednak o tzw. „miejscach intymnych” Spartka… No cóż… W pewnym momencie koń przestał jeść trawę, wygiął grzbiet i spojrzał na mnie wybałuszonymi oczami. Na chwilę się przeraziłam. Nie wiedziałam, co się dzieje. Do sikania? Czy zaraz mi uskoczy? Czy się przewróci? Zachowanie Spartka było tak dziwne, że przez moment nie wiedziałam, co począć. Widząc moją zdezorientowaną minę, Spartek skierował przerażony wzrok w stronę brzucha. Spojrzałam tam – i już wiedziałam, co jest grane. Aż trzy wściekłe gzy wbiły się właśnie w miejsce, które służy koniom do oddawania moczu. To musiało boleć. Natychmiast zainterweniowałam, i – cóż zrobić – wysmarowałam również tę część końskiego cielska wanilią. Uradowany Spartek wrócił do skubania trawy, a ja, z poczuciem spełnionego obowiązku, znów obserwowałam zmieszane, zdezorientowane i głodne owady.

A zatem – pierwszy wniosek z wczorajszego dnia: WANILIA naprawdę działa! aromat_waniliowy Warto mieć ją w końskiej apteczce i wsmarowywać aromat w końską sierść. Jakie są minusy jej używania? Sierść jest posklejana, to po pierwsze. Naprawdę ciężko ją później rozczyścić do siodłania. Po drugie, odstraszając gzy, jednocześnie, chyba wabimy muchy. No ale ich dokuczliwość to naprawdę nic w porównaniu z gzami! Zatem, ogólnie – na plus.

Zadanie łatwe do „rozwiązania”

Drugi wniosek z wczorajszego dnia jest taki, że konie są naprawdę mądrzejsze, niż nam się wydaje! Jak dokonałam tego niezwykłego odkrycia?

Po godzinnym popasie zabrałam Spartka na ujeżdżalnię. Miałam pewne obawy, czy tam dojdziemy RAZEM. Nie zabezpieczyłam bowiem przed wyprowadzeniem Spartka z padoku potencjalnej drogi jego ucieczki – hen, daleko, w kierunku wzgórza, do innych koni i świeżej trawy. Stąd wzięły się moje całkiem uzasadnione obawy o to, czy Spartan aby na pewno dotrzyma mi towarzystwa w drodze na ujeżdżalnię. O dziwo, bez problemu dotarliśmy tam razem. Zabezpieczyłam konia dodatkowo przed owadami, szybko wyczyściłam, osiodłałam i wsiadłam. Nie muszę wspominać, że koń z iście anielską cierpliwością czekał na mnie osiodłany, aż skończę przygotowania do wsiadania. Póki zakładałam czapsy, kask, przekładałam smakusie z torebki do kieszonki, odbierałam telefon, Spartek stał koło mnie, bez żadnej liny, z wodzami, przerzuconymi „dla formalności” przez ogrodzenie. Czekał, aż pańcia wreszcie przestanie się grzebać i pójdziemy popracować. Rzecz jasna, podprowadzony pod schodki, zrobił swój stały numer – wciąż mając nadzieję, że mnie to rozbawi. Włożył przednią nogę między stopnie schodków, uniósł je i popatrzył w moją stronę zadowolony. Schodki wisiały na nodze, a koń wyraźnie mówił mi, że znów mu się coś do kopyta przykleiło, i z czymś takim nie da rady ruszyć. Tradycyjnie powiedziałam mu, że wcale nie było to śmieszne, zręcznie obracając schodkami w te i wewte, wyciągnęłam końską nogę, i wsiadłam. Ale Spartek się w ogóle nie zraża, i następnym razem znów zaserwuje mi swój doskonały, w jego mniemaniu, dowcip.

Jeździło nam się wczoraj znakomicie. Wolty i serpentynki w kłusie, przejścia, zakłusowania z cofania, ze stój, kłus przez drążki… wszystko było wykonywane bez słowa sprzeciwu! Albo inaczej – wszystko, oprócz cofania, które czasem Spartek wykonuje natychmiast, a czasem – udaje, że nie wie, o co chodzi. A kiedy wciąż proszę o cofanie, którego on nie robi, to się zaczyna złościć. No i tu zbliżamy się do drugiego mojego odkrycia. Na ujeżdżalni bowiem znalazła się wczoraj konstrukcja, zbudowana z dwóch stojaków i liny zawieszonej między nimi, służąca do ćwiczenia otwierania bramki, przechodzenia przez nią i zamykania jej za sobą. Spartka od początku ta konstrukcja zainteresowała, więc  postanowiłam, że zostawimy ją sobie „na deser”. Kiedy już przećwiczyliśmy ze Spartkiem wszystko, co miałam w planach, łącznie z ustępowaniem od łydki i poszerzaniem koła od łydki, zbliżyliśmy się do „bramki”. Pozwoliłam Spartkowi dokładnie ją obejrzeć, sprawdzić wytrzymałość liny i sposób jej mocowania, po czym zdjęłam pętelkę, zamykającą bramkę ze stojaka. Najpierw pokazałam ją koniowi, dotknęłam nią pyska, szyi, nóg, by nie przestraszył się, gdyby miała mi wypaść z ręki podczas manewru. Następnie, trzymając linkę w prawej ręce, a wodze w lewej, poprosiłam Spartka o ruszenie przez bramę, co koń z chęcią wykonał. Zatrzymaliśmy się trochę za daleko od stojaka – więc, musieliśmy się trochę cofnąć i obrócić na przodzie, by założyć pętelkę z powrotem na stojaku. W ogóle nie używając wodzy (byłam zbyt skupiona na trzymaniu liny 🙂 ), poprosiłam konia o cofnięcie, i natychmiast je wykonał! Mało tego – obrócił się też tak, bym mogła spokojnie zawiesić linę z powrotem na stojaku! Jak myśmy to zrobili??? Nie jestem mistrzem w dawaniu sygnałów łydką! Powiem więcej – Spartek zazwyczaj respektuje je według swojego widzimisię. Przy bramce zaś jedynie do niego mówiłam, co ma robić, delikatnie korygując łydkami i koń bezbłędnie ustawiał się tak, jak chciałam! Koń dokładnie wiedział, kiedy ma się cofnąć i po co!

