Dłuższy popręg kup mi, luby

Jeśli nie chcesz mojej zguby, oczywiście… A tak się składa, że dziś obchodzę swoje urodziny, więc – podpowiedź dla mojej „drugiej połowy” umieszczam, że tak powiem, publicznie, żeby nie było, że nie mówiłam, co chcę 🙂

Laleczka Czaki 

Jakoś od zawsze wszystkie moje pragnienia i plany zakupowe związane były ze zwierzyńcem, który przewinął się przez lata w moim domu… Raz jeden jedyny, mając lat cztery czy pięć, zamarzyłam o wózku dla lalek. Był to w czasach mojego dzieciństwa towar absolutnie luksusowy, wręcz niemożliwy do zdobycia w naszych radzieckich sklepach z zabawkami. Ogromne nadzieje pokładałam w bracie mojego dziadka, wujku Andrzeju z Rygi, który odwiedzał nas w Leningradzie przynajmniej raz w roku. Wszelkie dobra nieosiągalne w leningradzkich (dziś, oczywiście – petersburskich, i już znakomicie zaopatrzonych), sklepach można było przywieźć z krótkiej wycieczki do Pribałtyki, czyli do krajów bałtyckich. Pamiętam, że rodzice wyjeżdżali nieraz w sobotę autokarem zakładowym, a wracali w niedzielę wieczorem, wyciągając z torby prawdziwe skarby – kolorowe (!) koszulki czy buciki, rajstopy, skarpety, kosmetyki. Nie to żeby w naszych sklepach nie było odzieży –  owszem, była, ale w mocno stonowanych odcieniach brązu, szarości czy ciemnego granatu. Wszystko, nawet szlafroki-podomki, przypominały ubrania robocze, owszem, o wygodnym niekrępującym robotnicze ruchy kroju i niewyszukanej stylistyce. Tęskno nam było za kolorem… O dziwo, nawet czerwieni nie można było spotkać na petersburskich ulicach – był to bowiem kolor zarezerwowany dla atrybutów ustroju.

Zatem – czekałam na przyjazd wujka Andrzeja z Rygi. Liczyłam dni do jego przyjazdu, a udając się tego właśnie dnia do przedszkola, już marzyłam o powrocie do domu, zastanawiając się, jakiego to koloru może być mój wymarzony wózek, a także próbując zgadnąć zamysł dowcipnego wuja – czy schowa przede mną wózek na balkonie czy też wręczy od razu po moim wejściu do domu? Wolałam od razu. Wuj był jednak na tyle dowcipny, że w ogóle nie przywiózł mi wózka…  Przywiózł kolejną lalkę – tym razem taką, która wywracała oczami, wydawała z siebie jakieś nieludzkie dźwięki i generalnie – jak teraz sobie to uświadamiam – niewiele odbiegała od laleczki Czaki. Wylądowała więc tam, gdzie wszystkie dotychczas przynoszone do naszego domu lalki – w sypialni na szafie. Teraz myślę sobie, jak jednak paskudną byłam dziewczynką. Paskudną, ale dobrze wychowaną!  Każdy odwiedzający dom moich dziadków, gdzie mieszkałam do jedenastego roku życia, uważał za miły gest kupić wnuczce na prezent lalkę. Dziękowałam za prezent najserdeczniej, jak potrafiłam, chwaliłam ładne ubranko i różowe policzki – co za obłudne dziecko… Dziadkowie prowadzili dom raczej otwarty – cioć i wujków z całego ZSRR przyjeżdżało do nas tyle, że nie byłam w stanie wszystkich zapamiętać. No i każdy z lalką. A że lalkarski przemysł radziecki nie stawiał na różnorodność, można się domyślić, że po kilku latach mogliśmy z dziadkami śmiało otwierać hurtownię lalek. Niestety, inicjatywa prywatna w tamtych czasach była niemożliwa. Zatem lądowały na szafie. Szafa była ogromna – wysoka, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Stos lalek z czasem zamienił się w spiżarnię mojego chomika Romki, który wspinał się na samą górę, poruszając się pionowo, w szczelinie pomiędzy szafą a ścianą – plecy opierał o ścianę, a ostre pazurki wbijał w chropowatą dyktę. Tym sposobem w niecałe dwie minuty potrafił obrócić się góra – dół, nabrać za policzki kolejne zapasy żywności,  by przetransportować je na szafę i schować w stosie moich niechcianych zabawek.

