Gdzie są prawdziwki, tam są i muchomory…, czyli o koniach, grzybach i kulturze osobistej…

W tym roku mieliśmy wyjątkowo piękną i słoneczną złotą jesień…  Do lasów, otaczających naszą stajnię w Olszewnicy, tradycyjnie, jak co roku, ściągały tłumy spacerowiczów, grzybiarzy, rowerzystów i biegaczy, pragnących weekendowego wypoczynku na łonie przyrody. Odrębną kategorię odwiedzających stanowią rodziny z dziećmi, przyjeżdżające regularnie, by pokazać swoim pociechom oswojonego dzika i nakarmić tzw. „biżuterię”, czyli stado kóz, owiec i świń, mieszkających w stajni wraz z końmi, krowami, bykiem i osłem Czesławem. Powiem szczerze, gdy widzi się to całe towarzystwo po raz pierwszy, to robi to wrażenie…

Rowerzyści, biegacze, spacerowicze – szybko znikają na leśnych ścieżkach, a więc nie będą bohaterami tej opowieści. Jak się domyślacie, będę się pastwić na zbieraczami grzybów. Od razu dodam, że sama uwielbiam grzyby zbierać i jeśli tylko nadarzy się okazja, gnam do najbliższego lasu z koszykiem w ręku. Znam ten rozbiegany wzrok, wbity w leśną ściółkę, te przyspieszone ruchy sięgnięcia po dorodnego podgrzybka – tak jakby miał szansę przed nami uciec, jeśli nie rzucimy się na niego z nożem w ręku natychmiast… Sama się z siebie śmieję, gdy krążąc po lesie, nagle dostrzegam ciemnobrązowy okrąglutki kapelusik i ze słowami „Mam Cię!” rzucam się przed nim na kolana. I – co ciekawe – nie wiem, czy też tak macie: jednego się ścina i wkłada do koszyka, a oczy już plądrują najbliższe otoczenie w poszukiwaniu kolejnych, wiadomo bowiem, że grzyby lubią trzymać się razem. Jest jeden, to zaraz będzie kolejny, i żeby broń Boże go nie przegapić. Wiem doskonale, czym jest ponure, bezsensowne krążenie po lesie, gdy grzybów nie ma… To uczucie tak dołujące, że lepiej nie mówić. A przecież nie o to chodzi, że nie będzie co wrzucić wieczorem na patelnię! Bo – szczerze mówiąc – za jedzeniem grzybów nie przepadam. Chodzi tu o sam proces, nie o efekt końcowy.

Dlatego rozumiem bardzo dobrze grzybiarzy i  ich tłumną obecność w otaczających stajnię lasach. Las jest dla wszystkich. Mam jednak do nich jedno „ale”. Nie do wszystkich, rzecz jasna, ale trudno mi będzie wymienić co niektórych z imienia i nazwiska, bo nie dane było nam się poznać. A szkoda… A teraz – do sedna. Bowiem jeśli też należysz do kategorii grzybiarzy, przeczytaj to i postaraj się nas, jeźdźców, zrozumieć. Bo teraz spojrzę na grzybobranie z perspektywy koniarza… z Anią terenCzłowieka, który na końskim grzbiecie wybrał się na spacer do lasu. Dla tych, którzy kompletnie nie interesują się światem koni, fakt, że konie są zwierzętami płochliwymi może wydawać się czymś zaskakującymi. Tak, tak, te wielkie zwierzęta potrafią się przestraszyć byle czego – odgłosu łamiącej się gałęzi w lesie, nagle wylatującego spod końskich kopyt na ścieżce ptaka, szeleszczących krzaków… Konie zazwyczaj boją się czegoś, czego nie są w stanie natychmiast zidentyfikować. Jeśli bowiem zobaczą sarnę lub dzika, które wychodzą z lasu, przyjrzą mu się, może przez chwilę się zastanowią i pójdą dalej. Jeśli zaś końskich uszu dochodzą dźwięki, których nie jest w stajnie zidentyfikować, a – jak okiem sięgnąć – żywej duszy dookoła, konie mogą popaść w panikę. Na własnej skórze nie raz się przekonałam, że takie nieokreślone odgłosy natychmiast prowokują Spartka do ucieczki. Mój koń, gdy nie jest w stanie zidentyfikować źródła odgłosów, natychmiast daje nogę. IMG_8711

Rzecz jasna, próbujemy nad tym pracować, ale idzie nam opornie. To dlatego, gdy spacerujemy ze Spartkiem po lesie – w siodle czy z ziemi – i widzimy w oddali ludzkie postacie, drzemy się na cały regulator „Dzień dobry!”, licząc po cichu na odpowiedź. Naprawdę nie dlatego, że bierzemy Cię za koleżankę z klasy czy mylimy z sąsiadem. Chcemy jedynie, byś się odezwał ludzkim głosem, krzycząc w odpowiedzi „Dzień dobry” czy nawet „Pocałuj Ty mnie w dupę” – nieważne, bylebyś coś powiedział! I koń natychmiast się uspokoi. Będzie wiedział, że to coś, co przyczaiło się w krzakach za zakrętem i sapiąc i szeleszcząc torebką, czeka, aż podejdziemy wystarczająco blisko, by na nas wyskoczyć, to tylko człowiek. Bardziej lub mniej kulturalny, ale to już nie ma dla konia większego znaczenia. I dla jeźdźca w danej konkretnej sytuacji też. Lepiej jest bowiem usłyszeć kwiecistą wiązankę pod swoim adresem, niż próbować utrzymać się na spłoszonym, pędzącym na oślep przez gęsty las koniu.