Ciąg dalszy rozpracowywania wyjścia z padoku- rozplątywania liny z przerwami na popas🤓

Gepostet von Irina Kuzmina am Donnerstag, 13. April 2017

(Filmik z wiosny, kiedy Spartek podejmował niezliczoną ilość prób opuszczenia padoku)

Przy drugim naszym podejściu do otwierania i zamykania bramki trochę się pokręciliśmy przy jednym i drugim stojaku – ja z liną w ręku, próbując zawiesić pętelkę, gdzie trzeba, a Spartek – z ogromną chęcią pomocy mi w tym przedsięwzięciu. Wszak „rozwiązywanie” (w sensie dosłownym!) tego typu zadań od lat jest jego specjalnością 🙂 Sugerował mi więc, że chętnie pętelkę potrzyma, a najlepiej sam ją gdzieś zawiesi, a jeszcze lepiej – rozwiąże wszystkie węzełki, jakie ma. No cóż, stwierdziłam, pierwsze koty za płoty. Więcej próbować nie będziemy, bo koń stanowczy zbytnio się przejął zadaniem.

Dobrze mieć buty o rozmiar za duże!  

Po pięknych chwilach na ujeżdżalni, w świetle zachodzącego słońca, po długim upalnym dniu, kiedy wreszcie można było oddychać, rzecz jasna, nagrodziłam Spartka kolacją i pozwoliłam koniowi powyjadać resztki trawy z narożników placu. Zbliżała się godzina dwudziesta pierwsza, konie wciąż były na padokach, a ja, jak zawsze niechętnie, musiałam opuścić stajnię. Wzięłam Spartka na linę i ruszyliśmy w stronę jego padoku. Rzecz jasna, po tak pięknym dniu, który śmiało można by nazwać „beczką miodu”, nie mogło zabraknąć i przysłowiowej „łyżki dziegciu”… Ruszyliśmy ze Spartkiem w stronę koni i padoków, on tuż przy moim ramieniu, grzeczny i rozanielony – pewnie spodziewał się, że jeszcze się troszkę razem popasiemy… Niestety, naprawdę musiałam wracać do domu… No cóż… Spartek pociągnął nagle w kierunku trawy, a kiedy stanowczo się temu sprzeciwiłam, wykonał swój słynny „manewr okrążający” wokół osoby prowadzącej, oczywiście, w celu wyrwania. Udało mi się zatrzymać okrążenie w połowie, ale – w ramach zemsty, koń postawił mi swoje kopyto na nodze. Ha! Wcale mnie nie zabolało, bo mam buty o rozmiar, a może i dwa za duże! Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, bo są bardzo wygodne, zarówno do krzątania się po stajni, jak i do jazdy. Odnotowałam wylądowanie kopyta na mojej nodze stanowczym uderzeniem Spartka w łopatkę i duuużą falą!!! Musiałam to zrobić, bo w tamtej chwili toczyła się właśnie nasza walka o „być albo nie być”! Rzecz w tym, że gdyby Spartan się wyrwał i poszedł na wzgórze daleeeeekooo w kierunku koni, z pewnością spędziłbym kolejnych parę godzin na próbach jego sprowadzania. Na terenie stajni nie było absolutnie nikogo, kto mógłby mi w tym pomóc. Wiedziałam więc, że albo wygram teraz z koniem, albo – szlag trafi cały nasz piękny dzień!

Ciekawe, że w chwilach mocno dla mnie stresujących mam w zwyczaju wykrzykiwać jakieś głupie i zupełnie niewytłumaczalne sentencje lub powiedzenia 🙂 Na co dzień w życiu bym nie użyła takich sformułowań! O dziwo, są to zazwyczaj wyrażenia całkiem cenzuralne, i – że tak powiem, zupełnie „od czapy”. Otóż, zepchnęłam z nogi końskie kopyto, ostro i zdecydowanie wycofałam Spartka, a na jego gniewne spojrzenie i charakterystyczne wygięcie szyi, użyłam kolejnej korekty liną, i ochrzaniłam: „Zrób mi to jeszcze raz, a skończy się weselisko na wsi!!!!”. Wrzasnęłam na niego tak, że potulnie jak baranek podreptał za mną na padok. Objęłam po drodze jego szyję, pogłaskałam po łbie, mówiąc, że cieszę się, że znów jest grzecznym koniem… Już na padoku, kiedy szczęśliwie zamknęłam za nami  bramkę, nagrodziłam Spartka jabłuszkiem.

Widziałam w zmroku, zapadającym nad stajnią, że wciąż mnie wypatruje, kiedy wsiadałam do samochodu… I mam nadzieję, że nasze „weselisko na wsi” nigdy się jednak nie skończy 🙂

19866191_10213830336255292_1445486792_n

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close