Właściwie po moim wielkim rozczarowaniu z wózkiem od wuja Andrzeja postawiłam krzyżyk na dziewczęcych zabawkach. Trudno, widocznie los w postaci wuja z Rygi tak chciał. Odtąd już definitywnie stawiałam na pluszaki. Pamiętam je do dziś – niebieski pies Bobik (dlaczego przemysł radziecki postanowił zaszaleć akurat w przypadku psa?), normalnej maści lis Foks, małpka Czita, liczne misie… To byli moi przyjaciele, im powierzałam swoje tajemnice. Leczyłam, kiedy czuli się niewyraźnie. Robiłam zastrzyki, przeprowadzałam nieskomplikowane zabiegi chirurgiczne, układałam do snu jeden przy drugim na swojej poduszce.

Początki Alzheimera i talent krawiecki

Moja babcia była osobą niezwykle utalentowaną… Pięknie grała na fortepianie, była wspaniałą krawcową, bardzo dobrze gotowała, a na dodatek miała niespotykane zdolności organizatorskie. Pochodziła z miasteczka położonego na północy Rosji pod Archangielskiem – Wielki Ustiug.  Tam skończyła szkołę, a później, kiedy poznała mojego dziadka, wędrowała za nim – wojskowym, po całym Związku Radzieckim. Przez całe swoje życie utrzymywała jednak kontakty z osobami, które wraz z nią kończyli szkołę w Ustiugu. Stworzyła w tamtych latach coś w rodzaju Naszej Klasy! Korespondencja z kolegami i koleżankami ze szkoły trwała przez sześćdziesiąt lat! Mało tego, co dziesięć lat babcia, mieszkająca już od dawna w Leningradzie, organizowała spotkania absolwentów szkoły. Z pewnością były to niezwykłe spotkania. Pamiętam, że każde z nich musiało być przygotowywane przez ponad rok. Listy wędrowały po republikach ZSRR miesiącami, a w nich uzgadniano szczegóły, ustalano program muzyczno-artystyczny spotkania, rezerwowano noclegi… Babcia czuła się spełniona, kiedy wracała z kolejnego wyjazdu do Ustiuga. Ja pamiętam jeden jej przyjazd. Była ogromnie zmęczona i bardzo szczęśliwa. Mimo że chyba przybyło jej zmarszczek, w oczach widziałam młodzieńczy błysk!

Niestety, kiedy miałam sześć, może siedem lat, babcia zaczęła się czasem dziwnie zachowywać. Teraz wiadomo, że były to początki choroby Alzheimera, a wtedy nie pamiętam, by ktokolwiek wymieniał tą chorobę. Jednym słowem, niekiedy zachowanie babci mocno nas zaskakiwało. Otóż, zapędy krawieckie w połączeniu z Alzheimerem sprawiły, że pewnego dnia po powrocie z przedszkola odkryłam, że zniknęły moje pluszaki. Przeszukałam całe mieszkanie, zaglądając pod łóżka, do schowków i pawlaczy, a nawet do szafek kuchennych i piekarnika. Nic, ani śladu. Wtedy moją uwagę zwróciło pudełeczko z guzikami – babci skarb, który zazwyczaj trzymała z dala ode mnie. Ja lubiłam przeglądać guziki, babcia z kolei nie przypadała za tym, by ktoś grzebał w jej akcesoriach krawieckich. Dlatego mnie to mocno zaskoczyło – czyżby babcia straciła czujność? Natychmiast sięgnęłam do pudełka i o mało nie zemdlałam… W pudełku na samej górze, wśród dziesiątków innych guzików znajdowały się oczy moich zwierzaków! Natychmiast rozpoznałam wielkie, wiecznie zdziwione oczęta Bobika, zmrużone chytrusowate oczka Foksa, czarne okrągłe oczka-guziczki Czity… No właśnie… Guziczki… Pod moją nieobecność babcia, wiedziona  wrodzonym instynktem krawcowej, wpadła na czekające na mnie na moim łóżku pluszaki… Pamiętam, że zawsze oburzona pytała – „No kto to widział, żeby pies był niebieski?”. Ten wybryk natury i przemysłu radzieckiego musiał przykuć jej uwagę, a dalej – nawet nie chcę sobie wyobrażać, co było dalej…

Pamiętam, że z pudełkiem w rękach, cała we łzach rzuciłam się do dziadka. Żal mi go było, bo zupełnie nie wiedział, jak mi pomóc i gdzie szukać moich okaleczonych przyjaciół… W akcie desperacji już o zmierzchu wyszliśmy na przeszukiwanie śmietnika. Zaopatrzeni w długi kij (kubły na śmieci były ogromne, nie sposób było zajrzeć) z ostrą końcówką spędziliśmy parę godzin na wyciąganiu najróżniejszych śmieci. W końcu trafiliśmy na Bobika! To był on – mój biedny niebieski pies, z nićmi zwisającymi w miejscu oczek. Wiedzieliśmy z dziadkiem, że musimy znaleźć wszystkie moje zguby! Po kilku godzinach morderczej pracy przy śmietniku, kiedy posegregowaliśmy już wszystko, co przez cały dzień wrzucano do kubłów z całego osiedla, trafiliśmy na Czitę – to jej, najmniejszej z całego towarzystwa, wciąż nie udawało nam się trafić. Mogliśmy wracać do domu. Następnego dnia nie poszłam do przedszkola, odsypialiśmy z dziadkiem, potem robiliśmy pluszakom kąpiel, a następnie – wspólnie przeprowadziliśmy kilka zabiegów okulistycznych, przywracających wzrok moim zwierzętom. Ufff…