IMG_8976To dlatego zarówno ja, jak i moje koleżanki ze stajni, jadąc w teren, z daleka zaczepiają napotkane osoby, licząc na odzew. Jakikolwiek… Ja, na przykład, często głośną krzyczę „Są jakieś grzyby?”, i wtedy zawsze słyszę „Nie ma”. (No wiadomo, kto ci powie, że są…). I to już wystarczy. Aha, no i już ostatnia sprawa. Gdy mija Was zastęp koni, które spokojnie, bez żadnych obaw, kroczą leśną drogą, i nawet wymieniliście sobie parę słów z jeźdźcami, jako znak sympatii nie koniecznie należy klepnąć zamykającego zastęp rumaka w tyłek… Bo może oddać, tym razem nie myląc Was z sarną, dzikiem ani innym leśnym zwierzem, tylko już zupełnie świadomie…

Więcej Spartkowych opowieści – w wersji książkowej – znajdziesz tutaj „Spartańskie Wychowanie, czyli Dlaczego Pat Parelli ma wąsy”

 

2 Comments on “Gdzie są prawdziwki, tam są i muchomory…, czyli o koniach, grzybach i kulturze osobistej…

  1. Opowieści świetnie napisane, barwie i z uczuciem! Ale… przeczytałam tylko kilka wpisów. Dlaczego? Bo czytając jestem zirytowana 🙁 Skąd takie uczucia? Sama nie wiem… Być może z faktu, że w każdej z tych historii niepowodzenie wynika z postawienia konia w zbyt trudnej sytuacji. On właściwie nie ma wyjścia – będzie niegrzeczny, albo..? No właśnie – co? On nie wie, co może, co powinien zrobić… Przykład ze spacerem do lasu – moim zdaniem spokojny stęp w ręku w obcym środowisku to jedna z najtrudniejszych rzeczy jakie możemy od konia wymagać. Idź koło mnie i nie wyrywaj się, nie uciekaj. Podobnie spokojne stanie na uwiązie. Ech… trochę jak dziecko, które ma siedzieć cicho i nie przeszkadzać, nie rozrabiać, nie… A co, gdyby sytuację postawić inaczej – zrób(my) coś ciekawego? Wymagającego uwagi? Tylko kilka sekund – zamiast kilku godzin w lesie… I stopniowo dłużej i dłużej. I więcej razy. Początkowo na ogrodzonym terenie, potem dalej od stajni. Na początku pewnie będzie ciężko, będzie niezadowolenie (bo przecież pracować trzeba). Ale do czego to doprowadzi? Do zainteresowania, zaciekawienia i do poczucia bezpieczeństwa. Bo ten człowiek wie co robi. Każe mi się ruszać, ale przy nim potem odpoczywam. I jest fajnie. I to ten człowiek pilnuje, żeby było bezpiecznie…
    Nie odbieraj tego proszę jako krytykę 🙂 Bo przecież macie jakiś własny sposób komunikacji, koń zadowolony, Ty też – a przynajmniej tak to odbieram. Bo jednak Spartkowe humory to coś, co dodaje kolorów i co chyba jednak lubisz 😉 Bo inaczej o czym by była książka?

  2. Bardzo dziękuję za obszerny i rzeczowy komentarz! Sposób pracy, o którym piszesz – stopniowe oswajanie konia z nowymi dla niego sytuacjami, ćwiczeniami, wyzwaniami w bezpiecznej, znanej mu przestrzeni, a przede wszystkim – robienie miliona rzeczy razem i w ten sposób zdobywanie zaufania konia – to właśnie metody, które stosuję ze Spartkiem od samego początku, czyli od pięciu lat. Do głowy by mi nie przyszło brać konia od razu samego na spacer do lasu – przynajmniej nie w przypadku Spartka. W przypadku innych koni – takie spacerowanie w towarzystwie człowieka, z popasem po drodze i objadaniem leśnych drzew – toż to nagroda dla prawie każdego konia! Ze Spartkiem jest trochę inaczej 🙂 Być może z kilku wpisów, w których przedstawiam nasze spektakularne wpadki, mógł wyłonić się obraz człowieka, który stawa konia wobec wyzwań dla niego nie do pokonania. Ale zapewniam, że tak nie jest… Ilość godzin, spędzonych na ćwiczeniach z ziemi, krok o kroku, poprowadzonych w sposób dla konia jasny, bezpieczny i zrozumiały – jest nie do opisania ani na blogu, ani w książce… Tym niemniej z książki, która chronologicznie przedstawia nasze powolne postępy i kolejny sukcesy, a także porażki, ponoszone po drodze, wyłania się dość pełny obraz naszej pracy ze Spartkiem. I myślę, że jest bardzo bliski tej idei, którą przedstawiłaś, jako właściwą. Cieszę się, że podobnie myślimy o porozumieniu z końmi. A irytacja – to ostatnie uczucie, które chciałabym zasiać w Czytelnikach naszych ze Spartkiem opowieści 🙂

Skomentuj spartanskiewychowanie Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close