A co na to wszystko babcia? No cóż, chyba muszę wspomnieć, że była obdarzona jeszcze jednym talentem – potrafiła w sposób doskonały zapanować nad emocjami. Nie wiem, czy w ogóle się sytuacją nie przejęła, czy dusiła w sobie emocje, czy też po cichu pogodziła się z faktem, że tym razem nie udało jej się wzbogacić swojej kolekcji guzików. W każdym bądź razie udawała, że nie było tematu. Ja zaś poprosiłam dziadka, by pod moją nieobecność miał na babcię „oko”…

Wkraczam w „dorosłość”…

W życie samodzielne pod względem przemieszczania się po mieście wkroczyłam w wieku bodajże siedmiu lat. Odkąd sama chodziłam do szkoły, stwierdziłam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym i w różne inne miejsca mogła chodzić sama. Lub jeździć. Tramwajem, autobusem, trolejbusem, rzadziej – metrem. I pierwsze swoje kroki skierowałam do kółka zoologicznego, które po rosyjsku nazywało się „junnatskij krużok”. ja i szurikByło to tzw. „ognisko” w domu pionierów, prowadzone przez małżeństwo biologów – Elenę Walentinownę i Igora Josifowicza. Dziś można by to nazwać czymś w rodzaju mini-zoo, i do samej istoty tego miejsca z pewnością można mieć wątpliwości. Zwierzęta w klatkach… No cóż, jako dziecko nie miałam tej świadomości, co teraz. I gnałam do mojego „krużka” trzy-cztery razy w tygodniu, by opiekować się naszymi zwierzętami, a trochę ich było. Pomijając wiele gatunków ptaków, były też małpy, jenoty, koati, lisy, tchórzofretki, pytony tygrysie, szopy-pracze, kruki, wrony, szczury, chomiki, myszoskoczki, nutrie…  Oprócz wiedzy, jaką z pasją przekazywali nam nasi prowadzący, wspaniałych wycieczek przyrodoznawczych na Krym czy nad Bajkał (niestety, wycieczka nad Bajkał odbyła się beze mnie), uczyli nas także poczucia odpowiedzialności. Podczas kilku godzin, jakie spędzałam w moim kółku przyrodniczym musiałam, wraz z innymi dzieciakami, wykonać naprawdę dużo pracy. Najpierw – wycieczki po okolicznych sklepach spożywczych po pokarm dla naszych podopiecznych. W warzywniaku odbieraliśmy liście po kapuście i wszystko, co zostawało niesprzedane i podlegało utylizacji. Po co utylizować – zaraz przyjdą pionierzy! Następnie – do tartaku – po wióry, na wymianę ściółki w klatkach. Następnie – w sezonie wiosenno-letnim – na okoliczne parki  po świeżą trawę. Dalej – po piasek, do pracowników osiedla, zawsze mieli zapas, na wymianę ściółki dla ptaków. Kiedy już zaopatrzenie było zrobione, można było przystąpić do nastawiania kaszy z mięsem lub rybą na kolację dla naszych drapieżników, do czyszczenia klatek, mycia misek, potem – karmienia zwierząt, a jeśli zostawało nam trochę czasu – na spacer z niektórymi z nich. Wracałam zawsze już po zmierzchu –  umordowana, brudna, posiniaczona i szczęśliwa…

Dochód z „kombizenonów” 

Bardzo jednak pragnęłam mieć w domu papużki faliste… Na ich zakup potrzebne były środki finansowe. Na szczęście, w szkole przyuczano nas do różnych zawodów – „przerobiłam” więc praktyki w księgarni, zresztą – najlepszej w Petersburgu, w „Domu Książki” na Newskim Prospekcie, w zakładzie maszynistek, a następnie – w fabryce krawieckiej. Uczono nas szyć poszewki, a jak ktoś wykazywał minimalny talent do zawodu, mógł zostać po godzinach i uczyć się szycia np. kombinezonów dziecięcych. Jeśli się okazało, że kombinezony nadają się do późniejszej sprzedaży, to w wakacje mogliśmy dorobić sobie w ramach płatnych praktyk krawieckich. Oczywiście, dałam z siebie wszystko, by zarobić upragnione 10 rubli, bo tyle właśnie potrzebowałam na zakup klatki, niezbędnych akcesoriów i samej parki papużek falistych. Hodowlę już miałam upatrzoną, klatkę i akcesoria też – pozostało jedynie uszyć ze 100 kombinezonów – i voila. Codziennie wyruszałam do fabryki, obmyślając po drodze, jakiego koloru wybrać parkę papużek… Przestudiowałam wszelkie zawiłości genetyczne przekazywania kolorów w następnych pokoleniach… Rozważałam różne możliwości – wszak sprawa kolorów miała znaczenie zasadnicze! Szyłam kombinezony po 4 godziny dziennie – na więcej godzin pracy dziecięcej nie pozwalało prawo, obowiązujące w Związku Radzieckim.

289Wreszcie dostałam wypłatę – moje, własnoręcznie zarobione 10 rubli! Nosiłam je w kieszeni, ściskając w ręku czerwoną dziesięciorublówkę. I znów los zakpił z młodego przyrodnika 🙂 Za długo się zastanawiałam nad kolorem moich wymarzonych papużek… Nie wiem, kiedy i jak, bo w przeciwnym wypadku nie doszłoby do tego tragicznego zdarzenia, ale banknot wypadł z mojej kieszeni… Jednym słowem, zgubiłam całą swoją wypłatę… Nie pamiętam, żebym płakała z tego powodu… Byłam zła na siebie! Udałam się więc do hodowczyni papużek – starszej pani, którą nie raz już wcześniej odwiedzałam, by porozmawiać o tych ptakach, i powiedziałam, że zakup z wypatrzonego przeze mnie miotu, niestety, jest odwołany… Opowiedziałam, co się stało. Współczuła mi, ale jednocześnie nie chciała pozbawić się zarobku. To była sprytna staruszka. Zaproponowała mi, żebym wzięła za darmo pisklę, które rozwija się nieprawidłowo – w ogóle nie rosną mu pióra, i zdaje się, że już nie urosną. Nikomu go raczej nie sprzeda, no bo i po co komu taki ptak? Gołe, chude, nielatające… Oczywiście, zgodziłam się bez chwili zastanowienia. Nazwałam go Rocky. Poprosiłam rodziców, by zainwestowali w klatkę dla „sieroty”, i nie zadawali za dużo pytań. Rocky zamieszkał z nami. Nauczył się radzić sobie wśród nas – był dosyć skoczny, więc zeskakiwał z zawsze otwartej klatki na stół, potem na krzesło, następnie na podłogę – i przemieszczał się po całym mieszkaniu, jak każdy z domowników. Pozbawiony towarzystwa latających przyjaciół, uznał, że jest jednym z nas, nielotów. I było nam dobrze razem. Rocky nauczył się wymawiać kilka słówek – oczywiście, swoje imię, poza tym – „Rocky choroshyi”, „privet”, no i potrafił wołać mnie, kiedy dzwonił telefon. Krzyczał wtedy wniebogłosy „Irrrrriiina”, a ja leciałam do słuchawki. On zazwyczaj też leciał korytarzem do telefonu, by pogaworzyć wraz ze mną o dziewczęcych głupotach. To był wyjątkowy papug, lepszy niż wszystkie kolorowe papugi świata razem wzięte!

Był wyjątkowy, ponieważ był naprawdę kochany! Jak każdy kochany zwierzak! Jak moi Laduszka, Zefir, Duńcia, których już nie ma, jak Bryśka, Molka, Torka, które właśnie wpatrują się we mnie i czekają, aż skończę pisać i zajmę się wreszcie kolacją, jak Spartek, który był wyjątkowo wredny, kiedy go poznałam, a stał się wyjątkowo miłym, przyjaznym i oddanym koniem teraz, gdy pokochałam go z całego serca takim, jaki jest!

Długo bym mogła opowiadać o moich wyjątkowych – dla mnie, oczywiście, wyjątkowych  – zwierzakach! W dniu urodzin, tak samo, jak rok temu, naszło mnie na wspomnienia… Postanowiłam dziś usiąść i napisać, dla Ciebie, Marku, i dla wszystkich, którzy czasem zaglądają na bloga o Spartku. Znalazłam czas, naszła mnie wena – dziękuję za życzenia, które się spełniły, i za te, które dopiero się spełnią. Dziękuję Wam, Kochani!

urodzinowe_portrety1

 

5 Comments on “Dłuższy popręg kup mi, luby

  1. Laduszka… Piękna papużka była i mądra. Ile czasu już minęło…a pamiętam jak dziś

  2. Pingback: Sól, tarantula i szaleni naukowcy… – spartanskiewychowanie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wykorzystujemy pliki cookies do prawidłowego działania strony, w celu analizy ruchu na stronie, zapewniania funkcji społecznościowych oraz korzystania z narzędzi marketingowych. Czy zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookies? Więcej informacji w Polityce Prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close